RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2011

Perły „ściany wschodniej” – Polesie

11 kwi

 

Właśnie wróciłem z Polesia – jestem zauroczony tamtejszą dziką przyrodą – bagnami, podmokłymi lasami i łosiami. Jednak najbardziej zafascynowała mnie tamtejsza kultura. Konferencja, na której byłem, dotyczyła tamtejszego rezerwatu biosfery „Polesie Zachodnie”, który właśnie planuje się poszerzyć na stronę ukraińską i białoruską. W moim referacie wykorzystałem element osobistego zachwycenia się tym tradycyjnym życiem, jakie tam zastałem – coś, co zwykle traktuje się jako źródło „kompleksów prowincji” (tak bardzo znanych mi jeszcze ze Śląska), starałem się wydobyć jako niepowtarzalny walor, który jest silnym magnesem przyciągającym zachodnich turystów. A dzieje się tak dlatego, że cała ta wschodnia tradycja nie jest w żadnym calu sztuczna, nie stanowi komercji na pokaz – ale w sposób naturalny wynika z nieprzerwanej ciągłości pokoleń! Te malutkie chatynki (czasem uszczelniane jeszcze mchem, ze strzechami, zagatami i płotkami – tu i ówdzie stawianymi z użyciem gałęzi, trzciny lub słomy). Ptactwo na podwórzu, konie zaprzężone do pługa, krowy idące drogą,  nawet sterty obornika za chałupą – wszystko to podtrzymuje dawny klimat gospodarstw. Klimat, który wynika z mentalności nie przeoranej jeszcze unijnymi gwiazdkami! Ludzie mniejszą wagę przywiązują do komfortu i blichtru życia, za to czas ani pieniądz ich nie ogranicza – są otwarci i serdeczni dla każdego przybysza, a rozmawiając z nim, nie spoglądają na zegarek.

                                           Od lewej: cerkiew, synagoga, kościół paulinów we Włodawie…

Idea rezerwatu biosfery nie obejmuje samej treści przyrodniczej –  jej głównym przesłaniem jest harmonijne połączenie ochrony przyrody z zachowaniem treści kulturowej (a więc również całej tej „zacofanej” tradycji – z podniesieniem jej do rangi unikatowej wartości). Poza tym Włodawa jest nie tylko miasteczkiem trójgranicza – stanowi też ziemię trzech kultur, gdzie przeplatały się religie: żydowska, prawosławna i katolicka. Współistnienie tych odrębnych światów widoczne jest nie tylko w obecności trzech dobrze utrzymanych świątyń, ale także w otwartym stosunku mieszkańców do wszelkiej odmienności. Choć Żydzi zostali tu zmiażdżeni przez walec ostatniej wojny (niedaleko był słynny obóz w Sobiborze), ich ducha wyczuwa się na każdym rogu ulicy, a czasem nawet w oknach drewnianych domów można zobaczyć ich tęskne spojrzenia… Prawosławnych dzisiaj nie ma zbyt wielu, jednak ci, którzy się ostali, ożywiają tutejszą cerkiew pięknymi śpiewami, a ich swiaszczennik daje żywe świadectwo ponadreligijnego otwarcia. Pomimo, że dziś dominuje tu katolicyzm, z górującymi nad miastem wieżami paulińskiego kościoła, na każdym kroku czuje się obecność trzech światów…

                                                Dawne domy żydowskie – i duchy mieszkańców…

Moją wizytę postanowiłem zakończyć na tutejszym cmentarzu, gdzie sąsiadują ze sobą stare nagrobki prawosławne (z rusińskimi inskrypcjami) z pomnikami obrządku łacińskiego. Od pierwszych kroków zachwycił mnie kunszt kamieniarski. Co bardzo znamienne dla całego wschodniego pogranicza, w kamiennych płytach znaleźć można ogromne bogactwo motywów roślinnych – niemal każdy stary nagrobek miał jakiś ornament liści, kwiatów i owoców (zwykle o bardzo starej symbolice). Szczególnie wiele było krzyży ciosanych w kamieniu na kształt ściętego pnia, często zakorzenionego, czasem z wypuszczoną gdzieś żywą gałązką. Wtem zauważyłem, że jakaś kawka ciekawie za mną podąża, przeskakując z grobu na grób – jak Charon, odprowadzający każdą tutejszą duszę na drugi brzeg… Tutaj nie tylko czas się zatrzymał, uciszając łomot turbin tego świata – w tym miejscu dało się też wyczuć jakieś tajemnicze wyczekiwanie zmartwychwstania, kiedy przeszłość będzie mogła podać rękę czasom obecnym – kiedy wszyscy się zbudzą jako dzieci tej samej Nadziei w swej odrodzonej naturze, jak litery nagrobnych epitafiów, zatopione w nigdy nie więdnącej zieleni…

                                                                                                        Główny cmentarz we Włodawie

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

GŁÓD ISTNIENIA… Pożądanie czy podążanie?…

05 kwi

Gody zaskrońców na cerkwisku w Lutowiskach – kamienistym wzgórku za cmentarzem (miłosny amok sprawił, że były jak odurzone)

      Pożądanie jest ekspresją pragnienia – jak zauważył Tischner, ale na tym etapie pragnienie szuka jeszcze po omacku. Tym różni się np. ekspresja erotyzmu od aktu intencjonalnego, że ta pierwsza wychodzi niejako „oddolnie”, wykluwa się wewnątrz podmiotu, szukając „na oślep” przedmiotu własnych pragnień. Intencja natomiast już ten przedmiot (osobę, ideę) znalazła i w podążaniu zwraca się już cała ku niemu, pragnąc jego dobra i rozwoju. Czy jednak można przez to powiedzieć, że intencja jest dobra, a ekspresja – zła? Nie, ponieważ zło pojawia się dopiero na drodze poszukiwań (nie ma go jeszcze w samym zarodku pragnienia) – pojawia się, gdy już owo pragnienie przechodzi do działania.

      Ciekawie to ujmuje Hegel, który dokładnie analizuje, co dzieje się z człowiekiem wchodzącym w przestrzeń misteriów dionizyjskich. Oddając się całkowicie pożądaniom cielesnym, człowiek zaczyna zauważać tylko te przedmioty, które prowadzą do przyjemności (wszystko inne jawi się już tylko jako tło). Ale nie znaczy to, że przedmiot pożądania zostaje przez to wywyższony – on istotnie zyskuje jedyną realność pośród nicości, ale ta realność trwa tylko tak długo, jak długo jest potrzebna do zaspokojenia głodu. Pożądanie w ten sposób „stwarza” przedmioty po to, by zaraz potem je unicestwić. Oczywiście mamy świadomość, że Hegel odnosił to wyłącznie do sfery wartości (sensu nadawanego tym rzeczom), nie do ontologii, która wobec żywiołów pożądań traci swe znaczenie. Cały dramat człowieka zostaje sprowadzony do niezaspokojonego głodu – tak, jak w świecie zwierząt: wszystko istnieje o tyle, o ile można to pożreć. Fenomen konsumpcji jest kluczem zrozumienia istoty pożądania…

      Co dzieje się w trakcie konsumowania? W szerokim znaczeniu tego słowa, dochodzi do unicestwienia jakiejś wartości. Zachwycam się np. „jaka piękna krewetka” – i zaraz ją pożeram, aby „spróbować” jej piękna wszystkimi zmysłami. Podobnie jest z pożądaniem erotycznym. Dziewczyna odkrywa, że jest obiektem pożądania i oddaje się, niszcząc w zarodku to, co dopiero miało się narodzić – pragnienie czyjegoś dobra (w tym przypadku jej dobra), manifestowane jeszcze „po omacku”, przez same zmysły jej oblubieńca… Koneser sztuki patrzy na jakieś arcydzieło i za wszelką cenę chce je mieć na własną wyłączność – to również konsumpcja piękna, a tym samym unicestwienie jego przeznaczenia… Jeden przez mądrość odkrywa, że „być znaczy służyć” – i zaraz znajduje się drugi, który to konsumuje, nie wnikając już w samą istotę mądrości (z osoby gotowej do służenia czyni sobie niewolnika).

      Heideggerowskie „rzucenie” (Geworfenheit) w świat uwidacznia się szczególnie w GŁODZIE – tym pierwotnym, fizycznym pożądaniu (manifestowanym na różnych płaszczyznach) i pragnieniu wartości trwałych (które stają się poszukiwaniem siebie samego przez świat Innego – jakby powiedział Lewinas). Tischner przyrównał głód fizyczny do rzuconej piłeczki – chcąc się oderwać od ziemi, musi najpierw zderzyć się z nią, odkształcając na moment swą kulistą naturę. Potem jakiś czas szybuje, by znów zmierzać ku ziemi. Każde takie wznoszenie jest ograniczone naszą zmysłowością – fizycznością świata, w który zostaliśmy rzuceni. Trzeba by wyzbyć się przywiązania do świata materii, by móc się oprzeć sile grawitacji – bardziej pragnąć wznoszenia ku przestrzeni nieznanej, niż pożądać chwilowego zderzenia z gruntem namacalnym…

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Własne echo i nadzieja …czyli dwa oblicza przestrzeni słów

02 kwi

 

Tafla Jeziora Myczkowieckiego – odbicie zielonej nadziei, czy zimne lustro Narcyza?…

 

Witold Gombrowicz w „Ślubie” pisze, że „ludzie są stworzeni przez to, co stworzyli”, wyrażając tym samym myśl, że naszym nieodwołalnym środowiskiem istnienia stała się przestrzeń słowa: „to nie my mówimy słowa, to słowa mówią nas”. Jednak istnieje różnica między wagą słowa rzucanego „wobec” a słowa wypowiadanego „dla” – na to już wskazywał uwagę ks. Józef Tischner w „Sporze o istnienie człowieka”.

Słowo „wobec” przyrównałbym do jakiegoś pokrzykiwania w jaskini, w której słuchaczami są ściany – są tylko po to, by wróciło do mnie echo moich słów, bym mógł wsłuchiwać się w samego siebie. To swoisty narcyzm, gdzie słowo pełni rolę własnego wizerunku, a drugi człowiek sprowadzony zostaje do funkcji lustra. Takie słowo wpycha „mówiącego” w samotność własnej jaskini: o tyle istnieję, o ile widzę własne odbicie, słyszę własny głos. Inaczej jest ze słowem „dla” – tutaj „mówiący” nie czeka na efekt, nie nasłuchuje echa…

Przychodzi mi teraz na myśl porównanie do siewcy, który w jesienną glebę, gdy wszystko wokół obumiera, kładzie ziarno oziminy – nie spodziewa się natychmiastowego kiełkowania zbóż, zdając sobie sprawę, że jeszcze nadejść musi niejeden chłód, niejedna zamieć śnieżna. Może nawet sam nie doczeka zielonej wiosny, ale żeby siać, musi mieć w sobie głęboką ufność, że robi to „dla”, że chleb już teraz żyje – właśnie w tej przestrzeni żywej nadziei. Chleb żywego słowa i żywych relacji…

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii