RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2011

Pośród sylwestrowego zgiełku – ciszą nocnego atramentu pisane…

30 gru

Sylwester w Ustrzykach Dolnych i …Johannes Eckart ;) zatopiony w rozmyślaniach 

 

Ostatnio wpadły mi w ręce rozmyślania Johannesa Taulera, mistyka ze szkoły nadreńskiej (uczeń Mistrza Eckharta). Pisał on, że Słońce, Księżyc i wszystkie gwiazdy krążą po okręgu (było to w XIV wieku, w czasach przedkopernikańskich), bo właśnie KOŁO jest wyrazem doskonałej drogi, symbolizującej miłość, która stanowi czyste pragnienie. Niczego nie wymusza, a zarazem jest nieustannie otwartą możliwością, wobec której zło (rozumiane za Augustynem w kategoriach duchowej pustki) przestaje nam się jawić jako realna siła niszcząca, niosąca strach i nieodwracalne spustoszenie. Zło staje się białą kartką, na której można pisać tylko atramentem miłości. Ale w tych rozważaniach Tauler wypowiedział jedno krótkie zdanie, które daje tak wiele do myślenia: „jeśli ty nie przestaniesz mówić, On (Bóg) będzie musiał milczeć”.

 

Miłość wyrasta zawsze na gruncie wyciszenia, zapatrzenia i zasłuchania – jest nieustannym dopuszczaniem ukochanego do głosu. A kiedy zaczyna mówić, staje się jednocześnie nasłuchiwaniem wzajemności. Słowo zatraca tu bezwzględną i zimną obiektywność, stając się wyłącznie „zwróceniem do”. Podobnie dzieje się z całą prawdą, pięknem i mądrością, które wobec miłości przestają być wartościami samymi w sobie, stając się „istnieniem dla”. O tyle istnieję, o ile jestem „dla” – o tyle istnieje mądrość, piękno i sprawiedliwość, o ile zatopione są w relacji osobowej. Wobec takiej orientacji ducha bledną wszelkie troski i lęki egzystencjalne, bo całą istotę „ja” przejmuje relacja „dla”.

 

Czy wchodząc w ten Nowy Rok (który według niektórych ma być ostatnim rokiem dziejów tego świata), nie ciągnę za sobą bagażu oczekiwań i lęków? Czy fajerwerkami sylwestrowej nocy nie próbuję zagłuszyć tego, co wciąż walczy we mnie o uznanie mojego „ja”? Czy zapisywania pustej kartki nie zamieniam na nieustanną walkę ze złem, które widzę tylko na zewnątrz? Czy nie buduję w sobie i w swojej wspólnocie „twierdzy dobra”, która staje się dla mnie „wyspą ratunku” na oceanie spustoszenia? A może warto jeszcze raz pochylić się nad słowami Jezusa: Zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: „Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: „Oto tu jest” albo: „Tam”. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest. (Łk 17,20). Jeśli Królestwa Bożego należy szukać w głębi siebie, to czy wszelkiego zła również tam nie należy wypatrywać?…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Małe stajenki życia duchowego …czyli między Narodzinami a Zmartwychwstaniem

27 gru

Stoki Laworty (Ustrzyki Dolne) 

 

Przez całe życie człowiek szuka szerokich dróg, oświetlonych placów i wystawnych pałaców – takie też monumenty chce po sobie pozostawić. Tymczasem prawdziwymi drogami okazują się często kręte ścieżki, przebiegające raz nad przepaścią, innym razem przez gęsty las lub po dnie ciemnej doliny. To drogi przebyte w niepewności i samotności – wiodące do cichych stajenek, gdzie wchodzimy w przestrzeń Bożego Narodzenia. Uczestnictwo w prawdziwie wspólnym świętowaniu to rozpoznanie w kimś gotowości do duchowych narodzin, to trud drogi podjętej ku Temu, który ma się narodzić w drugim człowieku, to wreszcie wspólna radość z tego narodzenia.

 

W Kościele katolickim pierwszy dzień Świąt to przede wszystkim blask betlejemskiej gwiazdy i ciepła atmosfera stajenki – dwóch równie ważnych symboli wiążących się z przyjściem na Świat Jezusa, a odnoszących się do Prawdy i Miłości. Ale już drugi dzień Świąt stanowi zadumę nad gotowością do poniesienia najwyższej ofiary. Wczorajsze wspomnienie św. Szczepana niejednemu każe się otrząsnąć z sielankowej atmosfery kolędowania – wiodąc prosto od żłobka ku śmierci. Bo jak narodziny są pierwszym krokiem ku umieraniu, tak umieranie w Panu stanowi pierwszy krok ku życiu.

 

Jednak winien jestem małe uzupełnienie do pierwszego akapitu, który odnosi się nie tylko do rezygnacji z blichtru i światowości – to byłoby nazbyt oczywiste. Szukanie własnych stajenek to również otwarcie na sprawy pozornie małe. Niezadowolenie z siebie często zakorzenione jest w nadmiernych oczekiwaniach wobec własnego życia duchowego. W głębi ducha stawiam sobie cele, które są obce mojej naturze i mojemu powołaniu. Bywają jak rozbudowane pałace, które z jednej strony stanowią bastion pychy, z drugiej stają się źródłem zniechęcenia. Odnajdowanie stajenki będzie więc również polegało na radości z rzeczy małych – przełamywań skrojonych na moją miarę, cichych aktów wiary i miłości…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wiara „niewierzących” …czyli metafizyka według Soimone Weil

20 gru

Niedzielny widok z okna… 

Właśnie dostałem zamówioną książeczkę z wydanymi pośmiertnie zapiskami Simone Weil pt. „Myśli”. Mają one charakter spontanicznych notatek – czasem dla postronnego czytelnika niezrozumiałych, chwilami chaotycznych, miejscami też trochę naiwnych (w końcu pisanych z perspektywy młodej jeszcze kobiety – Weil zmarła w wieku 34 lat). Jednak na każdej niemal stronicy napotykam na jakiś nieprzeciętny ogień, który strzela w niebo słupem metafizycznego płomienia!

Przytoczę dla przykładu kilka myśli, które mnie porwały ku samej metafizycznej głębi, po jakiej ta młoda kobieta się poruszała. Wybaczcie, że nie będę ich cytował dosłownie, ale niektóre zapiski musiałem dla przejrzystości nieco przeredagować:

 

Mur między celami więzienia jest tym, co dzieli osadzonych, ale kiedy rozlega się porozumiewawcze stukanie o ścianę, staje się łącznikiem. Podobnie jest z rozdzielającą ciszą między nami i Bogiem.

 

Wszystko, co z reguły uznaje się za cel, z natury swej bywa jedynie środkiem, bo osadzone jest w surowych i przemijających faktach. Jedynym celem jest dobro, które stoi ponad faktami.

 

W naszym świecie cząstka tego, co nazywamy nadprzyrodzonym, jest ukryta, cicha, prawie niewidoczna. Ale to ona odgrywa decydującą rolę. Ludzie, którzy ją negują, podobni są do ślepców, którzy mówią, że nie ma światła. Światło też nic nie waży i nie daje się dotknąć, ale to przecież dzięki niemu drzewa rosną ku niebu.

 

Czas to czekanie Boga, który nieustannie żebrze o naszą miłość. Czas jawi się nam jako obraz wieczności, lecz w istocie jest tylko złudzeniem wieczności, bo w istocie sprowadza się do granicznego punktu między dwoma niebytami: przeszłością i przyszłością. Żyjąc wyłącznie w czasie, jesteśmy więc poddani temu, co nie istnieje.

 

Pokora jest stosunkiem duszy do czasu. To zgoda na czekanie. Pełnym obrazem pokory jest ukrzyżowany Chrystus.

 

Najpiękniejsza muzyka to ta, która między gasnącymi dźwiękami skłania nas do słuchania ciszy.

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mój stan wojenny… czyli osobista refleksja nad 13. grudnia

12 gru

Migawki z mojego albumu - od góry z lewej:  1) Jako młokos z czasów sierpnia 1980, 2) Jaruzelski (zdjęcie z TV) – po obu stronach mój czas buntu i paranoi, 3) Bałtyk – jedni w łodzi, inni poza burtą (to ja), 4) Rynek mojego miasta Mysłowice wygądał jak po prawdziwej wojnie, 5) Zastraszanie – w Świnoujściu stacjonowały sowieckie okręty wojenne (cudem udało mi się zrobić to zdjęcie), 6) Ludzie zmuszani byli do pochodów, ale już chyba nikt nie wierzył w ideały komunizmu… 7) Autoportret, 8) Wtedy czuło się, co to jest solidarność (zgadnij, który to ja?)… 9) Ruiny gospodarki wzmagały tylko romantyczne nastroje wśród młodzieży (z kolegą w Kazimierzu Dolnym), 10) Na ulicach ludzie kryli się w szarej anoninowości, ale wciąż nosili w sobie nadzieję (Warszawa, ul. Staromiejska).

 

Nie byłem żadnym działaczem ani opozycjonistą – raczej zwykłym szaraczkiem, jakich wielu. Czasy WRON-u przypadły na okres mojego młodzieńczego buntu. Po wybuchu sierpnia wymykałem się z lekcji, aby brać udział w marszach o uwolnienie więźniów politycznych, jakie organizowano wówczas w Katowicach. W tym czasie n a własna rękę i bardzo nieudolnie fabrykowałem antysowieckie ulotki, korzystając z zabawkowej drukarki. Szybko wpadłem, bo jeden z kolegów, których poprosiłem o pomoc w rozklejaniu bibuły, okazał się konfidentem (do dziś nie wiem który i dlaczego to zrobił – i chyba nawet bym tego nie chciał wiedzieć). Skończyło się upokarzającą rewizją na lekcji rosyjskiego i męczącymi przesłuchaniami. Musiałem porzucić myśl o ukończeniu biologicznego profilu w miejscowym liceum, znajdując sobie jakieś prowincjonalne technikum, oddalone prawie 50 km od zamieszkania.

 

Z poczucia bezsilności wybrałem wtedy emigrację – tę wewnętrzną, bo o przekroczeniu granic nie było wtedy mowy. Myślę, że wiele osób wtedy zapadło się w głąb siebie. Każdego zewnętrznego obserwatora, który przyjeżdżał wtedy z Zachodu, uderzała polska „szarzyzna” na ulicach – a chodziło nie tylko o kolory ubrań. Ludzie byli ponoć jacyś tacy smutni i nieobecni. Mimo to myślę, że byliśmy wtedy bardziej sobą niż dzisiaj – a był to szczególny rodzaj „obecności”, takiej do wewnątrz. Jeździłem wtedy do szkoły pociągami (codziennie 4 godziny), miałem więc czas na dokonywanie ciekawych obserwacji: trudno było przełamać mur anonimowości, ale gdy się to udało, znajdowało się wewnątrz człowieka autentycznego, bez maski konformizmu. Łączyło nas wszystkich poczucie bezsilności i zewnętrznego zniewolenia, ale gdy dochodziło do spotkań, odkrywało się niesamowity powiew jedności i pragnienia wolności. To właśnie wtedy odnalazłem taką przestrzeń bycia, której nikt z zewnątrz nie jest w stanie nas pozbawić. Wtedy też nauczyłem się czerpać radość z najmniejszych rzeczy. I wtedy po raz pierwszy poczułem, jaką radością jest obecność kogoś, kto podobnie myśli i czuje…

 

Dzisiaj przeżywamy zupełnie inne lęki: aby „nie spaść z drabiny” lub „nie wypaść z gry”. Mamy też inne potrzeby – często oparte na jakimś szaleńczym wyścigu szczurów, snobizmie i konsumpcji. Dawne pragnienie wolności i niepodległości tak łatwo sprzedaliśmy za miskę unijnej soczewicy. Nikt już nie mówi o wolnym rynku, bo znowu mamy rynek absolutnie sterowany i kontrolowany. W jakimś amoku „europeizacji” uwierzyliśmy, że Bruksela zapewni nam stabilność i bezpieczeństwo. I chyba nikt do końca nie wie, kiedy przekroczyliśmy ten Rubikon absurdu, budząc się w nowym „Kraju Rad” – z centralnym planowaniem i komisarzami (jak znajomo to brzmi!), koszmarną biurokracją (zdolną zadymić każdy przekręt i obezwładnić każdą twórczą inicjatywę), bezmyślnym rozdawnictwem (dopłaty – czyt. gigantyczne marnotrawstwo) i współczesnymi arenami (realizującymi stare hasło „chleba i igrzysk – w imię społecznego spokoju)… Czy jesteśmy szczęśliwsi niż 30 lat temu? W tamtym czasie były pragnienia i wola walki. A dzisiaj? Bierne wyczekiwanie, kiedy upadnie ten współczesny „Rzym” …i co wyrośnie na jego zgliszczach?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W pogoni za cieniami…

06 gru

 

Jesion – drzewo w bieszczadzkiej mentalności ambiwalentnie zakorzenione: z jednej strony ludzie unikali go, bo pioruny ściągał, z drugiej – sadzili wokół cerkwi; na zdjęciach: złamany jesion na cerkwisku w Wołosatem pod Tarnicą i gałązka jesionu koło cerkwi w Jałowem

 

Jedynie diabeł nie ma cienia – mówią stare legendy – ponieważ sam jest tylko cieniem. Każde istnienie, które staje naprzeciw światła, musi rzutować jakiś cień. Wobec radykalizacji dobra, radykalizuje się również zło – zupełnie tak, jak powstają głębsze cienie przy rzutowaniu silniejszego światła. A cienie te przyjmują czasem tak realne kształty, że człowiek nadaje im sens, podążając za nimi w sferze pragnień i czynów. Szokiem jest dopiero nicość, którą napotyka z chwilą zbliżenia. Bywa jednak tak, że człowiek, który przywykł do gonitwy za cieniami, po stracie jednego cienia będzie raczej szukał innego, niż kierował się w stronę żywych istot, bojąc się jeszcze większego szoku i rozczarowania. Ponadto przejście ze świata cieni do świata żywych bywa bardzo bolesne – jak poród.

Heidegger pisał: „technika pokonała wiele odległości, ale nie przyniosła żadnej bliskości” – te słowa w jakiś szczególny sposób dotyczą „ścigania cieni” – w postaci dostępności telefonów komórkowych, Internetu czy innych mediów, a także środków transportu. Człowiek łaknie dziś szybkiej sekwencji dźwięków, obrazów, informacji – które z kolei generują siłę i częstotliwość emocji. Sytuację taką można nazwać permanentnym stanem anty-medytacji i anty-kontemplacji. Podczas gdy te ostatnie stanowią pełne zanurzenie w świecie wewnętrznym, cała popkultura prowadzi w świat bezmyślności i rozpuszczenia swojej tożsamości w nieustannym ruchu zewnętrznym.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii