RSS
 

Archiwum - Marzec, 2012

WOLNOŚĆ i DOBRO wobec radykalizacji ZŁA

30 mar

 

Kot był zawsze symbolem WOLNOŚCI (kocie ścieżki), ale też bywał symbolem ZŁA (czarny kot)

 

Czy dobre uczynki, pełnione wyłącznie pod przymusem, można uznać za dobro? Albo też: czy przymus stosowany wobec zła nie stanowi również jakiejś formy zła? W końcu jest w tym jakiś zamach na czyjąś wolność. Zdaję sobie sprawę z absurdu, do którego mogą prowadzić twierdzące odpowiedzi na powyższe pytania, bo przecież postępując w imię radykalnego dobra, musielibyśmy otworzyć (a raczej zamknąć?) wszystkie więzienia, wypuszczając więźniów i nie każąc przestępców. Ale myśl taka prowadzi również do refleksji w drugim kierunku: widząc za każdym rogiem czyhające zło, przychodzi pokusa, aby podjąć próbę zapanowania nad nim wyłącznie przemocą…

 

Istnieją jednak sytuacje, kiedy zło w naszym życiu staje się tak demoniczne, że człowiek nie daje już rady go znosić – staje wówczas wobec radykalnej alternatywy: unicestwić siebie (przez samobójstwo lub bierne poddanie się machinie zagłady), albo też użyć siły niszczącej wobec „nosiciela” takiej formy zła. Dylemat ten mieli nasi ojcowie w czasie okupacji, a potem w obliczu wyniszczającej sowietyzacji Kraju. Dzisiaj zło takie odnajdujemy w grupach przestępczych, często powiązanych z wielką polityką…

 

Wczoraj obejrzałem strasznie ciężki film rosyjski „Ładunek 200”, pokazujący taką właśnie, demoniczną postać radykalnego zła, które zakradło się już do wszystkich zakamarków podupadającego imperium sowieckiego (film przedstawiał ponurą rzeczywistość z 1984 roku). Autor ukazał w nim społeczeństwo złożone z psychopatów, aspołecznych funkcjonariuszy (działających jak upiorne zombi) i młodych nihilistów. Kto wie, może właśnie takie zło wymaga dziś działań radykalnych – w imię ocalenia człowieka?…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Racjonalizm i empiryzm jako fundament ślepego pragmatyzmu

25 mar

 

…czyli cierpliwość wobec Prawdy

 

Czysty racjonalizm w pewnym miejscu zawsze zwraca się przeciwko sobie samemu. Obserwowaliśmy to u Kartezjusza*, kiedy pisał: „rzeczy zewnętrzne są tylko zwodniczą grą słów, przy pomocy których złośliwy demon zastawił sidła na mą łatwowierność. (…) Będę podążał dalej, póki nie poznam czegoś pewnego”. Postawę taką Tischner określał mianem „rozumu naukotwórczego” ** , który domaga się umocowania wszelkiej motywacji w uzasadnieniu racjonalnym. W świetle tak pojmowanej rzeczywistości wszelkie poświęcenie traci sens, bo przecież każdy przedmiot owego poświęcenia jest niepewny. Innym rodzajem takiego rozumowania jest opieranie wszystkiego na doświadczeniu empirycznym, ale tutaj z kolei stajemy przed problemem relatywizacji wartości, bo czyż ta sama huba, która pasożytuje na drzewie, nie jest z innej strony pożyteczna?

 

Niektórzy jako złoty środek proponowali połączenie myślenia racjonalnego z empirycznym, co miało umożliwić powrót do pozycji zdroworozsądkowej. Przykładem takiego stanowiska było neopozytywistyczne Koło Wiedeńskie i fizykalizm Moritza Schlicka, który w konsekwencji wyrugował z nauki etykę i estetykę (wartości, które leżą w samym rdzeniu ludzkiego bycia), prowadząc ku naukowej technokracji i otwierając drogę do amerykańskiego pragmatyzmu. Filozofia stała się jałowym poszukiwaniem prawdy w przedmiotach i potrzebach – w oderwaniu od wrażliwości na człowieka, jego pragnień i refleksji nad byciem… Odwrotny biegun poszukiwań zajął Blaise Pascal, który pisał: „Wiedza rzeczy zewnętrznych nie okupi w chwilach rozterki niewiedzy moralnej, natomiast wiedza moralna zawsze okupi nieświadomość w rzeczach zewnętrznych”. Potwierdzeniem Pascalowskiej tezy jest np. franciszkańska prostota.

 

Kiedy człowiek zatrzymuje się na racjonalnej powłoce rzeczywistości, ulega złudzeniu jednowymiarowości Prawdy, zatrzaskując się na jej obecność w odmienności drugiego człowieka. Bywa to również powodem wkroczenia na drogę pychy – poprzez traktowanie Prawdy jako wartości całkowicie dostępnej, ostatecznie poznawalnej i przeżywalnej. Odbieramy tym samym Prawdzie jej bardzo istotny atrybut – sukcesywną multiprzejawialność, która polega na kolejnych i wielokrotnych odsłonach sensu i dobra. Przyznaję, że sam często ulegałem takiej pokusie śpiesznego definiowania racji wobec życia wspólnotowego. A dzieje się tak, gdy napotykam przeszkody w postaci np.: 1) niezrozumiałej dla mnie postawy, 2) autokratycznej decyzji, 3) poczucia społecznego bezwładu, 4) wrażenia, że posiadam klucz do rozwiązania problemu, a nikt go nie chce ode mnie podjąć… Powyższe odczucia rodzą zawsze skłonność do postawy krytycznej, implikując swoistą niecierpliwość wobec Prawdy (a ta przecież zawsze objawia się w stosownym czasie!). Mam wówczas przeświadczenie, że poprawa sytuacji zależy wyłącznie od mojej aktywności i jeśli nie odnoszę oczekiwanego skutku, wycofuję się na pozycję kontestacji. Nie sprzyja to Prawdzie, bo mądrość wymaga uczynienia wielu kroków z kimś, kto podąża w przeciwnym kierunku***, aby następnie móc realizować z nim drogę ku temu, co jest Prawdą wspólnie przeżywaną…

 

*  Kartezjusz: „Medytacje o pierwszej filozofii”

** Józef Tischner: „Myślenie według wartości”

*** Mt 5,41: „Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące!”

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W obronie myśli przyczynkowej…

19 mar

Droga Tomaszów-Bełżec po zachodzie słońca…

 

Coraz częściej zastanawiam się nad wartością jakichkolwiek systemów filozoficznych. Z jednej strony stanowią one próbę zrozumienia świata w sposób kompletny – spójny i konsekwentny. Z drugiej zaś strony są jakimś zamknięciem się na tajemnicę, zadufaniem wobec własnych możliwości poznawczych, a nade wszystko zamknięciem na dalsza drogę poszukiwań. Co ma większą wartość: system czy pojedyncza myśl? Celowość czy przyczynkowość?… Kiedy człowiek zaczyna wszystko podporządkowywać jednemu celowi (systemowi), każdy krok nabiera sensu tylko o tyle, o ile stanowi zbliżenie do wytyczonego celu. Problem jednak pojawia się wraz ze stopniowym odsłanianiem się coraz mniejszej sprawności poznawczej wewnątrz siebie – i rosnącej chaotyczności na zewnątrz. Kiedy na każdym kroku zaczynam napotykać pozornie sprzeczne ze sobą paradoksy, czy wobec takiego doświadczenia system filozoficzny nie staje się bastionem ideologii?

Co się dzieje, gdy człowiek, któremu wydawało się już, że posiadł klucz mądrości, nagle poczuje się osaczony żywiołem zjawisk dlań niezrozumiałych? Na czym wówczas się oprze? Jaki sens nada każdemu kolejnemu kroku, żeby nie popaść we frustrację?… Z kolei będąc jeszcze na drodze do budowy swego systemu, mając poczucie realizowanego celu, w sytuacji, która zdaje się na każdym kroku potwierdzać słuszność obranego kierunku – czy człowiek nie staje się nazbyt pewny siebie? Czy nie zatraca w sobie tej elementarnej wrażliwości, którą dać może tylko poczucie bezradności?… Co w istocie jest motywem naszych działań? Czy ptak budujący gniazdo i wychowujący potomstwo zastanawia się nad celem swego trudu? Czy nosi w sobie ideę przedłużenia gatunku? Nie, on działa inspirowany aktualnym pragnieniem – cel odsłania się dopiero po czasie i poza jego świadomością.

Jeśli zdamy sobie sprawę, że większość życia sprowadza się do chwytania za ogon przypadków (co wcale nie jest jednoznaczne z chaotyczną przypadkowością), możemy mówić o doniosłej roli PRZYCZYNKOWOŚCI, która sukcesywnie odsłania drogę każdemu człowiekowi. Samo pojęcie „DROGA” może występować w naszej świadomości jako coś abstrakcyjnie całościowego. Jednak w życiu znajdujemy się zawsze w jakimś konkretnym punkcie, nigdy nie ogarniając tej drogi całkowicie. Przyczynkowość to właśnie skoncentrowanie naszej uwagi na „TU-i-TERAZ”. Afirmacja każdego kroku i każdego kamienia pod stopami sprawia, że żaden krok i żaden kamień nie są już przypadkiem, lecz zostają przyswojone jako SENS mojego podążania – nawet wtedy, gdy o kamień się potykam, a krok wykonuję w przeciwną stronę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Etyka dynamiczna wobec etyki normatywnej

15 mar

Na takich czołgach również próbowano nam zaszczepiać etykę normatywną (Sanok)

 

Czy etyka jest dziedziną nauki, której – jak wielu innych – można się wyuczyć? Tischner neguje takie podejście do etyki, nazywając ją „technologiczną”. Możliwość normatywnego przyswojenia sobie etyki przyrównuje do sytuacji, kiedy do galerii dzieł sztuki wpuszczamy kogoś, komu wcześniej wskazano, przed jakimi obrazami ma się zachwycać, a które pominąć dezaprobatą.  Podzielam ten pogląd, że istnieje znak równości między wyuczonym podziwem a sztuczną, czyli zewnętrzną (udawaną) moralnością. Według mnie trudno jest mówić o etyce teoretycznej – chyba, że mamy na myśli historię etyki. Wszelka teoretyczna normatywność pozbawiona jest bowiem wewnętrznych kategorii dobra i zła. Warunkiem prawdziwej etyki staje się więc: 1) doświadczenie dobra i zła;  2) umiejętność ich obiektywizacji poprzez zdolność wychodzenia poza swój subiektywizm (w kierunku myślenia empatycznego). To właśnie wejście w przestrzeń drugiego człowieka uczy nas prawdy, wierności, sprawiedliwości…

Ten wewnętrzny barometr, że coś TRZEBA, w dziwny sposób splata się ze słowem TRZEBIĆ (niszczyć w sobie zło), jak też POTRZEBOWAĆ (pragnąć i przyswajać dobro).  Słowo „trzeba” użyte wobec rzeczy ma wymiar chwilowy i warunkowy: „trzeba narąbać drwa, bo będzie mi zimno”. Wobec drugiego człowieka jest zupełnie inaczej – słowo „trzeba” osiąga wymiar ponadczasowy i bezwarunkowy (tylko tutaj działa imperatyw Kanta). Nawet gdy słowo to wydaje się być zanurzone w przemijalności (bo taki jest egzystencjalny charakter życia) i relatywizmie (bo taki jest immanentny charakter bycia) – ma charakter trwały i jednoznaczny. Oczywiście wobec drugiej osoby zawsze mogę stępieć na wołanie tego imperatywu, ale nie mogę go ominąć (jak w odniesieniu do rzeczy), bo on i tak we mnie pozostanie – jako wewnętrzne niezrealizowanie samego siebie. Wobec wyrządzonej krzywdy, nawet gdy już ona przeszła do historii, moje wewnętrzne „ja” zawsze domagać się będzie jakiejś „nawiązki” dobra dla skrzywdzonego lub dla kogoś innego, w kim dostrzegam transcendentne „ty”.

          Etyka ma charakter dynamiczny, bo musi nieść odpowiedź na aktualny stan człowieka zanurzonego w czasie. Dlatego wszelkie gotowe (czyli zamknięte) systemy norm etycznych stanowią jedynie jakąś skamielinę etyki. Gdy w czasach rzymskich wszystko zaczynało pływać na kłamstwie i ucisku prawa, zrodził się etos prawdy (który zapełnił rzymskie areny chrześcijanami) i etos wolności (który z aren wyprowadził gladiatorów Spartakusa). W późnym średniowieczu bogacenie się zyskało status dobra naczelnego – odpowiedzią był etos franciszkańskiego ubóstwa. Za komuny mieliśmy karykaturę wspólnoty w postaci kolektywizacji (co w istocie było oparte na radykalnej atomizacji społeczeństwa) – w odpowiedzi zrodził się więc etos solidarności. Jednak warto zauważyć, że każdy z tych etosów staje się tylko przemijającą ekspresją dobra. Żadne kodeksy nie są w stanie jej utrwalić – tak jak wiatru nie da się zamknąć w ampułkach.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Eufemizmy i przemilczenia jako przejaw uśpionego sumienia…

12 mar

Moja pamiątka z misji w Afryce (Kenia) i kadry z filmu „Shooting dogs” (na tle aktualnego widoku z okna)

