RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2011

Koniec września …i pokusa spoglądania za siebie

29 wrz

 Koniec września zawsze skłania do spoglądania za siebie… Przebarwiona osika w Wołosatem (widok na Połoninę Caryńską)

 

Od kilku już lat prenumeruję fragmenty Biblii, wysyłane każdego dnia mailem – polecam każdemu tę wspaniałą możliwość karmienia się Słowem na co dzień (darmowo i bez zobowiązań) – tutaj można się zapisać, wybierając dowolną wersję Biblii: 
http://www.slowo.pl/prenum.php
 - wersety czasem opatrzone są krótkim komentarzem, redagowanym przez braci protestantów (bez jakiejkolwiek indoktrynacji). Dzisiejszy fragment dotyczy spoglądania wstecz: „Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego”. (Łk 9:62). Słowa mogą dla kogoś brzmieć zbyt okrutnie i dziwacznie, jednak warto głębiej zastanowić się nad ich wymową…

 W komentarzu znalazłem istotną przestrogę, która dotyczy życia przeszłością – i to jest jeden aspekt tej ewangelii. Jednak słowa te można rozumieć nieco szerzej: owo „wstecz” może dotyczyć skutków, jakie wywołuje moja aktywność. Oglądam się na to, czy moje życie jest EFEKTYWNE (nie wspomnę już o podobnym słowie: EFEKTOWNE, które wskazuje na ewidentną próżność). Takie oglądanie się za siebie na skutki moich działań prowadzi do przyblokowania mojej postawy wobec całkowitej BEZINTERESOWNOŚCI. Wszelkie efekty mają bowiem wtedy o tyle dla mnie sens, o ile wskazują na moją osobę.

 Myślę, że to jest dość częstą pokusą, która w mniejszym lub większym stopniu dotyka nas wszystkich. Takie odczytanie słów Ewangelii daje mi ważną wskazówkę do życia – aby podczas prowadzonej „orki” nie patrzeć na przerzucaną skibę, lecz zawierzyć to Bogu. Nawet wówczas, gdy coś wydaje się jałowe – w danym momencie nie mogę wiedzieć, czy Bóg w przyszłości nie wyprowadzi z tego dobrych owoców. Dlaczego to takie ważne? Bo często na naszej drodze stajemy wobec zniechęceń, oglądając się wstecz i nie widząc efektów podjętego trudu. Tak bywa wobec zaangażowania w pracy, w otaczającej społeczności, w rodzinie…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wiara jak droga …i jak dobre wino

26 wrz

Połonina Rozsypańca wrześniową porą…

 

Graham Green w jednej ze swych powieści snuł refleksję, że Kościół postawił przed sobą zadanie napoić ludzi „winem Prawdy” i dziwi się wciąż, ze tak dobre wino może komuś nie smakować, choć podaje to wino wprost do spragnionych ust …w nieodkorkowanej butelce. Słowa te mogą komuś zabrzmieć antyklerykalnie, ale pochylając się nad nimi głębiej, dostrzec można w nich prawdę natury ogólnej, sięgającej poza samą pedagogikę chrześcijańską. Wpajanie wiedzy bez delektowania się mistyką stworzenia jest według mnie takim samym błędem, jak przekazywanie wiary pozbawione smakowania Ewangelii. Samo słowo „Ewangelia” w wielu ustach zatraciło swój dobry smak, bo wyczuwalna jest w nim jedynie zimna natura szklanego opakowania…

Problem ten idzie w parze z usilną próbą wznoszenia gigantycznej twierdzy teologicznej, której fundamenty założono na samym dnie doliny, a wieża ma doprowadzić człowieka ponad chmury bez pokonywania dzikiej przyrody. Czy jednak nie lepiej opuścić tę konstrukcję, wyruszając po stoku znacznie wyżej wzniesionych gór?… Na Tarnicy stoi samotny krzyż – jego konstrukcja była wniesiona na plecach ludzi, którzy wierzyli, że w ten sposób służą innym w dotknięciu nieba. Właśnie ta nadzieja, że można coś przeżyć wspólnie – nadzieja, że mury twierdzy nie gwarantują trwałości wiary, bo wiara to droga wzwyż, droga w nieznane, droga ucząca nieustannej ufności – właśnie ta nadzieja jest wspólnym smakowaniem „wina” będącego radością Ewangelii.

Wiara jest drogą, więc bezowocne jest przekazywanie młodym iluzji, że można iść na skróty – przez gotowe już formułki, praktyki, wyobrażenia. Wiara jest nieustannym zmaganiem się z niepewnością – jest walką ze zniechęceniem, ale też jest pełnym ufności podążaniem za Obietnicą. Nie ma więc mowy o jakiejkolwiek stacjonarności. Jeśli zaś wiara jest podążaniem, wszystko co można zrobić, by młody człowiek w tej wierze wzrastał – to razem z nim podejmować trud wspinaczki i  ryzyko niepewności. Razem z nim dzielić radość widoku  (bo z góry zawsze lepiej i piękniej widać) …i razem z nim przejmować na siebie skutek każdego upadku (bo im bardziej stromo, tym łatwiej grunt spod nóg się obsypuje). Pogoda częściej ulega zmianie i zimy bywają surowsze. Jednak kto raz był na połoninie, ten wie, że warto!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Istota osamotnienia i sens współcierpienia…

13 wrz

 

Cerkiew w Medzilaborcach z 1941 r. (słowacka część Bieszczadów) – wszystkie ikony pisane tu były przez niepełnosprawną kobietę

 

>> Izaak odezwał się do swego ojca Abrahama: „Ojcze mój!” A gdy ten rzekł: „Oto jestem, mój synu” – zapytał: „Oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?”  Abraham odpowiedział: „Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój”. I szli obydwaj dalej. << (Rdz. 22,7-8) Fragment ten wielokroć budził we mnie opór – jakże to ojcu mogło przez myśl przejść, że Bóg wymaga od niego zabicia własnego syna? Ale nie szło tu o zabicie, lecz o wyrzeczenie się przywiązania do życia ziemskiego najbliższych. Teolodzy częstokroć czynią tu analogię do poświęcenia Syna przez Ojca Niebieskiego. Paweł Apostoł pisał: „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby wraz z Nim i wszystkiego nam nie darować?” (Rz 8,32) Czasem i te słowa rodzą wewnętrzny sprzeciw wobec domniemanej surowości i bezwzględności Boga Ojca. W końcu dotarło do mnie jedyne wyjaśnienie tych słów, jak i jedyne tłumaczenie sytuacji skrajnego doświadczenia samotności Jezusa („Czemuś Mnie opuścił?”) – dlaczego mówimy, że Jezus został poświęcony? Dlatego, że w słowie „poświęcenie” odnajdujemy podwójną wymowę: 1) poświęcenie jako ofiarowanie się i 2) wejście w wymiar uświęcenia – w tym przypadku wniknięcie w sam rdzeń Boga Żywego.

Wracając do przytoczonego na początku cytatu warto zwrócić uwagę na to, że Abraham nie mówi wprost o swych zamiarach, może nawet sam przed sobą nie chce się do nich przyznać, czując tylko konieczność dokonania jakiegoś największego POŚWIĘCENIA. Pewnie sam wolałby ponieść śmierć za swego syna, ale nie byłaby to jeszcze ofiara pełna, do której czuł się wewnętrznie wezwany. Cierpiał więc za Izaaka, niosąc na górę krzyż wewnętrznego wyrzeczenia, pokładanego w całkowitym ogołoceniu się z ziemskiej miłości i ziemskiej nadziei. Było w tym jakieś wewnętrzne zespolenie się Abrahama z Izaakiem. I tu dochodzimy do pełnego wejścia w przestrzeń ofiary Chrystusa, gdzie Bóg był równie obecny w swym Synu – im bardziej cierpiał, tym mniej Go było na niebieskich tronach, bo obecny był właśnie w osobie Cierpiącego. W chwili krytycznej, tuż przed śmiercią, nagle jak gdyby całkowicie zniknął z pola widzenia – nawet dla samego Jezusa stał się niewidoczny. Myślę, że dlatego, iż był wówczas całkowicie ze swym Synem zespolony.

Pełnia współcierpienia trudna jest dziś do przyjęcia przez wielu chrześcijan, którzy wolą widzieć Boga jako tronującego z góry, silnego i bezwzględnego Władcę. Owa „niewzruszoność” (apatheia) wyznawana była nawet w niektórych wspólnotach monastycznych, gdzie uwolnienie się od emocji stawiano jako wzór świętości. Ważne jest więc wracanie do rozpaczliwych słów totalnie osamotnionego w agonii Jezusa, jak też do słów św. Pawła, który istotę współcierpienia dostrzegał jako wartość całego Kościoła: „gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki” (1 Kor 12, 26). To właśnie zrozumienie tej prawdy dało mi przekonanie o głębokim znaczeniu duchowego zespolenia w cierpieniu, bez którego wiara staje się kultem pogańskim, pozbawionym nadziei i miłosierdzia.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wartość negacji …i sens polskiego września

07 wrz

 

Późne sianokosy w dolinie Dźwiniacza k. Ustrzyk Dolnych - tutaj trawy koszone są tyllko po to, by łąka mogła na wiosnę odżyć kobiercami kwiecia…

 

Według Wilhelma Weischdela człowiek wchodzi w posiadanie swego „ja” wtedy, gdy patrząc na perspektywę swej śmierci odrywa się od wszystkiego, do czego to „ja” jest przywiązane. Ta gotowość utraty samego siebie paradoksalnie staje się pełnym wejściem w posiadanie swego „ja”. Widoczne jest to również na płaszczyźnie istnienia narodów. Obchodzimy kolejną rocznicę wybuchu wojny (notabene rzecz jakby zupełnie pominięta w tzw. „publicznych” mediach) – czy gdyby Polska w 1939 r. chciała za wszelką cenę ocalić pokój, zachowałaby tak silną tożsamość?

W negacji jest wolność, a ta jest rdzeniem wszelkiego świadomego bycia. Szczególną pozycję w tej wolności zajmuje negacja zła – nie w sensie podważania jego realności, lecz w odrzuceniu jego wszechwładności.. Właśnie w tej negacji odnajdujemy realność dobra w kategoriach wartości wymykających się wszelkim ujęciom relatywizującym. I tylko taka negacja ma sens pośród wszystkich możliwych negacji – bo tylko w niej człowiek odkrywa w sobie Osobę, a naród odkrywa swą podmiotowość.

Czy jednak sprzeciwienie się złu nie wymaga wpierw uznania jego realności? Czy mogę powtórzyć za św. Augustynem, że zło jest brakiem dobra, a następnie to samo zło odrzucić? Mogę, bo jeśli zło nie istnieje jako wartość (na płaszczyźnie aksjologicznej), ani jako byt (na płaszczyźnie ontologicznej), to może tylko istnieć jako iluzja, która niweczy dobro na tej zasadzie, jak sen zaburza poczucie realności, stanowiąc przerwę w czuwaniu.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Medytacje nad jedną literką …czyli o istocie pragnień

02 wrz

Torfowisko Tarnawa (zdjęcia z wczorajszego dnia) - we wrześniu spotyka się tu pragnienie kwiatów z nasyceniem owoców (po lewej modrzewnica, po prawej brusznica) 

Zastanawiałem się ostatnio nad istotą ludzkiego PRAGNIENIA, które na co dzień jest nam równie bliskie, co nieuchwytne. Pragniemy rzeczy przyziemnych: dobrego jedzenia, picia, dotyku, zmysłowej ekscytacji czy snu. Pragniemy też wartości duchowych, głównie tych z zakresu relacji międzyosobowych: uznania, dialogu, miłości… Jednak w każdym pragnieniu zawarty jest jakiś permanentny niedosyt: kiedy spragniony piję wodę – czuję, że pragnienie ulega stopniowemu zagaszeniu, ale mam świadomość, że za jakiś czas znów da o sobie znać. Tak jest z wszystkimi pragnieniami ciała.

Pragnienia natury duchowej stawiają człowieka wobec wyboru, czy je: ZAGASIĆ czy UGASIĆ? Ta literowa gra słów daje wiele do myślenia. Litera „U” jest nieustannie otwarta – jak otwarta jest postawa człowieka napełnianego obecnością drugiej OSOBY. Ta litera ma również kształt naczynia, które służy do nakarmienia drugiej OSOBY własnym sobą – tym, czym jestem i tym, co otrzymałem. Ponadto litera „U” ma w sobie same krągłości, które nie są w stanie zranić, tak jak zawiłe łamańce „Z” i „A”, a jej dwa ramiona wzniesione są ku niebu…

Kiedyś słyszałem, że naczynie stojące przed Bogiem zawsze powinno być puste, aby mogło być przez Niego po brzegi napełnione. Naczynie podawane drugiemu człowiekowi musi być pełne – jednak z tą świadomością, że jego zawartość nie jest moja, lecz stanowi powierzony mi depozyt. W innej przypowieści słyszałem o tym, czym w istocie jest piekło i niebo – to sytuacja, gdy naczynie to ma kształt chochli na długim trzonku: jeśli próbuję z niego sam się karmić, będę zawsze głodny. Gdy podaję drugiemu, otwieram tego kogoś również na dawanie – i w ten sposób wszyscy trwamy we wzajemnej możliwości nieustannego obdarowywania drugiej osoby i ugaszenia jej pragnień…

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii