RSS
 

Archiwum - Październik, 2010

Oddech jesieni …czyli w poszukiwaniu samego siebie

24 paź

Tak szybko przemijające barwy jesieni – polanka pod Tarnicą… (a połoniny już biało-siwe)

       Człowiek 20-letni zachłystuje się potencjałem własnych możliwości, ale już po 40-tce ogarnia go niepokój wobec możliwości dotąd niezrealizowanych. Czy moja egzystencja ma realną alternatywę? Skąd biorą się rosnące napięcia i niepokoje?… Można je pogrupować według pewnych schematów:

1) doświadczenie nieodwracalnej przemijalności (w kontekście tego, co nie zostało zrealizowane);

2) niewiadoma horyzontu (już się wydaje, że za chwilę przekroczę graniczną barierę perspektywy, gdy nagle wyrasta przede mną następna góra);

3) atomizacja społeczeństwa, która prowadzi do jeszcze większej alienacji niż za czasów komuny (każdy zaczyna być indywidualną łodzią i płynie w innym kierunku);

4) religijno-filozoficzna mgła aksjologiczna osiadająca na dnie doliny (wciąż trzeba przedzierać się przez różne, często przeciwstawne nauki);

5) niewiadoma jutra - coraz bardziej ujawniający się żywioł, który wiedzie w zupełnie nieznaną strefę nieprzewidywalności;

6) efekt bocznicy wobec młodych pokoleń, które coraz bardziej bezrefleksyjnie zdają się przeć do przodu;

7) usilna próba nadawania sensu temu co jeszcze zostało… itd, itd.

      Wszystkie jednak kwestie można zamknąć w jednym pytaniu: kim jestem i dokąd zmierzam? Po każdym wyjściu z lasu następuje olśnienie blaskiem polany, ale za jednym lasem jest następny las – i coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że wciąż jestem w punkcie wyjścia. Czasem targany doraźnymi troskami zapominam o tym pytaniu, ale napięcie jeszcze bardziej narasta, by w pewnym punkcie znów eksplodować wielkim znakiem zapytania.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ziółka i magia, świętość i herezja…

07 paź

  

Albert Wielki i wspomniane zioła: po lewej GLISTNIK JASKÓŁCZE ZIELE (ruiny zamku na górze Sobień), na dole – WERBENA, po prawej – ZŁOCIEŃ ŁĄKOWY (dolina Tarnawy)

 

Rzecz jest o Albercie Wielkim - rektorze katedry w Koln, mistrzu samego Tomasza z Akwinu (XIII wiek). Otóż, jak właśnie czytam, ten światły – na ów wiek - dominikanin często sięgał po praktyki magiczne. W swej „Księdze Sekretów” dla przykładu pisał: pokrzywę trzymający ze złocieniem w ręku, bezpieczny jest od wszelkiego lęku. W innym zaś miejscu: glistnik z sercem kreta – na zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi i zażegnanie wszelkich swarów; położony na głowie chorego – jeśli ma żyć, zapłacze, jeśli nie – śpiewać będzie… itd. itp.  Ciekawy jest też tekst przeznaczony dla panów: Werbena pomocna jest także bardzo do lubieżności względem obcowania. Gdyby kto chciał chuci cielesnej wygodzić, to ziele większej pożądliwości doda, jednak przecię trza mieć przy tym co inszego, oprócz samego ziela (chodziło tu nie tylko o samo ziele, ale również o kobietę?) ;-)

 

Nadto Albert Wielki antycypował niejako teorię ewolucji, głosząc, że z upływem czasu jedna roślina w drugą przechodzić może. Podobnie samego człowieka ujął jako formę najdoskonalszego zwierzęcia (!), stojącego zaraz po małpach i …pigmejach ;-) Zapędził się też trochę w spekulacje ontologiczne, głosząc, że życie roślin zależne jest od „sił kosmicznych” (co dzisiaj kojarzyć się może z fotosyntezą, ale na ówczas było bardzo śmiałą hipotezą).

 

Przy tak swobodnym pisaniu i magii praktykowaniu ani chybił skończyłby co najmniej z ekskomuniką, co już mu zaczynało grozić. Jednak niechęć hierarchii odwróciła się, gdy Albertus Magnus aktywnie zaangażował się w obronę dogmatu o odpustach. Uznano więc, że jest on rzecznikiem „białej magii”, nie czarnej i że może dalej swą profesję wykonywać. Mało tego – po wiekach, w 1931 r. Pius XI ogłasza go świętym, a niedługo później Pius XII – patronem przyrodników. Zastanawiające jest, jak blisko było zawsze w Kościele od potępienia do kanonizacji…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pochylenie nad źródłem wartościowania

04 paź

 

Połonina Caryńska i Zatoka Teleśnicka – widoki z całkiem ”dzikiej” perspektywy :-)

      Patrząc o tej porze roku na połoniny lub Jezioro Solińskie mówię sobie w duchu „ależ tu pięknie!”. Spoglądam na jesienne kwiaty w ogrodzie – jedne podziwiane, drugie jako chwasty wyrywane. Obrazy na ścianie – kontemplowane, inne do szuflady chowane. Co właściwie sprawia, że uznaję coś za piękne? Skąd w ogóle biorą się jakiekolwiek wartości?…

     Ujawnia się tu pewna subiektywna strona piękna. Nawet gdy jeden typ widoku może podobać się niemal wszystkim (i wtedy zdawałoby się jego wartość nabiera już znamion obiektywnych), jest to jednak wciąż odniesienie do podmiotu. Czy uprawnione jest więc uznawanie wartości bezwzględnej? Z pewnością nie, bo żadna wartość nie istnieje bez osoby wartościującej. Zatem w naszym świecie to człowiek jest źródłem wszelkiej wartości. Ale zaraz, zaraz, czy nie wpadam tu teraz w pułapkę relatywizmu?

      Chodzi o to, że właśnie uznawanie wartości bezwzględnych (samych w sobie) niesie zagrożenie relatywizacją, bo wtedy to MY żyjemy dla wartości, a nie odwrotnie. Jesteśmy o tyle ważni, o ile uda nam się przyswoić i pozyskać jakąś wartość (nawet zupełnie duchową). O tyle jesteśmy, o ile żyjemy wartościami. Do pewnego momentu można się z tą tezą zgodzić. Czy jednak gdybym nie zachwycił się dziś Soliną i Połoniną, byłbym uboższy? A może ubogim staję się wtedy, gdy tą zdolność posiadam, a nie potrafię się nią dzielić z innymi?

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii