RSS
 

Afirmacja w miejsce marzeń…

01 sty

2018_01_AFIRMACJAMini-ikonki na szkle – św. Borysa i Gleba oraz archaniołów Gabriela i Michała, na tle Ustrzyk Dolnych

Afirmacja sprawia, że małe staje się duże, z pozornej brzydoty wyłania się piękno, z prostoty – mądrość, z szarej codzienności – dobro itd. To wspaniałe lekarstwo na większość naszych bolączek – gdybyż tylko człowiek chciał częściej po nie sięgać… Minął Sylwester. Ludzie składają sobie życzenia, podejmują postanowienia, dokonują przeglądu minionego roku. Często patrzą w przeszłość z poczuciem jakiejś straty, a w przyszłość – z różnymi lękami, zwracając się ku nowym marzeniom…

Jednak marzenia bywają wizualną sublimacją oczekiwań, przez co stają się przeciwnością duchowych pragnień – zatopionych w ufności i otwartości na nieznane. Czyste pragnienie przepełnia afirmacja wszystkiego, co przynosi czas. Między marzeniem a pragnieniem jest taka sama przepaść, jak między optymizmem a nadzieją… Dopiero gdy frustracje (skierowane ku przeszłości) i oczekiwania (wybiegające ku przyszłości) rozpłyną się w afirmacji, staję się człowiekiem prawdziwie wolnym i szczęśliwym.

Po co dążyć do otaczania się nowymi przedmiotami, skoro mogę rzeczom starym nadać wartość szczególną? Po co szukać spełnienia w całkiem nowych relacjach, jeśli relacje obecne mogą się stać kopalnią diamentów? Po co rozglądać się za nowym zajęciem, skoro powszednim obowiązkom mogę nadać nowy sens? Po co szukać wrażeń w nowych miejscach, kiedy zwyczajne otoczenie i prozaiczna sytuacja może w każdej chwili odsłonić oblicze zaskakujące i fascynujące?…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Aksjologia, Życie

 

Tajemnica Logosu

25 gru

2017_12_Logos_TrójcaDeesis (fragment), 1530 r., Bartne, obecnie na zamku w Sanoku – na tle Ustrzyk Dolnych

Gdy wchodzimy w teologiczną i symboliczną wymowę świąt Bożego Narodzenia, siłą rzeczy pojawia się  przed nami pojęcie Logosu. Stajemy tym samym przed największą i niezgłębioną tajemnicą chrześcijaństwa, jaką jest Trójca Święta – tak często opacznie kojarzona z jakimś dziwacznym wielobóstwem, że przyznam, iż sam miałem z tym niegdyś poważny problem. Boże Narodzenie jest więc odpowiednim czasem, by się nieco głębiej pochylić nad tymi dwoma pojęciami. Boga Trójjedynego możemy poznawać niczym odbicie słońca – w mniej lub bardziej trafnych metaforach, z których szczególnie przekonuje mnie trójpodział MYŚL-SŁOWO-RELACJA lub POTENCJA-ŚWIAT-DUCH. „Na początku było Słowo” – czytamy w ewangelii Jana, co sugeruje pojęcie słowa jako osobowego potencjału. W innym miejscu natrafiamy na werset powszechnie znany z kolęd: „A Słowo stało się ciałem…”, który wskazuje na urzeczywistnienie tej odwiecznej potencji w materialnym bycie. Wyzwalając energię z atomu, możemy uzyskać niewyobrażalną siłę, jednak to wciąż ta sama energia. Oczywiście w przypadku Ewangelii nie mówimy o żadnej energii, lecz o dwóch przejawach tej samej Osoby, która jednak również zachowuje pełnię swej tożsamości.

Mamy więc Logos jako SENS materialnego wszechświata, obecny zarówno w jego strukturze (sens łączący budowę najdalszych fragmentów kosmosu), jak i sens zawarty w zasadach (prawach przyrody), wskazujących na harmonię całej materii. Ale mamy też Logos rozumiany jako metafizyczny sens istnienia w historii i rozwoju świadomości. Drugim poziomem pojęcia Logosu jest wypowiedziane słowo, czyli RELACJA – podstawa wszelkiej koegzystencji bytów świadomych. Most przerzucony nad separacją między dwiema osobami, zaistniały w przestrzeni otwarcia i obdarowania. Wreszcie istnieje też trzeci poziom Logosu – rozumianego już w kategoriach konkretnej Osoby, jako Chrystus – realny CZŁOWIEK pojawiający się w historii świata, żywy Wzorzec pozbawiony błędu (grzechu), pełny wszelkiej potencji Syn żyjący w Ojcu. Człowiek, który przychodzi na świat jako konsekwencja obietnicy zawartej w proroctwach. Obietnicy, która trafiła na grunt zawierzenia – najpierw Bogu, potem drugiemu człowiekowi. Wiemy dobrze, że człowiek może też przychodzić na świat poza obietnicą i zawierzeniem – w biologii oderwanej od ducha. Taka sytuacja wzywa do podjęcia wędrówki w głąb własnych korzeni, celem otwarcia się na ich uzdrowienie. Inaczej skazalibyśmy się na trwanie w żywiole materialnego biosu, który odarty z ducha staje się chaosem.

W historii dostrzegamy pewną etapowość poznawania Logosu ukrytego w Trójcy – najpierw widzimy greckie pojęcie Logosu jako sensu, potem historyczne pojawienie się Mesjasza w narodzie żydowskim, wreszcie stajemy się świadkami prawdziwej eksplozji Logosu w łączącej obecności Ducha Świętego, zdolnego do przekraczania wszelkich granic: narodowych, rasowych, kulturowych, a nawet religijnych. Bo Duch Święty to nikt inny, jak duch Chrystusa, łączący wszystkich w jedno, i będący ekspresją ukrytej potencji Ojca… W życiu każdego człowieka Słowo staje się ciałem dopiero wtedy, gdy ten odnajduje sens własnej egzystencji w Chrystusie. Jest to więc proces bardzo osobisty, któremu towarzyszy uzdrowienie (odtworzenie) relacji ze Stworzycielem i drugim człowiekiem. Znamienne jest to, że etapowość procesu odchodzenia od Boga przebiega w kolejności odwrotnej – najpierw człowiek zatraca Ducha, potem neguje Chrystusa, by wreszcie utracić poczucie Ojca – sensu całego istnienia. Tylko w Chrystusie, przez doświadczenie Go w Trójcy Świętej, wkraczamy w przestrzeń pełnej potencji – prawdziwej wiary, obecnej już nie w przestrzeni wyobrażenia, lecz zawierzenia. W życiu każdego chrześcijanina to proces ciągły, ale też bywa radykalną metanoją w sytuacji, gdy chaos ogarnia cały rdzeń i korzeń czyjegoś życia – bo właśnie wtedy może dojść do spektakularnego otwarcia na Łaskę, która w takich sytuacjach potrafi przekraczać granice czasu, uzdrawiając przeszłość. I w tym właśnie tkwi największa nadzieja Bożego Narodzenia.

 

 
 

Anatomia gniewu

16 gru

2017_12_WSCHÓD_Słońca„Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!” Tutaj akurat mamy WSCHÓD słońca w Ustrzykach nad Gromadzyniem…

Czym jest gniew? Kiedy się w nas rodzi i skąd się bierze? Czy zawsze bywa siłą niszczycielską? Dalajlama utrzymuje, że istnieje gniew wolny od destrukcji – np. wtedy, gdy staje się reakcją na zło*. Podobnie pisał Paweł Apostoł w Liście do Efezjan: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce! (Ef 4,26). Słowo gniew w Biblii pojawia się w 375 miejscach – często w aspekcie „gniewu Bożego”, a przecież Bóg, który jest Miłością, nie może przejawiać gniewu w powszechnym rozumieniu tego pojęcia. U Chrystusa spotykamy tzw. „święty gniew” – gdy dobro zamieniano na hipokryzję (Jezus używał wtedy sformułowań: „plemię żmijowe”, „groby pobielane”), gdy kupczono świętością (wtedy uciekł się nawet do rękoczynu przepędzenia kupców ze świątyni), a także gdy pokusa przemawiała przez najbliższych (ostre słowa skierowane do Piotra). Za każdym razem była to reakcja na zło – nie przejawiał gniewu tylko wobec zła skierowanego przeciw Jego osobie. Ale zło nie potrafiło zadać ciosu ostatecznego, za każdym razem trafiając w pustkę. Tylko odpowiedź złem na zło jest w stanie sprawić, że zyskuje ono moc. Wróćmy jednak do samego gniewu.

Dalajlama wyraźnie odróżnia gniew od nienawiści. Gniew jest tylko formą odpowiedzi, która staje się uprawniona tam, gdzie nie ma innej możliwości przeciwstawienia się złu. Co prawda w lamaizmie panuje powiedzenie, że jeden akt gniewu może zniweczyć efekt całych eonów pracy nad sobą – ale gdy gniew jest zwrócony przeciwko złu i pozbawiony jest nienawiści, wtedy staje się czysty i wolny od siły destrukcyjnej. Takie stanowisko Dalajlamy odzwierciedlają również słowa: „Jeżeli mówimy o spokoju umysłu, nie powinniśmy go mylić ze stanem całkowitej niewrażliwości, apatii i braku jakichkolwiek uczuć – z wewnętrzną pustką.” Dopiero wtedy, gdy nie negujemy swej natury, akceptując również emocjonalność, stajemy się w pełni sobą, mogąc wejść w najgłębsze pokłady duszy, której korzenie wrastają w Boga. Odwrotnie jest z zanurzeniem się w nienawiści, kiedy to człowiek porzuca samego siebie, aby tylko zadać cierpienie innemu. Rozbijamy wtedy tę przezroczystą szybę, przez którą widać twarz Innego i która wpuszcza do wnętrza Światło. Człowiek zamienia wówczas okno duszy na jej krzywe zwierciadło, które nie tylko odbija napotkane zło, ale je pomnaża, jeszcze bardziej zniekształcając obraz rzeczywistości.

Gdy zapytano Dalajlamę o reakcję Tybetańczyków na chińską przemoc, odpowiedział: „Nawet jeśli po naszej stronie zaistnieje gniew, kontrolujemy go i staramy się czynić to uczucie mniej intensywnym, rozwijając współczucie do Chińczyków.” Badhisattwa w buddyzmie to ktoś, kto wyznaje określone wartości i zasady, a kiedy jest to konieczne, podejmuje stanowcze działania w ich obronie. To jednocześnie ktoś, kto zobowiązał się zwalczać zło w umysłach wszystkich czujących istot. Jeżeli więc narzędziem takiej postawy staje się gniew, jest on wolny od zła i całkowicie uprawniony. Jak w innym miejscu mówił Dalajlama: „należy przyjmować zdecydowaną postawę wobec osoby, która cię krzywdzi – jeśli przejdziesz nad tą sytuacją do porządku dziennego, ta osoba będzie ponawiać działania negatywne, co w przyszłości stanie się zgubne dla niej samej.” Nie wszystkie nurty buddyzmu propagują taką postawę – z pewnością ten tybetański jest tu bardzo bliski chrześcijaństwu. A tych punktów zbieżnych jest znacznie więcej, nad czym może innym razem warto się nieco głębiej pochylić.

 

 

*  „Uzdrawianie gniewu”, Wyd. Rebis, Poznań 2001); wszystkie przytoczone tu cytaty Dalajlamy pochodzą z tego źródła.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Psychologia, Religie, Życie

 

Między skruchą a poczuciem winy

03 gru

2017_12_SKRUCHA-POCZUCIE_WINYWidok z mojego okna. Przed wschodem czy po zachodzie słońca? Wybór należy do Ciebie.

Skrucha i poczucie winy to dwa, jakże często ze sobą utożsamiane stany duszy, które wykazują skrajnie odmienne źródło pochodzenia i motywację ukierunkowania. Poczuciu winy towarzyszy samooskarżenie się, podjęte ze strachu przed zewnętrzną odpowiedzialnością i widmem ciążącej kary. Prowadzi niejednokrotnie do postawy obwarowania lub ucieczki. Człowiek chce uciec przed samym sobą, budując zarazem grube mury, oddzielające go od konsekwencji wyrządzonego zła. Biblijny obraz wstydu przed własną nagością i wypędzenia z raju odczytuję właśnie jako alegorię takiej ucieczki. Jakże odmienna to postawa od mądrości ukorzenia i pragnienia pojednania. Człowiek, chcąc  zagłuszyć w sobie wyrzuty sumienia, podąża w jeszcze większy zgiełk – zmysłowy, emocjonalny czy intelektualny.

Poczucie winy wpycha człowieka w brak akceptacji samego siebie, co z kolei może się przekładać na inne sfery życia, niosąc za sobą również negatywne konsekwencje na płaszczyźnie somatycznej. Chyba najczęstszym jego skutkiem bywają rozmaite nerwice. Coraz częstszym zjawiskiem jest też wrogość wobec własnego ciała, własnej płci, biologicznych ograniczeń itp. Skrajną postacią jest samookaleczenie i samobójstwo. Niewinną ekspresją tego stanu może być potrzeba poprawiania zewnętrznego wyglądu poprzez tatuaż, piercing, operacje plastyczne. Zatrutymi owocami takiej negacji bywają też problemy z tożsamością płciową. Ucieczka przed sobą idzie w parze z odrzuceniem trwałych wartości – istnieją już tylko wartości doraźne, uznawane dopóty, dopóki przynoszą iluzję nasycenia lub usprawiedliwienia.

Dla odmiany skrucha nakierowana jest zawsze na pozytywny aspekt uświadomienia sobie grzechu, który odnajdujemy w miłosierdziu i nadziei. Nic tak nie leczy duszy (stanowiąc też lekarstwo dla ciała), jak  przylgnięcie do kochającego Ojca. Skrucha uwalnia od murów samotności i fosy lęków, bo jest w niej pokora – ale też ufność i radość marnotrawnego syna. Cud powrotu, przemieniający serce i otwierający zupełnie nowe horyzonty bycia w świecie.  Skrucha usposabia człowieka do życia we wspólnocie, podczas gdy poczucie winy wtrąca go w loch samotności. Indywidualizm wpisany w izolacjonizm staje się plagą dzisiejszych czasów, stanowiąc powód trwałej niedojrzałości – ucieczki przed odpowiedzialnością i życiem we wspólnocie, również tej rodzinnej… Skrucha jest więc jedyną drogą do zawierzenia, uwolnienia i napełnienia człowieka Treścią, dla której warto żyć.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Duchowość, Psychologia

 

Samotność w murach Jerycha…

15 lis

2017_11_mury_Jerycha_cerkiew_Krywe

 Może odległe jest porównanie ruin cerkwi w Krywem do murów Jerycha - ale czy nawet te najświętsze miejsca nie rozpadają się na znak, że prawdziwa świętość nie tkwi w tym, co przemijalne?

Przeczytałem dziś dwa fragmenty Ewangelii (poniżej), które odnoszą się do problemu ludzkiej nędzy i samotności – rozpatrywanego na dwóch różnych płaszczyznach. Chodzi o fragment dotyczący uzdrowionego ślepca i celnika, którego Jezus osobiście odwiedził. Pierwszy wchodzi w fizyczną nędzę człowieka (choć ślepotę cielesną można też odnieść do mroków duszy), drugi dotyczy nędzy duchowej – ludzkiego grzechu. W pierwszym i drugim przypadku człowiek jest przerażająco samotny. Zarówno ślepiec jak i celnik spotykają Jezusa w Jerychu – najniżej położonym mieście na Ziemi, co również nabiera wymiaru symbolicznego, ilustrując stan rzeczywistej kondycji człowieka. Ślepiec pewnie żebrał na ulicy, musiał więc oderwać się od jej bruku. Zacheusz odwrotnie – zszedł z drzewa. Obaj odnaleźli się na płaszczyźnie żywej relacji.

Ślepiec krzyczał, choć inni go chcieli uciszyć. Zacheusz, aby widzieć (a podświadomie może też, by zostać dostrzeżonym?) wyszedł na sykomorę – to drzewo figowe, które stało się symbolem grzechu i wstydu. Obydwaj za wszelką cenę pragnęli spotkać Chrystusa, będąc mieszkańcami tego samego Jerycha, którego wymowa znana jest też dobrze z murów rozpadających się pod donośnym brzmieniem trąb (Księga Jozuego 6,20). Oczywiście trąby to obraz głębokiego zawierzenia i modlitwy, która jest kluczem do rzeczy niemożliwych. W obydwu fragmentach Ewangelii również czujemy, że na głos tych „trąb” rozpadły się mury - przed każdym z nieszczęśników otwierając nowy horyzont ducha. Jeden wyszedł z mrocznej czeluści, drugi zszedł ze sromotnego drzewa – dla obu skończył się czas beznadziei i dojmującej samotności…

„Kiedy zbliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: ”Co chcesz, abym ci uczynił?” Odpowiedział: „Panie, żebym przejrzał”. Jezus mu odrzekł: „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga.” (Łk 18,35)  Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. (Łk 19,1)

 
 

Roślina, łąka i ogród jako wartości mentalne

12 lis

2017_11_ ŁĄKI-mentalne

Wróciłem z konferencji na temat botanicznych walorów w agroturystyce. Cykl wykładów obejmował etnobotanikę, ogród i łąkę. Tematyka stwarzała okazję, by zupełnie inaczej spojrzeć na te zagadnienia – w kontekście ich wykorzystania do turystycznego ożywienia Regionu, ale także w wielowymiarowym aspekcie interdyscyplinarnym. Wchodzimy tu bowiem w zagadnienia dotyczące nie tylko marketingu i ekologii, ale także różnych poziomów kultury materialnej i duchowej. Spotkanie inspirowało do ciekawych przemyśleń – m. in. nad istotą naszego podejścia do przyrody na płaszczyźnie nie tylko użytkowej (ogrodnictwo, łąkarstwo, zielarstwo, pszczelarstwo, kuchnia, survival itp.), ale także mentalnej – w sferze magicznej, obrzędowej, artystycznej, symbolicznej, emocjonalnej, czy metafizycznej.

Podczas spotkania padło ważne określenie, że świat roślin wraz z całą naturą stanowi dla człowieka swoiste lustro. Osobiście rozumiem to w ten sposób, że człowiek nie jest w stanie siebie zrozumieć inaczej jak przez przyrodę – i na odwrót: przyroda traci sens w oderwaniu od człowieka. Dlaczego penetrując coraz bardziej odległe przestrzenie mikro- i makrokosmosu, coraz bardziej czujemy się w tym świecie zagubieni? Czy nie dzieje się tak wskutek tego, że wyruszając w odległe penetracje naukowe, zostawiamy gdzieś w tyle samego człowieka? Daliśmy sobie wmówić, że obiektywny proces poznawczy wymaga oderwania się od antropocentrycznego spojrzenia na całą naturę. Badamy ją więc w ten sposób, jakby poszczególne jej części istniały integralnie, bez połączenia ze światem ludzkim. Czy jednak może coś istnieć inaczej niż „dla”? Czy istnieje kosmos jako taki – sam w sobie? Czy też może istnieje tylko o tyle, o ile – i w jaki sposób – ja go postrzegam?

Podobnie jest z tymi „zielonymi konstelacjami” wokół nas, do których należy ogród czy łąka – bez człowieka ich sens nie może być w żaden sposób odczytany. Bo wymiar estetyczny, emocjonalny czy metafizyczny kształtuje się w przestrzeni relacyjnej. To tutaj może zaistnieć cały proces wartościowania i przewartościowywania tych obiektów. Jeśli to nie nastąpi, rzeczywistość ta pozostanie dla nas tylko nudną i płaską murawą czy też wrogim, chaotycznym chaszczem. Nie są to tylko czcze dywagacje. Jeśli tego nie potraktujemy poważnie, trudno nam będzie wydobyć ukryte walory tych współczesnych „edenów” i wyeksponować je jako szczególną atrakcję Podkarpacia. Atrakcję niebanalną, bo właśnie Podkarpacie zachowało to tradycyjne ukształtowanie siedlisk (bez ich chemizacji czy monokulturyzacji) – w ścisłym powiązaniu z mentalnym bogactwem odniesień, których człowiek zachodniej cywilizacji już dawno został pozbawiony.

 

 

Czereśnie i nagie kości – świat ducha i materii

09 paź

2017_10_Kirschenmadonna_duch_i_materia

Obraz Tycjana „Madonna z czereśniami” – w kontekście przemijalności, którą symbolizują kości, rozwłóczone po bieszczadzkiej puszczy…

Kiedy nasz umysł, do szpiku przesiąknięty dyktaturą empirycznego myślenia, zderza się z rzeczywistością cudu, próbuje go na swój sposób racjonalizować. I często przyjmujemy do swej świadomości tylko taką postać zjawisk nadnaturalnych, która pozwala się jakoś wytłumaczyć na płaszczyźnie naturalizmu – czy to zbiegiem okoliczności, czy siłą nieznanych jeszcze fal i form energii, czy też przełamaniem bariery czasoprzestrzeni – wszystko jednak zgodnie z prawem fizyki. Dzieje się tak dlatego, że założyliśmy bezwzględny prymat materii nad światem ducha. Świadomie lub podświadomie traktujemy sferę duchową jako pochodną materii lub przynajmniej jako arenę równoległą, która musi uwzględniać to, co zachodzi na płaszczyźnie fizycznych zjawisk, bo tylko od nich zależy jej wiarygodność. A co by było, gdybyśmy tę zależność odwrócili? Gdyby to świat materii uczynić jedynie ekspresją ducha – na wzór wyświetlanego na ścianie filmu?

Dzisiejszej nocy miałem dziwny sen. Był bardzo krótki, lecz niesamowicie wyrazisty – do tego stopnia, że jeszcze teraz widzę jego poszczególne kadry w najdrobniejszych szczegółach (co raczej się nie zdarza, bo moje sny zwykle szybko rozpływają się we mgle). A śnił mi się rzymski cesarz – właściwie nie wiem, po czym poznałem w nim cezara, skoro była to jakaś bezkształtna masa zmurszałych kości, tu i ówdzie porośniętych mchem. Nagle paskudna czaszka, schowana w miednicy szkieletu, przemówiła do mnie, żądając dokonania mordu na swym przeciwniku. Czaszka wyszczerzyła swe pożółkłe zęby w szyderczym  śmiechu, dając mi do zrozumienia, że niewykonanie polecenia jest równoznaczne z wyrokiem śmierci na mnie samym, po czym wysunęła się z tej obrośniętej mchem miednicy, unosząc się w górę, niespodziewanie wysoko, na swej smukłej, kościanej szyi. Zostałem sam w poczuciu sytuacji bez wyjścia. Wtedy przykuł moją uwagę świerk, który obficie owocował …czereśniami. Na ten widok zapomniałem o swym położeniu, usilnie zastanawiając się, co to ma znaczyć. I nagle, jeszcze we śnie, wszystko stało się jasne!

Cesarz jest symbolem przemijającej władzy i ziemskich zależności. Czereśnie to dla mnie wyraz miłości i nadziei związanej z Maryją (pierwszy obraz, jaki mi się z nimi skojarzył, to „Madonna z czereśniami” Tycjana – poniżej). A to, że czereśnie rosły na świerku to oczywiście cud, dokonany w kontekście życia wiecznego (świerk). Sytuacje bez wyjścia pojawiają się tylko tam, gdzie myślimy po ziemsku, podporządkowując swe życie duchowe „cesarzowi” tego świata. Zależność odwrotna: gdy życie ziemskie zaczynamy widzieć tylko z perspektywy ducha (jako pochodną rzeczywistości duchowej – nie odwrotnie), otwiera przed nami zupełnie nową, niczym nie ograniczoną perspektywę. Upiorny cesarz nie musi być obrazem realnej władzy – stanowi raczej wyraz duchowej śmierci, jaka tkwi w grzechu. Bo każdy z nas takiego „cesarza” znaleźć może w sobie samym…

 
 

Heglowska triada starej i nowej Europy

03 paź

2017_10_JESIONOd lewej: 1) sędziwy jesion w Caryńskiem, 2) próchniejący pień jesionu na wołosackim cmentarzu, 3) odbijające pędy na pniu pod cerkwią w Stefkowej.

Chwilami odnoszę wrażenie, że cały ten radykalny podział, jaki dziś w Europie (a jeszcze bardziej w Polsce) obserwujemy na płaszczyźnie ideowej i politycznej, przypomina heglowską triadę. Pierwotną tezą były kultury przypisujące sobie prawo do zabijania w imię przyjętych przez siebie wartości. Antytezą stał się paradygmat ofiary – aby dać się zabić za wartości, w które się wierzy. Ta antyteza realizowała się w niezłomnej postawie wobec wielkich totalitaryzmów. Syntezą takiej dziejowości staje się konieczność unicestwienia w sobie imperatywu wszelkich wartości, dla których dotąd mordowano i za które się ginęło. Oczywiście tak to wygląda w oczach „nowoczesnej” Europy…

Czy jednak cała ta obłąkana triada nie jest wytworem chorej wyobraźni? Wszak na zmurszałym pniu takiego świata wyrastać już mogą tylko wyniszczające grzyby nihilizmu lub śluzowce krótkotrwałego hedonizmu. Główny zrąb życia zaczynają więc stanowić formy pasożytnicze (korzystające z tlących się jeszcze przejawów życia – tu i ówdzie gasnących idei) oraz saprofityczne, które w sposób już ostateczny rozkładają próchno materii organicznej, redukując je do składników gleby. Jedne i drugie stają się pożywnym i bogato zastawionym stołem dla różnej maści drapieżników, coraz liczniej napierających do wnętrza butwiejącego pnia, by w końcu posiąść go na własność.

W przyrodzie cenimy sobie takie siedliska, dopatrując się w nich ekosystemów o wysokim wskaźniku bioróżnorodności. Jednak schodząc z tej metafory na poziom realnego społeczeństwa, utopią byłoby żywić nadzieję na własny rozkład. Tutaj już nie ma bezstronnego obserwatora – są tylko uczestnicy szekspirowskiego dramatu, wystawianego pod tytułem „zjeść czy być zjedzonym?” A odpowiedzią na tak postawione pytanie jest coś, co w całym tym zgiełku nie wszyscy potrafią dostrzec: nowe pędy ducha, odbijające od zmurszałego pnia, a czerpiące soki ze starych korzeni. Za kilka lat to właśnie one staną się młodym drzewkiem, a za kilka dekad wszystko pogrąży się w ich cieniu. To one staną się wyznacznikiem nowego porządku.

 
 

Wartość przeciwstawności

06 wrz

2017_09_pokrzyk_tojad_kociołekWśród najsilniej trujących roślin istnieją takie, których działanie wzajemnie  się znosi. Mówimy wtedy o „antidotum” – tak jest w przypadku pokrzyku (z lewej) i tojadu (z prawej). Czy w życiu społecznym nie jest podobnie? Czy przeciwieństwa nie są nam dane (i zadane), by chronić nas przed nami samymi?

Często spotykamy się w życiu z diametralnymi skrajnościami w postawach społecznych – na poziomie lokalnym lub narodowym, w aspekcie politycznym, religijnym, ideologicznym czy każdym innym. Gdy się głębiej zastanowić, u każdej ze stron można znaleźć jakieś racje. Lecz racja to nie to samo, co Prawda – jest zaledwie jej promyczkiem. Samej Prawdy objąć nie sposób, jak nigdy nie obejmiemy Słońca. Możemy jej zaledwie doświadczać – i to jedynie wówczas, gdy sama nam się objawi. Czy zatem brak jedności jest zaprzeczeniem wspólnoty? Czy mimo radykalnych różnic możemy być jedną wspólnotą narodową, religijną, kulturową?…

Przy odpowiednim spojrzeniu sam fakt istnienia przeciwstawnych postaw może się jawić jako realna wartość każdej społeczności i przejaw jej zdrowego funkcjonowania. Niedawno ktoś przy obchodach „sierpnia ’80″ powiedział bardzo mądre słowa: „Solidarność to nie jedność”. Napięcia, jakie powstają między przeciwieństwami, stanowią o stabilności całej konstrukcji (jak naprężenia w żaglu czy namiocie). To dzięki nim możemy mówić o mechanizmie zbiorowej samokontroli. Zrozumienie tych procesów prowadzi do pokory i wzajemnego otwarcia – wbrew oczywistym różnicom, które bywają trudne i bolesne. To właśnie one uczą nas prawdziwej akceptacji osoby, mimo zanegowania jej poglądów.

Materiał pozbawiony naprężeń zamienia się w bezkształtną szmatę - zatęchłą w wilgoci lub po wysuszeniu miotaną wiatrem. Taka sytuacja ma miejsce w społeczeństwach, które uczyniły sobie bożka z tolerancji, rozumianej w kategoriach wzajemnej obojętności, przy jednoczesnym porzuceniu świata niezmiennych wartości. Paradoksalnie to właśnie taka „tolerancja” staje się najprostszą drogą do dyktatury, w której nieustannie być musi narzucana bezwyznaniowość i bezideowość oraz brak tożsamości narodowej czy kulturowej. Taki „namiot” nie chroni już przed wiatrem czy deszczem; „żagiel” nie pcha ku upragnionym lądom. Istnieje tylko bezwolny dryf i powolny rozkład.

 

Istota SYMBOLU – od wizji do rdzenia znaczeń

22 sie

2017_08_22_Apokalipsa_DurerRyciny Dürera z końca XV wieku, ilustrujące symbolikę Księgi Objawienia – na tle naszych Bieszczadów…

Nie od dziś w mediach mnożą się rozmaite przepowiednie, również te bazujące na skojarzeniach z Księgą Apokalipsy. Jedna z ostatnich głosi, jakoby 23 września miały się ziścić słowa św. Jana – „gdy słońce znajdzie się na tle gwiazdozbioru Panny, otoczone koroną z 12 gwiazd (9 gwiazd z gwiazdozbioru Lwa oraz 3 planet:  Merkurego, Wenus i Marsa) – z księżycem pod jej stopami”… Było już wiele podobnych interpretacji, które wiązano z konkretną datą. Zwrot ku ezoteryce zdaje się być swoistą reakcją sprzeciwu wobec dyktatury scjentyzmu (patrz August Comte) – nowoczesnego bałwochwalstwa, stawiającego empiryzm na ołtarzu wszelkiego poznania.

A tam gdzie wyparto życie duchowe, tam funkcję religii zaczyna spełniać to, co ją wyparło. Tak więc zarówno ideologia scjentyzmu, jak też wchodzące w jego miejsce spekulacje spirytystyczne czy numerologiczne, zawsze jawiły mi się jako swoiste formy parareligii, bazującej na dość karkołomnych wyliczeniach i skojarzeniach. Gdyby się doszukiwać w Apokalipsie sugestii opartych na liczbach czy wyobrażeniach, możemy ich znaleźć sporo – dadzą się też zapewne dopasować do wielu treści. Ale czy to właściwe podejście do księgi Objawienia? Czy wizja Apostoła ma być dla nas rebusem do rozwiązania? Czy też jej wymowa jest zupełnie inna, wzywając nas raczej do postawy ufności, niż do rozbudzania lęków?

Niedawno czytałem wypowiedź jednego duchownego, który stanowczo przestrzegał nie tylko przed ezoterycznym podejściem do ostatniej Księgi biblijnej, ale także przed dosłownością obrazowania zawartych w niej metafor (miecz wychodzący z ust itp.). Tu można dyskutować, czy sam obraz stanowi jakieś zagrożenie. Niemniej każdy symbol wprzódy domaga się zrozumienia, nie zilustrowania. Wizualizacja znaków, dokonana przed ich właściwym odczytaniem, prowadzi do budzących grozę wizji (a czasem do wyobrażeń wręcz groteskowych), które mogą mieć więcej wspólnego z gatunkiem fantasy, niż z życiem duchowym. Bo duch karmi się impulsami woli i autorefleksji, nie oderwaną od nich estetyką czy emocjonalnością.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Duchowość, Symbolika

 

…lecz w wichrze nie było Pana

14 sie

2017_08_WICHER-LASY„Ocean” bieszczadzkich lasów – z licznymi wiatrołomami i pniami kształtowanymi przez wiatr…

Sobotniej nocy wielka trąba powietrzna skosiła hektary lasu, niszcząc przy tym obóz harcerski i zabijając 5 osób (w tym dwoje dzieci). A w niedzielę obydwa czytania w kościołach dotyczyły właśnie tego żywiołu. Pierwsze o tym, że Boga nie było w wichrze ani w ogniu – był obecny w ciszy. Drugie o łodzi miotanej przeciwnymi wiatrami, gdy Jezus szedł po wodzie ku swym uczniom. Dopóki Piotr wpatrywał się w Mistrza, szedł po falach – gdy spojrzał w stronę żywiołu, zaczął tonąć… Tak i my toniemy w swych lękach, zabieganiach, cierpieniach i obciążeniach, gdy całą naszą uwagę przykuwają żywioły tego świata: widok wszelkiego spustoszenia, lęk przed wojenną zawieruchą, przed cierpieniem i wyniszczającymi chorobami. Dopiero spojrzenie na Jezusa daje siłę, by iść po wodzie mimo wszelkich burz. W samym żywiole nie znajdziemy Boga, choć często Go o to obwiniamy, doszukując się w tych wszystkich kataklizmach jakiejś kary, czy jeszcze gorzej – kaprysu Stwórcy. Owszem, doświadczenie żywiołu może nas uwolnić od przywiązania do dóbr przemijalnych. Bóg jednak czeka na nas tylko w ciszy zawierzenia…

Wiem, że łatwo mi jest o tym pisać, nie doświadczywszy tak bolesnego ciosu, jaki dziś przeżywają rodzice tragicznie zmarłych harcerek. Szczerze im współczuję i modlę się za nich, bo sam mam córkę w wieku tych dziewczynek. Jednak chciałbym też prosić, byśmy nie szukali winy w sobie czy w innych- zwłaszcza w takiej sytuacji, gdy zadziałał trudny do przewidzenia żywioł. I gdy ci, w których od strony prawnej można by się winy doszukiwać, działali bezinteresownie i w dobrej wierze. Tutaj jedyną odpowiedzią jest ufność, że to co się stało, ma swój ukryty sens. A ufność jest postawą, która pozwala nam odróżnić sumienie od owoców z „drzewa poznania dobra i zła”. Często mylimy jedno z drugim, doszukując się w biblijnym drzewie samej świadomości czynów dobrych i złych. Tymczasem owoc z tego drzewa jest wyłącznie symbolem uzurpacji człowieka wobec wyznaczania granic, a nie ich rozpoznawania. Jeśli ujmujemy byt człowieka ewolucyjnie, to jego stworzeniem było pojawienie się wolnej woli i sumienia. Dopiero później mógł zaistnieć „grzech pierworodny” – czyli próba samodzielnego określania, co jest dobre, a co złe.

Konsekwencją zerwania owocu była więc skłonność do kształtowania granic moralności i do wydawania sądów w zakresie dobra i zła. Dotyczy to zarówno osądu innych, jak też potępiania samego siebie. Podczas gdy sumienie jest tą ciszą, w której mieszka Bóg – i gdzie moja ufność pozostawia wszelki osąd tylko Jemu, „owoc z drzewa poznania” staje się zarzewiem rozpętanego piekła wzajemnych osądów (szukania wszędzie winnych, ale również surowego potępiania samego siebie) – lub odwrotnie: niewoli w zakresie ubóstwiania innych i ciągłego usprawiedliwiania samego siebie. Brak ufności to pochodna wyzbycia się pokory: sam wchodzę w kompetencje Boga. Gdy natomiast trwam w zawierzeniu, w ciszy swego serca staję się wolny od ciągłej presji osądzania i bycia osądzanym – od nieustannego wystawiania bezwzględnej oceny sobie i innym. Wolny od potępiania i ubóstwiania wszelkiego stworzenia. Wolny od osądzania w swym sercu samego Boga – od ponownego krzyżowania Go na Golgocie własnego buntu. Wolność ta stwarza we mnie zupełnie nową jakość człowieka, pozbawionego lęków i przywiązań wobec wszystkiego, co przemija – w tym również wobec mojego życia i życia moich najbliższych.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Biblia, Bieszczady, Wiara, Życie

 

LĘKI, MĘKI i JĘKI – między rozpaczą a nadzieją…

09 lip

2017_07_Bledne_kolo (bluszcz) - Jacek Malczewski

„Błędne koło” Jacka Malczewskiego (fragment)

Trudno sobie wyobrazić człowieka pozbawionego lęku – nie strachu przed realnymi i bieżącymi zagrożeniami, ale lęku, który nie daje się tak łatwo racjonalizować. Czy lęki dotyczące projekcji zdarzeń, które są odległe lub mało prawdopodobne, należy traktować jako przejaw nerwic i innych zaburzeń? Jaką rolę odgrywają w naszym życiu? Przychodzi mi na myśli tylko jedno: lęki stanowią wyzwanie do ciągłego przebijania się przez ciasną powłokę egzystencjalnego tu-i-teraz. Bez lęku człowiek łatwo zgnuśniałby w swej próżności i lenistwie, w letargu przyzwyczajenia i samozadowolenia. Podobną rolę spełnia cierpienie – choć ono jest już znacznie bardziej osadzone w realności – a jednocześnie zanurzone głęboko w mrokach tajemnicy, wobec której próżne się staje wszelkie wymądrzanie z pozycji człowieka, który cierpienia nie doświadcza.

Cierpienie w znacznej mierze stanowi podstawę lękowej świadomości, bo zaczyna się już tam, gdzie następuje jego projekcja. Człowiek odpowiedzieć może na swe lęki, jak i na samo cierpienie, w diametralnie różny sposób: buntem lub zawierzeniem. Zgorzkniałość, narzekanie, przeklinanie – to tylko pożywka dla lęków i cierpień, które na tym podłożu jeszcze bardziej wzrastają. Dzieje się tak wtedy, gdy człowiek wchodzi w rolę sędziego, szukając w tym świecie sprawiedliwości – a tym samym również winowajców zła. Bo lęk i cierpienie niewątpliwie jest złem (brakiem dobra), czy – jak kto woli – jego konsekwencją. Znajdując winę w innym, popadamy w złość, a nawet w bluźnierstwo. Znajdując ją w samym sobie – w rozpacz, jeśli tylko ta wina przesłoni nam przestrzeń nadziei.

I tu przed nami odsłania się kolejne słowo-klucz: nadzieja, która wzrasta na glebie podlewanej wdzięcznością i użyźnianej poczuciem przemijalności wszystkiego, co dotyczy tego świata. Jedynym lekarstwem na chorobę potęgujących się lęków i cierpień jest więc świadomość obdarowania. Doświadczenie w życiu bezinteresownego dobra (bo dobro zawsze jest bezinteresowne), pamięć o osobach, które je przyniosły i chwil szczęścia, jakie w nas to dobro wzbudziło – to właśnie pokarm nadziei. Podobnie jak przeżycie piękna czy napełnienie duchem mądrości, stany te bywają w naszym życiu ulotne i krótkotrwałe. Niezwykle ważna jest więc ich kontemplacja i afirmacja. Dopiero duchowe zogniskowanie się na tych refleksach Bożej obecności pozwala na przeniesienie ich potencjału na realne życie. Projekcja przyszłości nastrojona wdzięcznością potrafi zachwycić jak piękny kwiat, który z czasem dojrzewa w owoc nadziei…

 
Komentarze (48)

Napisane w kategorii Duchowość, Psychologia

 

Między uśpieniem a zaślepieniem

24 cze

2017_06_Tyrawa_Solna_kapliczka

Urocze, stare kapliczki w Tyrawie Solnej koło Sanoka

Między wiarą a wątpliwością istnieje jakieś twórcze napięcie, w którym człowiek urzeczywistnia w sobie to, co staje się jego najgłębszą istotą. Wiara pozbawiona namysłu podszytego wątpliwością bywa równie niebezpieczna, jak wątpliwość wyzuta z wiary. Taka „wiara” może się szybko przerodzić w bezduszną rutynę lub okrutny fanatyzm. Rutyna jest jak pasożyt, który zabija w dłuższym czasie, ale po cichu – unicestwiając cały potencjał duchowy, w jaki człowiek został wyposażony. Z kolei fanatyzm to okrutny drapieżnik, który musi stale zabijać, aby utrzymać się przy życiu, czyniąc to na różne sposoby: przemocą, podejrzliwością, pogardą i totalną negacją wszystkiego, czego nie zdołał sobie przyswoić.

Nie mniejszym zagrożeniem jest wątpliwość obdarta z wszelkiej wiary. Warto przy okazji uściślić pojęcie wiary, jakiego tu używam. Nie chodzi o przyjmowany system doktryn i wyobrażeń, ale o czystą postawę zawierzenia – o ufność, że wszystko ma sens, bo skierowane jest ku ukrytemu Celowi, ku kochającej Osobie i jednoznacznej Prawdzie. Otóż wyzbycie się takiej wiary nieuchronnie prowadzi ku tragedii nihilizmu. Ale i ona może mieć dwa oblicza: obojętnego konformizmu lub rozpaczliwej negacji. Sama rozpacz widoczna jest w kulturowym przesileniu (dekadentyzm) lub osobistym buncie (prowadzącym do negacji świata wartości i samego siebie). Bunt taki często bierze się często z zapętlenia emocjonalnego, podczas gdy zjawisko negacji kulturowej wynika z impasu twórczego lub intelektualnego.

