RSS
 

Archiwum - Luty, 2012

Kiedy w obcym lesie odnajduję własną twarz?…

24 lut

 Las na Małym Królu – z widokiem na pasmo Żukowa (Ustrzyki Dolne)

 

Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie poezja śląskiego romantyka – Józefa Eichendorffa. Potrafił on odnaleźć duszę człowieka pośród harmonijnego współistnienia z otaczającym światem. Przykładem jest choćby poniższa zwrotka wiersza „Pożegnanie” (przełożona przeze mnie na śląski – może niezbyt dosłownie, ale tak, by uchwycić wymowę):

 

Da steht im Wald geschrieben            Sam* w lesie prowda skryto

Ein stilles, ernstes Wort                       cichutko je i szczero

Von rechtem Tun und Lieben              o pszoniu** i utropie***

Und was des Menschen Hort…           i o schroniyniu twym…

* sam – tutaj                    

** pszonie – miłość          

*** utropa – zmaganie      

 

Eichendorff stanowi przeciwieństwo obiegowego stereotypu Ślązaka, tak często postrzeganego jako prymitywnego pragmatyka (niestety taka etykietka kreowana i utrwalana jest w publicznych mediach). Lecz ludzie nie dzielą się wedle przynależności narodowej, etnicznej czy religijnej – kryterium „bliskości” przebiega zupełnie inaczej – według wrażliwości na drugiego człowieka i na rzeczywistość ponadmaterialną. Ileż to razy spotykałem ludzi zupełnie mi obcych, a tak bliskich zarazem! Czasem dzieliła nas bariera językowa, innym razem religijna – a mimo to czułem się przy nich, jakbyśmy się znali od dawna…

 

Co decyduje o tym, że człowiek wobec drugiego może czuć się jak w domu? Czy można w drugiej osobie odkryć swoje oblicze, kiedy dzieli nas cały kosmos zewnętrznych uwarunkowań? Wreszcie pytanie ostatnie, chyba najtrudniejsze: czy potencjalnie każda relacja, każde doświadczenie oblicza obcego człowieka, otwiera przede mną przestrzeń transcendentalną, stanowiącą najważniejsze wyzwanie mojego życia?…

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Taoizm i konfucjanizm po bieszczadzku

23 lut

Zeszłoroczny baldach dzięgla leśnego pod Połoniną Wetlińską 

 

Twórca taoizmu, Lao-Tse (VI w. p.n.e.) potrafił dostrzec wyraźną różnicę między mądrością a wiedzą: „Aby zdobywać wiedzę, codziennie naucz się czegoś – żeby zyskać mądrość, codziennie o czymś zapomnij”. Jakże piękne przesłanie WOLNOŚCI wobec naszego, zachodniego rozgorączkowania zdobywaniem coraz to nowych informacji… Ten sam autor wypowiedział też inne słowa: „Mądry człowiek nie ma własnego serca. Jego serce składa się z serca narodu”Odsłania to przed nami fenomen chińskiej mentalności, skłonnej do totalitaryzmu – tylko na takim podłożu zakorzenić się mógł komunizm, będący jednak czymś więcej, niż system, który poznaliśmy na własnej skórze – myślę, że tam, w Chinach, jest on częścią rzeczywistości „wewnętrznej”.

 

Jednakże zgłębiając chińską mentalność, zaczynamy docierać do czegoś, co stanowi mądrość uniwersalną. Wchodzimy w nieco inne wyrażenie ewangelicznej prawdy o pełnym życiu, które jest możliwe, gdy człowiek nie boi się obumrzeć – a jeszcze bardziej wtedy, gdy nie chce za sobą zostawiać żadnych śladów, które mogłyby przynieść mu chwałę: „Ślady stóp łatwo usunąć, trudniej chodzić bez dotykania ziemi” – tutaj, jak myślę, Lao-Tse wyraził postulat nie zatrzymywania się na sobie nawet w wyobrażeniach o własnej obecności w pamięci innych.

 

Mądrość chińska ma też wiele wspólnego z naszym mistycyzmem – Konfucjusz (V-VI w. p.n.e.), jak czytamy, potrafił równie dobrze dostrzegać wagę każdej tajemnicy: „Nie staraj się poznać odpowiedzi, spróbuj zrozumieć pytania.” Niemoc wobec niewiedzy jest jednak mniej bolesna, niż niemoc wobec wszechotaczającego nas zła – ale i tutaj postawa Konfucjusza zdaje się współbrzmieć z Ewangelią: „Lepiej zapalić świeczkę, niż przeklinać ciemność”. Płomień świecy wydaje się taki znikomy i tak łatwy do zdmuchnięcia …a jednak po medytacji tych słów stajemy przed prawdą, że jego zapalenie jest jedyną odpowiedzią.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Spowiedź i wygnanie z raju – jako akt ocalenia

16 lut

 

Sanok – „galicyjskie miasteczko” jawi się dzisiaj jako zapomniany, karpacki raj…

 

      Sakrament pokuty dla świadomego katolika jest czymś cudownym – jeśli tylko nie zatrzymuje się na jego formalnej powłoce. Kiedy ksiądz staje się dla mnie uobecnieniem Chrystusa, wtedy spowiedź umożliwia mi wyjście w bezkresne pole, gdzie znowu jestem sam na sam ze swoim Stwórcą – nagi, pozbawiony zbroi, z dala od własnych zabawek. Tutaj Bóg znowu powtarza swe biblijne pytanie: „Gdzie jesteś Adamie?”. A ja znowu potrafię wyjśc ze swej kryjówki, dostrzegając skutek zwiedzenia, któremu tak łatwo uległem – i wtedy właśnie po raz kolejny odkrywam samego siebie – takim, jakim naprawdę jestem.

      W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że wygnanie z raju nie stanowi żadnej kary – przeciwnie, staje się wyrazem troski, bo dopiero z dala od drzewa życia zaczynam tęsknić. Tam też zaczynam być niejako bardziej wolny od siebie samego – od pokusy nieograniczonej możliwości, której nie potrafiłem udźwignąć. Czuję chłód, ale wzbudza to we mnie pragnienie ciepła. Czuję głód, ale nakierowuje to całe moje bycie na obecność Chleba. Czuję nieustanne zagrożenie, ale nie szukam już kryjówek, bo wiem, że tylko obecność żywej Osoby dać mi może pełnię ukojenia wobec wszelkich lęków i cierpień. Dopiero tutaj, wobec doświadczenia świata pełnego mroku i chaosu, odnajduję drzwi do „Królestwa Narni”…

      Czy więc to „wygnanie z raju” nie staje się moim OCALENIEM? Każde poczucie zatrzaśniętych drzwi, zmarnowanej szansy, niespełnionych marzeń – czy to wszystko nie prowadzi do sensu głębszego, niż samo spustoszenie, jakie niesie zło? Przecież nie wiem, co by było, gdybym wszystko bez ograniczeń otrzymał. Gdybanie? Chyba nie – bo ocalić, to coś więcej niż uratować byt istniejący razem z jego dążeniami, opartymi na doraźnych planach i bieżących marzeniach. Ocalić to objąć ten byt nieustannym aktem stwórczym, pozwalając mu tworzyć w sobie coraz to nową rzeczywistość i otwierając przed nim coraz to nowe perspektywy samospełnienia. Ocalić człowieka to także uchronić go przed nadmiarem ciężaru jego wolności. Każdy z nas może odnaleźć swoje ocalenie w osobistym „wygnaniu z raju”.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cisza jako przestrzeń wyczekiwania na SŁOWO

12 lut

Dzisiejszy zachód Księżyca - strefa ciszy zanurzona w mroźnej dolinie Ustrzyk (nad Małym Królem, przy -28 C) 

 

„Umieć pytać – znaczy: umieć czekać, nawet całe życie” – pisał Martin Heidegger, w swoim słynnym dziele ”Sein und Zeit” często odnosząc się tam również do tzw. „paplaniny” - jako bezrefleksyjnego używania słowa, które odcięte zostało od pytań zasadniczych. A przecież to właśnie te najważniejsze pytania otwierają człowieka na przestrzeń wyczekującej ciszy. Ciszy, która nie oznacza stagnacji w prowadzeniu dialogu i poszukiwań. Nie oznacza też rezygnacji z odpowiedzi na postawione pytanie. Cisza jest raczej sama w sobie sposobem odpowiadania – zawartego właśnie w postawie wyczekiwania…

      Cisza w poczuciu własnej bezsilności i własnego upadku jest głosem pełnego ZAWIERZENIA. Cisza w kontekście krzykliwej próżności i wszechobecnej głupoty jest wyrazem milczącej MĄDROŚCI. Cisza wobec przemijania staje się przekroczeniem granic tymczasowości i zanurzeniem w WIECZNOŚCI (tej, która nie jest jednak czasem nieskończonym, lecz nieznaną przestrzenią poza-czasu). Cisza, będąca z mej strony świadomą odpowiedzią wobec depczącego mnie zła, stanowi tajemnicze wejście w królestwo absolutnie dyskretnego DOBRA.

      Ciszą ostateczną jest moje zanurzenie w ŚMIERCI, która spala we mnie wszystko, co łatwopalne - wszystko, co tak łatwo łączy się z tlenem tego świata, pozostawiając po sobie jedynie dym istnienia. Ale taka cisza jest dopiero zapowiedzią czegoś, co ogarnie – w Tobie i we mnie – te niezliczone i niewyrażalne cisze, nadając im najwyższy sens. Taka cisza jest zapowiedzią nowej rzeczywistości, która będzie dla nas powrotem na łono SŁOWA – bezgłośnego, lecz pełnego żywej OBECNOŚCI.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bałwochwalstwo katolików?…

08 lut

 

Każdy bałwan – czy ten  „prywatny” czy „publiczny”, mały czy duży - zawsze pozostanie tylko bałwanem, gdy na nim kończy się nasze duchowe „widzenie” (na zdjęciu pod połoniną Rawki i na Rynku w Ustrzykach Dolnych)

 

Wokół katolików często wznoszony jest sztuczny mur niezrozumienia, będący dla wielu przeszkodą w otwarciu się na zgłębianie bogactwa naszego Kościoła. Staje się on zarzewiem zupełnie zbędnych sporów z protestantami, żydami i muzułmanami. Jako katolik często muszę tłumaczyć naszym braciom, że kult figurki czy obrazu staje się faktycznie złamaniem pierwszego przykazania – ale tylko wtedy, gdy wartość materialna jest absolutyzowana, czyli wiara niejako blokowana jest na poziomie obiektu materialnego, nie przechodząc głębiej. Materia nie spełnia już wówczas roli „mostu”, lecz staje się celem samym w sobie. W takiej sytuacji nadzieja zostaje ZWIĄZANA z tym, co przemijalne.

 

Warto jednak sobie uświadomić, że wszelki przejaw idolatrii jest niezależny od umaterialnienia naszych ziemskich przywiązań. Bałwochwalstwo może więc uprawiać ktoś, kto się niczemu nie kłania i niczego nie uznaje za święte. Wystarczy, że całe swoje życie podporządkuje jakiejś wizji (marzeniu, ideologii) lub wartościom materialnym (które jeszcze częściej pełnią rolę złotego cielca). Gdy człowiek obdarza drugą osobę ślepą miłością, dbając tylko o jej życie doczesne – to również jest rodzaj bałwochwalstwa.

 

Czy jednak człowieka w modlitwie wyciągającego dłonie ku niebu, posądzimy o bałwochwalstwo? Patrząc na tę sytuację w sposób formalny, mielibyśmy ku temu podstawy, bo ogranicza Boga do jakiejś sfery. Wiemy jednak, że wzniesione w górę ręce nie wskazują nam kierunku przestrzennego, nie umiejscawiają Boga a jedynie wyrażają Jego wartość (nieskończoną i przekraczającą wszystko, co znamy).

 

Podobnie bywało w historii Izraela z Arką Przymierza (i posągami Cherubinów) czy z miedzianym wężem, którego Mojżesz uczynił dla swego ludu: „Gdy lud okazał skruchę, a Mojżesz wstawił się za nimi, Jahwe kazał sporządzić wizerunek miedzianego węża i umieścić go na słupie sygnałowym, a każdy ukąszony, który na niego spojrzał, zdrowiał i pozostawał przy życiu.” (Księga Liczb 21,9). Czy podejście chrześcijan do obrazów ze swego teologicznego założenia jest odmienne?

 

Każdy przedmiot, który ma charakter sakralny, spełnia swoją właściwą rolę tylko wówczas, gdy kieruje naszego ducha ku Najwyższemu. Inaczej staje się tylko pustym przedmiotem idolatrii. Każdy byt skończony, któremu człowiek przypisuje wartości najwyższe, w ten sposób go absolutyzując, stanowi akt bałwochwalstwa. Tak więc istota pierwszego przykazania nie tkwi w samym przedmiocie, ale w naszym wewnętrznym do niego podejściu.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Karnawał życia i MASKARADA – czyli gdy twarz się smuci, tylko MASKA jest RADA

06 lut

Najsłynniejsza maska tego karnawału – narciarskie wędrówki na Małym Królu (Ustrzyki Dolne) 

Życie w społeczeństwie zmusza nas tak często do przywdziewania masek na różne okazje – masek, które z założenia mają nam pomóc wejść w różne role. Istotnie, czasem to pomaga przy automatycznym funkcjonowaniu w przestrzeni publicznej, zaoszczędzając wewnętrzną „energię” do życia osobistego. Jednak prawdziwa twarz tak szybko potrafi się z taką maską zrosnąć, że nie tylko zostaję zamknięty w jednoosobowej celi, ale czuję, że narzucona mi zostaje jakaś mechaniczna osobowość. Poruszam się wtedy jak marionetka na sznurkach konwenansów, lęków, interesów…

Mamy więc maskę uśmiechu – w sytuacji, kiedy nie wypada się smucić, maskę podwładnego – gdy przychodzi do spotkania z szefem, maskę autorytetu – gdy trzeba porozmawiać z dzieckiem,  mamy też maski mniej charakterystyczne – do drobnych „rólek”, wobec każdego nieco inną. Czy przyznawanie się do tych masek musi być jednoznaczne z przyznaniem się do fałszywości? Myślę, że taki osąd mógłby wypłynąć jedynie od kogoś niezdolnego do autorefleksji. Wystarczy spojrzeć na siebie, czy tak samo wobec każdego się zachowuję? Przecież sytuacyjna odmienność twarzy narzucona jest często przez społeczeństwo, albo też niepisaną konwencję, która uczytelnia rodzaj relacji – nie zawsze pełni więc rolę negatywną.

Czy można się całkowicie pozbyć takich masek? Nie wiem… Chyba nawet książę Myszkin z „Idioty” Dostojewskiego do końca tego nie potrafił. A jednak pragnienie życia bez maski staje się dla mnie z wiekiem coraz silniejsze – bywa tak przemożne, że gotów jestem zaryzykować wszystko (przynajmniej tak mi się wydaje). Natychmiast przychodzi jednak pewne zreflektowanie: czy nie byłby to z mej strony jakiś rodzaj infantylizmu? Czy bycie sobą musi od razu wprawiać innych w zakłopotanie?… Jednak z drugiej strony, czy życie w wyłącznie w masce ma sens? Może chodzi tutaj o zachowanie łączności między ekspresją „twarzy” a wyrazem „maski” – o bycie autentycznym w swej roli? Życie jest przecież dramatem, w którym nie da się po prostu zejść ze sceny, nie dokończywszy ostatniego aktu…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii