RSS
 

Archiwum - Listopad, 2011

Balansując na linie…

28 lis

  

Bobrowe żeremia w Siankach, przy granicy ukraińskiej

 

Wiara, Nadzieja i Miłość – trzy siostry, które z jednej strony tak wiele mają ze sobą wspólnego, że trudno je sobie oddzielnie wyobrazić. Jednocześnie stanowią tak różne indywidualności, że chwilami bywają wręcz swoimi przeciwieństwami. Wiara i nadzieja jawią mi się jak dwa końce jednej tyczki u linoskoczka. Podczas gdy wiara jest otwarciem na nowe poznanie i doświadczenie, nadzieja przywodzi to, co niepoznawalne. Miłość zaś jest liną pod nogami linoskoczka – liną, po której trzeba iść nieustannie do przodu, bo każde zatrzymanie grozi zachwianiem równowagi.

 

Podobny efekt wywołuje niewłaściwe balansowanie tyczką: nadmiernie eksponując jej część należącą do wiary, spadamy w przepaść ideologii, a przeciążając stronę nadziei, wpadamy w marzycielstwo. Wszystkie trzy cnoty wzywają mnie do nieustannego rozmijania się z własnym „ja”: wiara do pozostawienia na boku własnych wyobrażeń, nadzieja do oddalenia swych oczekiwań, miłość – do porzucenia własnych pragnień, które tak łatwo z nią pomylić. Ale to właśnie rozminięcie się z własnym „ja” paradoksalnie prowadzi do jego spełnienia, ocalając od ukrytych form narcyzmu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Zacheusze” naszych czasów… Tomas Halik i jego pytania

26 lis

 

 

Ogromny wpływ na moją drogę duchową mają ostatnio niesamowicie inspirujące książki ks. Tomasa Halika. I tutaj rodzi się pytanie: dlaczego Autor tak często odwołuje się w nich do biblijnej postaci Zacheusza, poświęcając mu nawet jeden z tytułów? W Ewangeliach postać ta jest zaledwie wzmiankowana, a jednak jest to postawa bardzo charakterystyczna dla dzisiejszych czasów. Zacheusz wspina się na drzewo nie po to, aby się wynosić nad innych, lecz po to, by mieć lepszy ogląd sytuacji. W jego mniemaniu dystans daje też nieco lepsze rozeznanie. Prezentuje więc postawę świadomą swego niskiego wzrostu (co można dziś głównie odnosić do płaszczyzny duchowej), a jednocześnie symbolizuje potrzebę wyizolowania się z rozentuzjazmowanego tłumu. I może właśnie dlatego jest przez Jezusa zauważony i w szczególny sposób przez Niego wyróżniony.

 

Dzisiejsi „Zacheusze” to ludzie, którzy nie potrafią się w sposób gorliwy zaangażować w religijne życie – ale powodem tej trudności nie jest brak wewnętrznego otwarcia. Dystans rodzi się w nich raczej z poczucia własnej mierności, a wzmocniony jest pytaniami, których nie boją się stawiać wobec szeroko rozbudowanej, lecz zwykle bardzo powierzchownej religijności. Halik wspomina, że kiedyś na murze dostrzegł wymalowane sprayem hasło: „Jezus jest odpowiedzią”. Pewnie było ono wynikiem entuzjazmu jakiegoś nawróconego neofity. Jednak wkrótce pod tymi słowami ktoś dopisał: „A jakie było pytanie?”… Filozof Eric Voegelin spostrzegł, że największym problemem współczesnych chrześcijan nie jest to, że nie znają odpowiedzi, ale że zapomnieli o pytaniach. A one w obliczu żywej wiary powinny zawsze zostawać otwarte.

 

Zacheusz był bogatym celnikiem, mimo to nie prezentował obojętnej sytości (w znaczeniu posiadanej wiedzy i pewności siebie), bo inaczej nie wskakiwałby na drzewo. Nie miał też chyba w sobie „duszy celnika”, bo inaczej szukałby raczej sposobności do osądzenia Jezusa i podążającego za nim tłumu, niż pragnął jego zrozumienia. Jego postawa to skupione wypatrywanie i nasłuchiwanie. Ktoś by mógł zarzucić, że to zbyt bierne i wygodne. A jednak to podstawowy pierwszy krok w stronę ewangelii – krok, na etapie którego zatrzymuje się dziś wielu poszukujących. I nie trzeba ich ganić, że biernie wiszą na gałęzi, ale docenić to, że mieli siłę i odwagę się tam wdrapać…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Deszcz róż zamiast pewności

26 lis

 

Stare, chyba ponad stuletnie, figury spod Rymanowa (po lewej), Beskidu Niskiego (po prawej) i z Ustrzyk D.

 

Deszcz róż zamiast pewności…

 

Święta Teresa z Lisieux nie była teologiem, a jednak to jej proste słowa zostały bardzo poważnie potraktowane przez magisterium Kościoła. Miała jakieś intuicyjne wyczucie apostolskiego nauczania, którym przekraczała swoja epokę. Nie znała dzieł Jana od Krzyża, a jednak i ona doznawała owej „nocy nicości”, kiedy to w miejsce wiary zakradało się zwątpienie graniczące z doświadczeniem palącego ateizmu, wobec którego stała przed wizją totalnej przemijalności i absolutnej śmierci. I właśnie wtedy czuła, że musi tę straszną noc przyjąć jako akt duchowego solidaryzowania się z ludźmi niewierzącymi. Być może taką samą noc samotności przeżywał Jezus w Ogrójcu, pozostając w mrocznym zawieszeniu między beztroskim snem uczniów a czasową „nieobecnością” Ojca? Bo prawdziwym aktem miłości jest podążać ku Niemu, gdy całkowicie zasłaniają Go mgły niepewności lub mroki lęków – i w tej drodze myśleć o innych.

 

Teresa na łożu śmierci również traci wiarę, ale godzi się z tym, chcąc pozostać żarem miłości dla Niewidzialnego. Dziwne to doświadczenie – zawsze trudno mi było wejść w paradoksy mistycznych objawień, ale tutaj czuję to ze szczególną siłą. Mała Tereska przelała niejako całą zawartość swej wiary w dzban miłości, w której nie są już ważne żadne wyobrażenia, żadne wizje przyszłości. Ważne jest tylko to, aby pozostać w otwarciu na wszystkich, którzy „widzieć” nie potrafią, dzieląc z nimi swój los i udzielając im swego ognia miłości. Bardzo podobną drogę odnajduję u innej Teresy, tej z Kalkuty – ona również zmagała się ze swą niewiarą, rozpuszczając ją w obfitym źródle miłości.

 

Czego uczę się od Małej Tereski? Uczę się wdzięczności za każdą moja słabość, która chroni mnie przed pychą. Uczę się, że nadzieja powinna być zawsze większa od wiary, a miłość od nadziei. Uczę się codziennie stawać przed własnym poczuciem nicości, aby z tym większą ufnością zwracać się ku nieskończenie Miłosiernemu. Może właśnie świadomość tej mojej małości i doświadczenie nicości mojej wiary, mojego „widzenia i rozumienia” (a raczej niewidzenia i nierozumienia), staje się wobec nieugaszonej miłości tym, co Jezus błogosławił, wskazując na „ubogich w duchu”?…

 

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Paradoks krzyża i świata

22 lis

Cmentarz wojenny w Ropie – groby z 1914 roku (Beskid Niski) 

W Ewangelii św. Jana czytamy: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16). Zaś w innym miejscu u tego samego autora znajdujemy słowa takie: „Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie! Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca.” (1 J 2,15). Albo więc pojęcie „świat” ma tutaj różne znaczenie, albo też zawarty jest w tym jakiś paradoks? Ks. Tomas Halik, przestrzegając przed odwiecznymi zapędami postrzegania dwóch światów i dwóch walczących ze sobą demiurgów, proponuje takie oto rozwiązanie…

Miłość świata byłaby dla człowieka miłością własną, bo przecież po uszy zanurzeni jesteśmy w tym świecie, stanowiąc jego część nieodłączną. Jedynie Bóg, który jest poza światem, może ten świat kochać, nie popadając w samoubóstwienie.  Człowiek zaś nosi w sobie pragnienie, by kochać ten świat tylko w Bogu. Wtedy każda cząstka tego świata nabiera zupełnie innego wymiaru, nie narażając nas na zapętlenie się w miłości Narcyza. I dopiero wtedy wchodzimy w tajemnice słów św. Pawła: „Co do mnie, nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata.” (Gal 6,14).

Krzyż to właśnie brama, przez którą  przechodzić musi nasza miłość, aby oczyszczona została z miłości własnej. Dopiero w takiej postaci możemy wydawać trwałe owoce i wtedy również świat przynosi nam owoce, jeśli dostrzegamy w nim cierpienie i gotowość umierania. W przeciwnym razie każda miłość staje się jałowa, bo z narcystycznego uwielbienia nie może się nic narodzić. Być może ci młodzi chłopcy, którzy prawie sto lat temu ginęli na frontach I wojny światowej, niewiele potrafili sobie wytłumaczyć sens własnej śmierci, ale może przez swe poświęcenie (choćby dla życia kolegi z oddziału) rozumieli to najgłębiej – bez zbędnych słów?…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tajemnica JEDNOŚCI w powszechnym doświadczaniu WIELOŚCI

18 lis

Myczkowce – figurka Chrystusa frasobliwego i miniatura cerkwi bojkowskiej, w której widoczny jest trójpodział na prezbiterium, nawę główną i babiniec. 

 

      Budowa wieży Babel i zesłanie Ducha Świętego – to dwa wydarzenia biblijne odnoszące się do istoty jedności, ze wskazaniem na jej pozory i źródła. W ostatnim czasie wiele słyszymy o jednoczeniu się państw w ponadpaństwowe organizmy – jednak nawet idealistycznie pojmowana Unia Europejska coraz bardziej trzeszczy w posadach. Okazuje się, że to nie żadna METODA (wyrażona we wspólnej technice, języku czy racjonalności), a jedynie OSOBA (wyrażona w integralnym poczuciu tożsamości) może łączyć ludzi w jedno… Tak jak głowa (odpowiednik ducha), serce (ośrodek uczucia) i brzuch (wyraziciel zmysłowości) stanowi w człowieku integralną jedność – i żadna z tych części nie rości sobie prawa do oddzielnej tożsamości.
      Obecny papież, Josef Ratzinger, jeszcze jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, w swym wczesnym dziele „Wprowadzenie w chrześcijaństwo” wyraził zaskakującą (i dla wielu chrześcijan pewnie heretycką!) myśl, wedle której dzielenie religii na monoteistyczne i politeistyczne nie ma najmniejszego sensu, bo oparte jest o barierę czysto zewnętrzną, którą przezwyciężyło chrześcijaństwo. Bóg JEDYNY wyrażony jest w Trójcy Świętej, która jednak nie stanowi trzech bogów, lecz TRZY OSOBY – a te rozumieć trzeba wedle greckiej tragedii, w której aktor, przybierając kolejną maskę, stawał się zupełnie inną osobą. Kiedy więc mówimy o Bogu, że jest JEDEN, nie mamy na myśli liczebnika (bo wtedy wydzielalibyśmy Go pośród innych bytów – realnych lub potencjalnych), ale Jego JEDYNOŚĆ, czyli niepowtarzalność (nic obok Boga) i niepodzielność (wewnętrzną spójność tożsamości).
      Co jednak uczynić z chrześcijańską nauką o Trzech Osobach jedynego Boga? Po pierwsze należy odrzucić podejście badacza przyrody, który bezwiednie zaczyna szukać tam, gdzie z pewnością nic nie znajdzie (albo znajdzie jedynie antropologiczną sferę wyobrażeń). Nie istnieją więc żadne „trzy byty”, ani nawet „trzy natury” jednego bytu. Chyba trafniejsze jest mówienie o trzech sferach, w których przejawia się nam Jedyny (cały czas jednak miejmy na uwadze, że nie używamy tego słowa w kategoriach jakiegoś samotnego „jedynaka”). Jedność rozumiana jako byt „zjednoczony przeciw komuś”, jest jednością pozorną, której trzeba nieustannie bronić. Przecież wiemy, że najwięcej wojen religijnych rozgorzało za sprawą religii monoteistycznych. Dlatego tak istotne dla chrześcijanina powinno być rozważanie tajemnicy Trójcy Świętej (na ogół kompletnie niezrozumianej lub ignorowanej).
      Ciekawą koncepcję dotyczącą wielości wierzeń religijnych wysunął filozof religii Raimund Panikar, który Trójcę Świętą wyabstrahował z tradycji chrześcijańskiej, dopatrując się obecności trzech Osób Boga w poszczególnych nurtach: w buddyzmie, opartym na pra-zasadzie istnienia, jak tez w patriarchalnym judaizmie czy islamie, bezspornie uwidacznia się osoba Ojca. W hinduistycznych i różnych animistycznych wierzeniach, ujmujących Boga wszechobecnego na obraz tchnienia wiatru, dopatrzeć się można Ducha Świętego. Zaś chrystocentryczne chrześcijaństwo zwrócone jest głównie w stronę Boga historycznie objawionego w osobie Syna. To oczywiście teoria wysoce uproszczona, nieco trącąca religijnym synkretyzmem, ale warto się nad nią nieco zatrzymać. Czy myśl ta nie odsłania przed nami zupełnie innej możliwości odczytywania Tajemnicy, która przez dwa tysiąclecia inspiruje i niepokoi – tajemnicy, której wchłanianie jest jedyną drogą do pojęcia istoty pełnej jedności?…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

11.11.11 – mistyka jedynek

10 lis

 Kartka z 11.11.1916 r. (pisana na 2 lata przed odzyskaniem niepodległości!) – odczytanie treści na dole dzisiejszego wpisu.

 

Mnogość jedynek tej niezwykłej daty skłania do zatrzymania się nad ich wymową. Niektórzy już wykorzystali ją politycznie – do zamanifestowania różnorodności: kolorowe potraktowanie tych liczb ma być protestem wobec patriotycznych pochodów w dzień 11-go listopada (tylko jaka to różnorodność, skoro z góry wyklucza się jedną z opcji – w dodatku komuś tu najwyraźniej myli się kolorystyka biało-czerwona z brunatną). Z podobnych pobudek ktoś chyba postanowił wprowadzić większą różnorodność wśród polskich orłów, powołując do życia PZPN-owskie mutanty w miejsce państwowego godła? Wracając do jedynek – zapewne o podobną (bio)różnorodność walczyli nasi przodkowie sprzed 30 tysięcy lat, nacinając „jedynki” na kościach po upolowanych ofiarach – a ponoć są to pierwsze liczbowe znaki w dziejach ludzkości.

Na abstrakcyjne ujęcie liczby trzeba było jednak wielu kolejnych tysiącleci i dopiero 5 tysięcy lat temu w kulturze sumeryjskiej powstały pierwsze znaki wyrażające ilość w sposób graficzny. Niedługo później mezopotamscy semici, adoptując cyfry klinowe, wprowadzili je do bazy dziesiętnej. Jedynka uzyskała w ten sposób uprzywilejowaną pozycję. Ale historia tej liczby dopiero się zaczynała. Za sprawą pierwszych nacięć na kościanych przedmiotach jedynka stała się punktem wyjścia – a trzeba tu dodać ciekawostkę, że istnieją jeszcze ludy (niektóre plemiona Zulusów, Pigmejów, Aborygenów czy Indian), którym wystarcza liczenie do ..1 (góra do 2), dalej to już nieokreślona „mnogość”. Ale przecież i dla współczesnego informatyka nie trzeba więcej liczb!

Widać wyraźnie, że od czasów epoki kamiennej zatoczyliśmy wielkie koło– wychodząc od jedynki i do niej wracając. Aby jednak rozpocząć prawdziwą wirtuozerię jedynek trzeba było stworzyć coś, co pozwoliłoby tym jedynkom różnić się miedzy sobą. Tym czymś stało się zero. Odtąd jedynki tańczą z zerami jak splecione ze sobą kategorie bytu i niebytu: 1-0-1-00-111-0… Przyznam się jednak, że choć w tej chwili siłą rzeczy korzystam z kodu zero-jedynkowego, w istocie wolę sięgać po inkaust i pióro, a choć wiem, że kodem tym można wyrazić całą tęczę barw, i choć bardzo lubię kolory, dzisiaj jednak sięgnę po flagę, na której istnieje tylko biel i czerwień (jak 0 i 1?)… J

 

Przenosząc te dawne, historyczne jedynki (11.11) na współczesny kod zero-jedynkowy, chciałbym odczytać Wam  zamieszczoną wyżej kartkę, która niech będzie źródłem refleksji nad dawnym i dzisiejszym patriotyzmem. Kartkę tą znalazłem na moim strychu – pochodzi ona z 1916 roku, a jej treść jest następująca:

                      Bielany, 10.listopada 1916 r.

Droga Stasiu,

życzymy Ci wszelkiej pomyśl-

ności, byśmy w jak najbliższej

przyszłości mogli odetchnąć

po trudach wojennych, choć

jeszcze mamy dużo pracy, bo

moskal szelma bardzo się roz-

plenił, nie traćmy jednak na-

dziei. Bóg pobłogosławi, Ojczyz-

nę nam zbawi i będziem znów

Polskim Narodem (a nie ruskimi

poddanymi). Niech żyje wolny

Naród Polski!

        Całuje Was wszystkich

         Józef z Żoną

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Być „na Ty”, czyli życie jako wezwanie do nieustannego doświadczania Osoby

08 lis

 

Zapomniana cerkiew w Jałowem i jej wnętrze (podejrzane przez szybkę w drzwiach) – zdjęcia z przedwczoraj

 

Żydowski filozof, Martin Buber pisał, że kiedy o Bogu mówimy w trzeciej osobie, zawsze się z Nim rozmijamy. Dopiero wejście w przestrzeń Jego żywej obecności  jest w stanie przemienić odległe i abstrakcyjne „ON” w bliskie i nieustannie żywotne „TY”. Jezus dał nam świadectwo, że nawet gdy Bóg znika z pola widzenia, zdając się być nieobecnym, jedynym oknem przez które możemy Go wypatrywać jest przestrzeń relacji JA-TY: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?”  Te dramatyczne słowa skierowane są w mroczną nicość, która zdaje się człowieka otaczać w chwilach najcięższej próby, a przecież nawet tutaj nie została zmieniona relacja „JA-TY” w „JA-ON”.

 

Oczywiście nie chodzi tu bynajmniej o jakąś sztywną zamianę gramatyczną, bo często przychodzi nam mówić o Bogu w trzeciej osobie. Chodzi o to, żeby wszystko co się we mnie dzieje i co zostaje przeze mnie wypowiedziane, opierało się na tej najbardziej wewnętrznej relacji „JA-TY”. Kiedy obserwuję dzisiejszy sposób katechizacji lub ewangelizacji, odnoszę czasem wrażenie, że panuje w niej obraz Boga potężnego, lecz równie odległego. Nieogarnionego próbujemy upchnąć do pojęciowo-wyobrażeniowych szufladek lub zamknąć w biblijnych określeniach. Tymczasem potęga i wszechobecność Boga polega właśnie na Jego DOSTĘPNOŚCI – w każdej chwili, w każdym miejscu – dla każdego i z każdej perspektywy!

 

Może również dlatego Jezus postawił za przykład dzieci – nie tylko przez wzgląd na ich niewinność. Przecież natura dziecka jest otwarta na nieustanne doświadczanie rzeczywistości – od każdej strony i ciągle niejako od nowa, bez jakichkolwiek uprzedzeń, lęków i nawyków. Dziecko bardzo łatwo wchodzi w tę bezpośrednią relację „TY”. Dziecko nie boi się obrazić swego ojca, gdy zadaje mu kolejne trudne pytanie. Człowiek dorosły jakby bał się niektórych pytań stawiać swemu niebieskiemu Ojcu. Może to również jest bariera, którą powinniśmy w sobie przełamywać?…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wewnętrzne wyparcie …jak wyrąb drzew

05 lis

Zrywka w Bieszczadach – czasem serce się kroi, ale przecież i w przyrodzie nic nie jest stabilne… 

 

Według Junga każdy człowiek nosi w sobie jakieś ukryte „ja”, które – na wzór lustra – jest dokładnym przeciwieństwem siebie prezentowanego na zewnątrz. Dzieje się tak za sprawą wyparcia pewnych cech, skłonności czy wartości – zarówno dobrych, jak i złych. Może właśnie to jest powodem, że określone osoby budzą w nas irracjonalne rozdrażnienie? Bo swym sposobem bycia przejawiają nasze ukryte „ja”… Tomas Halik sugeruje nawet, że nienawiść faryzeuszy do Jezusa miała właśnie takie podłoże. Jezus był dla nich jak zwierciadło, w którym przejrzeć mogli swe zniewolenie. Był czystym „ekranem”, na który rzutowali wszystko, co z siebie wyparli: wolność, miłość, autentyczność.

 

Odczytując w tym sensie słowa Psalmu: „zobaczą kogo przebodli”, można mieć wrażenie, że odnoszą się one nie tylko do Chrystusa, ale również do tego swojego ukrytego, dobrego „ja”, które przez grzech człowiek w sobie wygnał w głąb siebie, a potem skazał na śmierć. Może w takim rozumieniu leży sens słów Jezusa, który przed swym ukrzyżowaniem pocieszał rozpaczające niewiasty: „córki jerozolimskie, nie płaczcie nade mną, płaczcie raczej nad sobą”. Płakać nad sobą, to widzieć w sobie uśmiercone dobro. Z kolei ujrzeć w człowieku, który mnie irytuje, projekcje moich własnych cech – stłumionych skłonności, odrzuconych wartości, wypartych pragnień – to chyba jedyna droga, by dostrzec w tym kimś również dobre oblicze, które jest nam wszystkim wspólne…

 

Nie sposób wyciąć lasu, nie pozostawiając po sobie śladów. Czasem wycinamy drzewa chore, innym razem kierujemy się wyłącznie doraźnym zyskiem. Zawsze jednak czynimy w ten sposób jakąś przestrzeń, w której nie ma już lasu, ale też nie istnieje pustka – powstają polany, zręby, czasem błotniste i spustoszone szlaki zrywkowe, które stanowią otwartą bramę dla zupełnie innych roślin i zwierząt… Jednak siedlisko leśne w jego potencjalnym charakterze nadal istnieje.  Kiedy człowiek dokonuje jakiegoś wewnętrznego wyparcia, również otwiera w sobie drzwi na zupełnie inne byty, które przejawiają się na zewnątrz – nie znaczy to jednak, że to wyparte „ja” zostało unicestwione.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii