RSS
 

Archiwum - Marzec, 2011

Księżycowe refleksje nad dziejami narodów…

21 mar

 

Moje świeże ujęcia z dzisiejszej nocy 20/21 marca – Księżyc płynący po grzbiecie Małego Króla (nad Ustrzykami)

 

W ostatnich dniach Słońce wykazywało maksymalna aktywność, a jednocześnie Księżyc osiągnął swe perygeum (zbliżył się do ziemi na odległość blisko 350 tys. km, podczas gdy w innych latach bywa oddalony ponad 400 tys. km). Czy te zjawiska wpłynęły na aktywność sejsmiczną? (ostatnie trzęsienie ziemi w Japonii) …i społeczną? (rewolucje w świecie arabskim) – tego się nie dowiemy, ale z pewnością stanowią ciekawe tło do rozmyślań nad burzliwymi losami ludzkości… Myśli moje tej nocy pobiegły w stronę dwóch narodów – Izraela i Polski. Wspólne cechy widoczne są nie tylko w zakresie polskiej diaspory żydowskiej. Pewne podobieństwa wynikają też ze sposobu ukonstytuowania się i trwania tożsamości narodowej. W jednym i drugim przypadku wyrosła ona na gruncie panowania zupełnie obcej kultury i przez wieki kształtowała się w oparciu o nieustanne zagrożenia, a także – na co chciałbym zwrócić szczególną uwagę – najbardziej umacniała się w obliczu klęsk i czasów niewoli, kiedy to jedynym sposobem ocalenia było wpisanie wartości narodowych w tradycje religijne i przekazy rodzinne. To właśnie w tej przestrzeni nastąpiło jakieś gruntowne „przeistoczenie” pierwotnych wartości plemiennych.

W warunkach niewoli kształtowała się MISZNA (nauki rabiniczne przekazywane ustnie i spisane w II w n.e.), a potem TALMUD (żydowski „katechizm” z III-VI wieku). Warto przypomnieć kilka okresów z dziejów narodu żydowskiego, które miały wpływ na kształtowanie się tych mądrości, a jednocześnie silnie wpływających na żydowską mentalność i cały system wartości: VIII w p.n.e. – niewola asyryjska,  VI w p.n.e. – niewola babilońska,  IV w p.n.e. – panowanie hegemonii perskiej i aleksandryjskiej (najpierw Aleksander Wielki, potem jego dawny dowódca, Ptolomeusz, który obwołał się władcą Egiptu), II w p.n.e. – niewola pod panowaniem Syryjczyków z Antiochem Epifanesem (zmuszającym Żydów do składania ofiar bogom helleńskim, co doprowadziło do zwycięskiego powstania). Potem było trochę wolności, zanim przyszła kolejna niewola – pod władaniem Rzymu. I znów wybuchły powstania, tym razem przegrane (I i II wiek), które doprowadziły do całkowitej utraty szczątków autonomii państwa i zniszczenia świątyni. Ale osiągnięcie tego punktu klęski stało się dla Żydów punktem zwrotnym na drodze do prawdziwego odrodzenia! Co się dzieje dalej?…

Po zburzeniu świątyni Talmud zaleca modlitwę w miejsce krwawych ofiar. Jednocześnie rolę świątyni przejmują bet-midrasze (domy nauki), zaś orężem staje się spisywana i przekazywana tradycja talmudyczna. Kończy się czas jakiejś burzliwej „fermentacji zewnętrznej”, jaka miała miejsce od czasów Abrahama, a rozpoczyna się kształtowanie zaczynu pod „fermentację duchową”, która również rodzi się w bólach. Pierwsze wieki to burzliwe ścieranie się nauk Szammaja (wąska interpretacja Prawa) ze szkołą Hillela (odchodzącą od formalizmu w stronę budowania żywych relacji z Bogiem i człowiekiem). Kiedy pojawił się Jezus, mentalność walecznych Izraelitów została ostatecznie zamieniona w „wino Nowego Testamentu”. Walka zewnętrzna nadal trwała, ale w obrębie chrześcijaństwa i niektórych szkół żydowskich przeniosła się na zupełnie nowy grunt, gdzie zmagania są już czysto duchowe. Wojowniczy nów księżyca osiągnął swą rodzicielska pełnię…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W najgłębszej dziupli swego „ja”…

17 mar

 Mała pustelnia w starym buku – szczyt Laworty (Ustrzyki Dolne)

 

Czytam Talmud i czytam Koran, konfrontując te dwie księgi z Ewangelią. Wszystko jest takie bliskie i niepojęte zarazem. Dlaczego próbujemy posiąść tajemnicę, wpychając ją w ciasne ramy wyobrażeń, pojęć i systemów? Chcemy wszystko nazwać, umiejscowić, policzyć. Zawsze miałem problemy z ogarnięciem tajemnicy Trójcy – Boga Trójjedynego. Chwilami przedziera się jakiś snop światła – następuje intuicyjne przyswojenie, lecz gdy trzeba tę myśl komuś przedstawić, nie mieści się już ona w żadnych słowach, ani logicznych konstrukcjach. Czy jednak roślina zastanawia się nad istotą światła? Nie – ona czerpie z niego całą swą zielenią! Przedziera się ku słońcu całą sobą, z wolna przebijając zmrożone łaty śniegu: w naszym przypadku zaskorupiałe warstwy oziębłej logiki i lodowatej wiedzy – jak ta nadzieja, również wiecznie zielona…

Dlaczego Jezus mówił do uczniów tylko przypowieściami? Dlaczego nie nazywał rzeczy po imieniu? Nie tworzył teologii systemów i wyobrażeń, nie stawiał akcentu na wiedzy (że Bóg jest taki, a świat taki), nie mnożył regułek do wyuczenia na pamięć, nie ustanawiał ceremonii (w których człowiek staje się zautomatyzowana mrówką). Nie rozwiewał też znad głów swoich uczniów mgły ontologicznej, lecz kierował ich ku wartościom, ku żywej aksjologii zawartej w międzyosobowych relacjach. Ograniczał się przy tym wyłącznie do obrazów, bo to one właśnie dają najlepsze rozumienie owych więzów relacyjnych, które wymykają się wszelkim szablonom.

Dlaczego w historii powstawały tak rozliczne i tak różniące się religie? Za każdym razem odwoływały się one do potrzeby wyobrażeń, które w jakiś tam sposób pozwalały tłumaczyć niezrozumiałość tego świata. Nawet największe religie Księgi podzieliły się na tyle wyznań. Zachowały jednak coś wspólnego – odniesienie do Boga i do bliźniego. Szukanie sensu i  jedności w samych wyobrażeniach i systemach zdaje się prowadzić w ślepy zaułek, mnożąc tylko przed człowiekiem coraz to nowe labirynty. Tymczasem prawdziwe źródło jedności tkwi w samym rdzeniu relacji – w tej wąskiej „dziupli” najgłębszego „ja”. Tylko w tej przestrzeni każdy z nas pokonuje w sobie wspaniałą drogę od „ja-on” do „ja-ty”…

 
Komentarze (134)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Strefa BARIER i strefa PRZESTRZENI

12 mar

 

Barierka na połoninie Wetlińskiej (widok na Karpaty słowackie – Bukovske Vrchy)

 

      Z radością otworzyłem dzisiaj na portalu wiara.pl kolejny już dokument cyklu o dialogu ponadreligijnym – 
http://spotkania.wiara.pl/doc/703328.Nie-ma-innego-imienia-niz-Jezus
, który jest wpaniałym uzupełnieniem uprzednio polecanego przeze mnie filmu. Sobór Watykański II mówi, że: „włączonymi w tajemnicę paschalną są nie tylko chrześcijanie, ale wszyscy ludzie dobrej woli, w których sercu, w sposób niewidzialny, działa łaska.” Sobór idzie nawet dalej, twierdząc, że istnieją elementy prawdziwe i święte w innych religiach, zatem prawda i łaska może być tam doświadczalna. Oczywiście nie oznacza to, że nie jest nam potrzebny Kościół i że możemy być równie dobrze zbawieni w każdej innej religii – subtelna różnica polega na tym, że promyki łaski przenikają całą ludzkość, ale Prawda nie jest relatywna! Tylko Chrystus potrafi dotrzeć do każdego, kto szczerze w swym sercu poszukuje, włączając go w niewidzialny Kościół ponadinstytucjonalny.

W spotkaniu międzyreligijnym bardzo ważne jest zachowanie równowagi między GŁOSZENIEM (niesieniem Ewangelii) a DIALOGIEM (zasłuchaniem i otwartością na innych). Czasem spotykałem się z zarzutem, że Jan Paweł II rozmywał tożsamość wiary przez takie modlitewne spotkania, jak Asyż. Rzeczywiście – w tym miejscu nie było głoszenia, bo cel był inny: chodziło nie tyle o ewangelizację, co o wypracowanie wspólnego, międzyreligijnego frontu wobec przemocy i niesprawiedliwości. Było tu odwołanie się do tego doświadczania łaski ponad granicami religii, ale przecież każdy z uczestników takich spotkań znał ewangeliczne przesłanie Papieża, który głosił Słowo we wszystkich zakątkach świata. Myślę, że Papież był tu jednomyślny z teologiem Hansem Kungiem, który twierdził, że nie będzie pokoju na świecie bez pokoju między religiami.

Z obejrzanego filmu bardzo spodobało mi się określenie „rozsiewać zapach Chrystusa” – człowiek mieszkający pośród innowierców nie ma lepszej możliwości dotarcia do ich duszy, jak tylko chcieć być dobrym jak chleb, jak sam Chrystus. Muzułmanie mają inny obraz Jezusa, który jest dla nich tylko prorokiem – nie został ukrzyżowany i nie zmartwychwstał, a przede wszystkim nie był WCIELONYM OBLICZEM Boga. Dlatego mocno zapadło we mnie wypowiedziane tu zdanie, które w esencjonalny sposób podsumowuje różnice między Bogiem zawartym w Koranie i Ewangelii: „W islamie Bóg jest tym, który daje, a w chrześcijaństwie – tym, który SIEBIE daje” – to jedno „siebie” jak wiele tu zmienia! W nim wyrażona jest cała istota naszej wiary.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

KORAN przesłaniem pokoju …czyli współbrzmienie wielkich Ksiąg

10 mar

Ucałowanie Koranu przez Jana Pawła II i spotkanie Benedykta XVI z muzułmanami  …w tle Halicz, Kopa i Rozsypaniec (widok z Tarnicy)

 

Wziąłem do ręki Koran, chcąc głębiej wniknąć w duchowość muzułmańską, bo dotąd była dla mnie mało zrozumiała, a przecież co piąty człowiek na świecie jest muzułmaninem, liczba muzułmanów przekroczyła już liczbę katolików – i choć nadal jest drugą co do wielkości religią (po chrześcijaństwie) to rozwija się tak prężnie, że kto wie, co będzie za paręnaście lat? Ale nie statystyki są tu najważniejsze – chodzi raczej o bliższe poznanie tych, którzy współczesnemu światu bardziej kojarzą się z dżihadem, szariatem i terroryzmem, niż z pokojem, mądrością i miłością. A to właśnie – jak się okazało – te ostatnie treści w Koranie dominują.

 

Zaraz po przeczytaniu pierwszej sury, dziwnym trafem wpadłem na ten oto film dokumentalny, który mocno mnie poruszył:


http://spotkania.wiara.pl/doc/684242.Christian-de-Cherg-i-Mohamed
– idea tego zakonnika jest mi bardzo bliska – właśnie nie chodzi o tworzenie jakiegoś synkretyzmu spod znaku New Age, ale o to, by umieć BYĆ z SOBĄ – MIMO RÓŻNIC… i by otworzyć się na nieprzeniknione plany Boże – bez sztywnego osądzania, kto jest w błędzie, a kto na „jedynie słusznej drodze”. Zaimponowało mi  wspólne czytanie Biblii i Koranu w taki sposób, by obydwie Księgi ze sobą współbrzmiały – by chrześcijanin przez Koran mógł głębiej zrozumieć Biblię i odwrotnie – by można było wyczuć ten wzajemny rezonans między Księgami.

 

Najbardziej we wspomnianym dokumencie zbudowało mnie to WZAJEMNE ZASŁUCHANIE – tutaj właśnie znajdujemy sedno DIALOGU i pełnię CHRYSTUSA, który jest ponadreligijny. „Bóg zawsze większy” – mówi koraniczne wezwanie do otwarcia się na wymiar Boga przerastającego nasze rozumienie i teologiczne wyobrażenie. W Koranie znajdujemy słowa o żydach i chrześcijanach – np. Sura V, aja 69: Zaprawdę ci, którzy wierzą, ci, którzy wyznają judaizm, sabejczycy i chrześcijanie, ci, którzy wierzą w Boga i Dzień Ostatni i którzy czynią dobro – niech się niczego nie obawiają; oni nie będą zasmuceni… sura II, aja 137: Jeśli oni wierzą w to samo, w co wy wierzycie, to są na drodze prostej. Sura III/ aja 3: On zesłał niegdyś Torę i Ewangelię jako drogę prostą dla ludzi. Trzeba tu zaznaczyć, że określenie „droga prosta” pojawia się dość często w Koranie i oznacza podążanie wprost w objęcia żywego Boga.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rzeczywistość otwarta i zamknięta, czyli dialogiczny cud przemiany…

08 mar

  

Świt nad Ustrzykami Dolnymi…

 

Gabriel Marcel w „Homo viator” pisze, że zwrot „należysz do mnie” wcale nie oznacza degradacji drugiej osoby do roli niewolnika – pod warunkiem, że w ślad za tym idzie wyznanie wzajemności: „ja również należę do ciebie”. Zastanowiłem się głębiej nad tymi słowami – a co będzie, kiedy tej wzajemności zabraknie? Przecież w życiu najczęściej mamy do czynienia z mniejszą lub większą asymetrią w tym względzie. Moje „ja” zostaje o tyle okrojone, o ile budowane jest na jednostronnym podporządkowaniu sobie innych osób. Twierdząc, że ktoś należy do mnie, rozciągam swoje „ja” na przestrzeń, gdzie moja wola nie sięga (jest tylko iluzja rozszerzenia mojej władzy) – tym samym doprowadzam do rozwodnienia swojego „ja” w osobie mi obcej (bo duchowo nie przyswojonej, czy inaczej – jakby powiedział Mały Książę – nie oswojonej). Rozcieńczam wino w wodzie, zatracając jego wartość i smak.

A co się dzieje, gdy mamy do czynienia z sytuacją odwrotną – wyjścia naprzeciw kogoś z bezwarunkową deklaracją swej przynależności – bez oczekiwania na wzajemność? Wtedy odsłaniać się zaczyna kreatywny potencjał naszej wolności – angażuje to bowiem moje otwarcie w nową, nieznaną mi rzeczywistość, która co prawda napotyka na doraźny mur, jakieś chłodne zamknięcie z drugiej strony, jednak przez sam fakt nadziei moje otwarcie zaczyna podważać nieodwołalność tego zamknięcia.

Innymi słowy – dopóki ja wierzę, że z drugiej strony może dojść do otwarcia, jestem dla drugiego źródłem nadziei, bo uniemożliwiam temu zamknięciu wejście w tryb dokonany. W ten sposób zaczynam powoli nadawać formę temu, co dotychczas stanowiło bezkształtną masę gliny – staję się ręką samego Stwórcy. Człowiek odkrywa swój byt („kształt”) dopiero w spotkaniu z drugą osobą. W takim spotkaniu choćbym ofiarował z siebie tylko kroplę wina, może dojść do cudownej przemiany, w której woda doświadczana na zewnątrz staje się dobrym winem – wtedy całe niebo otwiera się nowym, ciepłym świtem…

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W pustyni i w puszczy …czyli wszechogarniająca PUSTKA i nieustanne ZAGROŻENIE

04 mar

 

Bieszczadzka prostota czy światowy blichtr? Wybór należy do Ciebie (opuszczona chałupa w Jałowem) 

 

Czuję się coraz bardziej obco w tym świecie – zawładniętym przez szum INFORMACJI, zawiłości BIUROKRACJI i dyktaturze TECHNOKRACJI. Właśnie otrzymałem nowe oprogramowanie do służbowego komputera – totalny odlot! Mam wrażenie jakby ktoś celowo trudził się, jak udziwnić coś, co przecież dotąd funkcjonowało sprawnie i przyjaźnie. Programiści lekceważą nie tylko przyzwyczajenia (które są drugą naturą człowieka), ale zdają się traktować narzędzie jako cel sam w sobie, który za wszelką cenę powinien ewoluować – nie ważne w jaką stronę, byle nie stał w miejscu! Młody człowiek bywa zwykle łasy na wszelkie nowinki, ale przecież sprzętu komputerowego używają też ludzie w średnim i starszym wieku – a są to najczęściej odbiorcy, którzy cenią sobie nade wszystko ład, przejrzystość i funkcjonalność (bez żadnych bajerów!).

Zastanawiam się, czy obecna tendencja technokratyzacji, informatyzacji i biurokratyzacji nie wpływa zasadniczo na zanik myślenia refleksyjnego? Obserwując młodych ludzi, mogę stwierdzić, że radzą sobie z tym szaleńczym pędem całkiem dobrze – sprawnie poruszają się w coraz to nowych fiksacjach, aplikacjach, dywersyfikacjach i „ścieżkach dostępu” (w najszerszym tego słowa rozumieniu). Odbywa się to jednak chyba kosztem zdolności do wejścia na płaszczyznę myśli filozoficznej, postawy czysto kreatywnej, czy tym bardziej – egzystencjalnego doświadczenia własnego BYCIA w świecie, tak w zakresie alienacji, współodczuwania, metafizycznego sensu, jak też wobec samych wartości, które wykraczałyby poza cele doraźne… Czy gimnazjalista zastanawia się nad przyszłością życia, skoro ma do przejścia kilka etapów gry i musi oszczędzać swe życia wirtualne? Czy młoda panna usłyszy głos swego serca przy puszczonej na ful muzyce z MP-3? Czy młody biznesmen ma czas na refleksję o śmierci, skoro dziś jeszcze trzeba pokonać kilka paragrafów, aby jego firma mogła przetrwać do jutra?

Cel został zamknięty w szklanej szybce wirtualu i w krągłym brzuszku paragrafu – za rosnącym słupkiem giełdowym, za półką supermarketu, za szybką jazdą i mocnym doznaniem. Wygenerowano sztuczne poczucie sensu, ograniczającego się do pędu za stworzeniem (lub przyswojeniem) czegoś nowego i zaskakującego, a przy tym bez reszty pochłaniającego! Pochłonięci wirtualnymi możliwościami, które nigdy się nie kończą, zafascynowani wyścigiem coraz to nowych generacji sprzętów, zachłystujący się tworzeniem wokół siebie „ładu zupełnie nowego świata” – siadamy z dumą na tronie samego Stwórcy, rzucając mu wyzwanie, czy zrobiłby to lepiej? Czy kreatywność ludzka nie przekracza właśnie jakiegoś pułapu prędkości ponadświetlnej? Czy techniczne i legislacyjne zorganizowanie społeczeństw zachodnich nie wchodzi w ostatnią fazę szczęśliwości?… Niektórzy w to wierzą – zapatrzeni w wirtualne słupki osiągnięć, oślepieni blichtrem geometrycznie postępującej nowości. Tylko gdzieś w tym wszystkim zgubiono wrażliwość i autentyczność człowieka.

 
Komentarze (34)

Napisane w kategorii Bez kategorii