RSS
 

Między mrokami puszczy a horyzontami połonin…

09 maj

2017_05_Wyspa_MertonPuszcza może stać się dla nas duchową pułapką, skłaniającą do szukania własnej dziupli – albo wyzwaniem, by wspiąć się ponad nią, na połoninę, doświadczając pełnej wolności…

Otrzymałem dziś zamówioną paczkę z książkami Thomasa Mertona – w tym słynną „Siedmiopiętrową górę”, którą zostawiam sobie na później. Zacząłem od skromniejszej pozycji – „Nikt nie jest samotną wyspą”. Merton dotyka w niej dramatu człowieka rozpiętego między pragnieniem sensu - wpisanym w jego najgłębszą istotę – a pokusą odczytania powszechnego bezsensu, uwalniającego od wszelkiej odpowiedzialności i oferującego narkotyk dryfującej beztroski. W każdym z nas tkwi ta ziemia obietnicy i wygnania – wyboru na przemian kreatywnej wolności i ślepego determinizmu. Ten stan bolesnego rozdarcia może się stać zarówno źródłem przekleństwa, jak i błogosławieństwa…

Rozdarcie to stanowi wyzwanie dla każdego z osobna, bo nikt nie może ci powiedzieć, kim jesteś – i co stanowi sens twego istnienia. Ty także nie możesz nikogo w tym zakresie oświecić. To droga, którą musimy podjąć samotnie, choć wiedzie nas ku rozdrożu, otwierającemu przed nami drogę na pustynię zbielałych kości lub ku pustelni, która jest pełna żywej obecności. Bo każdy z nas po części taką pustynią i pustelnią żyje – czasem przeważa jałowy piasek, innym razem samotność przeradza się w poczucie szczególnej więzi… Jednak wrodzone lenistwo skłania nas często do szukania łatwych rozwiązań. Staje się to idealną pożywką dla rozmaitych konformizmów, pustych pasji czy ideologii. Dlatego, jak pisze Merton: „optymistyczny pogląd na życie nie zawsze jest owocem cnoty”.

Wchodząc w dziewiczą puszczę pytań, które rodzą się z najgłębszych lęków i pragnień, stajemy przed dwoma rodzajami niepokoju. Pierwszy rodzi się z braku odpowiedzi na postawione pytania – to stan naturalny, prowadzący na połoninę nadziei, z której otwiera się szeroki horyzont wiary. Drugi jest mroczną czeluścią, jaka może usidlić człowieka, zanim podejmie jakikolwiek krok ku górze. To lęk przed samym stawianiem pytań. Grzęźniemy wtedy w bagnie lenistwa lub rozpaczy. Albo wchodzimy w zmurszałą dziuplę, tworząc z niej własny dom - strojąc się w pióra mądrych pytań i błyskotliwych odpowiedzi. Ale sytuacja bagna i dziupli, stanowić może również zarodek nadziei – jeśli obudzi w nas świadomość własnej grząskości i ciasnoty, stęchlizny i mroku…

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Życie

 

Merton – między duchem a ciałem

06 maj

2017_05_ziarna_kontemplacji_MertonPrzytulenie drzewa nie wymaga jego zrozumienia – tak jak wejście na most nie wymusza znajomości jego konstrukcji…

Kupiłem na prezent książkę Tomasa Mertona „Nowe ziarna kontemplacji” i jeszcze w księgarni po uszy wsiąkłem w tę lekturę. :) Merton pisze, że kontemplacja jest przeciwieństwem kartezjańskiego „Cogito ergo sum” – żeby w nią wejść, trzeba właśnie porzucić swoje „cogito”. Intensywna myśl w dwójnasób potrafi stawać tu w opozycji – po pierwsze dlatego, że staje się formą jałowej aktywności, próbując tworzyć coś od siebie (zasłaniając tym samym obraz rzeczywistości); po drugie – nastawiona jest na umacnianie swej fałszywej, partykularnej jaźni. W efekcie łapie tylko cień istnienia – fałszywą tożsamość „to-ja” oraz iluzję bytów obok „tamto-on”. Połączenie ze swoim „ja” prawdziwym i nienazwanym możliwe jest tylko przez własne OTWARCIE na przepływ rzeczywistości w jedynym Bogu – bo prawdziwe ja nigdy nie dąży do potwierdzania samego siebie. Z całego „cogito ergo sum” pozostaje tylko „sum” – jestem. Jeśli człowiek szuka potwierdzenia swego istnienia w myśleniu, kurczowo trzyma się swej subiektywnej jaźni, bojąc się opuścić swój ciasny pokoik, by zobaczyć prawdziwy świat – uznaje więc swoje wnętrze sztucznej jaźni za cały świat. Kontemplacji nie jest potrzebny ani intelektualny wysiłek (cogito), ani żadna konstrukcja zależności (ergo).

Kontemplacja nie może być celem wykalkulowanych ambicji, dlatego Merton nie zaleca sięganie po nią w sposób programowy – zwłaszcza wtedy, gdy czynimy z niej kolejne zadanie swego życia. Dlatego dużą trudność z kontemplacją mają ludzie z natury swej aktywni i pragmatyczni, osiągający życiowe sukcesy. Stosunkowo łatwo i spontanicznie wchodzą w nią natomiast ludzie, którzy z natury swej są wobec żywiołów tego świata nieporadni – szczególnie gdy zderzyli się z jakimś poważnym kryzysem.  Jednak wielkim błędem byłoby uważać kontemplację jako ucieczkę od świata fizycznego. Nic bardziej mylnego! Ucieczka od rzeczywistości nie wyzwala nas od fałszywej (zewnętrznej) jaźni – bo to właśnie ona jest tym światem, który może się stać przekleństwem. Pogarda do fizycznego stworzenia to w istocie nienawiść do jego Stwórcy – to oskarżenie, które próbujemy zrzucić z siebie na innego – jak biblijny Adam oskarżył Ewę, a ona węża. Również nasze ciało nie jest źródłem zła – bo negacja cielesności jest takim samym samobójstwem prawdziwej tożsamości, jak negacja swej duszy. Merton idzie tu dalej – samo oddzielanie duszy od ciała jest negacją tego świętego małżeństwa ducha i materii.

I tutaj wyłania się przed nami istota najgłębszej relacji człowieka – ukierunkowania do swego Stwórcy, który wcale nie potrzebuje być nazywanym i określanym. Bo każda idea Boga mówi więcej o nas samych, niż o Nim – pisał Merton. Każde przebudzenie wychodzące poza zewnętrzną jaźń implikuje pewien rodzaj śmierci, którego panicznie się lękamy. Na koniec znów zacytuję Mertona: „Umysł, który jest więźniem konwencjonalnych idei, i wola, która jest więźniem własnego pragnienia, nie potrafią przyjąć ziaren nieznanej prawdy i nadprzyrodzonego pragnienia.” Stąd przyszło mi na myśl skojarzenie z mostem, który został dla nas przerzucony przez rwącą rzekę zjawisk. Próbując budować własne mostki, skazani jesteśmy na ich nieustanne zrywanie przez nurt tego świata. Bo brzeg materii (immanencji) połączony jest z brzegiem ducha (transcendencji) tylko jedynym mostem. Syn-Logos, obecny w każdym, kto podejmuje w Jego kierunku krok otwarcia, stanowi dwa przyczółki po obydwu stronach rzeki – Syna Człowieczego i Syna Bożego, będąc oparciem dla jedynego przęsła, jakim jest Duch Święty, zachowujący zdolność dwukierunkowego przepływu Bóg-człowiek, dusza-ciało, duch-materia. W chwili obecnej nie znamy jeszcze drugiego Brzegu …ale w każdej chwili możemy po prostu wejść na Most.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara

 

Mistyka biało-czerwonej chorągwi

03 maj

2017_05_Biało_Czerwoni_Ustrzyki Dolne - kilka lat temu na tym bloku powiewała tylko jedna flaga – dziś widać je z góry na dół…

Według heraldycznej symboliki biel oznacza niewinność i czystość, a czerwień – męstwo i poświęcenie. Akurat jestem w trakcie lektury o kontemplacji i w tym kontekście przyszło mi na myśl, że ta prosta kolorystyka wpisuje się w samą głębię mistyki. Chodzi o stosunek akcji do kontemplacji, wdechu do wydechu. Każde duchowe działanie, aby mogło być owocne, musi być poprzedzone aktem wewnętrznego oczyszczenia – dlatego biel widnieje ponad czerwienią.

Biała barwa naszej flagi to czystość – ale w głębokim, duchowym wymiarze tej wymowy chodzi o szczególny jej rodzaj, który obejmuje wyrzeczenie się swoich przywiązań, iluzji, pożądań i chęci odwetu za wszelkie zło. To jednocześnie gotowość do chłonności wobec pełnego wymiaru prawdy i dobra. Natomiast czerwień to wkład każdego z nas w to wspólne Dobro – i w Prawdę, która ma moc wyzwalającą. Czerwień to każde słowo, każdy czyn, każda kropla krwi.

I teraz najważniejsze: gdy brakuje bieli (wycofania, oczyszczenia, chłonności na osobowy i metafizyczny wymiar dobra), pozostaje nam tylko „czerwony sztandar”, czyli propozycja własnej idei narzucanej przemocą. Kiedy zaś poprzestajemy na tymże biernym wycofaniu, rezygnując z aktywnego kształtowania świata wartości, redukujemy biało-czerwony wymiar do nijakiej bieli – opacznie pojętej tolerancji, która de facto jest wywieszeniem białej flagi. To kapitulacja wobec każdego ataku na świat wartości.

 

Z wysokości katedr – w głębiny wąskiej studni?…

23 kwi

2017_04_przerobione_kościołyPowyżej przykłady desakralizacji kościołów na Zachodzie - od góry: 1) dyskoteka w Metz (Francja), 2) restauracja (Holandia), 3) dzika „oranżeria” (Francja), 4) księgarnia (Holandia), 5) hotel (Belgia). Foto - internet.

Konserwatywna strona polskiego katolicyzmu – z którą w dużej mierze sam się utożsamiam – ulega często pokusie swoistego triumfalizmu, wedle którego chrześcijaństwo może się odrodzić mocą sentymentów sięgających etosu dawnego rycerstwa i silnego państwa. Tymczasem Joseph Ratzinger, postrzegany powszechnie jako niekwestionowany przywódca konserwatywnego skrzydła katolików, jeszcze jako kardynał w 1969 r. (!) tak oto przyszłość Kościoła przepowiadał: „Kościół czeka poważny kryzys. Odrodzony będzie niewielką, ale bardziej uduchowioną wspólnotą. Stanie się Kościołem przepojonym miłością Zmartwychwstałego. W tym momencie ludzie uświadomią sobie, że ich egzystencja oznacza nieopisaną samotność, a zdając sobie sprawę z utraty z pola widzenia Boga, odczują grozę własnej nędzy. Wtedy, w małej owczarni wierzących, odkryją coś zupełnie nowego: nadzieję dla siebie – odpowiedź, której zawsze szukali”.

Jan Paweł II w trzy lata po naszym wejściu do Unii (tj. w 1997 r.) przybywając do Gniezna wołał: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. Niedawno w kontekście chrztu Polski pisał też o tym znany historyk średniowiecza, biskup Grzegorz Ryś: „1050 lat temu książę (Mieszko) wiedział, że prowadzi swoich pobratymców w świat łacińskiej kultury i że czyni ich obywatelami europejskiej wspólnoty ludów zwanej christianitas – wspólnoty, w której każdy wymiar życia osobistego i publicznego (z politycznym włącznie) naznaczony był chrześcijaństwem”. Czy jednak ten czas nie przeminął już bezpowrotnie? Zważywszy na powyższe słowa Ratzingera, być może nie trzeba dziś ubolewać i załamywać rąk nad tragicznym zanikiem tożsamości narodów zachodnich? Może to przeznaczenie Europy i zachodniej cywilizacji, aby cała miniona świetność wieków obrócona została w gruzy? Przykładowo w  Holandii do celów komercyjnych przystosowano aż 900 obiektów sakralnych! W Niemczech w ciągu ostatniej dekady na lokale użytkowe przeznaczono ok. 100 kościołów...

Kiedy patrzę dziś na zdjęcia monumentalnych katedr zamienionych w bary, dyskoteki czy księgarnie – albo po prostu zarastających zielskiem lub pełniących rolę muzeów – odczuwam głęboki smutek. Gdzieś tam na dnie duszy odzywa się pocieszenie, że przecież Polska jest inna, że tutaj świątynie wciąż jeszcze pulsują żywym duchem. Może więc wystarczy odciąć się od Zachodu, tworząc nowy bastion chrześcijaństwa w oparciu o to, co ocalało? Ale zaraz po takich myślach się reflektuję – przecież to właśnie tutaj wyczuwalna jest jakaś mesjańska pokusa „triumfalizmu”, która podpowiada, że to my jesteśmy ci wybrani, do których należy ocalenie zachodniego świata wartości. Oczywiście chciałbym, aby tak było – coś mi jednak mówi, że nie tędy droga. Może, jak pisał Ratzinger, trzeba wpierw odczuć tę „grozę własnej nędzy”, by się na nowo odrodzić w duchu – już nie w świetle potęgi niebosiężnych katedr, ale w cichej głębi serca. I chyba każdy musi tę drogę przebyć osobiście.

 

Polski romantyzm vs zachodni pozytywizm

25 mar

2017_03_ROMANTYZM Modlitwa konfederatów barskich (Grottger)Modlitwa konfederatów barskich, Artur Grottger 1860

Często słyszymy utrwalony stereotyp, że Polacy są niepoprawnymi romantykami – że do dziś nie potrafiliśmy zamknąć za sobą drzwi do krypty Słowackiego i Mickiewicza. Zapewne jest w tym dużo prawdy, ale spójrzmy też na to z drugiej strony. Czy taka ocena Polaków nie wypływa z silnej polaryzacji Europy? Zapatrzeni w cywilizacyjny sukces Zachodu zatraciliśmy zdolność pełnego widzenia, jak silnie dziś skażona jest ta część Europy ideologią pozytywistyczną… Chciałbym tu szczególnie zogniskować się na myśli dwóch filozofów – Augusta Comte’a i Johna Milla. Wielki demontaż Kościoła i całej duchowości, jaki nastąpił po rewolucji francuskiej, pozostawił pustkę, którą trzeba było czymś zapełnić. Comte wprowadził więc w obieg pojęcie „religii ludzkości”, która w skrócie opierała się na swoistym tłumaczeniu zasad altruizmu: człowiek silny pomaga słabemu, za co ten słaby oddaje mu swoje uwielbienie. W ten sposób ludzkość stała się jednocześnie bogiem, mesjaszem (odkupicielem) i ludem odkupionym.

Warto tu jednak zauważyć, że sam Comte stanowczo odcinał się od ateizmu, uważając celowość świata za bardziej prawdopodobną od przypadkowości. Było mu też równie daleko do empiryzmu, który traktował jako skrajność równą mistycyzmowi. Odcinał się także od materializmu, uważając materię za taką samą fikcję (!), jak pojęcie duszy. A fikcje według Comte’a wytwarza w człowieku zarówno intelekt (w postaci metafizyki), jak i uczucia (kształtujące mitologię). Nękany chorobą psychiczną, Comte nie mógł stanowić osobowości zrównoważonej i poukładanej (co znajdowało wyraz w jgo życiu osobistym). Mimo to zdołał się głęboko zakorzenić we francuskiej myśli, utrwalając w niej podejście deistyczne, które z czasem powszechnie ewoluowało w radykalny ateizm. Wpłynął też znacząco na społeczne życie Francuzów – szczególnie na ówczesne elity, coraz silniej zwracające się w stronę masonerii. Comte był twórcą samego pojęcia „pozytywizm”, dając też podwaliny pod panującą do dziś ideologię totalnego relatywizmu, wyrażającą si jego słowami: „Jedna jest tylko maksyma bezwzględna – że nie ma nic bezwzględnego.”

Współczesnym Comte’owi propagatorem pozytywistycznego liberalizmu na Wyspach Brytyjskich był John Mill – syn Jamesa Milla, twórcy idei utylitaryzmu. James Mill postanowił w ramach eksperymentu wychować syna w duchu swej ideologii, izolując go od otoczenia. Eksperyment się powiódł – indoktrynacja zrobiła swoje. I choć John w wieku 21 lat przeżył z tego powodu silne załamanie nerwowe, to jednak z duchowego balastu do końca wyzwolić się nie potrafił. Pozostał zagorzałym liberałem i empirystą, na każdym kroku zwalczającym filozoficzny aprioryzm i uniwersalizm. W procesie poznawczym zręcznie połączył indukcję z dedukcją, wywodząc obydwie z doświadczenia (eksperymentalizm). Cały jednak dorobek nauki kierował w stronę utylitaryzmu. To z kolei stało się zaczynem pod anglosaski pragmatyzm, wprzęgając etykę w kryterium użyteczności. Pragmatyzm w znaczącym stopniu przyczynił się do ustanowienia kultu sukcesu – i do przedkładania go nad światem klasycznych wartości. Z pewnością dało to mocny impuls dla technicznego rozwoju anglosaskiej cywilizacji. Czy jednak nie było wykrojeniem z niej duszy?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Naród

 

Obumieranie świata – i nadzieja cudzych butów…

12 mar

2017_03_stare_buty_Obumieranie starych chałup na Strwiążku (dzielnica Ustrzyk Dolnych)

Bywa czasem, że jakieś oczywiste słowa w konkretnym momencie przemówią do nas mocniej. Tak było dziś z dwoma, zupełnie osobnymi zdaniami papieża Franciszka, który przed chwilą powiedział: „Jeśli ktoś z Chrystusem umiera, z Chrystusem zmartwychwstaje”. Przypomniało mi się też, że kiedyś, przy innej sposobności powiedział też: „Aby komuś pomóc, trzeba wejść w jego buty”. Kiedy nad tym myślałem, te dwa osobne zdania połączyły się w jedno…

Pierwsze przesłanie otwiera nas na istotę umierania. Nie tylko tego ostatecznego, w sytuacji granicznej - ale też tego, które się w nas każdego dnia dokonuje. Czasem to rezygnacja z prawa do czegoś, z własnego zdania, z bycia „kimś” w oczach innych. To gotowość zapomnienia o sobie – bo tylko w takim formacie dokonuje się dobro. Jak bardzo przeszkadza w tym świadomość własnego „ja”, może dać wyobrażenie sytuacja, gdy np. czytając książkę, próbujemy myśleć o procesie czytania – nie ma siły, by nie zgubić wtedy wątku.

W drugim przesłaniu buty stają się obrazem odmiennych przyzwyczajeń, pragnień i wyobrażeń, jakie nosi w sobie drugi człowiek. Aby wejść w „cudze buty”, muszę więc zostawić na boku własne, wygodne obuwie. A wdziać buty, które nie zawsze będą miłe – czasem stare, zniszczone, przesycone niemiłym zapachem i dopasowane już do zupełnie innej stopy… Zanim wejdę w czyjeś buty, muszę stać się bosy – bezbronny i obnażony, muszę wejść w kontakt z surową ziemią, narażony na ciernie i błoto…

 

Relacja przełamująca separację…

05 mar

2017_03_Beksinski_relacje_separacjeRelacyjność wobec radykalnej separacji śmierci (na bieszczadzkich nagrobkach) i separacji światów wewnętrznych (na obrazach Beksińskiego)

Gdy zadałem komuś pytanie „co to znaczy żyć w dobrej relacji?”, otrzymałem odpowiedź „to proste – być życzliwym dla kogoś”. Taka odpowiedź prowokuje jednak do następnego pytania: „co to znaczy dobrze komuś życzyć?” Czy nie bywa często tak, że to JA wiem, co dla kogoś jest dobre – i według tej „wiedzy” spełniam czyjeś życzenia? Czuję się wtedy życzliwy – a że ktoś tej życzliwości nie potrafi docenić, to już nie mój problem. Tak często w tej naszej „życzliwości” się rozmijamy, że wyraźnie brakuje w niej czegoś zasadniczego. Może zwykłej otwartości, by najpierw poznać, co dla drugiej osoby jest ważne? Jaka jest jej wrażliwość? W jaki sposób widzi i czuje ten świat?

Bez uważnego wsłuchania się w czyjś głos, nawet najbardziej wyrafinowane formy dogadzania staną się tylko zakamuflowanym egoizmem. Wyrażać się one będą w apodyktycznej „posłudze”, która dla obiektu tych starań będzie tylko formą osaczenia i zniewolenia, a dla osoby dogadzającej - balastem próżnych wysiłków i źródłem rozdrażnienia z powodu „niewdzięczności”. Co jednak sprawia, że tak często realizujemy tylko własną WIZJĘ „uszczęśliwiania” drugiego człowieka? Myślę, że przyczyna tkwi w dwóch płaszczyznach: egzystencjalnej, wynikającej z radykalnej separacji między naszymi światami – i aksjologicznej, wyrażanej w braku woli wniknięcia w świat drugiej osoby. A wpływ mamy tylko na tę ostatnią.

Jedynie wsłuchując się w czyjeś pragnienia, w ten swoiście odmienny sposób przeżywania rzeczywistości, możemy dostroić swą empatię do wrażliwości drugiego człowieka. Z jakim zdumieniem odkrywamy wówczas, że prawdziwa życzliwość nie wymaga rzeczy wielkich, bo już sama próba zrozumienia staje się spełnieniem podstawowego pragnienia. Wysłuchanie jest ważniejsze od usługiwania – tak jak postawa Marii u stóp Jezusa ma głębszy wymiar, niż cała krzątanina Marty. Wewnętrzna radość powstaje tylko wtedy, gdy udaje się przezwyciężyć radykalną separację – gdy zamknięta monada człowieka otwiera okno na drugą monadę, by choć przez moment gościć w jej wnętrzu, zapraszając ją też do siebie. I chyba właśnie to uczucie jest przedsionkiem stanu, który nazywamy „niebem”?

 

Renesans tematyki wojennej czy próba przenicowania wartości?

11 lut

2017_02_RELATYWIZACJA_WINYOkładki gier i książek o tematyce wojennej (przykładowe fotografie wybrałem z internetu)

Chyba każdy już zwrócił uwagę, że z jakimś zadziwiającym nasileniem reklamowane są coraz to nowe gry wojenne z tematyką II wojny światowej. Na księgarskich półkach pojawiają się stosy książek, tych historycznych i tych beletrystycznych, których okładki epatują nazistowskimi mundurami. Nie brakuje też filmów o fenomenie niemieckiej hegemonii – czy też o dramatycznych bohaterach tamtych czasów. Przedstawia się ich w ten sposób, by w czytelniku wzbudzić empatię, a nawet próbę zrozumienia zbrodniarzy – jak też uniewinnienia tych, którzy biernie lub czynnie ich wspomagali. Nie twierdzę, że dla wielu ówczesnych obywateli „wielkich Niemiec” ten okres nie był traumą – zastanawiam się jednak, jakie są podstawy tego zadziwiającego renesansu wojennej tematyki (po 72 latach od zakończenia wojny!) – i jak dalece odbiegliśmy od jednoznacznej oceny tych czasów?

Filmowcy, pisarze czy twórcy gier komputerowych skwapliwie korzystają z zapotrzebowania na tematykę wojenną. Skąd się jednak bierze samo zainteresowanie życiorysami zbrodniarzy, siłą demonicznego zła, hekatombą ofiar i apokaliptycznym rozmiarem zniszczenia?  Czy nie powinny nas bardziej inspirować życiorysy twórców i myślicieli – budowniczych naszej cywilizacji oraz dzieła, jakie po sobie pozostawili?… Mam wrażenie, że w naszej zbiorowej podświadomości (zwłaszcza w narodach obciążonych tą bolesną przeszłością) zachodzi jakiś proces banalizacji zła. Dzieje się tak poprzez przełożenie jego metafizycznej siły na mechanizmy psychologii, ogromu spustoszenia – na fascynację strategią, poczucia winy – na różne formy usprawiedliwienia…

Rozmyciu ulega historyczna odpowiedzialność za zło – hitlerowcy, podobnie jak sowieci, coraz częściej odrywani są od ich narodowych korzeni, a ich czyny przedstawia się chętnie w kategoriach następstw uwarunkowań politycznych, społecznych czy psychologicznych. To pozwala zgrabnie żonglować rolami katów i ofiar. Sama istota winy przecieka gdzieś między palcami – trudno już w jednoznaczny sposób wskazać krzywdzicieli i pokrzywdzonych, najeźdźców i oprawców, bo wszyscy byli na swój sposób „ofiarami”. Wobec braku winnych trzeba jednak w sposób czytelny zasugerować przyczynę tego bezmiaru krzywd. W powietrzu unosi się więc fałszywy przekaz, że zło drzemie w narodowej tożsamości, stając się pochodną zbyt poważnego podejścia do honoru i patriotyzmu. Człowiek zostaje w ten sposób uwolniony od winy, która spada na tradycyjne wartości – a te, niczym ofiarne kozły obciążone grzechami ludzi, zostają wypędzone poza mury cywilizacji.

 

W kainowym mroku…

04 lut

2017_02_Kain

„Kain, Abel i Adam” – William Bouguereau (1888) oraz “Kain i Abel” – Pietro Novelli (1630) – w środku: stary, bieszczadzki buk, który był pewnie świadkiem niejednego…

Czy podział na Abla-pasterza i Kaina-rolnika mówi nam o jakiejś ukrytej prawdzie? Dlaczego Bóg nie chciał spojrzeć na ofiarę Kaina? Bóg mówi do niego: „gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną”. Czyli grzech starszego brata miał początek nie tylko przed samym dokonaniem zbrodni, ale nawet przed złożeniem ofiary. Jego źródłem nie była więc odmowa jej przyjęcia, ale coś znacznie głębszego, co tkwiło w sercu Kaina. Co symbolizują „wrota” w słowach Boga: „grzech leży u wrót i czyha na ciebie”? Czy owe „wrota” nie są prapoczątkiem aktu woli, kiedy to człowiek decyduje się na wpuszczenie do swego serca zazdrości lub pożądania? Czy sama zbrodnia nie jest już tylko zewnętrzną ekspresją tego pierwotnego aktu?

Gdy Bóg pyta Kaina, gdzie jest Abel, pada znamienna odpowiedź „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” – słowa świadczące o zerwaniu nici odpowiedzialności za brata. Co to znaczy, że ziemia Kaina nie wyda już plonu? Przecież wiemy, że złoczyńca często osiąga większy „plon” od człowieka dobrego. Ale czy potrafi się nim prawdziwie cieszyć? Czy brak plonu nie dotyczy duchowego wymiaru „plonowania”? Przecież sam Kain mówi „każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!” – jego sumienie skazuje go na wieczny lęk. To sumienie jest prawdziwą ziemią wygnania „na wschód od Edenu” . I to ono stwarza glebę jałową, która nie może już wydać plonu radującego serce.

Ale Bóg nie chciał zemsty na Kainie, ogłaszając też, że: „ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie”. Dlaczego bratobójca Kain był przez Boga chroniony – a inny zabójca miałby ponieść karę siedmiokrotną? Warto tu jednak zauważyć, że Bóg nie mówi, iżby sam miał być mścicielem. Źródłem każdej pomsty jest również sumienie – to ono rodzi lęki i wszelkie niepokoje. Człowiek sam na sobie szuka wyroku za zło, które wyrządził. Sam też próbuje to prawo zemsty stosować na innych, z każdym aktem kolejnego odwetu biorąc na siebie jeszcze większe jarzmo – oddalając się coraz dalej od Edenu, na ziemie jeszcze bardziej cierniste i jałowe. W jakim wymiarze tragedia Kaina dotyka każdego z nas?…

 
 

Między światłem a mrokiem – życiem a teatrem…

01 sty

2016_12_JASKINIAJaskinia Platona – i nasze studenckie wyprawy (Jaskinia Kryspinowska, 1989 r.)

Obserwując cienie w „jaskini Platona”, człowiek nauczył się je w sposób drobiazgowy opisywać – i na różne sposoby interpretować. Poznanie prawdy wymaga woli ODWRÓCENIA (czy też w nazewnictwie religijnym – nawrócenia) – bo tylko wgląd w rzeczywistość ukrytą za naszymi plecami daje możliwość wejścia w rzeczywistość realną. Takie „odwrócenie” pozwala na powiązanie świata iluzji z tym, co faktycznie istnieje – odkrywając źródło oglądanego dotychczas „teatru cieni” w postaci światła i żywych postaci.

Ale spojrzenie w tył nie jest procesem łatwym – zniewolonych jaskiniowców ograniczają kajdany i lęk przed mrokiem, który ich spowija po lewej i prawej stronie (odwrócenie wymaga przejścia przez ciemność). Proces ten jest aktem woli – musimy chcieć się oderwać od teatru na ścianie – trzeba też pokonać lęk przed niewiadomą i zawieszeniem całej dotychczasowej wiedzy, na której oparliśmy dotychczasowe poczucie bezpieczeństwa. Wiedzy, którą czerpiemy ze świata iluzji, rzutowanej przez cienie dochodzącego z tyłu światła. Zwrócenie twarzy ku ŚWIATU, czy ku ŚWIATŁU?

Tak więc WOLA poprzedza ZROZUMIENIE – bez ryzyka spojrzenia w mrok nie ma poznania Prawdy. Człowiek w swej historii podejmował różne próby uwolnienia się z przygniatającej go sytuacji jaskiniowego zniewolenia: od porzucenia wszelkiej materialności i zanegowania bytu cielesnego (orficy, platonicy, manichejczycy), poprzez wyłączenie cierpienia (epikurejczycy) i porzucenie własnych pragnień (stoicy) lub sądów (sceptycy, cynicy) – aż po rezygnację z wszelkich wysiłków i skupienie uwagi na samym „teatrze cieni” (materialistycznie ukierunkowani agnostycy i ateiści).

Różne odpowiedzi znajdziemy też w religiach. Judaizm próbuje uwolnić się od jaskini, negując indywidualne odczucia i opierając się na prawie (drogą afirmacji światła i jego radykalnego oddzielenia od człowieka), islam robi to odrzucając osobę człowieka i wynosząc „wolę światła” ponad wszelkie dobro, buddyzm – dystansując się do realności wszystkiego (światła, cienia, jaskini i człowieka). Tylko chrześcijaństwo zdołało rozpoznać w mroku tajemnicę ZŁA (i jego skutków w postaci iluzji), zachowując świadomość realności stworzenia, a zarazem uznając nierozerwalność światła od dobra…

 
 

Zawiła i ciernista droga bieszczadzkich krzewów w naszej kulturze

01 gru

2016_12_głóg-tarnina-róża-kalina_1Zimowe gałązki dzikich krzewów z owocami – od lewej: głogu jednoszyjkowego, tarniny i dzikiej róży oraz kaliny.

Obserwując dzikie owoce, przez długi czas pozostające jeszcze zimą na gałązkach tutejszych krzewów, warto wiedzieć, że stanowią one nie tylko urozmaiconą stołówkę dla ptaków, od zarania dziejów dostarczając też surowca dla wielu ludowych potraw i leków (o czym już wielokrotnie pisałem) – mają też swoją bogatą historię w naszej kulturze. Ich symbolika, jak też emocjonalna barwa odniesień, zmieniała się przez wieki, ewoluując często w zupełnie przeciwną stronę. Spróbujmy tę zawiłą wędrówkę znaczeń prześledzić na kilku wybranych przykładach.

GŁÓG już kilka tysięcy lat temu był symbolem nadziei – dlatego w starożytnej Grecji jego gałązkami przyozdabiano głowy nowożeńców. W średniowieczu za sprawą długich cierni odnoszono go już bardziej do bolesnej i tragicznej miłości. I właśnie taka wymowa przeważa w poezji, literaturze i malarstwie. To pędy głogu wyrosły z grobów Tristana i Izoldy – splatając się ze sobą nierozłącznie. W Bieszczadach cierniste gałązki pełniły amulet przeciwko wampirom – wbijano je w język zmarłego. Dziś już mało kto pamięta o tych mrocznych kartach ludowej magii – utrwaliła się natomiast mroczna konotacja, związana z cierpieniem i smutkiem – np. u Kasprowicza: cierniste głogi / wstały i idą / Liśćmi miękkiemi / wierzb zaszeleścił rząd / i w cichej, rozpaczliwej sunie się żałobie… Obecne jest także skojarzenie głogu z czystością, samotnością i niedostępnością, jak w „Irysie” Harasymowicza: Do jej stóp wymyślonych / przez zarosły dzikim głogiem / pałac samotności…

TARNINA bardzo silnie wpisała się w kulturę materialną i duchową – jej owoce odnaleziono już w wykopaliskach neolitycznych (kilka tysięcy lat temu), co wskazuje, że już wtedy była przez człowieka spożywana, a ich zagęszczony sok stosowano też do leczenia biegunek. Takie wykorzystanie tarninowych śliwek przetrwało u bieszczadzkich Bojków do współczesności. Wpłynęło to zapewne na symbolikę tarniny, która wraz z głogiem była początkowo kojarzona z dobrobytem, co znajdujemy w strofach poezji starożytnej – np. u Owidiusza:  Z drzew owoc, z gór poziomki zbierali wieśniacy / Tarnki i głóg… (Metamorfozy). W tym kontekście pojawia się też w poezji staropolskiej, np. w słowach kierowanych do mistrza Polikarpa: Otchoceć się z miodem tarnek / Gdyć przyniosę jadu garnek (Rozmowa mistrza Polikarpa ze śmiercią). Z czasem jednak w symbolicznych odniesieniach coraz bardziej dominowała jej „ciernistość”, co widoczne jest m. in. w tradycyjnym wyplataniu z niej koron cierniowych na czas Wielkiego Tygodnia. Wymowa żałobna przeszła tym sposobem również na tarninowe owoce, jak u Barbary Bandurki w wierszu „Bieszczady”: Wygasłe paleniska / Serca dzwonków / I żałobny koralik tarniny…

Dzika RÓŻA początkowo poświęcona była Afrodycie, Erosowi i Dionizosowi, symbolizowała więc miłość wybitnie cielesną i zmysłową. Ale już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa stała się symbolem miłości heroicznej i chwalebnego męczeństwa (wieniec z róż składano poległym za wiarę) oraz czystości i uduchowienia (kwieciem róż dekorowano najzacniejszą niewiastę roku). Za sprawą ciernistości pędu, przywodzącego skojarzenia z cierpieniem, starożytna roślina Afrodyty stała się w wiekach średnich różą poświęconą Maryi, co przypieczętowało wprowadzenie modlitwy różańcowej w roku 1208 przez św. Dominika. Również w poezji róża stała się znakiem duchowego odrodzenia w cierpieniu, jak u Kasprowicza w „Krzaku dzikiej róży”: Gdzie pawiookie drzemią stawy, / Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy / Na plamy szarych złomów ciska…

KALINA pierwotnie uważana była wyłącznie jako symbol młodości, delikatności, piękna i dziewictwa, co znajduje wyraz w poezji Teofila Lenartowicza – w wierszu „Kalina”: U tej krynicy, u tej kaliny / Jasio fujarki kręcił z wierzbiny. W tym też kontekście strojono głowę panny młodej gałązkami kaliny. Zdarzały się jednak pogrzeby niezamężnych kobiet, kiedy trzeba było podkreślić ich panieństwo – a zarazem dopełnić kobiecy żywot, wkładając kalinę do trumny. Wśród Bojków i Łemków wierzono, że jeśli krzew ten wyrośnie na cmentarzu, wstępuje weń dusza zmarłej dziewczyny. Odtąd symbolika kaliny zaczęła zmieniać swą wymowę, stopniowo przesuwając swój akcent w stronę śmierci i nostalgii. Znajduje to wyraz w strofach bieszczadzkiego poety – Janusza Gołdy: I jakby tego umierania / było wokół mało / procesję zielonych kalin / z cerkiewki na wzgórzu / do zakola Sanu / Boh brodatyj / niefrasobliwie rozkrwawił („List z Chmiela”). Bezpośrednio ze śmiercią kalinę powiązała też Kazimiera Iłłakowiczówna, w wierszu „Umarli”, gdzie dusze zmarłych: Idą ku mnie tylko kalinami…

 

Przemoc i uwodzenie…

26 lis

2016-11_Kierkegard_przemoc-uwodzeniaUstjanowa – krajobraz w otoczeniu Ustrzyk Dolnych opiera się jeszcze komercyjnej przemocy. Ale jak długo?

Musiałem na jakiś czas zamienić przyjazne Ustrzyki na wielkomiejską aglomerację. Przesiadając się w Krakowie z dworca PKS na pociąg, trzeba przejść przez labirynt galerii. Miejsce dla mnie koszmarne pod wieloma względami i strasznie hałaśliwe – tak w zakresie dosłownym, jak i komercyjnym. Sam już nie wiem, który hałas gorszy – ten z głośników, czy ten, który niczym wiertło drąży naszą psychikę nachalnością reklam. Nie wspomnę już o tragicznej katastrofie w zakresie planistycznym – myślę tu o kompletnym zeszpeceniu architektonicznego układu starej zabudowy dworca, poczty i ciągu secesyjnych kamienic. Ta urbanistyczna plomba stała się dla mnie pomnikiem ku czci przemocy. Niestety takich koszmarków w przestrzeni miejskiej znajdujemy coraz więcej. Dochodzi do tego natłok  wielkopowierzchniowych bilbordów (które, o zgrozo, pojawiły się też na wjeździe do Ustrzyk) – wzmacniają one poczucie hałasu i chaosu, utrudniając zatrzymanie się nad tym, co faktycznie piękne…

Kierkegaard widział sens życia w estetycznym uwodzeniu, najwyższy jego pułap upatrując w tragedii. Kiedy analizuję nasze życie, rozciągnąłbym jego myśl na znacznie szerszy zakres, obejmując całe zanurzenie w tym świecie, które – podobnie do  wspomnianej reklamy – opiera się na dwóch aspektach: UWODZENIU i PRZEMOCY. Uwodzić można przedmiotem (jak w reklamie), można też ciałem (w sferze estetyki – np. w tańcu lub w postaci wulgarnej – w pornografii), przedmiotem uwodzenia może być władza (np. w polityce) lub iluzja prawdy (w rozmaitych ideologiach). Kierkegaard pisał, że uwodzenie musi prowadzić do tragedii – i ta dopiero staje się szczytem piękna. Przyczyną jest niewierność, która niejako wpisana jest w naturę takiego „uwodzenia”. Artysta tworząc swe dzieło, po jego ukończeniu szuka innej inspiracji, niejako zdradzając je na rzecz dzieła „jeszcze większego”. Podobnie jest z uwodzeniem w każdej innej postaci.

Warto zauważyć, że każde z tych uwodzeń prowadzi nie tylko do niewierności, ale także rodzi różne formy przemocy – czasami werbalną, innym razem fizyczną, ale też taką, która realizuje się w całej naszej postawie wobec życia. Zaś przemoc, jak też sama jej potencjalność, budzi LĘK – tak jak uwodzenie wyzwala POŻĄDANIE. Mam tu na myśli bardzo różne, czasem ukryte i niebezpośrednie formy tych reakcji, wychodzące daleko poza pospolite znaczenie pojęć. Lęk i pożądanie to dwa najbardziej destruktywne żywioły naszego wnętrza. Jedyną odpowiedzią, która może im zaprzeczyć, jest DOBRO – ono nigdy nie jest podatne na uwodzenie, bo nie stanowi ODBICIA wartości iluzorycznych, będąc niewyczerpalnym ŹRÓDŁEM jedynej rzeczywistości. A dobro wyrasta właśnie na podłożu ciszy, tj. autentyczności i wewnętrznego wyciszenia – uwolnionego od zgiełku tego świata, budowanego na wzniecaniu lęków i pożądań. Czy potrafimy sobie jeszcze wyobrazić świat pełen wdzięku i żywej relacyjności, pozbawionej iluzji i przemocy – świat bez „reklam”?…

 
 

Święto Niepodległości – i kartka sprzed stu laty…

10 lis

kartka_11-11-1916

W przeddzień Święta Niepodległości chciałbym podzielić się taką familijną ciekawostką. To kartka, którą znalazłem na swoim strychu – wypisana dokładnie 100 lat temu.

Wysyłana z zaboru austriackiego do rosyjskiego (z uwagi na dość śmiałą treść przypuszczam, że w tym czasie Niwka nie znajdowała się już w rosyjskich rękach)… Myślę, że Nadawca nie miałby za złe, że to udostępniam – poczytajcie sami (pisownia oryginalna)… Kto dziś takie kartki do rodziny pisze?

Bielany, 10.listopada 1916 r.  Droga Stasiu, życzymy Ci wszelkiej pomyślności, byśmy w jak najbliższej przyszłości mogli odetchnąć po trudach wojennych, choć jeszcze mamy dużo pracy, bo moskal szelma bardzo się rozplenił, nie traćmy jednak nadziei. Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi i będziem znów Polskim Narodem (a nie ruskimi poddanymi). Niech żyje wolny Naród Polski!

Całuje Was wszystkich – Józef z Żoną

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Historia, Naród, Tradycja

 

Z Orfeuszem i żoną Lota – przez polską historię i współczesność

05 lis

2016_11_OrfeuszOrfeusz pośród naszych hucułów w Wołosatem… ;)

Mity mają to do siebie, że domagają się nie tylko ciągłej reinterpretacji (stanowiąc tym samym wiecznie otwartą księgę), ale też można je odczytywać na coraz to nowych płaszczyznach. Wczoraj myśli moje krążyły wokół bolesnych losów Polski. Nie mogąc się od nich uwolnić, wziąłem do ręki mitologię, natrafiając po raz kolejny na opowieść o Orfeuszu i Eurydyce. Kiedy Orfeusz wyruszył do hadesu po zmarłą żonę, pięknem swej gry zdołał przekroczyć wszystkie możliwe granice. Mógł ją wszak wyprowadzić z czeluści śmierci pod jednym warunkiem  - nie odwracając się za siebie. Wiemy, że nie wytrzymał – spojrzał na ukochaną, tracąc ją bezpowrotnie.

Gdy jako naród próbujemy żyć wyłącznie tęsknotą za utraconą potęgą i dawnymi dziejami – historią minioną, więc pozostającą w podziemiu naszej świadomości – popełniamy błąd Orfeusza. Konsekwencje również mogą być podobne. Ulegając hipnotycznej mocy przeszłości, wypadamy z kolein teraźniejszości, tracąc również swą przyszłość… Oczywiście historia Polski jest tak bogata, że warto  do niej sięgać – w budowaniu narodowej tożsamości, w uczeniu się na błędach minionych pokoleń. Ale poddając się biernie narodowej nostalgii, nazbyt często wpadamy w pułapkę MELANCHOLII lub MEGALOMANII – to dwa bieguny równie silnej destrukcji, osadzone na tej samej planecie, którą można by nazwać „Orfeusz”.

Podobnie rzecz się ma z biblijnym mitem o Locie i jego żonie – motyw niemal identyczny, choć tutaj nie Lot obejrzał się za siebie, lecz jego żona. Nie wiemy, co nią powodowało – bardziej ciekawość czy może tęsknota? Gdy spojrzała na zgliszcza Sodomy, zamieniła się w słup soli – co również odczytuję jako obraz przywiązania do tego, co było – ale także symbol pozostania w świecie materii, pozbawionej ducha. Dziś zapewne można by w tym wymiarze wskazać wiele takich „żon Lota” – podobnie jak wiele po świecie chodzi „Orfeuszów”.  Kto wie, jak często sam nim bywam?

 

Żywa pamięć – mowa cmentarnych kwiatów…

01 lis

2016_11_miechunka-chryzantema-rozaMiechunka w Dukli, chryzantema w Równi i róża – jako ornament i żywy kwiat w Olszanicy

Wspominałem już o wymowie dzikich roślin na naszych cmentarzach. A jakie żywe i sztuczne kwiaty podczas zbliżających się Świąt pojawiają się na bieszczadzkich grobach? Spójrzmy na kilka z nich…

ASTER – symbol życia, radości, życiodajnego słońca, a tym samym również Chrystusa. W greckim nazewnictwie astra utrwaliło się odniesienie do gwiazdy. W wymiarze świeckim odniesienie do optymizmu, w chrześcijańskim – do nadziei odkupienia. Aster należy do najpóźniejszych kwiatów, szczególnie jego dwa dość wysokie (do 1,5 m) amerykańskie gatunki, które tylko z tradycji zwane są astrami, bo należą do innego rodzaju – Symphyotrichum, o kwiatach niebieskich, fioletowych różowych lub białych – z żółtymi środkami – to aster nowoangielski (popularnie zwany „michałkami” lub „jadwiżkami” i nowobelgijski, zwany „marcinkami” – ich kwiaty pojawiają się jeszcze w listopadzie. Dużą rolę na cmentarzach odgrywają też astry chińskie, włączone również do innego rodzaju – Callistephus.

CHRYZANTEMA – w dniu Wszystkich Świętych pojawia się na niemal wszystkich naszych cmentarzach – w kontekście świeckim jako wyraz pamięci i przyjaźni. Warto też wspomnieć o pradawnym, chińskim odniesieniu chryzantemy do słońca, które w chrześcijańskiej symbolice zbiegło się z odwołaniem do Chrystusa, w czym odnajdujemy podobieństwo do wymowy astrów. W ostatnich dekadach chryzantema stała się jednym z najpowszechniej stosowanych kwiatów żywych i sztucznych.

KALIA – podobnie jak lilia, stanowi symbol czystości, ale także łaski Bożej i zbawienia. Dawniej również magiczny gwarant ochrony przed ukąszeniem (które w kontekście duchowym można odnieść do pokusy i grzechu). Kwiat jest na grobach stosowany w postaci ciętej i sztucznej – często w kompozycji z wieńcami. Coraz częściej kalia obecna jest na zdobieniach dużych zniczów lub innych ornamentów w zdobnictwie cmentarnym.

MIECHUNKA – choć ten bardzo popularny późną jesienią motyw zdobniczy jest owocem, nie kwiatem, warto o niej wspomnieć. Intensywnie pomarańczowe, owoce stanowią bardzo czytelny symbol duszy – ich barwa odnosi się do miłości, a trwałość – do wieczności. Pusty owoc wypełniony jest powietrzem, co zawsze było kojarzone z treścią duchową, a lekkość kierowała myśl ku eteryczności duszy. Istota wypełniona Bogiem, a jednak zachowująca swą tożsamość, którą symbolizują  delikatne nasionka.

NIEŚMIERTELNIK, czyli kocanka ogrodowa – oznacza zachowane w pamięci, trwałe piękno i dobro, a także trwały ból po odejściu zmarłej osoby. W Indiach kwiaty kocanki ogrodowej składane są w ofierze bóstwu śmierci i zniszczenia, Śiwie, uosobieniu przemijalności świata materialnego – stąd Śiwa przedstawiany jest często jako niszczyciel wędrujący po cmentarzach. Choć hinduistyczne odniesienia dalekie są kulturze bieszczadzkiej, to jednak nieśmiertelniki na trwałe wpisały się również w tutejsze odniesienia do przemijania czasu i umierania tego co piękne.

 RÓŻA – kwiat przede wszystkim znany z symbolizowania żarliwej miłości (często trudnej i bolesnej) – w wymowie religijnej związana z Maryją. Kopaliński pisze, że róża oznaczać może serce, mistykę, uduchowienie, modlitwę, natchnienie – ale także śmierć w kontekście zmartwychwstania, miłości i wieczności [Ko 1999]. Pojawiała się często na starych nagrobkach polskich, czasem również żydowskich (tam szczególnie róża dzika). Jako ornament najpowszechniej obserwować ją można na współczesnych pomnikach katolickich.

WRZOS – roślina o silnych konotacjach romantycznych, wnosząca w naszą kulturę nostalgiczne odniesienia do przemijania, w poezji – do spóźnionej miłości, a także bezpośrednio do śmierci, jak u Kasprowicza: Wrzos na granitów podścielisku szarem / spełznął na wieki („Z chałupy”).  Wrzos często też łączył symbolikę śmierci z tematyką żołnierską – i taką wymowę znajdziemy u bieszczadzkiego poety, Jana Szelca: Usłyszałem galop jego krwi / Potem palec położył na ustach / i zakwitły wrzosy… („Ostatnia szarża”). Częściej jednak się zdarzają odniesienia do nostalgii, również tej związanej z bezpowrotnym przemijaniem bieszczadzkiego świata, jak to czytamy u Wojciecha Maciaszka: W pajęczynie ścieżek, wśród wrzosów / Połonin i otryckich skał / Szukam historii bieszczadzkich losów („Obłoki bieszczadzkie rydwany”). W Bieszczadach dzikie wrzosy rosną na opuszczonych pastwiskach i przesuszonych torfowiskach – na cmentarzach nie pojawiają się prawie wcale, z wyjątkiem tych sadzonych.

ZIMOWIT – jedne z najpóźniej kwitnących kwiatów, pojawiające się nawet w listopadzie, stanowią wyraz nadziei na to, że dusza może rozkwitnąć o każdej porze życia. Kwiat ten symbolizuje także proces przejścia przez próg śmierci. Zimowit jest rośliną silnie trującą, co może tylko wzmacniać tę wymowę. W świeckim odczytaniu symboliki kwiatów oznacza melancholię, a także cudowną przemianę ducha.