RSS
 

Ekumenia w czasach przedekumenicznych

14 maj

 

Poprzednio ukazane drogi prowadzą czasem do różnych ciekawych zakątków. Ta pierwsza wiedzie przez, wymarłą już całkiem, wieś Stebnik, gdzie Rusini przez długie wieki gospodarzyli zgodnie z Niemcami (tworzącymi tu osobną kolonię Steinfels).

  

Zdarzało się, że zawierali mieszane małżeństwa, w których małżonkowie potrafili wprowadzać lepszą ekumenię niż to widać u kościelnych hierarchów. Dla przykładu gdy było dwoje dzieci, jedno wychowywano w duchu ewangelickim, drugie w rycie grekokatolickim (trochę może wydawać się to skomplikowane, ale ileż w tym mądrości i wzajemnego szacunku!).

 

Niestety po tych ludziach pozostały już jeno mogiły… i zdziczałe, wciąż kwitnące sady! Czasem trafi się jakaś piwniczka lub otwarta studnia…

Najlepszą formą transportu przez te doliny jest dzisiaj, jak zresztą za tamtych dawnych czasów, koń… 

 
Komentarze (7)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. voitek

    15 maja 2007 o 23:59

    Witaj, Beszadzie:-) późniejszą porą, z pewną zwłoką, za którą przepraszam, ale bylem ostatnio dość daleki od ducha ekumenicznego;-). Jak zapewne sie domyślasz – za bardzo się „przejąłem” polityką;-)… naszą swojska, tutejszą, „podwórkową”;-). Pełna zgoda (i ta raczej z „czucia” niż „rozumienia”) w tych podniesionych przez Ciebie świadectwach czasu minionego… w nadal zakwitających sadach, przysypanych studniach… na swój użytek „zdefiniowałem” sobie moje pojmowanie jako „sumę” czucia i(lub) rozumienia… Zrozumieć (opierając się na wiedzy-samowiedzy?) mi trudno, bo samemu nie mam doświadczenia w życiu w np. wielokulturowej (różnowierczej?;-)) społeczności, ale „czucie” rodzi się we mnie poprzez analogie do tego, co samemu utraciłem, w czym przeminąłem;-). To może obok;-) tematu Twojej notki, a może i nie… I jest w tym święta racja, że czym innym ekumenizm spontaniczny (bez nazywania go;-)), z żywych ludzkich realacji wynikający, a czym innym ekumenizm uczonych w Piśmie;-)… Usmiecham się, ale bez zlośliwości… ot, tak sobie… Cóż – i ten ekumenizm z uczonych dyskursów wynikły też potrzebny, jakaś w tym proteza dla kulejącego;-) w ludzkich relacjach świata. Trochę mi ten wpis wyszedł „nie ten tego”;-), ale i ja samemu ostatnio jakby chromy;-) w tym i pojmowaniu Innych, i pojmowaniu świata. Ale wydobrzeję :-) To tak w nawiązaniu do Twojej poprzedniej notki z Drogą jako motywem… Pozdrawiam serdecznie:-)PS. Dzięki za to przypomnienie o Rusinach… Dobre słowo… To ważne w tych naszych nieekumenicznych;-) czasach mimo ekumenicznych zabiegów i starań. W.

     
    • beszad

      16 maja 2007 o 09:03

      Istnieją faktycznie dwie płaszczyzny owych ekumenicznych (w najszerszym tego słowa znaczeniu) spotkań. Zaakcentowałęm tu te spotkania „na dole” jako istotniejsze (przynajmniej dla mnie), bo wdrażające myśl w życie, czasem bez potrzeby jej artykułowania. Ale bynajmniej nie chciałbym umniejszać próbom szukania jedności na płaszczyźnie „uczonych w piśmie”. Masz rację, Wojtku – to też wynika z pewnej potrzeby i jeśli jest realizowane w duchu szczerości i otwarcia, to może zdziałać wiele dobrego.

       
  2. florella@op.pl

    15 maja 2007 o 21:24

    Piękne przykłady na to, że to co – różne, wcale nie musi dzielić…lecz może łączyć ludzi.Nie mam własnego przykładu ściśle związanego z Twoją notką, ale z uśmiechem na twarzy wspominam…nasze wczasy sprzed lat, gdy Córka miała 6 lat i bawiła się na plaży z dwoma Niemkami. Każda z dziewczynek mówiła w swoim języku, a jednak potrafiły się jakoś…dogadać i polubić :-) Nasza Córka…kolejnego dnia…szukała ich na plaży i była bardzo zawiedziona, gdy ich nie spotkała.Uroczy jest ten zakątek z Twoich zdjęć :-) Pozdrawiam wieczornie :-)

     
    • beszad

      16 maja 2007 o 09:05

      Dzieci mają jakiś szczególny dar porozumiewania się bez słów, który niestety z wiekiem gdzieś się ulatnia. Może jednak warto się temu zjawisku przyjrzeć bliżej?… :-)

       
      • florella@op.pl

        16 maja 2007 o 22:14

        Ja już dawno stwierdziłam, że w wielu sprawach…małe dzieci mogłyby być dla nas – dorosłych doskonałymi nauczycielami. Dlatego lubię obserwować swoje Małolatki ;-)

         
  3. flakonik@onet.eu

    14 maja 2007 o 13:12

    Wspaniale przybliżasz te urocze zakątki… to uczta dla oka i refleksja dla ducha! Przypomniałeś mi zarazem, że dzieciństwo spędziłam w „ekumenicznym” domu. Jego lokatorzy mniej więcej w połowie byli katolikami i w połowie ewangelikami – wszyscy żyli ze sobą b. zgodne, były nawet wzajemne zaproszenia na komunie i konfirmacje… Nie wiem, czy to typowe (dla Sląska), ale tak właśnie było (lata 60,70-te). Dziękuję za wywołanie tych miłych wspomnień… Flakonik

     
    • beszad

      14 maja 2007 o 13:45

      Jako żywo pamiętam ze Śląska takie właśnie relacje i chyba nie były one rzadkością. Dopiero wojna i polityka wiele na tej płaszczyźnie napsuły…