RSS
 

Samotność w murach Jerycha…

15 lis

2017_11_mury_Jerycha_cerkiew_Krywe

 Może odległe jest porównanie ruin cerkwi w Krywem do murów Jerycha - ale czy nawet te najświętsze miejsca nie rozpadają się na znak, że prawdziwa świętość nie tkwi w tym, co przemijalne?

Przeczytałem dziś dwa fragmenty Ewangelii (poniżej), które odnoszą się do problemu ludzkiej nędzy i samotności – rozpatrywanego na dwóch różnych płaszczyznach. Chodzi o fragment dotyczący uzdrowionego ślepca i celnika, którego Jezus osobiście odwiedził. Pierwszy wchodzi w fizyczną nędzę człowieka (choć ślepotę cielesną można też odnieść do mroków duszy), drugi dotyczy nędzy duchowej – ludzkiego grzechu. W pierwszym i drugim przypadku człowiek jest przerażająco samotny. Zarówno ślepiec jak i celnik spotykają Jezusa w Jerychu – najniżej położonym mieście na Ziemi, co również nabiera wymiaru symbolicznego, ilustrując stan rzeczywistej kondycji człowieka. Ślepiec pewnie żebrał na ulicy, musiał więc oderwać się od jej bruku. Zacheusz odwrotnie – zszedł z drzewa. Obaj odnaleźli się na płaszczyźnie żywej relacji.

Ślepiec krzyczał, choć inni go chcieli uciszyć. Zacheusz, aby widzieć (a podświadomie może też, by zostać dostrzeżonym?) wyszedł na sykomorę – to drzewo figowe, które stało się symbolem grzechu i wstydu. Obydwaj za wszelką cenę pragnęli spotkać Chrystusa, będąc mieszkańcami tego samego Jerycha, którego wymowa znana jest też dobrze z murów rozpadających się pod donośnym brzmieniem trąb (Księga Jozuego 6,20). Oczywiście trąby to obraz głębokiego zawierzenia i modlitwy, która jest kluczem do rzeczy niemożliwych. W obydwu fragmentach Ewangelii również czujemy, że na głos tych „trąb” rozpadły się mury - przed każdym z nieszczęśników otwierając nowy horyzont ducha. Jeden wyszedł z mrocznej czeluści, drugi zszedł ze sromotnego drzewa – dla obu skończył się czas beznadziei i dojmującej samotności…

„Kiedy zbliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: ”Co chcesz, abym ci uczynił?” Odpowiedział: „Panie, żebym przejrzał”. Jezus mu odrzekł: „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga.” (Łk 18,35)  Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. (Łk 19,1)

 
 

Roślina, łąka i ogród jako wartości mentalne

12 lis

2017_11_ ŁĄKI-mentalne

Wróciłem z konferencji na temat botanicznych walorów w agroturystyce. Cykl wykładów obejmował etnobotanikę, ogród i łąkę. Tematyka stwarzała okazję, by zupełnie inaczej spojrzeć na te zagadnienia – w kontekście ich wykorzystania do turystycznego ożywienia Regionu, ale także w wielowymiarowym aspekcie interdyscyplinarnym. Wchodzimy tu bowiem w zagadnienia dotyczące nie tylko marketingu i ekologii, ale także różnych poziomów kultury materialnej i duchowej. Spotkanie inspirowało do ciekawych przemyśleń – m. in. nad istotą naszego podejścia do przyrody na płaszczyźnie nie tylko użytkowej (ogrodnictwo, łąkarstwo, zielarstwo, pszczelarstwo, kuchnia, survival itp.), ale także mentalnej – w sferze magicznej, obrzędowej, artystycznej, symbolicznej, emocjonalnej, czy metafizycznej.

Podczas spotkania padło ważne określenie, że świat roślin wraz z całą naturą stanowi dla człowieka swoiste lustro. Osobiście rozumiem to w ten sposób, że człowiek nie jest w stanie siebie zrozumieć inaczej jak przez przyrodę – i na odwrót: przyroda traci sens w oderwaniu od człowieka. Dlaczego penetrując coraz bardziej odległe przestrzenie mikro- i makrokosmosu, coraz bardziej czujemy się w tym świecie zagubieni? Czy nie dzieje się tak wskutek tego, że wyruszając w odległe penetracje naukowe, zostawiamy gdzieś w tyle samego człowieka? Daliśmy sobie wmówić, że obiektywny proces poznawczy wymaga oderwania się od antropocentrycznego spojrzenia na całą naturę. Badamy ją więc w ten sposób, jakby poszczególne jej części istniały integralnie, bez połączenia ze światem ludzkim. Czy jednak może coś istnieć inaczej niż „dla”? Czy istnieje kosmos jako taki – sam w sobie? Czy też może istnieje tylko o tyle, o ile – i w jaki sposób – ja go postrzegam?

Podobnie jest z tymi „zielonymi konstelacjami” wokół nas, do których należy ogród czy łąka – bez człowieka ich sens nie może być w żaden sposób odczytany. Bo wymiar estetyczny, emocjonalny czy metafizyczny kształtuje się w przestrzeni relacyjnej. To tutaj może zaistnieć cały proces wartościowania i przewartościowywania tych obiektów. Jeśli to nie nastąpi, rzeczywistość ta pozostanie dla nas tylko nudną i płaską murawą czy też wrogim, chaotycznym chaszczem. Nie są to tylko czcze dywagacje. Jeśli tego nie potraktujemy poważnie, trudno nam będzie wydobyć ukryte walory tych współczesnych „edenów” i wyeksponować je jako szczególną atrakcję Podkarpacia. Atrakcję niebanalną, bo właśnie Podkarpacie zachowało to tradycyjne ukształtowanie siedlisk (bez ich chemizacji czy monokulturyzacji) – w ścisłym powiązaniu z mentalnym bogactwem odniesień, których człowiek zachodniej cywilizacji już dawno został pozbawiony.

 

 

Czereśnie i nagie kości – świat ducha i materii

09 paź

2017_10_Kirschenmadonna_duch_i_materia

Obraz Tycjana „Madonna z czereśniami” – w kontekście przemijalności, którą symbolizują kości, rozwłóczone po bieszczadzkiej puszczy…

Kiedy nasz umysł, do szpiku przesiąknięty dyktaturą empirycznego myślenia, zderza się z rzeczywistością cudu, próbuje go na swój sposób racjonalizować. I często przyjmujemy do swej świadomości tylko taką postać zjawisk nadnaturalnych, która pozwala się jakoś wytłumaczyć na płaszczyźnie naturalizmu – czy to zbiegiem okoliczności, czy siłą nieznanych jeszcze fal i form energii, czy też przełamaniem bariery czasoprzestrzeni – wszystko jednak zgodnie z prawem fizyki. Dzieje się tak dlatego, że założyliśmy bezwzględny prymat materii nad światem ducha. Świadomie lub podświadomie traktujemy sferę duchową jako pochodną materii lub przynajmniej jako arenę równoległą, która musi uwzględniać to, co zachodzi na płaszczyźnie fizycznych zjawisk, bo tylko od nich zależy jej wiarygodność. A co by było, gdybyśmy tę zależność odwrócili? Gdyby to świat materii uczynić jedynie ekspresją ducha – na wzór wyświetlanego na ścianie filmu?

Dzisiejszej nocy miałem dziwny sen. Był bardzo krótki, lecz niesamowicie wyrazisty – do tego stopnia, że jeszcze teraz widzę jego poszczególne kadry w najdrobniejszych szczegółach (co raczej się nie zdarza, bo moje sny zwykle szybko rozpływają się we mgle). A śnił mi się rzymski cesarz – właściwie nie wiem, po czym poznałem w nim cezara, skoro była to jakaś bezkształtna masa zmurszałych kości, tu i ówdzie porośniętych mchem. Nagle paskudna czaszka, schowana w miednicy szkieletu, przemówiła do mnie, żądając dokonania mordu na swym przeciwniku. Czaszka wyszczerzyła swe pożółkłe zęby w szyderczym  śmiechu, dając mi do zrozumienia, że niewykonanie polecenia jest równoznaczne z wyrokiem śmierci na mnie samym, po czym wysunęła się z tej obrośniętej mchem miednicy, unosząc się w górę, niespodziewanie wysoko, na swej smukłej, kościanej szyi. Zostałem sam w poczuciu sytuacji bez wyjścia. Wtedy przykuł moją uwagę świerk, który obficie owocował …czereśniami. Na ten widok zapomniałem o swym położeniu, usilnie zastanawiając się, co to ma znaczyć. I nagle, jeszcze we śnie, wszystko stało się jasne!

Cesarz jest symbolem przemijającej władzy i ziemskich zależności. Czereśnie to dla mnie wyraz miłości i nadziei związanej z Maryją (pierwszy obraz, jaki mi się z nimi skojarzył, to „Madonna z czereśniami” Tycjana – poniżej). A to, że czereśnie rosły na świerku to oczywiście cud, dokonany w kontekście życia wiecznego (świerk). Sytuacje bez wyjścia pojawiają się tylko tam, gdzie myślimy po ziemsku, podporządkowując swe życie duchowe „cesarzowi” tego świata. Zależność odwrotna: gdy życie ziemskie zaczynamy widzieć tylko z perspektywy ducha (jako pochodną rzeczywistości duchowej – nie odwrotnie), otwiera przed nami zupełnie nową, niczym nie ograniczoną perspektywę. Upiorny cesarz nie musi być obrazem realnej władzy – stanowi raczej wyraz duchowej śmierci, jaka tkwi w grzechu. Bo każdy z nas takiego „cesarza” znaleźć może w sobie samym…

 
 

Heglowska triada starej i nowej Europy

03 paź

2017_10_JESIONOd lewej: 1) sędziwy jesion w Caryńskiem, 2) próchniejący pień jesionu na wołosackim cmentarzu, 3) odbijające pędy na pniu pod cerkwią w Stefkowej.

Chwilami odnoszę wrażenie, że cały ten radykalny podział, jaki dziś w Europie (a jeszcze bardziej w Polsce) obserwujemy na płaszczyźnie ideowej i politycznej, przypomina heglowską triadę. Pierwotną tezą były kultury przypisujące sobie prawo do zabijania w imię przyjętych przez siebie wartości. Antytezą stał się paradygmat ofiary – aby dać się zabić za wartości, w które się wierzy. Ta antyteza realizowała się w niezłomnej postawie wobec wielkich totalitaryzmów. Syntezą takiej dziejowości staje się konieczność unicestwienia w sobie imperatywu wszelkich wartości, dla których dotąd mordowano i za które się ginęło. Oczywiście tak to wygląda w oczach „nowoczesnej” Europy…

Czy jednak cała ta obłąkana triada nie jest wytworem chorej wyobraźni? Wszak na zmurszałym pniu takiego świata wyrastać już mogą tylko wyniszczające grzyby nihilizmu lub śluzowce krótkotrwałego hedonizmu. Główny zrąb życia zaczynają więc stanowić formy pasożytnicze (korzystające z tlących się jeszcze przejawów życia – tu i ówdzie gasnących idei) oraz saprofityczne, które w sposób już ostateczny rozkładają próchno materii organicznej, redukując je do składników gleby. Jedne i drugie stają się pożywnym i bogato zastawionym stołem dla różnej maści drapieżników, coraz liczniej napierających do wnętrza butwiejącego pnia, by w końcu posiąść go na własność.

W przyrodzie cenimy sobie takie siedliska, dopatrując się w nich ekosystemów o wysokim wskaźniku bioróżnorodności. Jednak schodząc z tej metafory na poziom realnego społeczeństwa, utopią byłoby żywić nadzieję na własny rozkład. Tutaj już nie ma bezstronnego obserwatora – są tylko uczestnicy szekspirowskiego dramatu, wystawianego pod tytułem „zjeść czy być zjedzonym?” A odpowiedzią na tak postawione pytanie jest coś, co w całym tym zgiełku nie wszyscy potrafią dostrzec: nowe pędy ducha, odbijające od zmurszałego pnia, a czerpiące soki ze starych korzeni. Za kilka lat to właśnie one staną się młodym drzewkiem, a za kilka dekad wszystko pogrąży się w ich cieniu. To one staną się wyznacznikiem nowego porządku.

 
 

Wartość przeciwstawności

06 wrz

2017_09_pokrzyk_tojad_kociołekWśród najsilniej trujących roślin istnieją takie, których działanie wzajemnie  się znosi. Mówimy wtedy o „antidotum” – tak jest w przypadku pokrzyku (z lewej) i tojadu (z prawej). Czy w życiu społecznym nie jest podobnie? Czy przeciwieństwa nie są nam dane (i zadane), by chronić nas przed nami samymi?

Często spotykamy się w życiu z diametralnymi skrajnościami w postawach społecznych – na poziomie lokalnym lub narodowym, w aspekcie politycznym, religijnym, ideologicznym czy każdym innym. Gdy się głębiej zastanowić, u każdej ze stron można znaleźć jakieś racje. Lecz racja to nie to samo, co Prawda – jest zaledwie jej promyczkiem. Samej Prawdy objąć nie sposób, jak nigdy nie obejmiemy Słońca. Możemy jej zaledwie doświadczać – i to jedynie wówczas, gdy sama nam się objawi. Czy zatem brak jedności jest zaprzeczeniem wspólnoty? Czy mimo radykalnych różnic możemy być jedną wspólnotą narodową, religijną, kulturową?…

Przy odpowiednim spojrzeniu sam fakt istnienia przeciwstawnych postaw może się jawić jako realna wartość każdej społeczności i przejaw jej zdrowego funkcjonowania. Niedawno ktoś przy obchodach „sierpnia ’80″ powiedział bardzo mądre słowa: „Solidarność to nie jedność”. Napięcia, jakie powstają między przeciwieństwami, stanowią o stabilności całej konstrukcji (jak naprężenia w żaglu czy namiocie). To dzięki nim możemy mówić o mechanizmie zbiorowej samokontroli. Zrozumienie tych procesów prowadzi do pokory i wzajemnego otwarcia – wbrew oczywistym różnicom, które bywają trudne i bolesne. To właśnie one uczą nas prawdziwej akceptacji osoby, mimo zanegowania jej poglądów.

Materiał pozbawiony naprężeń zamienia się w bezkształtną szmatę - zatęchłą w wilgoci lub po wysuszeniu miotaną wiatrem. Taka sytuacja ma miejsce w społeczeństwach, które uczyniły sobie bożka z tolerancji, rozumianej w kategoriach wzajemnej obojętności, przy jednoczesnym porzuceniu świata niezmiennych wartości. Paradoksalnie to właśnie taka „tolerancja” staje się najprostszą drogą do dyktatury, w której nieustannie być musi narzucana bezwyznaniowość i bezideowość oraz brak tożsamości narodowej czy kulturowej. Taki „namiot” nie chroni już przed wiatrem czy deszczem; „żagiel” nie pcha ku upragnionym lądom. Istnieje tylko bezwolny dryf i powolny rozkład.

 

Istota SYMBOLU – od wizji do rdzenia znaczeń

22 sie

2017_08_22_Apokalipsa_DurerRyciny Dürera z końca XV wieku, ilustrujące symbolikę Księgi Objawienia – na tle naszych Bieszczadów…

Nie od dziś w mediach mnożą się rozmaite przepowiednie, również te bazujące na skojarzeniach z Księgą Apokalipsy. Jedna z ostatnich głosi, jakoby 23 września miały się ziścić słowa św. Jana – „gdy słońce znajdzie się na tle gwiazdozbioru Panny, otoczone koroną z 12 gwiazd (9 gwiazd z gwiazdozbioru Lwa oraz 3 planet:  Merkurego, Wenus i Marsa) – z księżycem pod jej stopami”… Było już wiele podobnych interpretacji, które wiązano z konkretną datą. Zwrot ku ezoteryce zdaje się być swoistą reakcją sprzeciwu wobec dyktatury scjentyzmu (patrz August Comte) – nowoczesnego bałwochwalstwa, stawiającego empiryzm na ołtarzu wszelkiego poznania.

A tam gdzie wyparto życie duchowe, tam funkcję religii zaczyna spełniać to, co ją wyparło. Tak więc zarówno ideologia scjentyzmu, jak też wchodzące w jego miejsce spekulacje spirytystyczne czy numerologiczne, zawsze jawiły mi się jako swoiste formy parareligii, bazującej na dość karkołomnych wyliczeniach i skojarzeniach. Gdyby się doszukiwać w Apokalipsie sugestii opartych na liczbach czy wyobrażeniach, możemy ich znaleźć sporo – dadzą się też zapewne dopasować do wielu treści. Ale czy to właściwe podejście do księgi Objawienia? Czy wizja Apostoła ma być dla nas rebusem do rozwiązania? Czy też jej wymowa jest zupełnie inna, wzywając nas raczej do postawy ufności, niż do rozbudzania lęków?

Niedawno czytałem wypowiedź jednego duchownego, który stanowczo przestrzegał nie tylko przed ezoterycznym podejściem do ostatniej Księgi biblijnej, ale także przed dosłownością obrazowania zawartych w niej metafor (miecz wychodzący z ust itp.). Tu można dyskutować, czy sam obraz stanowi jakieś zagrożenie. Niemniej każdy symbol wprzódy domaga się zrozumienia, nie zilustrowania. Wizualizacja znaków, dokonana przed ich właściwym odczytaniem, prowadzi do budzących grozę wizji (a czasem do wyobrażeń wręcz groteskowych), które mogą mieć więcej wspólnego z gatunkiem fantasy, niż z życiem duchowym. Bo duch karmi się impulsami woli i autorefleksji, nie oderwaną od nich estetyką czy emocjonalnością.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Duchowość, Symbolika

 

…lecz w wichrze nie było Pana

14 sie

2017_08_WICHER-LASY„Ocean” bieszczadzkich lasów – z licznymi wiatrołomami i pniami kształtowanymi przez wiatr…

Sobotniej nocy wielka trąba powietrzna skosiła hektary lasu, niszcząc przy tym obóz harcerski i zabijając 5 osób (w tym dwoje dzieci). A w niedzielę obydwa czytania w kościołach dotyczyły właśnie tego żywiołu. Pierwsze o tym, że Boga nie było w wichrze ani w ogniu – był obecny w ciszy. Drugie o łodzi miotanej przeciwnymi wiatrami, gdy Jezus szedł po wodzie ku swym uczniom. Dopóki Piotr wpatrywał się w Mistrza, szedł po falach – gdy spojrzał w stronę żywiołu, zaczął tonąć… Tak i my toniemy w swych lękach, zabieganiach, cierpieniach i obciążeniach, gdy całą naszą uwagę przykuwają żywioły tego świata: widok wszelkiego spustoszenia, lęk przed wojenną zawieruchą, przed cierpieniem i wyniszczającymi chorobami. Dopiero spojrzenie na Jezusa daje siłę, by iść po wodzie mimo wszelkich burz. W samym żywiole nie znajdziemy Boga, choć często Go o to obwiniamy, doszukując się w tych wszystkich kataklizmach jakiejś kary, czy jeszcze gorzej – kaprysu Stwórcy. Owszem, doświadczenie żywiołu może nas uwolnić od przywiązania do dóbr przemijalnych. Bóg jednak czeka na nas tylko w ciszy zawierzenia…

Wiem, że łatwo mi jest o tym pisać, nie doświadczywszy tak bolesnego ciosu, jaki dziś przeżywają rodzice tragicznie zmarłych harcerek. Szczerze im współczuję i modlę się za nich, bo sam mam córkę w wieku tych dziewczynek. Jednak chciałbym też prosić, byśmy nie szukali winy w sobie czy w innych- zwłaszcza w takiej sytuacji, gdy zadziałał trudny do przewidzenia żywioł. I gdy ci, w których od strony prawnej można by się winy doszukiwać, działali bezinteresownie i w dobrej wierze. Tutaj jedyną odpowiedzią jest ufność, że to co się stało, ma swój ukryty sens. A ufność jest postawą, która pozwala nam odróżnić sumienie od owoców z „drzewa poznania dobra i zła”. Często mylimy jedno z drugim, doszukując się w biblijnym drzewie samej świadomości czynów dobrych i złych. Tymczasem owoc z tego drzewa jest wyłącznie symbolem uzurpacji człowieka wobec wyznaczania granic, a nie ich rozpoznawania. Jeśli ujmujemy byt człowieka ewolucyjnie, to jego stworzeniem było pojawienie się wolnej woli i sumienia. Dopiero później mógł zaistnieć „grzech pierworodny” – czyli próba samodzielnego określania, co jest dobre, a co złe.

Konsekwencją zerwania owocu była więc skłonność do kształtowania granic moralności i do wydawania sądów w zakresie dobra i zła. Dotyczy to zarówno osądu innych, jak też potępiania samego siebie. Podczas gdy sumienie jest tą ciszą, w której mieszka Bóg – i gdzie moja ufność pozostawia wszelki osąd tylko Jemu, „owoc z drzewa poznania” staje się zarzewiem rozpętanego piekła wzajemnych osądów (szukania wszędzie winnych, ale również surowego potępiania samego siebie) – lub odwrotnie: niewoli w zakresie ubóstwiania innych i ciągłego usprawiedliwiania samego siebie. Brak ufności to pochodna wyzbycia się pokory: sam wchodzę w kompetencje Boga. Gdy natomiast trwam w zawierzeniu, w ciszy swego serca staję się wolny od ciągłej presji osądzania i bycia osądzanym – od nieustannego wystawiania bezwzględnej oceny sobie i innym. Wolny od potępiania i ubóstwiania wszelkiego stworzenia. Wolny od osądzania w swym sercu samego Boga – od ponownego krzyżowania Go na Golgocie własnego buntu. Wolność ta stwarza we mnie zupełnie nową jakość człowieka, pozbawionego lęków i przywiązań wobec wszystkiego, co przemija – w tym również wobec mojego życia i życia moich najbliższych.

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Biblia, Bieszczady, Wiara, Życie

 

LĘKI, MĘKI i JĘKI – między rozpaczą a nadzieją…

09 lip

2017_07_Bledne_kolo (bluszcz) - Jacek Malczewski

„Błędne koło” Jacka Malczewskiego (fragment)

Trudno sobie wyobrazić człowieka pozbawionego lęku – nie strachu przed realnymi i bieżącymi zagrożeniami, ale lęku, który nie daje się tak łatwo racjonalizować. Czy lęki dotyczące projekcji zdarzeń, które są odległe lub mało prawdopodobne, należy traktować jako przejaw nerwic i innych zaburzeń? Jaką rolę odgrywają w naszym życiu? Przychodzi mi na myśli tylko jedno: lęki stanowią wyzwanie do ciągłego przebijania się przez ciasną powłokę egzystencjalnego tu-i-teraz. Bez lęku człowiek łatwo zgnuśniałby w swej próżności i lenistwie, w letargu przyzwyczajenia i samozadowolenia. Podobną rolę spełnia cierpienie – choć ono jest już znacznie bardziej osadzone w realności – a jednocześnie zanurzone głęboko w mrokach tajemnicy, wobec której próżne się staje wszelkie wymądrzanie z pozycji człowieka, który cierpienia nie doświadcza.

Cierpienie w znacznej mierze stanowi podstawę lękowej świadomości, bo zaczyna się już tam, gdzie następuje jego projekcja. Człowiek odpowiedzieć może na swe lęki, jak i na samo cierpienie, w diametralnie różny sposób: buntem lub zawierzeniem. Zgorzkniałość, narzekanie, przeklinanie – to tylko pożywka dla lęków i cierpień, które na tym podłożu jeszcze bardziej wzrastają. Dzieje się tak wtedy, gdy człowiek wchodzi w rolę sędziego, szukając w tym świecie sprawiedliwości – a tym samym również winowajców zła. Bo lęk i cierpienie niewątpliwie jest złem (brakiem dobra), czy – jak kto woli – jego konsekwencją. Znajdując winę w innym, popadamy w złość, a nawet w bluźnierstwo. Znajdując ją w samym sobie – w rozpacz, jeśli tylko ta wina przesłoni nam przestrzeń nadziei.

I tu przed nami odsłania się kolejne słowo-klucz: nadzieja, która wzrasta na glebie podlewanej wdzięcznością i użyźnianej poczuciem przemijalności wszystkiego, co dotyczy tego świata. Jedynym lekarstwem na chorobę potęgujących się lęków i cierpień jest więc świadomość obdarowania. Doświadczenie w życiu bezinteresownego dobra (bo dobro zawsze jest bezinteresowne), pamięć o osobach, które je przyniosły i chwil szczęścia, jakie w nas to dobro wzbudziło – to właśnie pokarm nadziei. Podobnie jak przeżycie piękna czy napełnienie duchem mądrości, stany te bywają w naszym życiu ulotne i krótkotrwałe. Niezwykle ważna jest więc ich kontemplacja i afirmacja. Dopiero duchowe zogniskowanie się na tych refleksach Bożej obecności pozwala na przeniesienie ich potencjału na realne życie. Projekcja przyszłości nastrojona wdzięcznością potrafi zachwycić jak piękny kwiat, który z czasem dojrzewa w owoc nadziei…

 
Komentarze (48)

Napisane w kategorii Duchowość, Psychologia

 

Między uśpieniem a zaślepieniem

24 cze

2017_06_Tyrawa_Solna_kapliczka

Urocze, stare kapliczki w Tyrawie Solnej koło Sanoka

Między wiarą a wątpliwością istnieje jakieś twórcze napięcie, w którym człowiek urzeczywistnia w sobie to, co staje się jego najgłębszą istotą. Wiara pozbawiona namysłu podszytego wątpliwością bywa równie niebezpieczna, jak wątpliwość wyzuta z wiary. Taka „wiara” może się szybko przerodzić w bezduszną rutynę lub okrutny fanatyzm. Rutyna jest jak pasożyt, który zabija w dłuższym czasie, ale po cichu – unicestwiając cały potencjał duchowy, w jaki człowiek został wyposażony. Z kolei fanatyzm to okrutny drapieżnik, który musi stale zabijać, aby utrzymać się przy życiu, czyniąc to na różne sposoby: przemocą, podejrzliwością, pogardą i totalną negacją wszystkiego, czego nie zdołał sobie przyswoić.

Nie mniejszym zagrożeniem jest wątpliwość obdarta z wszelkiej wiary. Warto przy okazji uściślić pojęcie wiary, jakiego tu używam. Nie chodzi o przyjmowany system doktryn i wyobrażeń, ale o czystą postawę zawierzenia – o ufność, że wszystko ma sens, bo skierowane jest ku ukrytemu Celowi, ku kochającej Osobie i jednoznacznej Prawdzie. Otóż wyzbycie się takiej wiary nieuchronnie prowadzi ku tragedii nihilizmu. Ale i ona może mieć dwa oblicza: obojętnego konformizmu lub rozpaczliwej negacji. Sama rozpacz widoczna jest w kulturowym przesileniu (dekadentyzm) lub osobistym buncie (prowadzącym do negacji świata wartości i samego siebie). Bunt taki często bierze się często z zapętlenia emocjonalnego, podczas gdy zjawisko negacji kulturowej wynika z impasu twórczego lub intelektualnego.

Droga wiary i wątpliwości jest więc ciągłym balansowaniem na wiszącym moście, rozpiętym między brzegami egzystencji i transcendencji. Przejście na drugą stronę wymaga utrzymania równowagi między dwoma krańcami tyczki – ufnością i autentycznością, miłością i prawdą, wiarą i wątpliwością… W ostatnim czasie doszło na naszym Kontynencie do bolesnego zderzenia dwóch światów, prezentujących skrajne formy zniszczenia tej równowagi. Islamski fanatyzm z pasją wgryza się w zmurszałą twierdzę zachodniego nihilizmu. Staliśmy się świadkami krwawej konfrontacji, w której starło się doktrynalne zaślepienie z hedonistycznym uśpieniem. Co weźmie górę? Sen czy furia? A może jest jednak i trzecia droga, na którą właśnie wskazuje wiara podszyta wątpliwością?

 

Trzcinowe miary w sferze ducha…

18 cze

Trzcina_Chrystus_06_2017Chrystus z berłem trzcinowym (w sztuce bieszczadzkiej jest to raczej pałka wodna) – na współczesnym nagrobku (Zagórz) i XVII-wiecznym ołtarzu (Sanok) – oraz prawdziwa trzcina (Phragmites australis).

Trzcina jako berło radykalnie odmienne od ziemskich insygniów władzy. Atrybut szyderstwa, a zarazem władzy pochodzącej nie z tego świata: „Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego” (Mt 27,29)

Symbol cierpienia i osamotnienia. Tu trzcina staje się czytelnym odniesieniem do separacji między agresorem i jego ofiarą, a zarazem między grzesznikiem a Bogiem: „Ktoś pobiegł i napełniwszy gąbkę octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić” (Mk 15,36)

Obraz kruchej kondycji człowieka – i szacunku wobec jego wolności. Bóg nie ingeruje w zło, które człowiek wybiera. Tak jak nie powstrzymał ręki z gwoździami wbijanymi do krzyża, tak nie stanął na drodze holokaustu… „Trzciny zgniecionej nie złamie, ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi.” (Mt 12,20).

Miara wszelkiej wielkości. Materia najbardziej krucha staje się miarą tego, co silne i monumentalne: „A ten, który mówił ze mną, miał złotą trzcinę jako miarę, by zmierzyć Miasto i jego bramy, i jego mur.” (Ap 21,15)

 Jedyna miara świętości. Kruche dobro, podatne na złamanie przez żywioły tego świata, staje się wyznacznikiem tego, co prawdziwie święte: „Potem dano mi trzcinę podobną do mierniczego pręta, i powiedziano: «Wstań i zmierz Świątynię Bożą i ołtarz, i tych, o wielbią w niej Boga.” (Ap 11,1)

 

W poszukiwaniu źródeł okrucieństwa i wrażliwości

17 cze

PON_w_BieszczadachPolski owczarek nizinny w Bieszczadach (przed 30 laty) - wtedy Góry te były tylko w moich marzeniach. :)

W pewnej biograficznej książce, którą właśnie czytam, natknąłem się na kilka epizodów z codziennego życia Francuzów w latach 20-tych, kiedy to za całkiem zwyczajne uchodziły takie zabawy, jak strzelanie do przywiązanego gołębia, rzucanie kamieniami do kaczek na wodzie, pławienie kury w rzece, czy ściganie autem królika aż do jego rozjechania. Miało to miejsce kilkadziesiąt lat temu – w kraju, który szczycił się być wzorcem światowej kultury i subtelnej wrażliwości. Nie chcę przez to deprecjonować Francuzów, bo takie odniesienie do zwierząt znaleźlibyśmy też wówczas w innych częściach Europy. Chodzi mi tutaj o coś innego: na ile od tamtego czasu zmienił się nasz poziom wrażliwości? Skąd bierze się w człowieku okrucieństwo i jak rodzi się wrażliwość?

Bestialstwo nazistów przypisujemy obłąkanej ideologii i bezwzględnemu wychowaniu. Gdybyśmy jednak cofnęli się kilka wieków wstecz, ujrzelibyśmy rozbawioną gawiedź podążającą za skazańcem, narzędzia tortur czy publiczne pręgierze, które należały do wyposażenia każdego większego miasta, okrutne zabawy dzieci czerpiących przyjemność z wymyślnego znęcania się nad zwierzętami. Zapewne również dzisiaj tu i ówdzie pojawia się okrucieństwo – nie znajduje ono jednak powszechnej akceptacji, więc musi się ukrywać. Czasem jest ono bardziej widoczne, gdy dochodzi do zderzenia kultur. Szokuje nas i oburza stosunek Chińczyków do psów, Hiszpanów do byków, a Norwegów do wielorybów (może i Polakom można by coś przypisać?) Co więc sprawia, że wrażliwość wobec otaczających nas istot w pewnych warunkach rośnie, w innych zatrzymując się na poziomie ich urzeczowienia?

W dzisiejszym świecie  najbardziej szokuje nas bestialstwo islamistów. Wzbiera w nas gniew, gdy widzimy zbrodnicze egzekucje i zamachy wymierzone w przypadkowych ludzi. Ale oburzenie czujemy również wobec legislacyjnego okrucieństwa u naszych sąsiadów, gdzie w imię prawa z byle powodu odbiera się dzieci, przekazując je do rodzin obcych językowo, kulturowo i religijnie, nie patrząc na cierpienie, jakie wyrządza się tym bezbronnym istotom i ich rodzicom. Celowo zestawiłem tutaj te dwie różne formy przemocy, by uzmysłowić, że to, co szokuje nas, Polaków, wcale nie musi oburzać Niemców czy Szwedów. Jak więc rodzi się w nas wrażliwość i czy jest to proces powszechnie postępujący? Czy działa tu wyłącznie kulturowo kształtowana empatia, czy też większą rolę odgrywa system indywidualnie przyjętych wartości? Co sprawia, że dostrzegamy w kimś osobę, a w zwierzęciu istotę godną szacunku?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Etyka, Psychologia

 

Statyka czy dynamika? Między Duchem a Tradycją…

04 cze
2017_06_Zesłanie_Ducha

Motywy zesłania Ducha Świętego bywały wyrażane bardzo statycznie – u góry: włoski obraz Duccio di Buoninsegna (XIV w.) i wschodnia ikona (na podst. XV w.).  Ale też miewały charakter niezwykle ekspresyjny – u dołu: Tycjan (1545) i El Greco (1600). Na tle obrazu „Zielone Świątki” Piotra Suchodskiego (1884)

Czy tradycja musi pozostawać w opozycji do ożywczego powiewu Ducha? Warto na samym początku wspomnieć, że katolicka myśl teologiczna dosyć ostro oddzielała zwyczaj od tradycji, czasem nawet je sobie przeciwstawiając. Thomas Merton pisał, że zwyczaj jest jak pasożyt, który potrafi tak silnie zespolić się z tradycją, że z czasem przestajemy jedno od drugiego rozróżniać. Zwyczaj czerpie z tradycji soki i tak doskonale potrafi ją udawać, że tamta w końcu całkiem zamiera, ustępując miejsca groteskowemu, częstokroć rygorystycznie traktowanemu formalizmowi. Taki kanon skostniałych zwyczajów w istocie staje się swoistym bałwochwalstwem – kultem rutyny, a jednocześnie zakamuflowaną postacią konformizmu.

W bezrefleksyjnym przestrzeganiu zwyczajów czujemy się bezpiecznie, bo odsuwamy od siebie zarówno egzystencjalne lęki, jak też wygaszamy niepokoje sumienia. Taki stan działa usypiająco wobec duchowej czujności i wrażliwości, w którą każdy został mocą Ducha wyposażony. Prawdziwa tradycja jest otwarta na nowe horyzonty – jest bowiem świadomością przebytej drogi i kryje w sobie pamięć o całym procesie dochodzenia do Prawdy. W ten sposób zachowuje żywą świadomość, że duchowość nie jest stabilnym ołtarzem, ale dynamiczną drogą. Zesłanie Ducha Świętego wpisuje się w tą tradycję, odsłaniając nowy horyzont w świetle konsekwencji tego, co już było, łącząc przeszłość z przyszłością. Czy zatem El Greco i Tycjan lepiej ujęli to zdarzenie, widząc w nim ożywioną dramaturgię? Chyba nie – wyrazili to tylko inaczej, bo przecież to, co się dzieje za sprawą Ducha, nie musi być dynamiczne na zewnątrz, przełamując przede wszystkim wewnętrzne bariery formalizmu.

Formalizm jest martwy i zamknięty na przestrzeń duchowego wzrastania. Żyjąc lękami naruszenia swej stabilności, nie dopuszcza do siebie powiewu Ducha Świętego. Tym samym jest również zatrzaśnięty na drugą osobę – zarówno na Boga, jak i na żywego człowieka, zastępując go figurą totemiczną lub abstrakcyjną. Dlatego też tradycja jest ze swej natury twórcza i ożywiająca, a wszelka niechęć do niej bierze się z owego pasożytowania formy na treści. Chciałbym być jednak dobrze zrozumiany – jeśli chcemy mieć udział we współczesnej Pięćdziesiątnicy, nie musimy walczyć z pięknymi zwyczajami, które nas otaczają. Wystarczy tylko mieć świadomość, że to są tylko drogowskazy. Tradycja jest jak samochód, którym zmierzamy do celu – nie może być jednak celem. Tradycja jest też jak droga, która nie stanowi domu, ale do niego prowadzi, stanowiąc jego żywą obietnicę.

 
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Duchowość, Tradycja

 

Między pychą a cieniem istnienia

30 maj

2017_05_kości-przemijanie-pokoraJaki ślad został po minionych światach? Buki mnogością rąk wzniesione ku niebu – lub w dramatycznej ekspresji zdeformowane? Czasem kość zabieleje… Iluzje stabilności doraźnego bytu.

Pokora jest źródłem naturalności - pycha czyni człowieka sztucznym. Pokora żyje nadzieją, że niedoskonałość pełnią jest w Chrystusie. Stąd łatwo zadowala się zwyczajnością. Pycha goni za czymś nadzwyczajnym, szukając czegoś, co dotąd nie zaistniało. Jak pisał Merton: Człowiek używający dóbr tego życia z prostotą i wdzięcznością przyczynia się bardziej do chwały Bożej, niż nerwowy asceta, którego niepokoi każdy szczegół własnych wyrzeczeń.” Ascetyczna neuroza przejawia się często w postaci dostrzeganych wszędzie pokus, które miałyby przenikać całe stworzenie na podobieństwo sideł, na każdym kroku zastawionych na człowieka. Takie podejście tworzy groteskowy obraz świata i Stwórcy. Obraz, który dla jednych staje się powodem do porzucenia wiary, jako zbioru naiwnych mitów wzniesionych na bagnie pierwotnego lęku, dla innych zaś jest przyczyną religijnych obsesji i chorego rygoryzmu.

A przecież już sama opowieść Księgi Rodzaju wskazuje nam prawdę podstawową, że świat został stworzony nie jako mroczna dżungla, lecz raj – sama natura nie może więc być skażona złem. To tylko jej postrzeganie stało się mocno zniekształcone. Dlatego można powiedzieć, że choroba grzechu pierworodnego nie wniknęła w istotę bytu, lecz w sferę ludzkiej relacyjności. W niej trzeba szukać takich pojęć, jak piekło, czyściec czy niebo – te formy rzeczywistości nie mogą istnieć na zewnątrz relacji, ale w samym jej rdzeniu. Psychologia mówi nam, że złodziej zawsze będzie widział w drugim człowieku złodzieja, kłamca – kłamcę, a morderca – mordercę. Właśnie to staje się mechanizmem skażenia naszej relacyjności, od której trudno się uwolnić nawet po śmierci, bez zanurzenia w pokorze i ufności. Wracając do metaforyki raju, ten sam owoc może nam dziś przypominać o grzechu, budząc w nas lęki i pożądania – ale może też w sposób piękny opowiadać o pierwotnej harmonii stworzenia.

Płynąc okrętem, widzę tylko burtę, kawałek pokładu i pozostawioną na morzu smugę – nie mogę jednak objąć wzrokiem statku. Patrząc na świat, nie widzę własnych oczu. Mogę je ujrzeć tylko w odbiciu przedmiotów lub w oczach innych ludzi. Ten paradoks bliskości dotyczy również duszy, którą mogę doświadczyć jedynie w relacjach z otaczającym światem. Słowa i czyny to smuga, którą za sobą ciągnę – która jednak już do mnie nie należy, a jej piana niebawem rozpłynie się w oceanie. I tu znów odwołam się do Mertona: „Przyczyną, dla której ludzie tak gwałtownie chcą patrzeć na siebie, zamiast zadowolić się tym, że są sobą, jest brak wiary we własne istnienie.” Tak, myślę, że to jedyne źródło potrzeby ciągłego potwierdzania swego JA w postaci przeróżnych „selfie”. Chcę doświadczać siebie w efektach swoich działań, w dorobku życia, w reakcji innych na moje osiągnięcia. Gdy jednak cień bierzemy za rzeczywistość, wpadamy w pułapkę bałwochwalstwa lub nihilizmu – raz widząc w tym cieniu nieograniczone możliwości, innym razem wpadając w głęboką frustrację, że wszystko to jedna iluzja.

 

Między mrokami puszczy a horyzontami połonin…

09 maj

2017_05_Wyspa_MertonPuszcza może stać się dla nas duchową pułapką, skłaniającą do szukania własnej dziupli – albo wyzwaniem, by wspiąć się ponad nią, na połoninę, doświadczając pełnej wolności…

Otrzymałem dziś zamówioną paczkę z książkami Thomasa Mertona – w tym słynną „Siedmiopiętrową górę”, którą zostawiam sobie na później. Zacząłem od skromniejszej pozycji – „Nikt nie jest samotną wyspą”. Merton dotyka w niej dramatu człowieka rozpiętego między pragnieniem sensu - wpisanym w jego najgłębszą istotę – a pokusą odczytania powszechnego bezsensu, uwalniającego od wszelkiej odpowiedzialności i oferującego narkotyk dryfującej beztroski. W każdym z nas tkwi ta ziemia obietnicy i wygnania – wyboru na przemian kreatywnej wolności i ślepego determinizmu. Ten stan bolesnego rozdarcia może się stać zarówno źródłem przekleństwa, jak i błogosławieństwa…

Rozdarcie to stanowi wyzwanie dla każdego z osobna, bo nikt nie może ci powiedzieć, kim jesteś – i co stanowi sens twego istnienia. Ty także nie możesz nikogo w tym zakresie oświecić. To droga, którą musimy podjąć samotnie, choć wiedzie nas ku rozdrożu, otwierającemu przed nami drogę na pustynię zbielałych kości lub ku pustelni, która jest pełna żywej obecności. Bo każdy z nas po części taką pustynią i pustelnią żyje – czasem przeważa jałowy piasek, innym razem samotność przeradza się w poczucie szczególnej więzi… Jednak wrodzone lenistwo skłania nas często do szukania łatwych rozwiązań. Staje się to idealną pożywką dla rozmaitych konformizmów, pustych pasji czy ideologii. Dlatego, jak pisze Merton: „optymistyczny pogląd na życie nie zawsze jest owocem cnoty”.

Wchodząc w dziewiczą puszczę pytań, które rodzą się z najgłębszych lęków i pragnień, stajemy przed dwoma rodzajami niepokoju. Pierwszy rodzi się z braku odpowiedzi na postawione pytania – to stan naturalny, prowadzący na połoninę nadziei, z której otwiera się szeroki horyzont wiary. Drugi jest mroczną czeluścią, jaka może usidlić człowieka, zanim podejmie jakikolwiek krok ku górze. To lęk przed samym stawianiem pytań. Grzęźniemy wtedy w bagnie lenistwa lub rozpaczy. Albo wchodzimy w zmurszałą dziuplę, tworząc z niej własny dom - strojąc się w pióra mądrych pytań i błyskotliwych odpowiedzi. Ale sytuacja bagna i dziupli, stanowić może również zarodek nadziei – jeśli obudzi w nas świadomość własnej grząskości i ciasnoty, stęchlizny i mroku…

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Życie

 

Merton – między duchem a ciałem

06 maj

2017_05_ziarna_kontemplacji_MertonPrzytulenie drzewa nie wymaga jego zrozumienia – tak jak wejście na most nie wymusza znajomości jego konstrukcji…

Kupiłem na prezent książkę Tomasa Mertona „Nowe ziarna kontemplacji” i jeszcze w księgarni po uszy wsiąkłem w tę lekturę. :) Merton pisze, że kontemplacja jest przeciwieństwem kartezjańskiego „Cogito ergo sum” – żeby w nią wejść, trzeba właśnie porzucić swoje „cogito”. Intensywna myśl w dwójnasób potrafi stawać tu w opozycji – po pierwsze dlatego, że staje się formą jałowej aktywności, próbując tworzyć coś od siebie (zasłaniając tym samym obraz rzeczywistości); po drugie – nastawiona jest na umacnianie swej fałszywej, partykularnej jaźni. W efekcie łapie tylko cień istnienia – fałszywą tożsamość „to-ja” oraz iluzję bytów obok „tamto-on”. Połączenie ze swoim „ja” prawdziwym i nienazwanym możliwe jest tylko przez własne OTWARCIE na przepływ rzeczywistości w jedynym Bogu – bo prawdziwe ja nigdy nie dąży do potwierdzania samego siebie. Z całego „cogito ergo sum” pozostaje tylko „sum” – jestem. Jeśli człowiek szuka potwierdzenia swego istnienia w myśleniu, kurczowo trzyma się swej subiektywnej jaźni, bojąc się opuścić swój ciasny pokoik, by zobaczyć prawdziwy świat – uznaje więc swoje wnętrze sztucznej jaźni za cały świat. Kontemplacji nie jest potrzebny ani intelektualny wysiłek (cogito), ani żadna konstrukcja zależności (ergo).

Kontemplacja nie może być celem wykalkulowanych ambicji, dlatego Merton nie zaleca sięganie po nią w sposób programowy – zwłaszcza wtedy, gdy czynimy z niej kolejne zadanie swego życia. Dlatego dużą trudność z kontemplacją mają ludzie z natury swej aktywni i pragmatyczni, osiągający życiowe sukcesy. Stosunkowo łatwo i spontanicznie wchodzą w nią natomiast ludzie, którzy z natury swej są wobec żywiołów tego świata nieporadni – szczególnie gdy zderzyli się z jakimś poważnym kryzysem.  Jednak wielkim błędem byłoby uważać kontemplację jako ucieczkę od świata fizycznego. Nic bardziej mylnego! Ucieczka od rzeczywistości nie wyzwala nas od fałszywej (zewnętrznej) jaźni – bo to właśnie ona jest tym światem, który może się stać przekleństwem. Pogarda do fizycznego stworzenia to w istocie nienawiść do jego Stwórcy – to oskarżenie, które próbujemy zrzucić z siebie na innego – jak biblijny Adam oskarżył Ewę, a ona węża. Również nasze ciało nie jest źródłem zła – bo negacja cielesności jest takim samym samobójstwem prawdziwej tożsamości, jak negacja swej duszy. Merton idzie tu dalej – samo oddzielanie duszy od ciała jest negacją tego świętego małżeństwa ducha i materii.

I tutaj wyłania się przed nami istota najgłębszej relacji człowieka – ukierunkowania do swego Stwórcy, który wcale nie potrzebuje być nazywanym i określanym. Bo każda idea Boga mówi więcej o nas samych, niż o Nim – pisał Merton. Każde przebudzenie wychodzące poza zewnętrzną jaźń implikuje pewien rodzaj śmierci, którego panicznie się lękamy. Na koniec znów zacytuję Mertona: „Umysł, który jest więźniem konwencjonalnych idei, i wola, która jest więźniem własnego pragnienia, nie potrafią przyjąć ziaren nieznanej prawdy i nadprzyrodzonego pragnienia.” Stąd przyszło mi na myśl skojarzenie z mostem, który został dla nas przerzucony przez rwącą rzekę zjawisk. Próbując budować własne mostki, skazani jesteśmy na ich nieustanne zrywanie przez nurt tego świata. Bo brzeg materii (immanencji) połączony jest z brzegiem ducha (transcendencji) tylko jedynym mostem. Syn-Logos, obecny w każdym, kto podejmuje w Jego kierunku krok otwarcia, stanowi dwa przyczółki po obydwu stronach rzeki – Syna Człowieczego i Syna Bożego, będąc oparciem dla jedynego przęsła, jakim jest Duch Święty, zachowujący zdolność dwukierunkowego przepływu Bóg-człowiek, dusza-ciało, duch-materia. W chwili obecnej nie znamy jeszcze drugiego Brzegu …ale w każdej chwili możemy po prostu wejść na Most.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara