RSS
 

Archiwum - Luty, 2011

Metaforyzacja Tajemnicy

28 lut

 

Litery, obrazy, wizje – jak te „hieroglify” kornikami pisane, „ikony” porostami malowane i ”kapliczki” naszej wyobraźni… (wczorajsze zdjęcia z Poł.Wetlińskiej)

 

Idąc dzisiaj do pracy, kolejny raz rozważałem największą dla mnie tajemnicę Boga TRÓJJEDYNEGO. Czasem otrzymuję snop jasnego światła, które intuicyjnie oznajmia mi, że tylko takie, w pełni dialogiczne Oblicze, może być odpowiedzią na życie człowieka pośród ludzi, na istotę największego powołania, jakim jest drugi człowiek w Bogu i Bóg w drugim człowieku… Przychodzą jednak chwile jakiegoś głębokiego zagubienia w tej trójrzeczywistej relacyjności – szczególnie podczas racjonalnych rozmyślań. W takich chwilach nasilają się w głębi zewnętrzne argumenty, że Bóg jest taki czy owaki – tyle, pozornie wykluczających się, abstrakcyjnych teorii czy „przeciwstawnych” teologii. Tajemnica wydaje się być wtedy nieprzenikalna…  

I właśnie wtedy staje mi przed oczami obraz Słońca, które przecież nie jawi się w każdym miejscu takie samo – inne jest dla Eskimosa, inne dla Murzyna, jeszcze inaczej wygląda z kosmosu. Ale nie tylko wizualnie jest ono poza sferą obiektywnego poznania – również nauka wciąż tak mało o nim wie, choć na podstawie różnych danych wnioskuje, jaki jest skład chemiczny, temperatura wnętrza i powierzchni – wszystko na podstawie innych pomiarów,  jak cała nasza wiedza o kosmosie. Budowana jest więc, niczym wieża z klocków, wiedza o czymś, co nie może być zbadane bezpośrednio.  A przecież to tylko najbliższa gwiazda – mizerny okruch materii! Jakże więc ogarnąć Tego, który jest Źródłem wszystkiego?… Tu tym bardziej kształtują się różne wizje, które mogą dac tylko pewne wyobrażenia – te z kolei przelewane są na litery, obrazy, abstrakcje…

Jednak słońcem żyje każdy – nikt nie powie, że nie jest mu potrzebne światło i ciepło, jakie ono daje. Każdy, kto jest świadom zależności grawitacyjnych, wie, jak ważna dla całego Układu Słonecznego jest jego stabilizująca obecność. Czerpiemy więc z tej naszej Gwiazdy pełnymi garściami – w każdej chwili swego istnienia (choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi). Słońce daje nam życie, pokarm, energię, a również nadzieję na kolejny dzień, gdy zapada mrok nocy. Było tak zawsze – także wtedy, gdy człowiek w ogóle nie miał pojęcia czym ono jest. Ileż w tym analogii do relacji czysto duchowych! Czy można inaczej patrzeć na tajemnicę Boga, jak tylko przez obrazy i analogie? Czy całe Pismo nie jest przesiąknięte metaforą? A przecież mówi o relacjach na wskroś prawdziwych – o Bogu, którego istnienia nie sposób zaprzeczyć…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tajemnica największego Spotkania…

26 lut

Krzyż na Tarnicy, na dachu bieszczadzkiej ziemi – stąd również jakby bliżej do Spotkania…

      Istnieje tajemnica, wobec której czuję równie silne „przyciąganie”, jak bezradność. Komunia. Wszystkie sakramenty to w największym skrócie widzialne znaki niewidzialnej łaski. Stanowią więc rzeczywistość równie łatwo dostępną, co nie do końca przenikalną dla rozumu. W trakcie przyjmowania Komunii czuję wyraźnie, że dzieje się coś niezmiernie ważnego, gdy jednak trzeba to komuś wytłumaczyć, brakuje mi słów. Wobec wszelkiej zewnętrznej krytyki - tak ze strony agnostycznej racjonalności, jak też innowierczej perswazji - staję zupełnie bezbronny (pozbawiony werbalnego argumentu, lecz uzbrojony w moc ducha, która słów nie potrzebuje)…

      Czuję, że zachodzi tu jakaś szczególna aktualizacja obecnosci Jezusa TU i TERAZ – poza wymiarem przemijalności, poza pragmatyzmem mozolnego budowania, poza misterną celowością działań. Komunia jest jak swoisty tunel czasoprzestrzeni, który wyprowadza mnie poza czas, poza zniszczalną materię i wszelką złożoność życia – w takiej chwili jestem tylko JA i CHRYSTUS – zanurzony we WSPÓLNOTĘ tych, którzy również zostawili swe sieci, aby wyjść na Spotkanie. W takich chwilach blednie każda pokusa, oddalone są wszystkie lęki, nieważne staje się wszelkie zabieganie…

   Bóg przychodzi do nas w Komunii nie jako mglista idea czy eteryczna abstrakcja – tutaj Transcendencja staje się Immanencją, która przenikając zmysły, oczyszcza moją cielesność i wynosi ją do poziomu ducha. Kolejny raz Słowo staje się Ciałem, a dotykając mojego ciała, porządkuje we mnie myśli, pragnienia, emocje… W modlitwie dochodzi do spotkania człowieka z Bogiem na progu intencji i słowa – w Komunii dzieje się to samo, lecz tutaj cały przekraczam ów próg i staję się gościem u Boga, który mnie obejmuje. Wciąż próbuję zmieścić to wydarzenie w słowie i ciągle czuję swoją niezgrabność – ale niech już tak zostanie, nie będę tego kasował…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nadzieja – w oprawie pięknego surrealizmu i głębokiego symbolizmu

22 lut

 

      Obejrzałem właśnie przepiękny film z Robinem Williamsem „Między piekłem a niebem” – od razu trzeba zaznaczyć, że film można oglądać na dwóch różnych płaszczyznach: malarskiego SURREALIZMU (większość akcji dzieje się jakby w najgłębszej świadomości) i psychologicznego SYMBOLIZMU (niemal każdy obraz staje się tutaj wymowną metaforą treści, których inaczej nie sposób wyrazić). Wchodząc w symbolikę obrazów, odkrywamy krok po kroku, czym jest miłość i nadzieja w ich strukturze „warstwowej”.

      Główny bohater, ojciec rodziny, ginie zaraz po śmierci obydwojga dzieci, zostawiając żonę w takiej rozpaczy, że ta odbiera sobie życie krótko po pogrzebie męża. Mamy więc tragedię całej rodziny, która odnajduje się dopiero za kurtyną śmierci. Tam jednak każdy jest początkowo zdany na zgromadzony za życia „ładunek” nadziei i miłości. Tak więc spotkanie ojca z dziećmi dokonuje się w miarę szybko, wyłaniając się z kolejno nawiązywanych warstw relacyjnych (relacje z osobami „tamtej” rzeczywistości przybierają kształt relacji tych, które były nam w życiu najbliższe). Jednak żona i matka, która odebrała sobie życie, okazuje się nieobecna. „Czy faktycznie samobójcy trafiają do piekła? Czy to ma być sprawiedliwość?!” – woła nasz bohater – i postanawia odzyskać swą żonę – wydobywając ją choćby z samych czeluści piekieł. Jednak okazuje się, że piekłem nie jest jakieś zewnętrzne miejsce wygnania, lecz jej własny wybór trwania w stanie rozpaczy… Przezwyciężenie stanu duchowego marazmu (bardzo malarsko tu pokazanego!) możliwe jest właśnie dzięki miłości, która nie rezygnuje – nawet wobec totalnej beznadziei tego, czego doświadcza…

      „Piekło to inni” – pisał Sartre, ale w tym przesłaniu piekło to przede wszystkim ja sam, który zamykam się na nadzieję, generując wokół stan totalnej rozpaczy i dobrowolnie wyzbywając się wszelkich pragnień, wszelkiej miłości… Zewnętrzna rzeczywistość wokół nas może być odczuwana jako nieustanna relacja wrogości, lub przynajmniej niechęci. Człowiek w takiej rzeczywistości szuka jakiejś „siostrzanej duszy” (taką siostrzaną parę stanowią małżonkowie ze wspomnianego filmu). W każdym z nas jest tęsknota do tak bliskiej relacji, w której intencje łapie się w lot, a empatyczne porozumienie nie wymaga słów – w której milczenie staje się bardziej treściwe niż intelektualne rozmowy, a rozmowa nawet o rzeczach banalnych daje tyle do myślenia, że wciąż stajemy przed jakimś nowym „odkryciem Ameryki”…

      A jednak rzadko się zdarzają takie związki – chciałoby się zapytać, dlaczego Bóg nie łączy ludzi wedle ich duchowego pokrewieństwa? I natychmiast przychodzi odpowiedź - wnikając w głębokie pokłady tejże tęsknoty, staje się oczywiste, że to właśnie ona otwiera nas na Boga i drugiego człowieka. Bez tej tęsknoty nasze życie może byłoby i szczęśliwe, ale czy nadzieja na „przestrzeń” relacji istniejących poza przemijalnością byłaby równie otwarta? Tęsknota kryje w sobie nadzieję oczyszczoną z postawy roszczeniowej, z życiowego przyzwyczajenia do szczęścia. Staje się częścią mojego i Twojego ducha, który dzięki temu przekracza swoje „ja”, wybiegając naprzeciw Nieokreślonego, szukając Go w twarzy każdego spotkanego człowieka. Tęsknota to OTWARCIE.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak dobro i zło splecione, żywy pień przerastające…

19 lut

Jemioła nad bieszczadzkimi zagrodami – we dnie i w nocy, latem i zimą – towarzysząca człowiekowi odwiecznie – jak dobro i zło…

 

Jemioła – roślina kojarząca się nam dzisiaj głównie z możliwością bezkarnego całowania, głębokimi korzeniami wniknęła w kulturę celtycką i prasłowiańską, czerpiąc z niej „soki”, jak z żywicielskiego drzewa (jest bowiem półpasożytem). Pliniusz Starszy w I wieku tak o zwyczajach Gallów pisał: „Wierzą oni, że napój przyrządzony z jemioły upładnia płonne zwierzęta i jest skutecznym sposobem na wszelkie trucizny.” U ludów germańskich, przed przyjęciem chrześcijaństwa, w czasie zimowego przesilenia (późniejszy czas Bożego Narodzenia) był zwyczaj wieszania gałązek jemioły pod sufitem izby, co wyrażać miało zwycięstwo życia nad zimowym czasem śmierci. W lutym dzień staje się wyraźnie dłuższy, zbliżając nas do tajemnicy odnawiania się życia (tak w kontekście przyrody, jak również w wymowie mistycznego przezwyciężenia zła).

W przezwyciężaniu zła można też dopatrywać się bardzo praktycznego zastosowania jemioły przeciwko chorobom, na które medycyna jest bezsilna – głównie nowotworom. A bywa w tych przypadkach niezastąpiona, hamując rozwój i przerzuty zabójczych komórek, kojąc ból i działając przeciwdepresyjnie. Jemioła w czasach średniowiecza niosła nie tylko życie, lecz używana była powszechnie w tzw. jadownictwie: pobierano jej lepkie owoce i mieszając z silną trucizną innych roślin (np. tojadów), sporządzano mikstury do zatruwania strzał. Sama jemioła jest trująca, gdyż zawiera wiskotoksynę (wywołująca silne skurcze jelit), jednak tu przede wszystkim stanowiła doskonały klej, pozwalający innym truciznom przylgnąć do grotu…

Jemioła w ten sposób weszła do naszej kultury jako roślina o charakterze ambiwalentnym: niosła miłość, ale i zdradę (bo pozwalała przełamywać opory moralne), dawała życie, ale też je odbierała, stanowiła symbol zwycięstwa dnia nad nocą, dobra nad złem – ale też głęboko weszła w świadomość wielu ludów jako atrybut magii, używanej również przez złe moce… Niedawno na koinonii www.koinonia.slowo.pl prowadziłem ciekawy dialog na temat zła obecnego w muzyce, poezji i literaturze. Tutaj mamy również często do czynienia z motywami wielce dwuznacznymi. Z jednej strony nie ma czegoś takiego jak „czarna” muzyka czy literatura, lecz wiemy dobrze, że zło potrafi przenikać każde dzieło – penetrując je tak, jak ssawki jemioły przenikają pień drzewa. Czy potrafimy odróżniać zło od jego neutralnej ekspresji? Czy w ogóle istnieje „niezaangażowane” opisanie lub wyrażenie zła?…  

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czy Słońce może być zazdrosne?…

07 lut

Słońce przedzierające się przez chmury nad cerkwią (Jałowe k. Ustrzyk Dolnych) 

     Słońce jest jedno, ale jawić się nam może różnie – nie tylko w zależności od położenia geograficznego, ale także przez pryzmat położenia DUCHOWEGO… Nietoperz zmyka przed nim do ciemnej groty. Krokodyl wygrzewa się na brzegu (gromadząc energię do skoku na swą kolejną ofiarę). Lustro odbija światło beznamiętnie – nic z niego w sobie nie zatrzymując. Za to Księżyc pochłania je całą powierzchnią, jednocześnie przekazując Ziemi (bywało już podczas moich wędrówek, że dzięki niemu, w samym środku bieszczadzkiej nocy, mogłem czytać mapy). Chyba nie jest to przypadek, że właśnie Księżyc stał się symbolem Maryi, a na krzyżach tutejszych cerkwi pod Jej wezwaniem widnieje jego „rogalik”)…

      „Lustro” jest obrazem zimnej postawy etyków, teologów i badaczy Pisma, którzy o Prawdzie mówią wiele, lecz przyswoić jej sobie nie potrafią. „Krokodyl” to symbol przyziemnych materialistów i oportunistów – Prawda o tyle jest mu potrzebna, o ile służy jego doraźnym i osobistym celom. „Nietoperze” są jawnymi wrogami Światła – najlepiej więc czują się w mrokach. Wszystko to są pewne schematy postaw życiowych (nie ludzi!) – można je więc zidentyfikować na różnych odcinkach życia w każdym z nas…

      W ostatnim czasie napotykałem na opór ze strony niektórych braci protestantów w kwestii owego „Księżyca”. Zawsze w tych sytuacjach padają kategoryczne cytaty Pisma „JEDEN jest tylko Pośrednik”. Oczywiście przyjmuję tę prawdę bez zastrzeżeń, że tylko Chrystus jest wcielonym OBLICZEM Boga. Jednak natychmiast przychodzi refleksja: czy każde przyjęcie i odbicie Słońca nie staje się jednocześnie cząstkowym Jego obrazem? (tylko cząstkowym i tylko odbiciem – tu właśnie dotykamy  tajemnicy świętości, zasadniczo różnej od Wcielenia). Zachodzi więc pytanie: czy Słońce może być zazdrosne?…

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Polskie 3M: martyrologia, melancholia i malkontenctwo

05 lut

Liście graba – uparcie trzymają się gałęzi, jakby wierzyły, że się jeszcze zazielenią… 

       Jako Polacy znani jesteśmy w świecie ze szczególnej skłonności do 3M: martyrologii, melancholii i malkontenctwa. Co sprawia, że tak trudno jest nam czuć pełne zadowolenie z siebie i swojego życia? Myślę, że problem tkwi w głębi naszego ducha i wcale nie musi o nas źle świadczyć. Człowiek, który nie zadowala się namiastką szczęścia, zawsze pragnie pełnej harmonii na wszystkich frontach. Te „fronty” to styczne linie zmagania się naszej duszy z rzeczywistością zewnętrzną – są więc nieustannym kształtowaniem siebie wobec świata, same zaś kształtują się pod wpływem wolnej woli. Jeśli więc odczuwam zazdrość, gniew lub pożądliwość, wszystko to zaczyna się jeszcze w fazie przedemocjonalnej – właśnie na etapie woli, której kompasem jest sumienie.

      Kiedy wola staje się szczególnie aktywna? W chwilach wyciszenia: modlitwy, refleksji, kontemplacji. To wtedy wytyczamy kurs swojej żeglugi. Gdy nadchodzi nawałnica emocji, wszelka troska koncentruje się już tylko na ocaleniu okrętu przed zatopieniem. Powodzenie rejsu zależy wówczas od wcześniejszego ustawienia sterów (owe „stery” to nasze moralne prawa). Każda niekonsekwencja kroku (odbicie od kursu), każda niespójność wartości (chybotanie okrętem) – wszystko to odbija się na sercu (kapitanie), które koryguje kurs według sumienia (jak według gwiezdnej mapy). Co się dzieje, gdy to sumienie jest zagłuszone, jak zachmurzone niebo? Nie trzeba wyjaśniać, że tylko niefrasobliwy kapitan płynie dalej…

      Polacy z pewnością nie są narodem prawa (nagminnie je łamiąc), dlatego nasza żegluga bywa bardzo zawiła. Jednak nie można nam odmówić jednego – jesteśmy narodem sumienia: mamy nieustanny wgląd w nieboskłon nad głowami - co sprawia, że szybko orientujemy się w każdym zejściu z kursu. Ceną tej wrażliwości jest wspomniana skłonność do „3M”… Trwanie w przekonaniu o właściwym kursie przypomina mi zeschłe liście, które uparcie wiszą na drzewie, jakby wierzyły w wiosenną reanimację. Z kolei świadomość zejścia z drogi stwarza stan przejściowej zapaści – człowiek zewnętrznie wówczas zamiera, szukając w sobie soków życia, ale kiedy je znajduje, rozwija w sobie nieśmiałe pąki nadziei…

Beszad

Pąki i kotki leszczyny (kwiatostany męskie) - pierwsza zapowiedź przedwiośnia… 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bombardowani obrazem…

02 lut

 

Dzisiejszy wschód słońca nad Bieszczadami – czyż nie przywodzi na myśl skojarzenia z jakimś apokaliptycznym bombardowaniem?

      W przeważającej mierze jesteśmy wzrokowcami. Wykorzystywane to jest nagminnie w przestrzeni medialnej – szybko zmieniające się sekwencje w telewizji, wyskakujące okienka w internecie, bilbordy na ulicach - słowem poddawani jesteśmy nieustannemu bombardowaniu obrazami. Takie zjawisto nie tylko pozwala przenikać do naszej podświadomości, ale w zasadniczo wpływa na nasz sposób myślenia.

      Erich Fromm już w 1941 r., pisząc „Ucieczkę od wolności” przewidział nową formę totalitaryzmu, wskazując, że dynamiczny montaż obrazów paraliżuje myślenie krytyczne i wyłącza refleksyjność. A jakież w tamtych czasach mogło być zagrożenie? Chyba tylko w propagandowym kinie hitlerowskim czy stalinowskim. Dzisiaj migający obraz jest wszechobecny, a sterowanie – wielopłaszczyznowe.

      W powieści Ray’a Bradbury „Fahrenheit 451″ ukazano totalitaryzm oparty na paleniu książek i karmieniu ludzi telewizyjnym obrazem przez dostarczanie samych przyjemności – aby odciąć tłumy od myślenia problemowego (!) Dzisiaj mamy teledyskowe formy rozrywki czy teleekspressowy przekaz informacji – czyż to nie zmusza do biernego wchłaniania papki przetworzonych obrazów? Czy nie pozbawia treści jej aksjologicznych korzeni? Widzimy zabijanie – i dziwimy się: „jak można?”, oglądamy niszczący żywioł – i podziwiamy jego siłę… Nie mamy jednak czasu na odniesienie tych kwestii do głębi własnego życia.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii