RSS
 

Archiwum - Maj, 2011

W poszukiwaniu granic Kościoła…

31 maj

 

Ruiny karmelickiego klasztoru w Zagórzu

 

Zdanie św. Cyryla, że „poza Kościołem nie ma zbawienia” (tak często trywializowane w religijnej walce z innowiercami), warto odczytywać w kontekście teologa prawosławnego – Ewdokimowa, który napisał: „wiemy, gdzie Kościół jest, ale nie wiemy, gdzie go nie ma, gdzie są jego rzeczywiste granice”. Z tych rozważań ks. Tomaś Halik wysuwa wniosek, że Kościoła z pewnością nie ma tam, gdzie nie działa Bóg. Jednak samo działanie Boga jest tajemnicą, więc prawdziwa granica Kościoła nadal pozostaje dla nas zasłonięta.

Widocznie tak ma być, abyśmy nie popadli w triumfalizm i ekskluzywizm. Fundamentem Kościoła jest bowiem pokora, głęboko zatopiona w Chrystusie – im głębszy fundament pokory, tym wyżej można wznieść całą konstrukcję wiary. Bez fundamentu budowane są tylko krótkotrwałe „wieże Babel” – im wyższe, z tym większym impetem się rozsypują! Im więcej ludzi skupiają – tym bardziej dotkliwy jest chaos wynikły z pomieszania języków…

Niektóre definicje Kościoła głoszą, że jest on „depozytariuszem objawionej Prawdy”. Oczywiście można się z tym w pełni zgodzić. Problem jednak zaczyna się tam, gdzie dochodzi do głosu różna interpretacja Prawdy – gdzie sypią się liczne komentarze, głoszone ex cathedra. Im więcej się o Prawdzie mówi, tym mniej z niej zostaje. Może dlatego Jezus, zapytany przez Piłata o Prawdę, po prostu milczał?…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dotykając ran – czyli o człowieku nieustannej drogi…

26 maj

Zawiłość bieszczadzkich dróg nie wyklucza prostoty - serpentyny na Berehach Górnych (w tle Caryńska, dalej Szeroki z Tarnicą) 

      Czytam właśnie niezwykle ciekawą lekturę Tomaśa Halika „Dotknij ran” – olśniło mnie przytoczone tu pokrewieństwo dwóch krótkich zdań, jakie padły z ust Piłata i św. Tomasza. Jeden wyprowadzając poranionego Jezusa, rzekł „Oto człowiek”. Drugi, również spoglądając na rany Jezusa, rzekł: „Pan mój i Bóg mój”. Obydwaj wypowiedzieli prawdę o Chrystusie, który przez całkowite zanurzenie w ludzkiej egzystencji – tak głęboko poranionej i poniżanej – był w pełni człowiekiem, ale poprzez bramę nadziei, jaką przed nami otwierał i zwycięstwo nad śmiercią – był też Synem Bożym.

      Wreszcie zaczyna do mnie docierać, skąd się bierze w nas wszystkich trudność uznania Chrystusa w tym „podwójnym wymiarze”…i dlaczego dochodzi w tym punkcie do bolesnego zderzenia z innymi religiami – islamem i judaizmem. Nigdy nie rozstaliśmy się z greckimi pojęciami, a to metafizyka każe nam nieustannie mówić o „boskiej naturze”, doszukując się w niej różnych „atrybutów”. Tymczasem ważniejsza jest nasza RELACJA do Osoby i do naszego życia – tak jak było w przypadku tych dwóch biblijnych postaci:  lapidarne stwierdzenie Piłata jest wyrazem doświadczenia EGZYSTENCJALNEGO (ten człowiek jest tak samo kruchy i bezbronny, jak my wszyscy), z kolei okrzyk św. Tomasza staje się ekspresją zachwytu TRANSCENDENTALNEGO – a przecież obydwa odnoszą się do tej samej Osoby, różni ich relacja do Chrystusa i jego ran. Przejście od tego pierwszego doświadczenia do drugiego jest podstawą wiary – na co wskazuje czeski duchowny.

      W naszej kulturze wiara stała się zbyt statyczna, zatracając cechy METANOI, a to przecież właśnie duchowa przemiana pozwala wejść w jej główny wymiar, a nie wyuczone i bezkrytycznie przyswojone regułki (prawdy wiary z pewnością pozwalają wszystko porządkować w wymiarze całej społeczności Kościoła, ale według mnie nie powinny być traktowane jako RDZEŃ). Metanoja jest przeciwieństwem oportunistycznego zaskorupienia i chyba najlepiej wyraża istotę DROGI w znaczeniu ewangelicznym. Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.” (J 14,6).

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W poszukiwaniu źródeł agresji…

19 maj

 

„…niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!” (Ef 4,26) – przed zachodem na połoninie Bukowego Berda…

 

Z radością odebrałem maila od Przedstawiciela Onetu, zapraszającego do budowania wirtualnej przestrzeni pozbawionej agresji.  Od razu jednak zastanowiłem się, czy aby nie są to tylko nierealne mrzonki – bo jak mogę wpłynąć na kogoś zupełnie anonimowego? Czy np. usuwając  agresywne wpisy na swoim blogu, eliminuję z netu agresję, czy tylko ją wzmagam?… Z reguły staram się unikać w sieci poruszania tematów o charakterze prowokacyjnym lub osobistym – nie ze strachu, ale ze względów czysto pragmatycznych: aby „nie kopać się z koniem” i „nie rzucać pereł przed wieprze” – oczywiście pisząc o „koniach i wieprzach” nie mam na myśli wypowiadających się osób (nawet tych agresywnych), a jedynie pewien typ POSTAWY, którą czasem internauci prezentują niejako z przyzwyczajenia – obrzucając na „dzień dobry” każdego błotem. A niestety każdy z nas doskonale widzi, ile w sieci jest takich „wierzgających rumaków” czy „złośliwych małp” celnie rzucających odchodami dla samej tylko zabawy. Kiedyś naiwnie próbowałem z nimi dyskutować, później przyjąłem strategię kasowania lub ignorowania takich wpisów. Jednak obecnie dochodzę do wniosku, że obydwie taktyki donikąd nie prowadzą.  

Co prawda, przez przyjęcie postawy ignorującej, intruz po jakimś czasie może zniechęcić się do mojej osoby, ale z jeszcze większą pasją zaatakuje kogoś innego. Obojętność rodzi bowiem agresję, która bywa rozładowywana zupełnie na oślep. Myślę więc, że warto w takich sytuacjach dać choć mały sygnał do gotowości wysłuchania napastliwego adwersarza.  Złość emanuje zwykle z nieuświadomionej bezradności. Złośliwość jest skutkiem zgorzknienia. Cynizm wypływa często z osamotnienia. Jeśli więc znajduję w sobie odrobinę sił i czasu, warto takiemu „wierzgającemu” poświęcić swoje, choćby krótkie, „zatrzymanie” – ale nie wdając się w dyskusję (bo ona tylko rozjątrza), tym bardziej nie wchodząc w jakąkolwiek ocenę człowieka. Chodzi wyłącznie o gotowość jego WYSŁUCHANIA.

W praktyce takie „zatrzymanie” przy kimś konfliktowym może sprowadzać się do krótkiego, lecz poważnie zadanego pytania, które pozbawione jest jakiejkolwiek niechęci do osoby. Warto zwrócić uwagę, by nie wchodzić w ton prześmiewczy lub ironiczny – aby nie okazywać w niczym wyższości. O wiele więcej jesteśmy w takich sytuacjach zdziałać, odwołując się do ukrytej mądrości lub wrażliwości tej osoby. Odruchowo chciałoby się w niej obnażyć głupotę i chamstwo, wystawiając na publiczny pręgież, ale to tylko napędza spiralę wirtualnej przemocy. Sokrates w zetknięciu ze złem i głupotą nigdy nie dawał gotowej rady – stawiał tylko pytania, które były wyrazem postawy zasłuchania, a jednocześnie ufności w to, że mądrość dostępna jest każdemu, lecz musi pochodzić z jego wnętrza, inaczej będzie tylko pustą ideą lub ideologią.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A czas płynie i płynie…

18 maj

 

Bukowe Berdo –  widok na zachód słońca nad Połoniną Wetlińską …i epitafium dla zmarłego GOPRowca

 

Czas jest tematem na tyle wśród filozofów popularnym, że nie będę tu sięgał po klasyków, aby nie utopić się w akademickim ujęciu tego tematu. Postaram się więc skrótowo napisać, jak sam podchodzę do kwestii czasu, który w moim przeświadczeniu jest swoistym wymiarem – a jego swoistość polega na nieodłącznym związku z naszą subiektywnością (choć czas – mimo jego einsteinowskiej relatywizacji – wydaje się być czymś tak oczywistym, że nie sposób ekstrahować go z rzeczywistości obiektywnej). Tak więc czas to według mnie „przestrzeń”, w której wszystko po zanurzeniu wydaje się zupełnie inne niż jest naprawdę – historia kosmosu zdaje się nabierać niewyobrażalnie monstrualnych rozmiarów (ginąc w mrokach spekulacji wobec jej początku i końca), a nasze życie staje się tylko błyskiem iskierki nad „ogniskiem życia”, które jako takie również jest zaledwie przelotnym płomieniem całego istnienia.

Czy jednak to istnienie miałoby swój czas poza świadomością człowieka? Jesteśmy tak mocno przywiązani do ujmowania wszystkiego w kategoriach przyczynowo-skutkowych, że pytanie to może wydawać się niedorzeczne. Kimże jest człowiek, żeby od jego świadomości warunkować istnienie czasu? A jednak nie daje mi spokoju rzecz jedna – czym jest moja świadomość, skoro porządkując wszystkie zjawiska wokół siebie, nie potrafi ona znaleźć odpowiedzi na pytanie podstawowe: skąd przybywam i dokąd zmierzam? Jeśli tego nie wiem, po cóż mi cała reszta wiedzy? Czy nie staje się ona wówczas jedynie plątaniną absurdów? 

Świat z natury jest antropocentryczny – a to dlatego, że pozbawiony człowieka zatraca wszelki sens. Odbiegam od tematu? Nie – to właśnie czas warunkuje takie, a nie inne widzenie rzeczywistości, w którym napotykamy na mury nie do przejścia – przyjęcie takiego czasu, jaki jawi się nam w kategoriach czysto fizycznych, przywodzi nas do uświadomienia sobie własnej NICOŚCI. Godząc się na egzystencję między dwiema wiecznościami, unicestwiamy człowieka. Mamy więc tylko dwa wyjścia – przystać na własną śmierć lub …uśmiercić czas (przynajmniej w takiej postaci, w jakiej go znamy).

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Z zapałkami w stodole …czyli refleksja na pogorzelisku

17 maj

 

Grań połoniny Krzemienia – po prawej stok wypalony pożarem (3 tygodnie od wypalenia), po lewej ocalone torfowiska i bażyniska…

 

Właśnie byłem na lustracji połonin po ostatnim pożarze Krzemienia – przeszliśmy z ekipą TVP trasę od Rozsypańca (gdzie oglądaliśmy zabliźnione rany pożaru z 2000 roku – najdłużej utrzymujące się w naskalnych bażyniskach i zatorfieniach), przez Halicz i Krzemień po Bukowe Berdo. Na Krzemieniu ogień w tym roku poszedł zadziwiająco wysoko – aż po samą grań, choć w wyższych partiach zdecydowanie mniej było suchej trawy, a przeważała roślinność naskalna, grechoty oraz zbiorowiska krzewinkowe – borówczyska i bażyniska (te ostatnie paliły się jednak intensywnie, skwiercząc przy tym głośno). Całe szczęście pożar ugaszony został zanim zdołał przeskoczyć na stronę północną, gdzie zachowała się roślinność najcenniejsza – alpejskie torfowiska, powstające na skałach przez tysiące lat…

Zdziwienie budzić może fakt, że ogień miał aż taki impet, wypalając nawet to, co rosło na gołej skale. Po stronie ukraińskiej połoniny płoną znacznie częściej (nawet podczas mojej lustracji się paliły), ale pożar zwykle przechodzi tam szybko i powierzchniowo, bo nie gromadzi się tyle suchej trawy (prowadzone są regularne wypasy i koszenia) – u nas po kilku latach połonina przypomina stodołę pełną siana! Wystarczy niedopałek, rozdmuchany przez wiatr – dlatego po polskiej stronie na połoninach większe pożary obserwuje się co kilka lat (Caryńska 1994, Rozsypaniec 2000, Kińczyk 2005, Krzemień 2011).

Rozważając kwestię gromadzenia się palnej masy traw, przyszło mi na myśl odniesienie do zupełnie innej płaszczyzny naszego życia. Kiedy w sferze emocjonalnej brakuje odpowiedniego „wentyla”, wybuchy stają się o wiele mniej kontrolowane. Tłumiona ekspresja, brak możliwości pozytywnego odreagowania, funkcjonowanie wyłącznie w przestrzeni nakazów i zakazów – wszystko to sprawia, że człowiek staje się taką łatwopalną „stodołą”, wobec której wystarczy mała iskierka… Przypomniało mi się niedawne zdarzenie, kiedy na Lubelszczyźnie ujęto jakiegoś 18-letniego gwałciciela. Atmosfera była bliska linczu, podczas gdy niedoszłe ofiary zeznawały: „zaczęło się od tego, że chciał się do mnie przytulić”, albo: „chciał, żeby z nim porozmawiać, ale nie miałam czasu”… Najczęściej widzimy tylko skutki, nie wnikając w przyczynę – podobnie jak ogień na połoninach.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Beatyfikacja w kontekście „święta pracy”

02 maj

Zabudowa Krościenka przy ukraińskiej granicy oraz kopy siana pozostawione po ubiegłorocznym koszeniu dla samych dopłat unijnych…

 

Wczorajsza beatyfikacja Jana Pawła II natchnęła mnie różnymi odczuciami – z jednej strony czułem radość, że w ten sposób przypieczętowany został bardzo ważny pontyfikat, otwierający Kościół na ekumenię, odważne apostolstwo i wrażliwość na ludzką biedę. Z drugiej zaś strony towarzyszyły temu obawy, żeby postać Papieża nie została zamieniona w posąg, któremu oddaje się cześć, a przy którym ginie gdzieś samo słowo, które zawsze powinno być kierowane – za Janem Pawłem – ku Chrystusowi przez pochylenie się nad człowiekiem i ku człowiekowi przez wymiar ewangelii Chrystusa…

Wczorajsze święto chyba nieprzypadkowo zbiegło się z dawnym „świętem pracy” – po raz pierwszy nie można było odróżnić, kto wywiesza flagę z pobudek ideologicznych, a kto z powodów religijnych. ;) Moja myśl poszybowała w obydwu kierunkach, obejmując nauczanie Jana Pawła w kontekście pracy – zwłaszcza, że w ostatnim czasie coraz częściej zastanawiam się nad charakterem dzisiejszej aktywności człowieka – na ile ma ona wymiar sensowny i realny, a na ile generowana jest w sposób sztuczny… Kiedy przejeżdżam przez bieszczadzkie wsie, widzę, że do rzadkości należy już uprawa roli czy hodowla zwierząt (niegdyś obecna przy każdej chałupie). Wszędzie natomiast koszone są łąki (dla samych dopłat unijnych, bo siano upycha się pod lasem), wszędzie też o pracy mówi się jakimś unijnym bełkotem, organizowane są kosztowne i nikomu nie potrzebne szkolenia…

Ludzie, którzy zostają na wsi, żyją w nędzy lub nowej formie niewolnictwa (czasem czerpiąc z dopłat spore profity, ale przecież właśnie w ten sposób popadając w totalne uzależnienie od niewidzialnego aparatu nowej „ekonomii”). W Encyklice LABOREM EXERCENS Papież tak pisał o tego rodzaju uwikłaniach: „Technika, w pewnych wypadkach, ze sprzymierzeńca może przekształcić się w przeciwnika człowieka, jak w wypadku, gdy mechanizacja pracy „wypiera” człowieka, odbierając mu wszelkie zadowolenie osobiste (…) Praca na roli niesie ze sobą niemałe trudności, jak stały i często wyczerpujący wysiłek fizyczny, znikome uznanie ze strony społeczeństwa, co u ludzi pracujących na roli powoduje nawet poczucie społecznego upośledzenia i skłania ich do masowego opuszczania wsi i przenoszenia się do miasta, a więc, niestety, do warunków życia, które tym bardziej mogą przyczyniać się do wykorzenienia człowieka.” Słowa pochodzą sprzed 30 lat, więc dotyczą raczej problemu ówczesnej technokracji i urbanizacji społeczeństwa, jednak dzisiaj tematyka ta wciąż jest żywotna – szczególnie w odniesieniu do biurokracji i niezrozumiałej pseudo-ekonomii.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii