RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2009

W stronę ufności…

28 sty

Akwarela – bieszczadzkie sanktuarium w Jasieniu, dzielnica Ustrzyk Dolnych (autorstwa mojej Mamy)

„Biegnij”
Ann Patchett

 Pozwólcie, że w drodze wyjątku podzielę się z Wami interesującą pozycją współczesnej literatury amerykańskiej, dotykającą skomplikowanych relacji rodzinnych w kontekście problemów adopcji, odległego już echa rasizmu, odmienności życiowych priorytetów, cierpienia, duchowych zranień i śmierci. Powieść o codziennym życiu jednej z amerykańskich rodzin.  W tym przypadku jest to rodzina z bagażem irlandzkiej tradycji, ale też sporą domieszką amerykańskiego liberalizmu i afrykańskiej tożsamości (adopcja czarnoskórych dzieci). Można więc powiedzieć, że w obliczu nowej prezydentury Baracka Obamy (wspomnianego tu zresztą w tle wydarzeń), jest to książka ściśle wpisana w czas obecny. Ale najbardziej poruszające są w niej nie tyle same wydarzenia (w ich dramatycznym splocie), co towarzyszące im przemyślenia bohaterów.

Autorka pokazuje jak zawiłe potrafią być drogi przeznaczenia. Powoli w tej gmatwaninie przypadków zaczynamy odkrywać jakiś „z góry ustanowiony” porządek, w którym każde pozornie losowe wydarzenie staje się ważnym zakrętem na drodze życia. Nawet tragiczny wypadek i niespodziany pocałunek śmierci (za który można by obwiniać ślepe fatum czy też ludzką głupotę) nabiera z czasem szczególnego sensu. Śmierć staje się ważnym spoiwem łączącym świat żywych i nadającym głęboki sens całemu zmaganiu zżyciem.

Chwilami płynność czytania zakłócają drobne niedociągnięcia warsztatowe w postaci dłużyzn lub nagłych przeskoków, wieloznaczności czy też powtórzeń, ale nie są one zbyt liczne i sama treść sprawia, że po kilku rozdziałach po prostu się ich nie zauważa.Główni bohaterowie zarysowani są w ciekawej różnorodności charakterów – bardzo prawdziwych, bo spotykanych w realnym życiu. Ich tok myślenia i sposób reagowania, przy tak barwnej palecie różnorodności, w obliczu dramatycznych wydarzeń, splata się w jeden warkocz, czyniący rodzinę prawdziwą wspólnotą –mimo rozchodzących się wcześniej dróg każdego z jej członków.

Jest w tej powieści jeszcze jedno ważne przesłanie – poprzez pokazanie problemu z dwóch różnych perspektyw uczymy się zachowywać większy dystans wobec pochopnych osądów, budowanych na prostej konstrukcji wydarzeń. Czasem trzeba dotrzeć do prawdziwego dna motywów,aby wydobyć z niego ludzkie cierpienie i bezradność, wobec którego zewnętrzna wina blednie. Jest w tym również jakaś inspiracja do głębszej ufności. To niemy jesteśmy scenarzystami naszego życia. Pisze je za nas Ktoś inny, a my możemy(lub też nie) udzielić Mu naszego pióra i atramentu. Swobodne poddanie się wzburzonemu oceanowi życia daje siły do spokojnego żeglowania ku odległym lądom przeznaczenia.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Moje przebudzenie

26 sty

Cerkiew łemkowska – gdzieś tam w Beskidzie Niskim (malowała moja Mama) 

       Każdy z wielkich myślicieli opierał swe wywody na jakimś fundamentalnym kamieniu. Kartezjusz podstawę swego istnienia oparł o słynne MYŚLĘ, WIĘC JESTEM, Kant zwrócił się raczej ku niepewności, co można by sprowadzić do WĄTPIĘ, WIĘC JESTEM, również Heidegger czuł tylko jedną pewność – nieuchronność przemijania, którą można wyrazić UMRĘ, WIĘC JESTEM… Pierwszy z nich oparł się na intelektualnej kreacji, drugi na negacji, trzeci na egzystencjalnym lęku. Jaki jest mój i Twój osobisty kamień?
      Chwilami mam wrażenie, że najbardziej poruszające okruchy Prawdy dostępne są człowiekowi w najmniej oczekiwanych chwilach. W moim przypadku zwykle zachodzi to rano, gdy umysł jeszcze dobrze się nie przebudził lub też późną nocą, gdy już prawie zasypia. W tych chwilach uśpione są krytyczne władze rozumowe, więc myśl bywa bardziej wolna – zamknięte są utarte szlaki, wyłączone stare konstrukcje myślowe, wpisujące się w tradycyjne schematy i stereotypy.
      Tymczasem człowiek stworzony jest do nieustannego ZDZIWIENIA. To zaś nie wymaga aktywnej kreacji, ani rezygnacji, ani też nie musi podlegać lękom. Z całą pewnością mógłbym więc dorzucić osobisty kamyczek dotknięcia prawdy: BUDZĘ SIĘ, WIĘC JESTEM.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zabić w sobie NUDĘ (?)

12 sty

Miniaturki na szkle: kobieta wiecznie zajęta

      Artur Schopenhauer pisał o nudzie, że jest ona przejawem wewnętrznej pustki, która wymaga ciągłych bodźców w postaci choćby najbłahszych zdarzeń w świecie zewnętrznym, aby czymkolwiek wprawiać w ruch myśli i uczucia. Jest w tym coś z rozpaczliwego wołania o sens. Jest nieugaszone pragnienie BYCIA w kontekście bezowocnego przemijania. Jest też ból wynikający z wewnętrznego bezruchu.
      Ale to właśnie ból stanowi dla naszego organizmu ważny sygnał. Ostatnio odkryto nawet, że istnieje jednostka chorobowa polegająca na całkowitym braku bólu, a chorzy cierpiący na tę dolegliwość są pozbawieni odczuwania szczęścia (!).
      O nudzie pisał Jacek Salij, że jej wypełnienie sztucznymi podnietami działa jak morfina – powodując nie tylko oszołomienie, ale też czyniąc nas coraz mniej zdolnymi do wewnętrznej przemiany. Nuda w tym kontekście jest więc ważnym darem, zachętą do poszukiwań.
      Z kolei Antoni Kępiński pisał, iż nuda to antyteza miłości: „Uczucie nudy jest czułym wskaźnikiem stosunku uczuciowego do otoczenia”. Jest to chyba dobra odpowiedź na obawy niektórych ludzi, jakoby niebo miała wypełniać nuda (wyobrażenie zbudowane na słodkich scenkach wyobrażeń życia pośmiertnego w średniowiecznym i barokowym malarstwie).
      Miłość usuwa nudę, podobnie jak światło ciemność. Symbol wiecznego ucztowania (dla niejednego jest to dość nudny sposób spędzania czasu) należy rozumieć wyłącznie przez pryzmat obfitości dawania i ciągłego zainteresowania się drugą osobą – pisał dominikanin.
      Nic więc strasznego w tym, że czasem odczuwamy w sobie nudę (podobnie jak nic złego w tym, że dostrzegamy ciemność) – tragedia ma miejsce dopiero wówczas, gdy tę nudę chcemy w sobie zabić…

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zapatrzenie w dzieła rąk ludzkich

07 sty

  
      Św. Augustyn tak pisał w obliczu zniszczeń całego materialnego dorobku jego życia w oblężonej Hipponie: „Jeśli spodziewam się, że to, co robię dla Boga, zostawi po mnie jakiś ślad, to ulegam złudzeniu. Tak naprawdę zostanie po mnie tylko to, co Bóg we mnie zbudował”.
      Tymczasem człowiek współczesny tak wielkie nadzieje pokłada w dziełach swych rąk. Nawet w głębi różnych kościołów widoczny jest ten problem. Człowiek tak silnie wiąże się z zewnętrznym porządkowaniem swej rzeczywistości, że nagle wytrącony z tej wielkiej „budowy nowego świata”, wpada w panikę lub całkowitą rezygnację…

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii