RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2011

Dusza rośliny …i roślinna szkoła życia

21 lip

 

Najsilniej trujące rośliny bieszczadzkie – od lewej: wawrzynek wilczełyko (niegdyś używany do trucia wilków), tojad wschodniokarpacki (stosowany do zatruwania strzał) i lulecznica kraińska (w Karpatach Wschodnich zamiennik średniowiecznej mandragory – w użyciu tutejszych czarownic).

 

Grecy uważali, że roślina ma duszę. Arystoteles wydzielił jej trzy szczeble, z których najniższy, wegetatywny, odpowiadał roślinnej formie życia. Myśl tę podchwytywali średniowieczni zakonnicy, tacy jak Bartolomeus Anglicus, który w 1240 napisał 19-tomową encyklopedię „O właściwościach rzeczy” („De Proprietatibus Rerum”). Zdaniem wielkiego uczonego, rośliny mają duszę życia, nie mają jednak zachcianek, nie smucą się, ponieważ nie mają „duszy czucia”. Rozważania na temat duszy roślin snuł również inny sławny zakonnik tamtych czasów – św. Albert Wielki (Albertus Magnus, 1206 – 1280), patron przyrodników, o którym już przy innej okazji wspominałem…

 

Można snuć różne spekulacje, które nigdy nie będą sprawdzalne, bo jeśli istnieje coś takiego, jak dusza rośliny, to funkcjonuje ona w zupełnie innym, nie dostępnym nam „wymiarze”. Jednak mimo tej „inności” roślina potrafi do nas przemawiać. Pomaga przyjąć postawę stoika wobec tego, co ma nastąpić – pozwalając się deptać, łamać, wyrywać bez cienia skargi. Pokazuje jak czerpać to, co dostępne tu i teraz – bez oczekiwania rzeczy niemożliwych. Roślina jest też wielką niespodzianką, bo nigdy nie wiadomo kiedy dokładnie i w jaki sposób zakwitnie oraz jak obficie zaowocuje… Roślina nie potrzebuje niczego nazywać, ani roztrząsać, by wiedzieć, gdzie i po co jest słońce, ziemia i woda.

 

Każdy gatunek rośliny ma swój niepowtarzalny charakter, a mimo to potrafi zgodnie współistnieć z tyloma innymi roślinami, tworząc przebogate fitocenozy. Roślina uczy nas cierpliwości, nie czyniąc nigdy niczego w pośpiechu. Pokazuje, jak cieszyć się słońcem, gdy ono świeci i chłonąć deszcz, gdy nastaną dni ponure. Nawet najbardziej trujące ziele potrafi się dzielić, użyczając swego nektaru lub dając innym schronienie. Nauki, jakie u roślin możemy pobierać, udzielają rad na każdą okazję: jedne uczą, jak bez żalu obumierać, wydając jedynie drobne nasionko nadziei. Inne są nauczycielkami wytrwałości, pokazując, że można przetrwać niejedną suszę i mroźną zimę. Jeszcze inne bywają dla nas świadectwem, jak niewiele życie potrzebuje do życia… Nie jest ważne, jak się nazywają, czy są pożyteczne i unikatowe, ile mają płatków i pręcików – ważne, że istnieją razem z nami!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O drodze życia, która szybko zarasta…

19 lip

Dolina Terebowca (dziś rezerwat ścisły) - dawna droga asfaltowa (po lewej), most kolejowy (po prawej) i sarna, która człowieka tu raczej rzadko widuje…

 

Dopóki człowiek podąża drogą, żyje świadomością i pragnieniem horyzontu. Parę dni temu przemierzałem dolinę Terebowca, grzęznąc w błocie, potem wspinając się na strome stoki Bukowego Berda i Krzemienia, potykając się o skalny rumosz, by w końcu wdrapać się na połoninę Szerokiego Wierchu… Był 30-stopniowy skwar i straszna duchota – kiedy tylko siadałem, chcąc trochę odpocząć, siły gdzieś ulatywały, a myśli zanurzały się w głębokim marazmie leniwego dryfu… Widziałem dolinę, która jeszcze 50 lat temu tętniła życiem. Dziś asfaltowe drogi wyglądają jak leśne tunele, mosty i szlaki kolejowe – jak apokaliptyczne wizje przyszłości, w której nie ma już człowieka… Nie sposób nie zadumać się tu nad przemijaniem, ale też myśli moje krążyły nad groźbą przespania tej ulotnej iskry czasu, jaką stanowi życie.

               Marazm odpoczynku szybko zmienia perspektywę widzenia drogi. Podobnie jest w życiu duchowym. Tylko miarowy, niestrudzony marsz otwiera człowieka na „deszcz” niespodzianych darów, zaspokajając głód jak manna Izraelitów, ale także dodając ciągle nowych sił, gdy już jawi się krawędź wyczerpania. Chwilami próbuję siąść na poboczu, rozglądając się za jakimś stałym schronieniem i natychmiast dopadają mnie wszelkie zmory zamieszkujące bezdroża: znużenia, lęki, irytacje… Wreszcie tracę poczucie sensu dalszego wysiłku. Człowiek jako „homo viator” nie jest istotą osiadłą, lecz nieustannym koczownikiem, Beduinem pustyni…

               Każda sytuacja, która wytrąca mnie z iluzji harmonijnego życia, wzbijając kurz drogi, przypomina o bolesnych odciskach, stwarza nieustanną niepewność rozdroża – lęk wobec przepaści, odrazę wobec błota …zmuszając do nieustannego wysiłku powstawania (po 77. potknięciu) – tylko taka sytuacja jest potwierdzeniem, że wciąż idę. Tak często przecież zdarzają się sny, które mamią, że jestem w drodze. Dlatego potrzebuję to czuć bardziej dogłębnie, aby mieć pewność, że nie śpię. Dopiero wtedy czuję potęgę Nadziei przed każdym odsłonięciem nowego horyzontu.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dekalog sercem czytany

11 lip

 

Wczorajsze niebo nad Ustrzykami – znowu chmury burzowe, tym razem z różowym epilogiem wieczornym… :)

 

Wczoraj była niedziela. Zawsze w poniedziałek staje przede mną pytanie, co z tej niedzieli we mnie ocalało? Jak odczytywać dziś należy słowa, aby dzień święty święcić? Trzecie przykazanie w Księdze Wyjścia jest nieco bardziej rozbudowane: „Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci Pana, Boga twego. Nie możesz przeto w dniu tym wykonywać żadnej pracy ani ty sam, ani syn twój, ani twoja córka, ani twój niewolnik, ani twoja niewolnica, ani twoje bydło, ani cudzoziemiec, który mieszka pośród twych bram. W sześciu dniach bowiem uczynił Pan niebo, ziemię, morze oraz wszystko, co jest w nich, w siódmym zaś dniu odpoczął. Dlatego pobłogosławił Pan dzień szabatu i uznał go za święty.” (Wj 20,8-11)

Dekalog wart jest nieustannej reinterpretacji (co nie znaczy, że ma charakter relatywny i trzeba go dostosowywać do czasów). Według mnie wszystkie przykazania zostały tak silnie wpisane w naszą osobowość, że one żyją razem z nami – nabierając nowych perspektyw, dojrzewając, przemawiając coraz to innym głosem… a czasem, jak te kamienne tablice, bywają też w drobne kawałki roztrzaskiwane. Dekalog żyje więc w nas jako zaczyn, który pozwala formować się bochenkowi chleba – dopiero po dobrym rozmieszaniu z ciastem naszej tożsamości można uniknąć duchowego zakalca…

Wychodząc od cytowanego wyżej przykazania, warto zastanowić się nad tym, jaką rolę w funkcjonowaniu Dekalogu pełni formalizm. Czy bardziej utrwala w społeczeństwie wrażliwość na przykazania, czy też wręcz odwrotnie – zabija ją, podsuwając szereg możliwości „obejścia przeszkody”. Gdy sobie czegoś nie przyswoimy jako WŁASNE, zawsze będzie to wobec nas ZEWNĘTRZNE, więc OBCE – taka sytuacja miała miejsce u żydów, tak jest również u chrześcijan. Dopiero kontemplacja Dekalogu otwiera okno na zupełnie inną perspektywę widzenia, w której słowo „PRZYKAZANIE” (wskazujące na zewnętrzny charakter imperatywu) zaczyna coraz bardziej wchodzić w przestrzeń, gdzie dominuje „ODKRYWANIE” (własnej natury).

Dlatego wspomniane wyżej przykazanie nabiera tu zupełnie innego wymiaru, wychodząc nawet poza bariery religijne i obejmując swym wezwaniem nawet osoby określające się jako niewierzące. Nie chodzi przecież o to, by wielbić Boga jako kogoś większego i zewnętrznego (a więc dla własnego bezpieczeństwa, z lęku przed Stwórcą, chodzić w tym dniu do kościoła i unikać pracy). W przyswojonej postaci tego przykazania odkrywam w sobie potrzebę wewnętrznego POSZUKIWANIA, a kiedy już dochodzi do spotkania z przerastającą mnie transcendencją Boga żywego, czuję w sobie radość, która skłania mnie do spontanicznego ŚWIĘTOWANIA (przede wszystkim w wymiarze wewnętrznym, a dopiero potem wspólnotowym). Przykazanie trzecie wychodzi więc naprzeciw głębokiej potrzebie każdego z nas – potrzebie, która staje się przeciwieństwem jałowości życia, jaka dopada nas wtedy, gdy jeden dzień przestaje już różnić się od drugiego.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tajemnica rozdartej kurtyny…

08 lip

  

Burza nad Ustrzykami – zarejestrowana dosłownie przed paroma chwilami…

 

Dlaczego Marek Ewangelista nie próbował niczego upiększać, przekazując obraz dramatycznej śmierci Jezusa? Myślę, że jest to najlepszym świadectwem, że Ewangelie nie stanowią jakiejś kolejnej mitologii. Nie przedstawiają Jezusa jako herosa, nieczułego na ból i zniewagi (czego domagałaby się starożytna estetyka przekazu epickiego). Znajdujemy tu natomiast Człowieka, który do końca zachował głębię czysto ludzkiego wymiaru, reagując na grozę osamotnienia w śmierci tak samo jak każdy inny człowiek, a może nawet o tyle silniej, o ile Jego naturalnym „środowiskiem” była pełnia duchowego życia w ludzkim ciele.

Ewangelicki teolog, Oscar Cullman, przedstawia ten poruszający tragizm z jednej strony jako świadectwo autentyczności, z drugiej zaś dopatruje się w tym wyraźnej przesłanki, że śmierć jest czymś zupełnie obcym dla człowieka zanurzonego w Bogu, bo stanowi rzeczywistość wobec Boga całkowicie zewnętrzną. Zestawia on śmierć Jezusa z opisem śmierci Sokratesa. Nie wiadomo, do jakiego stopnia obraz greckiego mędrca został wyidealizowany, ale zakładając nawet, że przyjął on śmierć tak spokojnie, jak to nam przekazał Platon, znajdujemy u Sokratesa jakąś rezygnację. Jesteśmy świadkami zderzenia dwóch przeciwstawnych postaw – tragicznego dramatu rozdarcia i świadomego odejścia w apatię. Z jednej strony wewnętrzny opór przed śmiercią, jako czymś zupełnie obcym – z drugiej porzucenie życia w pogardzie wobec jego małości.

Nie chcę w żaden sposób umniejszać szlachetności Sokratesa, ani też przeciwstawiać go Jezusowi (bo w głębi ducha czuję, że podążał Jego drogą), niemniej jawi się tu wyraźna rozbieżność w przyjmowaniu śmierci. I choć wiara w nieśmiertelność widoczna jest również w postawie Sokratesa, ma ona jednak charakter negatywny – tzn. neguje możliwość zniszczenia duszy, nie troszcząc się o ciało. Dopiero śmierć Jezusa odsłania nam, czym w istocie jest nasza cielesność. Nie chodzi o to, by za wszelką cenę ją chronić, ale by nawet ją tracąc, człowiek nie wyzbywał się jej do końca, zachowując w sobie jej uświęcony potencjał. Myślę, że poddanie się Jezusa w przejściu przez śmierć było świadectwem odrzucenia tej śmierci w wymiarze bytu. Jak pisał inny teolog, tym razem katolicki – Reimund Schwager: Jezus użył właśnie zła, które zostało mu uczynione, aby w sposób radykalny objawić ludziom wymiar pełnej WOLNOŚCI od jego przemocy.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Porywająca egzegeza Benedykta XVI

03 lip

Nowa książka Ratzingera – każde zdanie jest w niej tak treściwe, że warte choć krótkiej zadumy… 

 

Wczoraj kupiłem niedawno wydaną książkę Józefa Ratzingera „Jezus z Nazaretu” (część druga, bo pierwsza była wydana już jakiś czas temu). Od pierwszych stron  porwała mnie niezwykle nowatorska i treściwa wykładnia Biblii. Tytuł mógłby sugerować, że jest to tylko kolejne, pobożne zastawienie ewangelicznych wydarzeń, jednak niepowtarzalność tej książki tkwi w dwóch przenikających się płaszczyznach: 1) warstwa historycznego spojrzenia na fakty ewangeliczne (gdzie Jezus pojawia się jako postać historyczna, dostępna również agnostykom), 2) warstwa niezwykle czytelnej (aczkolwiek bardzo nowatorskiej) egzegezy biblijnej…

Najlepszą rekomendacją niech będzie konkretny przykład, zaczerpnięty z samego początku książki. Autor przywołuje trzy wydarzenia paschalne z  życia Jezusa, które pojawiają się w Ewangeliach: 1) OCZYSZCZENIE ŚWIĄTYNI – to moment, kiedy wypędzeni zostają kupcy, a jednocześnie zapowiedziany jest prawdziwy wymiar życia duchowego, którym jest sam człowiek (J 2,13-25); 2) ROZMNOŻENIE CHLEBA – bardzo wymowny znak zaspokojenia potrzeb człowieka (J 6,4), duchowy wymiar tego zdarzenia wychodzi daleko poza samo fizyczne nasycenie; wreszcie 3) mesjańskiego OBJAWIENIA i ŚMIERCI Jezusa – wjazd do Jerozolimy, sąd i męczeństwo. W tych trzech paschach zawarty został cały wymiar obecności Chrystusa wśród ludzi: UWOLNIENIA (a jednocześnie uzdrowienia – przede wszystkim duchowego), NASYCENIA (wymiar fizyczny przenika się tu z duchowym nakarmieniem człowieka) i ZBAWIENIA (Ofiary, która wyzwala z grzechu i śmierci).

Wjeżdżając do Jerozolimy Jezus każe sobie przyprowadzić osiołka, na którym nikt jeszcze nie siedział, spełniając tym samym słowa Zachariasza: Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy. On zniszczy rydwany w Efraimie i konie w Jeruzalem, łuk wojenny strzaska w kawałki, pokój ludom obwieści.  (Za 9,9-10). Zważywszy na to proroctwo, nie był to więc żaden kaprys, ale znak bardzo czytelny: Mesjasz nie jest tym, którego oczekiwali zeloci (panem łamiącym karki wrogów) – jest „Królem pokornym”, łamiącym łuk wojenny. Wizja zelocka obecna jest też w dzisiejszym Kościele, dlatego tak ważne jest właściwe odczytanie wymowy osiołka – obecnego od żłobka po ostatnią drogę Mesjasza…

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii