RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2012

Dzisiaj Dzień Islamu – okazja do refleksji nad właściwą formą dialogu

26 sty

Człowiek rodzi się z pragnieniem obecności drugiej osoby, lecz natura dialogiczna rozwija się przez całe życie…

 

Wobec dylematu poszukiwania właściwej drogi do JEDNOŚCI zastanowiłem się przez chwilę, na ile słowo ulega w nas przemianie? Z pewnością wykazuje ono pewną zmienną – jednej strony poprzez zniekształcenie myśli pozawerbalnej, z drugiej – poprzez weryfikację zawartej w nim prawdy i konfrontację z otaczającą rzeczywistością. Innymi słowy, na ile literalne słowo (jako verbum) odpowiada niewyrażalnemu Słowu (rozumianemu jako Logos)? Kiedy zderzamy się z bardzo literalnym podejściem do sfery sacrum, faktycznie wyrasta przed nami pewien problem – nie tylko z tłumaczeniem tekstów, ale też z przeskoczeniem pewnej „dogmatyki” pojęciowej. Tutaj dialog często grzęźnie w miejscu – dzieje się tak zarówno u żydów, jak i u muzułmanów, czy u naszych niektórych protestantów. Taka bariera czasem jest dla mnie nie do przeskoczenia. Ale też dotarło ostatnio do mnie, że nie zawsze trzeba za wszelką cenę dążyć do jedności w wyrażaniu pewnych prawd – zwłaszcza tych związanych z wiarą.

 

Jak powinna przebiegać droga do jedności w prowadzonym dialogu między chrześcijanami a muzułmanami? Pewien Żyd bardzo mądrze mi ostatnio odpowiedział na pytanie o każdy tego rodzaju dialog - cytuję: „W moim subiektywnym sądzie, to, czy jesteś chrześcijaninem, muzułmaninem, żydem czy wyznajesz inną jeszcze wiarę, ma znaczenie jedynie topograficzne, oznacza bowiem Twoje miejsce w drodze ku Bogu; bardziej istotne jest to, czy jesteś wierny Bogu, czy nasłuchujesz Jego głosu i jemu dajesz pierwszeństwo przed gadaniem ludzi, czy jesteś w prawdzie przed samym sobą? Jest wiele dróg prowadzących na wierzchołek Nieba… Ściąganie kogoś z jego szlaku wspinaczki, to igranie jego zbawieniem; w dole bowiem jest jednako straszna przepaść wciąż głodna żeru.”

 

Dopiero teraz powoli zaczyna docierać do mnie waga tych słów. Z jednej strony ów Żyd odważył się przekroczyć swoją ortodoksję, czyniąc to publicznie (czym z pewnością naraził się w swoim dość fundamentalnym środowisku). Z drugiej strony dał wyraz czemuś, co dało mi bardzo wiele do myślenia (szczególnie chodzi o to ostatnie zdanie) – każdy z nas ma własną drogę, wobec której usilne dążenie do jedności może sprawić, że ktoś się na tej swojej, pisanej mu osobiście przez Boga, ścieżce może zagubić… Ale też nie oznacza to, że jedność ma tylko jeden wymiar. Tutaj nie trzeba tworzyć jakiegoś sztucznego bytu opartego na religijnym synkretyzmie. Wystarczy po prostu umieć ze sobą być, wzajemnie dostrzegając swe potrzeby i duchowe pragnienia (a jedne i drugie ukazać potrafią nasze wewnętrzne podobieństwa). Pozostaje pytanie, czy chrześcijanin ma czekać na wzajemność? Myślę, że na to pytanie dał już nam Ktoś odpowiedź 2000 lat temu.

 

          Kilka dni temu Papież powiedział te oto znamienne słowa: „Jedność wymaga pokory i przyjęcia darów”. Tak, to właśnie w przestrzeni pozawerbalnej zachodzi proces duchowego jednoczenia – tam gdzie pojawia się Boża łaska (dar) i odpowiednie jej przyjęcie (pokora).  Słowo pojmowane w sposób literalny czasem niszczy tę subtelną tkankę relacji, jaka nawiązuje się między każdym człowiekiem a Bogiem – i nawiązuje się za każdym razem w sposób zupełnie niepowtarzalny.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czy ISLAM jest zagrożeniem? …czyli o umiejętności wzajemnego zasłuchania

25 sty

Ustjanowa Górna, Zabłocie (po lewej Mały Król, po prawej Gromadzyń)

 

Jutro w Kościele katolickim pod hasłem „Poparcie dla duchowego wymiaru człowieka” po raz dwunasty obchodzony będzie Dzień Islamu w Polsce. W Warszawie spotkają się katolicy i muzułmanie, by m.in. się modlić i przekazać sobie znak pokoju. Wspólnie też czytane jest Pismo Święte i Koran. To ostatnie najbardziej zbulwersowało niektóre środowiska wiernych. Wśród przeciwników tak realizowanego dialogu zauważyłem dwie drogi oporu: 1) odwoływanie się do historycznych tekstów Kościoła (bez uwzględniania pewnej drogi dojrzewania do dialogu), 2) podkreślanie braku symetrii w dialogu (ze wskazaniem na Nigerię i inne przejawy islamskiej nienawiści). Według mnie obydwie drogi wychodzą z błędnych założeń.

Jeśli będziemy odwoływać się do literalnej wymowy tekstów historycznych, ugrzęźniemy w jakiejś duchowej niemocy lub fizycznej przemocy. Stajemy tu wobec dawnych uprzedzeń, przenosząc je na grunt współczesny, zatrzaskując się od wewnątrz przed wizją zagrożenia. A przecież nie sposób otworzyć przed innym przesłania ewangelii inaczej, jak tylko otwierając przed nim własne serce. A nie da się otworzyć serca bez próby zrozumienia drugiej strony. Temu właśnie służy dialog i wspólne czytanie Ksiąg. Czytanie Koranu jest próbą wsłuchania się w to, co dla muzułmanina jest święte (nie można tego mylić z próbą łączenia czy zrównywania Biblii z Koranem). Bez tak wyrażonej postawy dialog, a tym samym ewangelizacja, staje się niemożliwa (chyba, że siłą i pogardą, ale to już będzie jej zaprzeczenie).

Podobnie ma się rzecz ze swoistą „licytacją nienawiści”. Wpadamy w błędne koło, gdy wskazując na akty przemocy ze strony muzułmanów, wzywamy współbraci do adekwatnej odpowiedzi w imię sprawiedliwości. Dobro rozkwita tylko wtedy, gdy jest odpowiedzią na zło – jeśli więc nasza ewangelia ma się ograniczać wyłącznie do religijnej wiedzy, staje się „cymbałem brzmiącym”. Gdyby właściwą drogą była odpowiedź przemocy na przemoc, Jezus sięgnąłby po miecz. Gdyby właściwą odpowiedzią miała być pogarda i niechęć, Jezus odszedłby jak najdalej od Jerozolimy. Tymczasem Jezus umarł na krzyżu, w poczuciu bezsilności i ogołocenia – wystawiony na drwiny i nienawiść, wobec doświadczonej przemocy nie odpowiedział tym samym. I w tym właśnie jest wyjątkowość chrześcijaństwa

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Droga przed zmierzchem …czyli różne spojrzenia na przemijalność

23 sty

 

    Wieczorna droga na Lawortę k. Ustrzyk Dolnych

 

Ostatnie wydarzenia życiowe uzmysłowiły mi pewną bezsilność wobec nieuchronnej przemijalności. Poczułem się tak, jakbym jechał wyboistą drogą, tuż przed zmierzchem, na coraz bardziej sfatygowanym wozie, z którego w każdej chwili może odpaść koło i którego konie są coraz bardziej zmęczone. Wciąż jednak mam wolność wyboru: moje życie może być nie tylko tragicznym wyczekiwaniem końca, zapatrzeniem w skrzypiące ośki kół… Przecież może być zupełnie innym oglądem rzeczywistości…

 

Bywają ludzie, którzy patrzą pragmatycznie w przód, aby nie wpakować się w tarapaty, uważając na głębsze koleiny, starannie omijając każdy głaz, a jednocześnie – by nie tracić czasu – regularnie używając bata. Spotyka się też niemało osób, które w inny sposób obserwują drogę, nostalgicznie spoglądając wyłącznie na to, co umyka spod kół. Tacy zwykle lubią siadywać z tyłu wozu, nie chcąc widzieć tego, ku czemu zmierzają – interesuje ich tylko to, co już minęło…

 

Szczególnym rodzajem obserwatora są ludzie, którzy patrzą wyłącznie w niebo. Nie interesuje ich wcale kurz drogi, ani stan wozu. Nawet napotkany wędrowiec wart jest uwagi tylko o tyle, o ile w jego oczach widać gwiazdy – niewzruszone gwiazdozbiory teologii, „zodiakalne” przedstawienia tradycji …i słońce, które niczym pielgrzym celebruje kolejne położenia kościelnych świąt, cyklicznie powtarzając swój codzienny obchód nieba… Są wreszcie i tacy, którzy niczego nie obserwują, wygodnie sadowiąc się na wozie – nie interesuje ich ani droga, ani skrzypiący wóz, ani niebo nad głową. Ważny jest tobołek z zapasami wałówki i wygodne, ciepłe posłanie…

 

Do której z tych grup mógłbym się zaliczyć? Zapewne – w zależności od sytuacji – po części do każdej z nich. Ale chyba najbardziej do kategorii, której tutaj nie ująłem. Widziałbym siebie pośród tych, którzy nieustannie wypatrują odsłaniającego się horyzontu, za którym co jakiś czas, każdego razu inaczej, zachodzi słońce, ale też każdego dnia na nowo to samo słońce się wyłania. Bo chyba nie ma nic bardziej fascynującego, jak ta bezkresna linia, stanowiąca przestrzeń spotkania ziemi z niebem…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Estetyzacja i paradoks miłości…

12 sty

Płaczące anioły na cmentarzu w miejscowości Płazów – w tle Murowana  cerkiew pw. Zaśnięcia Matki Bożej

       W przypadku pojęcia miłości napotykamy ogromną trudność językową. Dzieje się tak dlatego, że nasza mowa potoczna często redukuje sposób przeżywania rzeczywistości transcendentalnej. Użyj słowo „miłość” w środowisku jakiegoś slangu ulicznego, a uzyskasz cały tok skojarzeń wulgarnych. Powiedz to samo słowo jakiemuś mnichowi, a być może wejdziesz w same mistyczne odniesienia. Wewnętrzne „linki” pojęciowe kształtują nasz sposób postrzegania świata i żywego w nim uczestnictwa. Pisałem kiedyś o estetyzacji miłości, jako swoistej formie przeżywania piękna przez starożytnych Greków. Estetyzacja nie oznacza jednak jakiegoś pustego zdobnictwa, które używamy wyłącznie dla podniesienia dobrego samopoczucia. To również element poszukiwań. U starożytnych (ale może jeszcze częściej współcześnie!) poszukiwania owe uległy jakiemuś fatalistycznemu zapętleniu, które prowadziło do pułapki narcyzmu (oczywiście narcyzmu nie należy traktować zbyt dosłownie, to tylko metafora metafory – chodzi o narcystyczne podejście do estetyki: piękno dla piękna, sztuka dla sztuki).

      Piękno ciała może być przyczyną zachwytu, ale nie miłości. Zachwyt ten może inicjować pragnienie pójścia dalej, odkrywania człowieka w jego wnętrzu duchowym – wtedy już stopniowo przekraczamy granicę między oczarowaniem a miłością. Piękno więc stanowi tu rodzaj „portalu”, przez który możemy wejść głębiej. Problem zapętlenia się w estetyce zaczyna się wtedy, gdy człowiek zaczyna traktować ten „portal” jako wartość samą w sobie – oderwaną od sfery ducha. A tylko w duchu miłość jest przeciwstawieniem się przemocy. Tischner za Kierkegaardem pisał, że miłość z natury rzeczy jest sprzecznością między pragnieniem posiadania i nieposiadania, dając tym samym do myślenia, że w jej naturze zawarte jest pewne napięcie, które uwalniać może nieskończone zasoby duchowej energii. Ta zaś daje siłę do nieustannego przezwyciężania wszelkich barier zewnętrznych (egzystencjalnej odrębności) i wewnętrznych (lęk przed utratą własnej tożsamości, integralności). Może dlatego spotykamy u Mistrza Eckharta tak wielkie przywiązanie do fenomenu ODOSOBNIENIA, które traktował jako wartość przewyższającą nawet samą miłość. Owo „odosobnienie” to właśnie przyzwolenie na zachowanie „inności” (Eckhart traktował je głównie w relacji Stwórca-człowiek, ale odnosi się to również do relacji międzyludzkich).

      Jeśli zakładamy wszechmoc Boga, to zdajemy sobie sprawę, że mógłby On jednym tchnieniem swej woli zatopić wszystko w swojej miłości. Ale wtedy zatraciłby wszelką indywidualność opartą na darowanej wolności. Mielibyśmy do czynienia z osobliwym „totalitaryzmem miłości” – a przecież sam splot tych słów kryje w sobie sprzeczność nie do pogodzenia. Tu właśnie dotykamy wielkiego paradoksu miłości, która nie znosi żadnej przemocy – jest pełnym uznaniem „inności” drugiego. Czy jednak Eckhart nie zauważył, że uznanie odrębności jest również składową miłości – razem z przeciwstawnym dążeniem do jedności? Czy duchowa dialektyka miłości nie polega właśnie na nieustannym przenikaniu się różności i tożsamości? To już osobna kwestia do rozważań.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii