RSS
 

Zawiła i ciernista droga bieszczadzkich krzewów w naszej kulturze

01 gru

2016_12_głóg-tarnina-róża-kalina_1Zimowe gałązki dzikich krzewów z owocami – od lewej: głogu jednoszyjkowego, tarniny i dzikiej róży oraz kaliny.

Obserwując dzikie owoce, przez długi czas pozostające jeszcze zimą na gałązkach tutejszych krzewów, warto wiedzieć, że stanowią one nie tylko urozmaiconą stołówkę dla ptaków, od zarania dziejów dostarczając też surowca dla wielu ludowych potraw i leków (o czym już wielokrotnie pisałem) – mają też swoją bogatą historię w naszej kulturze. Ich symbolika, jak też emocjonalna barwa odniesień, zmieniała się przez wieki, ewoluując często w zupełnie przeciwną stronę. Spróbujmy tę zawiłą wędrówkę znaczeń prześledzić na kilku wybranych przykładach.

GŁÓG już kilka tysięcy lat temu był symbolem nadziei – dlatego w starożytnej Grecji jego gałązkami przyozdabiano głowy nowożeńców. W średniowieczu za sprawą długich cierni odnoszono go już bardziej do bolesnej i tragicznej miłości. I właśnie taka wymowa przeważa w poezji, literaturze i malarstwie. To pędy głogu wyrosły z grobów Tristana i Izoldy – splatając się ze sobą nierozłącznie. W Bieszczadach cierniste gałązki pełniły amulet przeciwko wampirom – wbijano je w język zmarłego. Dziś już mało kto pamięta o tych mrocznych kartach ludowej magii – utrwaliła się natomiast mroczna konotacja, związana z cierpieniem i smutkiem – np. u Kasprowicza: cierniste głogi / wstały i idą / Liśćmi miękkiemi / wierzb zaszeleścił rząd / i w cichej, rozpaczliwej sunie się żałobie… Obecne jest także skojarzenie głogu z czystością, samotnością i niedostępnością, jak w „Irysie” Harasymowicza: Do jej stóp wymyślonych / przez zarosły dzikim głogiem / pałac samotności…

TARNINA bardzo silnie wpisała się w kulturę materialną i duchową – jej owoce odnaleziono już w wykopaliskach neolitycznych (kilka tysięcy lat temu), co wskazuje, że już wtedy była przez człowieka spożywana, a ich zagęszczony sok stosowano też do leczenia biegunek. Takie wykorzystanie tarninowych śliwek przetrwało u bieszczadzkich Bojków do współczesności. Wpłynęło to zapewne na symbolikę tarniny, która wraz z głogiem była początkowo kojarzona z dobrobytem, co znajdujemy w strofach poezji starożytnej – np. u Owidiusza:  Z drzew owoc, z gór poziomki zbierali wieśniacy / Tarnki i głóg… (Metamorfozy). W tym kontekście pojawia się też w poezji staropolskiej, np. w słowach kierowanych do mistrza Polikarpa: Otchoceć się z miodem tarnek / Gdyć przyniosę jadu garnek (Rozmowa mistrza Polikarpa ze śmiercią). Z czasem jednak w symbolicznych odniesieniach coraz bardziej dominowała jej „ciernistość”, co widoczne jest m. in. w tradycyjnym wyplataniu z niej koron cierniowych na czas Wielkiego Tygodnia. Wymowa żałobna przeszła tym sposobem również na tarninowe owoce, jak u Barbary Bandurki w wierszu „Bieszczady”: Wygasłe paleniska / Serca dzwonków / I żałobny koralik tarniny…

Dzika RÓŻA początkowo poświęcona była Afrodycie, Erosowi i Dionizosowi, symbolizowała więc miłość wybitnie cielesną i zmysłową. Ale już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa stała się symbolem miłości heroicznej i chwalebnego męczeństwa (wieniec z róż składano poległym za wiarę) oraz czystości i uduchowienia (kwieciem róż dekorowano najzacniejszą niewiastę roku). Za sprawą ciernistości pędu, przywodzącego skojarzenia z cierpieniem, starożytna roślina Afrodyty stała się w wiekach średnich różą poświęconą Maryi, co przypieczętowało wprowadzenie modlitwy różańcowej w roku 1208 przez św. Dominika. Również w poezji róża stała się znakiem duchowego odrodzenia w cierpieniu, jak u Kasprowicza w „Krzaku dzikiej róży”: Gdzie pawiookie drzemią stawy, / Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy / Na plamy szarych złomów ciska…

KALINA pierwotnie uważana była wyłącznie jako symbol młodości, delikatności, piękna i dziewictwa, co znajduje wyraz w poezji Teofila Lenartowicza – w wierszu „Kalina”: U tej krynicy, u tej kaliny / Jasio fujarki kręcił z wierzbiny. W tym też kontekście strojono głowę panny młodej gałązkami kaliny. Zdarzały się jednak pogrzeby niezamężnych kobiet, kiedy trzeba było podkreślić ich panieństwo – a zarazem dopełnić kobiecy żywot, wkładając kalinę do trumny. Wśród Bojków i Łemków wierzono, że jeśli krzew ten wyrośnie na cmentarzu, wstępuje weń dusza zmarłej dziewczyny. Odtąd symbolika kaliny zaczęła zmieniać swą wymowę, stopniowo przesuwając swój akcent w stronę śmierci i nostalgii. Znajduje to wyraz w strofach bieszczadzkiego poety – Janusza Gołdy: I jakby tego umierania / było wokół mało / procesję zielonych kalin / z cerkiewki na wzgórzu / do zakola Sanu / Boh brodatyj / niefrasobliwie rozkrwawił („List z Chmiela”). Bezpośrednio ze śmiercią kalinę powiązała też Kazimiera Iłłakowiczówna, w wierszu „Umarli”, gdzie dusze zmarłych: Idą ku mnie tylko kalinami…

 

Przemoc i uwodzenie…

26 lis

2016-11_Kierkegard_przemoc-uwodzeniaUstjanowa – krajobraz w otoczeniu Ustrzyk Dolnych opiera się jeszcze komercyjnej przemocy. Ale jak długo?

Musiałem na jakiś czas zamienić przyjazne Ustrzyki na wielkomiejską aglomerację. Przesiadając się w Krakowie z dworca PKS na pociąg, trzeba przejść przez labirynt galerii. Miejsce dla mnie koszmarne pod wieloma względami i strasznie hałaśliwe – tak w zakresie dosłownym, jak i komercyjnym. Sam już nie wiem, który hałas gorszy – ten z głośników, czy ten, który niczym wiertło drąży naszą psychikę nachalnością reklam. Nie wspomnę już o tragicznej katastrofie w zakresie planistycznym – myślę tu o kompletnym zeszpeceniu architektonicznego układu starej zabudowy dworca, poczty i ciągu secesyjnych kamienic. Ta urbanistyczna plomba stała się dla mnie pomnikiem ku czci przemocy. Niestety takich koszmarków w przestrzeni miejskiej znajdujemy coraz więcej. Dochodzi do tego natłok  wielkopowierzchniowych bilbordów (które, o zgrozo, pojawiły się też na wjeździe do Ustrzyk) – wzmacniają one poczucie hałasu i chaosu, utrudniając zatrzymanie się nad tym, co faktycznie piękne…

Kierkegaard widział sens życia w estetycznym uwodzeniu, najwyższy jego pułap upatrując w tragedii. Kiedy analizuję nasze życie, rozciągnąłbym jego myśl na znacznie szerszy zakres, obejmując całe zanurzenie w tym świecie, które – podobnie do  wspomnianej reklamy – opiera się na dwóch aspektach: UWODZENIU i PRZEMOCY. Uwodzić można przedmiotem (jak w reklamie), można też ciałem (w sferze estetyki – np. w tańcu lub w postaci wulgarnej – w pornografii), przedmiotem uwodzenia może być władza (np. w polityce) lub iluzja prawdy (w rozmaitych ideologiach). Kierkegaard pisał, że uwodzenie musi prowadzić do tragedii – i ta dopiero staje się szczytem piękna. Przyczyną jest niewierność, która niejako wpisana jest w naturę takiego „uwodzenia”. Artysta tworząc swe dzieło, po jego ukończeniu szuka innej inspiracji, niejako zdradzając je na rzecz dzieła „jeszcze większego”. Podobnie jest z uwodzeniem w każdej innej postaci.

Warto zauważyć, że każde z tych uwodzeń prowadzi nie tylko do niewierności, ale także rodzi różne formy przemocy – czasami werbalną, innym razem fizyczną, ale też taką, która realizuje się w całej naszej postawie wobec życia. Zaś przemoc, jak też sama jej potencjalność, budzi LĘK – tak jak uwodzenie wyzwala POŻĄDANIE. Mam tu na myśli bardzo różne, czasem ukryte i niebezpośrednie formy tych reakcji, wychodzące daleko poza pospolite znaczenie pojęć. Lęk i pożądanie to dwa najbardziej destruktywne żywioły naszego wnętrza. Jedyną odpowiedzią, która może im zaprzeczyć, jest DOBRO – ono nigdy nie jest podatne na uwodzenie, bo nie stanowi ODBICIA wartości iluzorycznych, będąc niewyczerpalnym ŹRÓDŁEM jedynej rzeczywistości. A dobro wyrasta właśnie na podłożu ciszy, tj. autentyczności i wewnętrznego wyciszenia – uwolnionego od zgiełku tego świata, budowanego na wzniecaniu lęków i pożądań. Czy potrafimy sobie jeszcze wyobrazić świat pełen wdzięku i żywej relacyjności, pozbawionej iluzji i przemocy – świat bez „reklam”?…

 
 

Święto Niepodległości – i kartka sprzed stu laty…

10 lis

kartka_11-11-1916

W przeddzień Święta Niepodległości chciałbym podzielić się taką familijną ciekawostką. To kartka, którą znalazłem na swoim strychu – wypisana dokładnie 100 lat temu.

Wysyłana z zaboru austriackiego do rosyjskiego (z uwagi na dość śmiałą treść przypuszczam, że w tym czasie Niwka nie znajdowała się już w rosyjskich rękach)… Myślę, że Nadawca nie miałby za złe, że to udostępniam – poczytajcie sami (pisownia oryginalna)… Kto dziś takie kartki do rodziny pisze?

Bielany, 10.listopada 1916 r.  Droga Stasiu, życzymy Ci wszelkiej pomyślności, byśmy w jak najbliższej przyszłości mogli odetchnąć po trudach wojennych, choć jeszcze mamy dużo pracy, bo moskal szelma bardzo się rozplenił, nie traćmy jednak nadziei. Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi i będziem znów Polskim Narodem (a nie ruskimi poddanymi). Niech żyje wolny Naród Polski!

Całuje Was wszystkich – Józef z Żoną

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Historia, Naród, Tradycja

 

Z Orfeuszem i żoną Lota – przez polską historię i współczesność

05 lis

2016_11_OrfeuszOrfeusz pośród naszych hucułów w Wołosatem… ;)

Mity mają to do siebie, że domagają się nie tylko ciągłej reinterpretacji (stanowiąc tym samym wiecznie otwartą księgę), ale też można je odczytywać na coraz to nowych płaszczyznach. Wczoraj myśli moje krążyły wokół bolesnych losów Polski. Nie mogąc się od nich uwolnić, wziąłem do ręki mitologię, natrafiając po raz kolejny na opowieść o Orfeuszu i Eurydyce. Kiedy Orfeusz wyruszył do hadesu po zmarłą żonę, pięknem swej gry zdołał przekroczyć wszystkie możliwe granice. Mógł ją wszak wyprowadzić z czeluści śmierci pod jednym warunkiem  - nie odwracając się za siebie. Wiemy, że nie wytrzymał – spojrzał na ukochaną, tracąc ją bezpowrotnie.

Gdy jako naród próbujemy żyć wyłącznie tęsknotą za utraconą potęgą i dawnymi dziejami – historią minioną, więc pozostającą w podziemiu naszej świadomości – popełniamy błąd Orfeusza. Konsekwencje również mogą być podobne. Ulegając hipnotycznej mocy przeszłości, wypadamy z kolein teraźniejszości, tracąc również swą przyszłość… Oczywiście historia Polski jest tak bogata, że warto  do niej sięgać – w budowaniu narodowej tożsamości, w uczeniu się na błędach minionych pokoleń. Ale poddając się biernie narodowej nostalgii, nazbyt często wpadamy w pułapkę MELANCHOLII lub MEGALOMANII – to dwa bieguny równie silnej destrukcji, osadzone na tej samej planecie, którą można by nazwać „Orfeusz”.

Podobnie rzecz się ma z biblijnym mitem o Locie i jego żonie – motyw niemal identyczny, choć tutaj nie Lot obejrzał się za siebie, lecz jego żona. Nie wiemy, co nią powodowało – bardziej ciekawość czy może tęsknota? Gdy spojrzała na zgliszcza Sodomy, zamieniła się w słup soli – co również odczytuję jako obraz przywiązania do tego, co było – ale także symbol pozostania w świecie materii, pozbawionej ducha. Dziś zapewne można by w tym wymiarze wskazać wiele takich „żon Lota” – podobnie jak wiele po świecie chodzi „Orfeuszów”.  Kto wie, jak często sam nim bywam?

 

Żywa pamięć – mowa cmentarnych kwiatów…

01 lis

2016_11_miechunka-chryzantema-rozaMiechunka w Dukli, chryzantema w Równi i róża – jako ornament i żywy kwiat w Olszanicy

Wspominałem już o wymowie dzikich roślin na naszych cmentarzach. A jakie żywe i sztuczne kwiaty podczas zbliżających się Świąt pojawiają się na bieszczadzkich grobach? Spójrzmy na kilka z nich…

ASTER – symbol życia, radości, życiodajnego słońca, a tym samym również Chrystusa. W greckim nazewnictwie astra utrwaliło się odniesienie do gwiazdy. W wymiarze świeckim odniesienie do optymizmu, w chrześcijańskim – do nadziei odkupienia. Aster należy do najpóźniejszych kwiatów, szczególnie jego dwa dość wysokie (do 1,5 m) amerykańskie gatunki, które tylko z tradycji zwane są astrami, bo należą do innego rodzaju – Symphyotrichum, o kwiatach niebieskich, fioletowych różowych lub białych – z żółtymi środkami – to aster nowoangielski (popularnie zwany „michałkami” lub „jadwiżkami” i nowobelgijski, zwany „marcinkami” – ich kwiaty pojawiają się jeszcze w listopadzie. Dużą rolę na cmentarzach odgrywają też astry chińskie, włączone również do innego rodzaju – Callistephus.

CHRYZANTEMA – w dniu Wszystkich Świętych pojawia się na niemal wszystkich naszych cmentarzach – w kontekście świeckim jako wyraz pamięci i przyjaźni. Warto też wspomnieć o pradawnym, chińskim odniesieniu chryzantemy do słońca, które w chrześcijańskiej symbolice zbiegło się z odwołaniem do Chrystusa, w czym odnajdujemy podobieństwo do wymowy astrów. W ostatnich dekadach chryzantema stała się jednym z najpowszechniej stosowanych kwiatów żywych i sztucznych.

KALIA – podobnie jak lilia, stanowi symbol czystości, ale także łaski Bożej i zbawienia. Dawniej również magiczny gwarant ochrony przed ukąszeniem (które w kontekście duchowym można odnieść do pokusy i grzechu). Kwiat jest na grobach stosowany w postaci ciętej i sztucznej – często w kompozycji z wieńcami. Coraz częściej kalia obecna jest na zdobieniach dużych zniczów lub innych ornamentów w zdobnictwie cmentarnym.

MIECHUNKA – choć ten bardzo popularny późną jesienią motyw zdobniczy jest owocem, nie kwiatem, warto o niej wspomnieć. Intensywnie pomarańczowe, owoce stanowią bardzo czytelny symbol duszy – ich barwa odnosi się do miłości, a trwałość – do wieczności. Pusty owoc wypełniony jest powietrzem, co zawsze było kojarzone z treścią duchową, a lekkość kierowała myśl ku eteryczności duszy. Istota wypełniona Bogiem, a jednak zachowująca swą tożsamość, którą symbolizują  delikatne nasionka.

NIEŚMIERTELNIK, czyli kocanka ogrodowa – oznacza zachowane w pamięci, trwałe piękno i dobro, a także trwały ból po odejściu zmarłej osoby. W Indiach kwiaty kocanki ogrodowej składane są w ofierze bóstwu śmierci i zniszczenia, Śiwie, uosobieniu przemijalności świata materialnego – stąd Śiwa przedstawiany jest często jako niszczyciel wędrujący po cmentarzach. Choć hinduistyczne odniesienia dalekie są kulturze bieszczadzkiej, to jednak nieśmiertelniki na trwałe wpisały się również w tutejsze odniesienia do przemijania czasu i umierania tego co piękne.

 RÓŻA – kwiat przede wszystkim znany z symbolizowania żarliwej miłości (często trudnej i bolesnej) – w wymowie religijnej związana z Maryją. Kopaliński pisze, że róża oznaczać może serce, mistykę, uduchowienie, modlitwę, natchnienie – ale także śmierć w kontekście zmartwychwstania, miłości i wieczności [Ko 1999]. Pojawiała się często na starych nagrobkach polskich, czasem również żydowskich (tam szczególnie róża dzika). Jako ornament najpowszechniej obserwować ją można na współczesnych pomnikach katolickich.

WRZOS – roślina o silnych konotacjach romantycznych, wnosząca w naszą kulturę nostalgiczne odniesienia do przemijania, w poezji – do spóźnionej miłości, a także bezpośrednio do śmierci, jak u Kasprowicza: Wrzos na granitów podścielisku szarem / spełznął na wieki („Z chałupy”).  Wrzos często też łączył symbolikę śmierci z tematyką żołnierską – i taką wymowę znajdziemy u bieszczadzkiego poety, Jana Szelca: Usłyszałem galop jego krwi / Potem palec położył na ustach / i zakwitły wrzosy… („Ostatnia szarża”). Częściej jednak się zdarzają odniesienia do nostalgii, również tej związanej z bezpowrotnym przemijaniem bieszczadzkiego świata, jak to czytamy u Wojciecha Maciaszka: W pajęczynie ścieżek, wśród wrzosów / Połonin i otryckich skał / Szukam historii bieszczadzkich losów („Obłoki bieszczadzkie rydwany”). W Bieszczadach dzikie wrzosy rosną na opuszczonych pastwiskach i przesuszonych torfowiskach – na cmentarzach nie pojawiają się prawie wcale, z wyjątkiem tych sadzonych.

ZIMOWIT – jedne z najpóźniej kwitnących kwiatów, pojawiające się nawet w listopadzie, stanowią wyraz nadziei na to, że dusza może rozkwitnąć o każdej porze życia. Kwiat ten symbolizuje także proces przejścia przez próg śmierci. Zimowit jest rośliną silnie trującą, co może tylko wzmacniać tę wymowę. W świeckim odczytaniu symboliki kwiatów oznacza melancholię, a także cudowną przemianę ducha.

 
 

Duchy starych cmentarzy – czyli wśród mrocznych bylin…

01 lis

2016_10_bodziszek_czosnek_GROBY BODZISZEK żałobny (kirkut w Rymanowie – po lewej i w środku) oraz CZOSNEK niedźwiedzi (cerkwisko w Rabem – po prawej)

Ziołorośla na starych cmentarzach

Na opuszczonych cmentarzach tworzy się najczęściej ruń sięgająca po uda lub po kolana, którą oprócz wysokich traw tworzy bujna okrywa ziół. Szczególnie częste są tutaj: bniec – biały i czerwony, bodziszek żałobny, dziurawiec czteroboczny, czosnaczek pospolity, czyściec – leśny i błotny. Czasem pojawia się łan czosnku niedźwiedziego, tudzież widać pojedyncze bukiety goryczki trojeściowej lub wzniesione kwiatostany dziewanny pospolitej.

Nazwa BODZISZEK ŻAŁOBNY przywodzić może jednoznaczne skojarzenia, a jeszcze gdy spojrzymy na kolor kwiatów i zwrócimy uwagę, z jak zadziwiającą regularnością ten kwiat pojawia się na starych cmentarzach, trudno nie odnieść wrażenia, że w ręku bieszczadzkiej natury jest szczególnym atrybutem spontanicznej żałoby i wyrazem żalu po tych co odeszli.

W ludowym ziołolecznictwie DZIURAWIEC zajmował szczególne miejsce, jako tzw. fuga demonum, czyli ziele odstraszające wszelkie demony, przez co na cmentarzach gwarantował wieczny odpoczynek. Być może wynikało to z wyciszającego działania tej rośliny, zaliczanej do tzw. ziół księżycowych. W rejonie Wołkowi bukiet suchego dziurawca wkładano pod poduszkę na lepsze spanie – a jak wyżej już wspomniano, sen miał dość mocne związki skojarzeniowe ze śmiercią.

Powszechnie znanym środkiem odstraszającym złe moce, zwłaszcza te wampirycznego pochodzenia, był CZOSNEK – nie tylko ten zwyczajny, znany z ogrodów, ale również dzikie gatunki należące do tego rodzaju, do których w Bieszczadach należał głównie CZOSNEK NIEDŹWIEDZI . A wiadomo, że w Bieszczadach wiara w wampiry była głęboko zakorzeniona. U Bystronia o zwyczajach na dawnej Rusi czytamy: „Czosnku, jak i sil­niej pachnących ziół, bylicy i innych, używa się przeciw urokom i czarom”. Niewykluczone, że dlatego właśnie spotykamy gdzieniegdzie czosnek niedźwiedzi na cmentarzach…

W czasach zarazy, szczególnie gdy ludy całej Europy, również Karpat, były dziesiątkowane przez cholerę lub inną śmiertelną zarazę, Bojkowie używali nalewkę z „tendiawy”. W Bieszczadach była to GORYCZKA TROJEŚCIOWA, której przypisywano nie tylko działanie lecznicze, ale również magiczne, bo też o wywołanie wszelkiego moru zwykle siły nieczyste podejrzewano. Kto wie, czy nie sadzono wtedy również tych roślin jako talizman ochronny przed straszną śmiercią?…

Przedchrześcijańskie odniesienia zachowała DZIEWANNA, która pierwotnie była przez Słowian nazywana „divizną” – w pojęciu potocznym kojarzoną ze słowem dziewa, czyli niezaślubiona jeszcze dziewczyna. Natomiast właściwa, indoeuropejska etymologia tutejszego rdzenia „div” to bóg (u Słowian przybrał on postać demona). „Divo” znaczy też tyle co „pierwotny” lub „żyjący w naturze”, zaś „divy” to słowiańskie rusałki.

Dziewanna była stosowana jako amulet do odstraszania zła, ale także stała się już bardzo wcześnie wyrazem dziewictwa, szczególnie tego związanego z ubóstwem. Stare przysłowie „Gdzie rośnie dziewanna, tam bez posagu panna” być może kojarzone było z zaniedbanymi i jałowymi łąkami, gdzie dziewannę łatwo spotkać. Ale zaniedbanie mogło dotyczyć również spraw duchowych – gdy dziewanna wyrosła na grobie, wierzono, że dusza dopominała się modlitwy. Jan Kasprowicz pisał: A ci się wloką, / świetlistą mgieł sierpniowych odziani powłoką, / jak cienie, / do wielkiej się wloką mogiły… / Za nimi DZIEWANNY / z piaszczystych wydm się ruszyły.

Poniżej: DZIEWANNA pospolita w Tarnawie i na panieńskim grobie po stronie słowackiej Bieszczadów, z prawej – na obrazie Malczewskiego

2016_10_dziewanna_GROBY

 
 

Metafizyczna wymowa cmentarnych CHWASTÓW…

01 lis

2016_10_Powój (Lesko-Zarszyn)Powój oplatający nagrobek (Zarszyn – po prawej) – i motyw z powojem obejmującym krzyż (Lesko )

Czy zastanawialiście się, jakie konotacje ze śmiercią i życiem wiecznym kryją się w dzikich roślinach, które towarzyszą naszym cmentarzom? Ich odniesienie do śmierci bywa mniej lub bardziej uświadomione, a czasem pozostające zupełnie poza świadomą percepcją. Wkraczają między groby i na same mogiły zupełnie bez udziału człowieka, a jednak ich znaczenie wśród cmentarnej zieleni jest niebagatelne. Obecność tych roślin wnosi ze sobą niezwykle bogatą i ciekawą symbolikę. Warto więc przyjrzeć się bliżej tym cmentarnym „chwastom”, które znane są nam również z innych siedlisk, jednak tutaj - występując w określonej kompozycji i kontekście, nabierają wymowy szczególnej.

W pierwszej części tej wędrówki przez roślinną bramę do świata zmarłych spróbujmy zajrzeć na całkiem ŚWIEŻE MOGIŁY, gdzie spotkamy rośliny jednoroczne i pionierskie byliny, takie jak np. podbiał, wilczomlecz, powój czy gorczyca. Zakorzeniają się one w śmierci zarówno poprzez dosłowne wrośnięcie w gliniasty kopiec grobu, jak również przez wniknięcie w kulturowy korzeń naszych skojarzeń.

WILCZOMLECZ, bywał u poetów symbolem dzikości, która w sposób szczególny wpisana jest w bieszczadzki krajobraz – tak oto pisze Ryszard Kulman w wierszu „Bieszczadzka ikona Koszeli”.: Ach! oczy Preczystej / Rozpamiętując je w krzyku orlika / na bezludnym Haliczu odnajdę / w sierści wilczomlecza… Ale też za sprawą trującego działania miał wilczomlecz zawsze odniesienia do mrocznych stron związanych ze śmiercią.

POWÓJ występuje też jako woal zapomnienia na dawnych pogorzeliskach, o czym czytamy „Traktacie moralnym” Czesława Miłosza: Cóż dał tak zwany świt pokoju? / Ruinom trochę dał POWOJÓW… W podobnym znaczeniu powoju używa Janusz Gołda w „Studni”, pisząc o śladach bieszczadzkiej zagrody: Jej okrągłą cembrowinę, porośniętą / teraz kosmatką i POWOJEM, postawiono / z łupanego piaskowca łączonego gliną…

PODBIAŁ znajdował w poezji konotacje sentymentalno-melancholijne, jak w wierszu Kasprowicza – „O mojej wybranej – Ojczyźnie”: Krwawnikiem zarosłe ich brzegi, / Łopianem i PODBIAŁAMI: / Spieszą z Nią razem, topole / Ślą swe westchnienia za nami. U tego samego poety podbiał znajdował też bezpośrednie odniesienia do grobów – np. w „Krzaku dzikiej róży”: Kopcie samotny grób / tam, na tej miedzy szerokiej, / gdzie rośnie łopian chropawy, / gdzie srebrne lśnią się PODBIAŁY…

GORCZYCA za sprawą tekstów biblijnych stała się wyrazem ukrytej wielkości – nawiązał do niej Jezus w swej przypowieści: „Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach” (Mt 13,31).

W innym miejscu Jezus przyrównał jej nasionko do prawdziwej wiary: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze!”, a byłaby wam posłuszna (Łk 17,6). Chodziło oczywiście o inny gatunek, niż nasza mizerna gorczyca polna – tak czy owak, pochylając się nad tą roślinką, warto przypomnieć sobie odwieczne skojarzenia z jej nazwą – jak wielki plon duchowy przynieść może jej małe ziarenko…

ciąg dalszy nastąpi

 
 

Przekraczając rozum…

24 paź

2016_10_WIARA-NADZIEJA-MILOSCŚwięty Andrzej z Hoszowa i Dymitr z Wołosatego (moje wizje na szklanych miniaturkach)

Coraz częściej można się zetknąć z podejściem, że religia jest zaprzeczeniem wiary. To wynik zarówno relatywistycznego podejścia do prawdy, jak też antyświadectwa ludzi podających się za wierzących. Spotykamy się z różnymi definicjami wiary, jak też z jej zupełnie prywatnymi pojęciami. Wczoraj rozmyślałem, czym właściwie jest ta wiara dla mnie – rozpatrując ją w kontekście z dwiema pozostałymi cnotami teologalnymi – nadzieją i miłością. Rozważania te doprowadziły mnie do pewnego schematu, który oczywiście jest tylko uproszczonym szkicem myślowym, nie obejmując całości zagadnienia i nie dając odpowiedzi uniwersalnej. Stanowi dla mnie formę uporządkowania moich osobistych myśli na ten temat. Byłbym jednak wdzięczny za podzielenie się własną weryfikacją tych odniesień do życia duchowego w każdym innym osobistym jego przeżywaniu. Chciałbym też zadać pytanie, czy możliwa jest ekspresja wiary w życiu całej społeczności, jeśli wyjmie się ją z ram religijności?

Według mojego schematu WIARA musi się wspierać na dwóch filarach – na postawieniu zasadniczych PYTAŃ (zadanych uczciwie i odważnie, motywowanych pragnieniem wypełnienia swego życia sensem) oraz na uznaniu TAJEMNICY (transcendencji, która wpisana jest w byt i nasze w nim bytowanie). Bo człowiek mimo usilnych starań nigdy nie będzie w stanie ogarnąć całej prawdy, tak jak nie jest w stanie wyobrazić sobie całego kosmosu w jego nieograniczonej potencji i czasoprzestrzeni). Pytanie wymaga więc całkowitej redukcji w punkcie wyjścia: nic nie wiem, ale mam szczerą wolę poznać główne drogowskazy i za nimi podążać. Tajemnica jest natomiast postawą szacunku wobec przerastającej mnie rzeczywistości – jest zapatrzeniem w ogrom stworzenia i paradoksu, medytacją nad jego Źródłami i kontemplacją całego Istnienia, z nakierowaniem ku jego Horyzontom.

Warto się teraz zastanawiać, czy swoistą kruchtą, przez którą człowiek musi wkroczyć w przestrzeń wiary, nie jest NADZIEJA – bo przecież to w niej musimy najpierw porzucić to, co dotąd okazało się złudne i niewystarczające: ludzką WIEDZĘ (potencję i cały zasób naszego rozumu), jak też ZMYSŁY (opieranie się na danych empirycznych). Dopiero doświadczenie radykalnego SCEPTYCYZMU wprowadza mnie w przestrzeń ufności, której wyrazem jest pokora i cierpliwość… Wreszcie MIŁOŚĆ, którą Paweł Apostoł wskazuje jako cnotę najważniejszą i nieprzemijającą, a która według mnie musi opierać się na filarze OTWARTOŚCI – zarówno wobec Prawdy (tu już używam dużej litery, bo mamy do czynienia z mniej lub bardziej świadomym wychodzeniem ku Chrystusowi), jak też wobec drugiego człowieka. Ale otwartość musi być w miłości zawsze zwieńczona ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ – za SIEBIE (gdy konsekwencja moich działań wynika z uczciwości wobec własnego rozpoznania) – i za INNEGO, gdy otwarcie na drugiego człowieka skłania mnie do współprzeżywania jego sytuacji i gotowości do ofiarowania się za niego.

 

Istota Prawdy – przez „P” jak PERSONA

07 paź

2016_10_Gromadzyn

Prawda jest jak ta góra, którą na co dzień widzimy w prostej bryle – dopiero mgły wydobyć z niej potrafią całą złożoność rzeźby, zakrywając inne fragmenty krajobrazu, do których tak bardzo przywykliśmy… Gromadzyń.

Dwie osoby jadą na wczasy, trafiając na ten sam turnus, do tego samego pensjonatu. Po powrocie jedna mówi, że pogoda była paskudna, hotel niewygodny, a obsługa nieprzyjemna. Relacja osoby drugiej jest dokładnie odwrotna. Czy któraś z nich kłamie? Nie, bo obydwie odnoszą się do swego odczucia, na które składają się fakty, ale już wewnętrznie przetworzone. I bynajmniej nie można tu mówić, że są różne prawdy. Taka analogia nasunęła mi się dziś po rozmowie na temat pewnego filmu historycznego o tematyce biblijnej, kiedy zetknąłem się z dwiema różnymi opiniami. Pierwszy rozmówca uznał, że film był nudny i kiczowaty. Druga osoba wskazała na różnorodność interpretacji historycznych – konkludując, że skoro jest ich tak wiele i tak bardzo od siebie odbiegają, to znaczy, że wszystkie je można włożyć między bajki. Dodam, że obydwie osoby bardzo szanuję, a ich opinie były dla mnie ważne nie tylko odnośnie filmu, ale przede wszystkim dlatego, że zainspirowały mnie do rozważań nad prawdą obiektywną.

Przenosząc powyższe historie na sferę duchową, żyjemy na rożnych płaszczyznach i poziomach, wlokąc za sobą worki rozmaitych doświadczeń i uwarunkowań. Bywają więc różnice w wewnętrznej konstrukcji, balaście, położeniu i duchowej dojrzałości. Ktoś może w pewnych sprawach być ode mnie bardziej zaawansowany i wymaga już innych bodźców do dalszego rozwoju. Może też mieć inną naturę – więc co innego będzie do niego mocniej przemawiać. Albo znajdować się w innym punkcie drogi, z którego widoczne są już inne szczyty. Błędem byłoby jednak z tego wyciągać wnioski o relatywności prawdy, bo przecież uczestniczymy w tej samej rzeczywistości zewnętrznej, choć nasze położenie sprawia, że dla każdego wygląda ona zupełnie inaczej… Dlaczego Jezus milczał na pytanie Piłata „co to jest prawda?” – czyżby uchylał się od odpowiedzi, bo rozmówca nie był jej godny? A może właśnie milczenie było w tej konkretnej sytuacji najlepszą odpowiedzią? Wcześniej przecież wyraził się na temat Prawdy do swych uczniów – w słowach równie trudnych dla nich do pojęcia: „Ja jestem Prawdą, Drogą i Życiem” (J 14,6)…

Ktoś zadał mi ostatnio pytanie: dlaczego Jezus po prostu nie spisał całej prawdy? Byłoby wtedy wszystko jednoznaczne… Może właśnie dlatego, że Prawdy nie da się zmieścić w żadnym słowie. Każda próba jej literalnego wyłożenia dałaby tylko kolejny traktat filozoficzny czy teologiczny, być może mądrzejszy niż wszystkie inne – ale nadal ograniczony miałkością słowa, które każdy rozumiałby po swojemu. Bo Prawda ma zawsze wymiar OSOBOWY. Stąd słowa „Ja jestem Prawdą…” nie są wyrazem jakiegoś egocentryzmu, ale wskazaniem na własne życie. Tak jak Jezus urzeczywistnił tę Prawdę przez całopalną ofiarę z siebie, tak każdy z nas wchodzi w Jej wymiar o tyle, o ile pełni posługę wobec drugiego, otwiera się przed nim, obdarowuje go i ponosi za niego ofiarę, znajdując tę Prawdę w postawie pokory wobec tajemnicy istnienia – i w gotowości oddania swego życia. Tylko to jest pełnym wymiarem Prawdy, której można DOŚWIADCZAĆ – nigdy nie da się jej POJĄĆ. Wkraczanie w przestrzeń dobra usuwa z nas lęki i wątpliwości. Osobowe pojęcie Prawdy na trwałe zespala ją z Dobrem, dystansując się do suchej faktografii. Bo czy prości ludzie, którzy wierzą w słodkie historie hagiograficzne, muszą być dalsi Prawdy niż mędrcy? Nie – bo właśnie ci prostaczowie wchodzą w wymiar Prawdy przez duże „P”… P jak Persona.

 

Między mieczem a ogołoceniem…

29 wrz

2016_09_MIECZ-a-CHRYSTUS

Na zamku w Sanoku: po lewej – średniowieczny miecz (na tle Michała Archanioła z mieczem). Po prawej – inna wersja tej ikony z Karpat. W środku – ogołocony Chrystus z XVII-wiecznego ołtarza.

Czasem praktykuję przypadkowe otwieranie Biblii (choć w tym przypadku w przypadki nie wierzę). ;) Takie czytania potrafiły mi już niejednokrotnie coś ważnego w życiu naświetlić. Tym razem jednego dnia w dwóch niezależnych czytaniach natrafiłem na dwa osobne wątki o mieczu. Pierwszy z Ewangelii Łukasza: I rzekł do nich: «Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?» Oni odpowiedzieli: «Niczego». «Lecz teraz – mówił dalej – kto ma trzos, niech go weźmie; tak samo torbę; a kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz! (Łk 22,35-36). Drugi werset dotyczy pokoju: Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową. (Mt 10,34-35).

Ostatni fragment jest dość jednoznaczny w swej wymowie. Jezus nie ma zamiaru budować jakiegoś długotrwałego pokoju na ziemi, bo świadom jest upadłej natury człowieka, która nieustannie będzie ciążyć ku konfliktom. To w naszym duchowym życiu ma nastać pokój Chrystusowy – nie w przestrzeni politycznej czy nawet rodzinnej (choć niewątpliwie dążyć do tego trzeba). Pokój zaś wewnętrzny osiągamy, gdy tylko całą duszą skłonimy się ku Dobru i Prawdzie. Bo świat i tak pozostanie skażony ciągłym konfliktem. Nawet przy obustronnie dobrej woli może dochodzić do poróżnień. Ani wspomniana tu synowa, ani teściowa, nie muszą być przecież osobami złymi – a mimo to nie potrafią dojść do porozumienia… Bardziej zastanowił mnie jednak ten pierwszy fragment Ewangelii, który zdaje się całkowicie zaprzeczać coraz bardziej rozpowszechnianej wizji Chrystusa-pacyfisty, zawsze tylko nadstawiającego drugi policzek…

W cytowanym wezwaniu Jezusa miecz występuje wespół z trzosem i torbą. Owszem, wszystkie te akcesoria mogą być tylko obrazem jakiejś duchowej roztropności. Jeśli jednak torba i trzos (pas z kieszeniami) są symbolem przyzwolenia na dysponowanie środkami materialnymi, to miecz staje się wezwaniem, by wobec zła nie pozostawać całkowicie bezbronnym. Ktoś może tu zadać pytanie o samego Jezusa – przecież nie bronił się przed męczeńską śmiercią. Ale też Jezus mówi dalej: „To bowiem, co się do Mnie odnosi, dochodzi kresu” (Łk 22,37). Kresem jest doskonała ofiara Krzyża, która oczywiście godna jest naśladowania w wymiarze indywidualnym. Gdy jednak chodzi o obronę innych, zwłaszcza w obliczu zagrożenia złem, Jezus wzywa do uzbrojenia się w oręż. Bo czy chwytanie za broń w chwili najazdu barbarzyńców (obojętnie czy będą spod znaku półksiężyca, swastyki czy czerwonej gwiazdy), nie będzie postawą miłości wobec tych, których bronimy? Czy obojętność lub ucieczka byłaby tu postawą ewangeliczną?

 

Między bogaczem i Łazarzem. Czym jest przepaść?

25 wrz
2016_09_Łazarz i bogacz

Ewangeliarz z Echternach (1030-1050), Niemieckie Muzeum Narodowe, Norymberga

 Przyznam, że dzisiejsze czytanie Ewangelii o bogaczu i Łazarzu (Łk 16,19) zawsze mnie jakoś niepokoiło – nie żebym się miał za bogacza. Choć przecież każdy z nas może na swój sposób być tym bogaczem – i każdy ma obok swojego „Łazarza”, któremu brakuje czegoś, co posiadamy w dostatku. Ale problem dotyczy nie tylko kwestii czy dostrzegamy potrzeby innych – również tego, czy nie stajemy tu przed zbyt surową karą za nieświadomą bierność?…

Kto jednak tę karę wymierza? Bóg? Przypowieść o tym milczy. A może sam bogacz jest dla siebie sędzią i egzekutorem? W końcu ani Bóg, ani Łazarz nie odzywają się tu nawet jednym słowem – cały czas mówi tylko bogacz. Najpierw się żali do Abrahama (nie do Boga), zwracając się doń o przysługę, by posłał Łazarza z wodą, która miałaby przynieść ukojenie. Traktuje więc biedaka instrumentalnie, nadal nie zauważając w nim osoby. Myśli wciąż tylko o sobie. Abraham próbuje mu naświetlić rzeczywistość, w której się znalazł, mówiąc o przepaści, jaka ich dzieli. Ale nie mówi nic o karze ze strony Boga – jako przyczynę tej sytuacji delikatnie sugeruje bogaczowi wgląd w swoje przeszłe życie.

Tu już zachodzi w bogaczu pewna odmiana – zdaje się, że przestaje myśleć wyłącznie o sobie, prosząc tym razem o przestrogę dla swych braci. Nadal jednak traktuje Łazarza wyłącznie jako posłańca, jakby nie był on godny, by traktować go podmiotowo. Może więc ta przypowieść mówi nie tyle o niesprawiedliwości, co raczej o skutkach pychy, która każe traktować drugą osobę wyłącznie w kategoriach rzeczy, używając jej jako narzędzia? Może dopóki trwa w człowieku ta pycha, dopóty odgradza go od innych przepaść?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Życie

 

Znamię Kaina

16 wrz

2016_09_Kain i Abel1)    Wspomnienie raju w dzieciństwie Kaina i Abla – fragment obrazu „Adam i Ewa…”, Louise-Holandine von der Pfalz, 1660 r.   2)    Zbrodnia Kaina – fragment obrazu „Kain i Abel”, José Vergara Gimeno, XVIII w.   3)    Drugie wygnanie – fragm. obrazu „Sprawiedliwość i boska zemsta”, Pierre-Paul Prud’hon, 1808 r.

Dlaczego Bóg nie przyjął ofiary Kaina? Zawsze miałem przeświadczenie, że mit o dwóch biblijnych braciach opowiada nam o czymś więcej, niż tylko o przyczynach i skutkach zbrodni. Bo w tej kwestii jest wszystko czytelne: zazdrość, gniew, zabójstwo i przekleństwo. Mamy tu jakby powtórzenie sceny wygnania z raju: „Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!” (Rdz 4,11-12). Dlaczego jednak nie zostały przyjęte płody ziemi (praca rolnika), podczas gdy miła Bogu stała się ofiara pasterza? Czyżby to miało odwzorowywać prastary konflikt między pasterzami a rolnikami, jaki znajdujemy w sumeryjskim utworze o Dumuzi i Enkimdu?…

Odpowiedź znajdujemy w nieco wcześniejszych wersetach Księgi Rodzaju, zanim jeszcze doszło do zabójstwa – gdy Bóg zwrócił się do Kaina: „Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować.” (Rdz 4,6-7). Widzimy tu wyraźne zwrócenie się w stronę INTENCJI człowieka. Kain chce się Bogu przypodobać, konkurując o Jego względy z Ablem. Widząc zaś, że tę konkurencję przegrywa, postanawia pójść na skróty, by za wszelką cenę unicestwić pierwszeństwo brata. Jednak kara, jaka spotkała Kaina, zdawała się wyprzedzać samo zabójstwo. Wszak karą było już samo nieprzyjęcie ofiary. Bóg ma wgląd w nasze intencje, a one stają się podstawą do wartościowania naszej ofiary. To podstawowa wymowa tej opowieści, jaka się przede mną odsłoniła.

Ale nawet gdy już sercem człowieka zawładną złe intencje, Bóg wychodzi naprzeciw – tutaj widzimy to w próbie podjęcia przez Boga dialogu z Kainem. Ten jednak się odwraca, nie wchodząc w żywą relację. Był pierworodnym synem i stał wyżej w hierarchii (rolnictwo symbolizowało wyższą rangę niż pasterstwo) – tym bardziej więc rościł sobie prawo do przyjęcia własnej ofiary. Była ona jednak pozbawiona gotowości na podjęcie żywego dialogu z Bogiem, co sprawiało, że sam fakt ofiarowania stawał się instrumentalnym podejściem do Stwórcy. Ofiara Kaina miała charakter magicznego okiełznania żywiołów, przez co w swej wymowie stawała się pogańska i pełna pychy. Mit o Kainie to dla mnie wspaniała nauka o ludzkiej naturze, w której doznajemy nieustannych zmagań o zachowanie czystej intencji, do której nieustannie zakrada się myśl interesowna i podpowiadająca „masz takie samo prawo”…

 

Światła i cienie jungizmu

10 wrz

2016_09_dziuplaJaworowe dziuple mają w sobie coś tajemniczego – dają schronienie, ale też inspirują do wędrówki w świat metafor…

Koncepcja nieświadomości Carla Gustawa Junga pociągała mnie zawsze swą metaforyczną siłą, która obrazuje życie człowieka na podobieństwo drzewa z szeroko i głęboko zapuszczonymi korzeniami, mrocznymi dziuplami (które też udzielają schronienia) i wysoko rozpostartymi konarami świadomości. Korzenie czerpią ze wspólnych warstw kolektywnej nieświadomości. W pniu następuje ekspresja (ujawnienie) tego potencjału – z zachowaniem sfer nieuświadomionych (dziuple), zaś w koronie drzewa otwiera się nasza świadomość, która jest pochodną słońca i ziemi (pierwiastka duchowego i materialnego). Jaźń stanowi całe drzewo, którego widocznym aspektem jest „ego” (pień i korona). Nieuświadomione podziemie może generować w człowieku kompleksy i nerwice – ale i one mogą pełnić ważną rolę, wyrywając człowieka z kolein jałowego konformizmu. Są niczym dziuple, które powstają po zranieniach i wypróchnieniach, ale prowadzą do zabliźnienia, tworząc kryjówki przed światem.  To takie moje, laickie i osobiste postrzeganie Junga przez pryzmat nasuwających się skojarzeń. Spójrzmy jednak na to, jak sam to wszystko formułował…

Choć kontynuował szkołę psychoanalizy Freuda, odcinał się od freudowskiej obsesji na punkcie seksualności. Przenosząc pojęcie „energii psychicznej” na płaszczyznę znacznie szerszą, obejmującą nieświadomość indywidualną, zakorzenioną w nieświadomości zbiorowej, która tworzy podglebie do rozwoju kultur. Badania swe często opierał na introspekcji, wnikając we własne pokłady nieuświadomionych uczuć, emocji i popędów – czuł jednak duży respekt do tej ukrytej sfery, pisząc o niej: „gdybym zatrzymał się na swych emocjach, to treść nieświadomości rozerwałaby mnie na strzępy”. Dlatego wizualizował te wędrówki w obrazach i rzeźbach. Człowiek znajduje się w nieustannej interakcji między świadomością a nieświadomością – napięcie między tymi potencjałami generuje „energię psychiczną”. Charakter zachodzących tu procesów zależy od „typu postawy” – introwertycznej lub ekstrawertycznej, co widoczne jest również w różnicach kulturowych (np. ekstrawertyzm Zachodu i introwertyzm Wschodu). Na typ postawy nakładają się cztery funkcje psychiczne: myślenie, uczucie, intuicja i doznanie. Spośród nich zawsze tylko jedna jest wiodąca, dwie spełniają funkcje pomocnicze, a czwarta tonie w nieświadomości. Kombinacje te prowadzą do ośmiu charakterów człowieka.

Wreszcie wytworem nieświadomości kolektywnej są archetypy, które przejawiają się w postaci rozlicznych symboli i personifikacji, wizualizując bardzo bogatą treść tego, co ukryte. Jestem wdzięczny Jungowi, że potrafił przezwyciężyć freudowskie schematy i seksualne uproszczenia, ale i u niego zaczynają się pojawiać nadmierne redukcje treści do płaskich psychologizmów, które sprawiają wrażenie, że choć Jung śmiało zmierzał w kierunku transcendencji, to w ostatecznym rozrachunku próbował z nią uniknąć konfrontacji. Jego teoria niesie jednak wiele pozytywnych konsekwencji dla współczesnej psychologii. Słynny polski psychiatra, Antoni Kępiński, dzięki koncepcji Junga zwrócił uwagę na powiązania schizofrenii z filozoficznym poszukiwaniem. Zaś Ronald Laing poszedł jeszcze dalej, postulując konieczność traktowania schizofreników nie jako przedmiot leczenia, ale jako podmiot prowadzenia – przechodząc od ich degradacji do inicjacji (chodzi o inicjację ich wewnętrznej drogi). Terapeuta miał im odtąd w tej trudnej drodze towarzyszyć, pomagając oddzielać rzeczywistość wewnętrzną (nieświadomość) od zewnętrznej (obiektywnie uświadomionej). Psychoza daje dostęp do doświadczeń transcendentalnych – pisał Laing – a pełnię zdrowia można odnaleźć tylko w tymże transcendentalnym wymiarze. Natrafiamy tutaj na niezwerbalizowane, aczkolwiek wyraźne związki jungizmu z okazjonalizmem Malebranche’a – ale to już temat na osobną myśl, wkraczającą w przestrzeń wiary.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Psychologia, Życie

 

Między siatkarzami a …aniołami

18 sie

2016-08_rudbekie-anioł

Żaden kwiat i żaden owoc naszego życia nie może być na ziemi policzony. Jedynie anioły to potrafią…

Z przykrością obserwuję cały wysyp nieprzychylnych komentarzy wobec naszych siatkarzy po wczorajszym meczu. Ostra krytyka płynie tylko dlatego, że o włos ustąpili swoim mocnym rywalom. Dopóty wygrywali, nosili ich na rękach – gdy przegrali, automatycznie stali się „miernotami”, a trener – „nieudacznikiem”, który natychmiast powinien ustąpić…  Mam wrażenie, że jeszcze nie do końca potrafimy patrzeć na sport przez pryzmat PIĘKNA walki (nie tylko tej zewnętrznej), widząc w nim jedynie same punkty i medale. Gdybym mógł to zrobić osobiście, podziękowałbym naszym siatkarzom (z ich trenerem na czele) za dostarczenie sporych emocji i wspaniałego widowiska. No i za bardzo sportowe podejście do walki. Mam też nadzieję, że Stéphane Antiga będzie nadal szkoleniowcem naszej reprezentacji, bo według mnie to nie tylko dobry trener, ale także doskonały psycholog i po prostu sympatyczny gość!

Przy tej okazji znów nachodzą mnie myśli, jak bardzo nasze wysiłki, ambicje i działania nastawione są na wymierną efektywność. Jesteśmy w stanie przyznać wartość tylko tym staraniom, które zwieńczone są jakąś gratyfikacją, które pozostawiają po sobie konkretny ślad. A przecież większość naszej pracy rozpływa się w nieokreśloności. Bywają zawody, których efekt w ogóle nie jest w żaden sposób mierzalny. Bo czy po jakichkolwiek wynikach można określić wartość pedagoga, księdza, lekarza, robotnika czy sprzedawcy? Owszem, można mówić, że ten a ten jest pracowity, że to człowiek z powołania, że potrafi wiele dobrego zrobić – można to nawet podeprzeć jakimiś statystykami. Ale czy w tym wszystkim można zmieścić wartość jego intencji i włożonych wysiłków? A tym samym czy można wartościować człowieka po jakichkolwiek wynikach?

Żaden kwiat i żaden owoc naszego życia nie może być policzony czy skatalogowany, bo widzimy to wszystko jak plątaninę nici z tylnej strony haftu. Na ile ten haft jest piękny i czytelny, może powiedzieć tylko Bóg jeden – i może jeszcze anioły. Bo żaden śmiertelnik nie ma pełnego wglądu w tę materię. I niech tak pozostanie, bo to uczy pokory i ufności. To również powinno skłaniać ku radości wobec wszystkiego, w czym może przejawiać się piękno i dobro. A jedno i drugie widać tam, gdzie jawi się nieograniczony świat ludzkich możliwości i poruszające piękno relacyjności. Jedno i drugie zawarte jest również w sporcie – pod warunkiem, że nie spłaszczymy go do roli przepychanek ku urojonej wielkości, a sportowca nie zredukujemy do maszynki produkującej medale. Prawdziwy kwiat i owoc sportu pozostanie w naszej duszy, nie w żadnej tabeli wyników.

 
 

Nie „istota rzeczy” a osoba istoty…

18 lip

2016_07_trzy-potoki_trzy-osobyTrzy potoki na wschodnich stokach Rozsypańca…

Tak często poszukujemy prawdy o bycie, wskazując na różne koncepcje „istoty rzeczy”, że można się już w tym wszystkim zagubić – popadając w nihilistyczny relatywizm lub cyniczny pragmatyzm. Poszukując filozoficznego kamienia lub religijnej „czystości wiary” ludzie popadali w zaciekłe spory, które tak często prowadziły do samowyniszczenia, niejednokrotnie w imię najwyższych wartości, że wielu zwątpiło w istnienie Prawdy. Co ciekawe, w sporach tych tworzyły się koalicje, które z czasem traciły z pola widzenia ową „istotę rzeczy”, używając jej jedynie jako maczugi do wzajemnego okładania się po głowach. Filozoficzne i teologiczne frazesy stosowano w sposób bezkrytyczny i bezrefleksyjny. W koalicjach takich człowiek nabiera zadziwiającej skłonności do wyszukiwania błędów u wroga, jak również do wybielania swoich stronników, znajdując dla nich przeróżne usprawiedliwienia – bez względu na racjonalną ocenę faktów. Czy taka skłonność świadczy o braku obiektywnej prawdy, czy też może o tak upadłej naturze człowieka, iż nie jest już w stanie do tej prawdy sięgać? A może istnieje jeszcze odpowiedź trzecia?…

Argentyński pisarz Jorge Borges w swej historiozoficznej powieści „Teologowie” przedstawia dwóch zaciekłych oponentów religijnych z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Konflikt między nimi narósł już do takich rozmiarów, że wydawało się, iż tylko jeden mógł mieć rację – a drugi, sądząc po ludzku, musiał być przez Boga potępiony. Jakież było ich zaskoczenie, gdy okazało się, że Boga bardziej interesują owi teologowie, niż ich „teologiczne prawdy”. Jako katolik, wierzący w istnienie prawdy obiektywnej, nie chcę tu niczego relatywizować i rozmywać w potoku słów. Myślę jednak, że ta opowieść doskonale wskazuje na charakter niezmienności Prawdy i jej niezależności od naszego rozumu. Podczas gdy my tak często zanurzamy się w spekulacjach na temat natury rzeczy i roztrząsamy istotę moralnych praw, najważniejsze jest to, co się wówczas dokonuje w naszym sercu, tj. w samym rdzeniu naszej duszy. Personalistyczne podejście do wiary tchnie głęboką nadzieją, że wszelkie napięcia i różnice ostatecznie zostaną w Bogu przezwyciężone – i tylko w Nim może się to stać. To On sprawia, że pozorne sprzeczności i wszelkie paradoksy odsłaniają się jako inne perspektywy tej samej Prawdy.

Nauka sama w sobie pusta jest – nie istnieje prawda dla samej prawdy. Nie ma istoty rzeczy i sensu bycia poza doświadczeniem OSOBY, która staje się jedynym weryfikatorem Prawdy. Troska o osobę, która na trwałe wpisana została w zachodnie rozumienie praw człowieka, wynika właśnie z tego personalistycznego odniesienia. A ono z kolei zrodziło się na gruncie teologicznego dogmatu o Trójcy Świętej. Jakkolwiek może to się dziwne dziś wydawać, to właśnie ta prawda teologiczna zrodziła szacunek do osoby jako takiej – pomijając wzgląd na jej urodzenie, intelekt i przydatność. Wzajemna relacja Trójcy stała się obrazem najwyższego dobra i szczęścia, które jest wewnętrzną rzeczywistością jedynego Boga. Paradoks nie do przeskoczenia dla ludzkiego umysłu, staje się intuicyjnym drogowskazem do jedynej Prawdy o człowieku i o całym świecie. Ojciec, Syn i Duch – trzy osoby, trzy twarze, trzy kategorie relacji, trzy tajemnice – w jednym Bogu. Paradoks, który może być przezwyciężony tylko w ostatecznym Spotkaniu…