Droga wiary i wątpliwości jest więc ciągłym balansowaniem na wiszącym moście, rozpiętym między brzegami egzystencji i transcendencji. Przejście na drugą stronę wymaga utrzymania równowagi między dwoma krańcami tyczki – ufnością i autentycznością, miłością i prawdą, wiarą i wątpliwością… W ostatnim czasie doszło na naszym Kontynencie do bolesnego zderzenia dwóch światów, prezentujących skrajne formy zniszczenia tej równowagi. Islamski fanatyzm z pasją wgryza się w zmurszałą twierdzę zachodniego nihilizmu. Staliśmy się świadkami krwawej konfrontacji, w której starło się doktrynalne zaślepienie z hedonistycznym uśpieniem. Co weźmie górę? Sen czy furia? A może jest jednak i trzecia droga, na którą właśnie wskazuje wiara podszyta wątpliwością?

 

Trzcinowe miary w sferze ducha…

18 cze

Trzcina_Chrystus_06_2017Chrystus z berłem trzcinowym (w sztuce bieszczadzkiej jest to raczej pałka wodna) – na współczesnym nagrobku (Zagórz) i XVII-wiecznym ołtarzu (Sanok) – oraz prawdziwa trzcina (Phragmites australis).

Trzcina jako berło radykalnie odmienne od ziemskich insygniów władzy. Atrybut szyderstwa, a zarazem władzy pochodzącej nie z tego świata: „Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego” (Mt 27,29)

Symbol cierpienia i osamotnienia. Tu trzcina staje się czytelnym odniesieniem do separacji między agresorem i jego ofiarą, a zarazem między grzesznikiem a Bogiem: „Ktoś pobiegł i napełniwszy gąbkę octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić” (Mk 15,36)

Obraz kruchej kondycji człowieka – i szacunku wobec jego wolności. Bóg nie ingeruje w zło, które człowiek wybiera. Tak jak nie powstrzymał ręki z gwoździami wbijanymi do krzyża, tak nie stanął na drodze holokaustu… „Trzciny zgniecionej nie złamie, ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi.” (Mt 12,20).

Miara wszelkiej wielkości. Materia najbardziej krucha staje się miarą tego, co silne i monumentalne: „A ten, który mówił ze mną, miał złotą trzcinę jako miarę, by zmierzyć Miasto i jego bramy, i jego mur.” (Ap 21,15)

 Jedyna miara świętości. Kruche dobro, podatne na złamanie przez żywioły tego świata, staje się wyznacznikiem tego, co prawdziwie święte: „Potem dano mi trzcinę podobną do mierniczego pręta, i powiedziano: «Wstań i zmierz Świątynię Bożą i ołtarz, i tych, o wielbią w niej Boga.” (Ap 11,1)

 

W poszukiwaniu źródeł okrucieństwa i wrażliwości

17 cze

PON_w_BieszczadachPolski owczarek nizinny w Bieszczadach (przed 30 laty) - wtedy Góry te były tylko w moich marzeniach. :)

W pewnej biograficznej książce, którą właśnie czytam, natknąłem się na kilka epizodów z codziennego życia Francuzów w latach 20-tych, kiedy to za całkiem zwyczajne uchodziły takie zabawy, jak strzelanie do przywiązanego gołębia, rzucanie kamieniami do kaczek na wodzie, pławienie kury w rzece, czy ściganie autem królika aż do jego rozjechania. Miało to miejsce kilkadziesiąt lat temu – w kraju, który szczycił się być wzorcem światowej kultury i subtelnej wrażliwości. Nie chcę przez to deprecjonować Francuzów, bo takie odniesienie do zwierząt znaleźlibyśmy też wówczas w innych częściach Europy. Chodzi mi tutaj o coś innego: na ile od tamtego czasu zmienił się nasz poziom wrażliwości? Skąd bierze się w człowieku okrucieństwo i jak rodzi się wrażliwość?

Bestialstwo nazistów przypisujemy obłąkanej ideologii i bezwzględnemu wychowaniu. Gdybyśmy jednak cofnęli się kilka wieków wstecz, ujrzelibyśmy rozbawioną gawiedź podążającą za skazańcem, narzędzia tortur czy publiczne pręgierze, które należały do wyposażenia każdego większego miasta, okrutne zabawy dzieci czerpiących przyjemność z wymyślnego znęcania się nad zwierzętami. Zapewne również dzisiaj tu i ówdzie pojawia się okrucieństwo – nie znajduje ono jednak powszechnej akceptacji, więc musi się ukrywać. Czasem jest ono bardziej widoczne, gdy dochodzi do zderzenia kultur. Szokuje nas i oburza stosunek Chińczyków do psów, Hiszpanów do byków, a Norwegów do wielorybów (może i Polakom można by coś przypisać?) Co więc sprawia, że wrażliwość wobec otaczających nas istot w pewnych warunkach rośnie, w innych zatrzymując się na poziomie ich urzeczowienia?

W dzisiejszym świecie  najbardziej szokuje nas bestialstwo islamistów. Wzbiera w nas gniew, gdy widzimy zbrodnicze egzekucje i zamachy wymierzone w przypadkowych ludzi. Ale oburzenie czujemy również wobec legislacyjnego okrucieństwa u naszych sąsiadów, gdzie w imię prawa z byle powodu odbiera się dzieci, przekazując je do rodzin obcych językowo, kulturowo i religijnie, nie patrząc na cierpienie, jakie wyrządza się tym bezbronnym istotom i ich rodzicom. Celowo zestawiłem tutaj te dwie różne formy przemocy, by uzmysłowić, że to, co szokuje nas, Polaków, wcale nie musi oburzać Niemców czy Szwedów. Jak więc rodzi się w nas wrażliwość i czy jest to proces powszechnie postępujący? Czy działa tu wyłącznie kulturowo kształtowana empatia, czy też większą rolę odgrywa system indywidualnie przyjętych wartości? Co sprawia, że dostrzegamy w kimś osobę, a w zwierzęciu istotę godną szacunku?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Etyka, Psychologia