 

Włączam dziś wiadomości i czytam o zabiciu 16 cywilów przez amerykańskiego żołnierza w Afganistanie – warto zwrócić uwagę na sam język: „Kilka godzin po incydencie Barack Obama zadzwonił do prezydenta Karzaja wyrażając głębokie ubolewanie – zastanawia mnie, jak daleko posunęło się naszym publicznym życiu zjawisko eufemizacji – tu w obliczu 16 ofiar piszemy o „incydencie”, kiedy zaś przed kilkoma dniami zginęło tyle samo naszych rodaków w katastrofie kolejowej, mówiliśmy o „tragedii narodowej”… Nie chcę umniejszać żadnej tragedii, pragnę jedynie zwrócić uwagę na rażącą dysproporcję w podejściu do ludzkiego życia… Poza tym słowo „ubolewanie” wydaje mi się właściwsze w przypadku obrażenia czymś kogoś, a nie wobec takiej masakry.

 

Niedawno obejrzałem wstrząsający film – „Shooting dogs”, o rzezi w Rwandzie, która wydarzyła się w 1994 r. Oparty został na faktach – można go zobaczyć np. tutaj:
http://www.iplex.pl/filmy/shooting-dogs,241
 Film porażający reportażową konstrukcją obrazu. Trzeba dodać, że statystowali w nim ludzie, któzy cudem uszli z życiem, tracąc całe rodziny.  Rzeź pochłonęła w sumie blisko milion ofiar (w tym wiele tysięcy dzieci, starców i kobiet). Odsłaniają się tu przed nami nie tylko suche fakty bezwzględnego zabijania – widzimy też drogę narastania nienawiści między plemionami Hutu i Tutsi. Przede wszystkim jednak obnażona zostaje biurokratyczna nieudolność ONZ-tu i kompletna bezczynność Zachodu – w sytuacji, gdy na miejscu obecne były zachodnie wojska i można było skutecznie przeciwdziałać ludobójstwu. Jednak rdzeniem filmu bynajmniej nie jest bestialstwo, ale przede wszystkim WRAŻLIWOŚĆ człowieka rzuconego w samo oko cyklonu nienawiści…

 

Przejmującą sceną jest prośba jednego z czarnoskórych uchodźców o rozstrzelanie ich dzieci, żeby przynajmniej one nie ginęły pod ciosami maczet. Oczywiście prośba nie mogła być spełniona, choć żołnierze doskonale wiedzieli, co czeka ich podopiecznych po ewakuacji sił ONZ. W obliczu opuszczenia bezbronnej ludności, wystawionej na żer bestialsko rozochoconych hord morderców, przejmujący jest też dramat dwóch misjonarzy – starego księdza i młodego wolontariusza, którzy czują rozdarcie wobec pokusy ewakuowania się wraz z innymi białymi. To właśnie ten stary misjonarz w rozgoryczeniu wypowiada tytułowe słowa – w sytuacji, gdy wojsko zaczyna strzelać do psów roznoszących szczątki pomordowanych ludzi: „czy te psy do was strzelają?”. Pytanie płynęło z bezsilnej ironii wobec rozkazu, jaki dostali żołnierze ONZ, żeby używać broni wyłącznie w sytuacji, gdy sami zostaną ostrzelani…

 

Wreszcie nadchodzą chwile zwątpienia, gdy stary misjonarz przeżywa ciemną noc na widok oprawców, wśród których dostrzega swoich parafian, którzy co niedziela brali udział w mszy. I właśnie te chwile zwątpienia odsłaniają w nim całe człowieczeństwo, ukazując człowieka na wskroś autentycznego, nie kryjącego swych słabości. Jednak kulminacja cierpienia dopiero miała nadejść – i dopiero wobec tej ostatecznej próby misjonarz daje najwyższe świadectwo wiary i miłości… Film jest jak gorący wulkan sumienia Zachodu – pełnego hipokryzji, gdzie słowo „Murzyn” jest powodem do „świętego oburzenia” i „walki z rasizmem”, natomiast sytuacja bestialskiego ludobójstwa staje się po dziś dzień medialnie prawie nieobecna… Film jest również czymś znacznie więcej – świadectwem prawdziwej wierności w obliczu panowania zła.

 

Doskonałym uzupełnieniem do „Shooting dogs” jest  inny film o rwandyjskiej rzezi – „Podać rękę diabłu”
http://www.iplex.pl/filmy/podac-reke-diablu,358
  Tutaj z kolei pokazany jest obraz niejako od drugiej strony, czyli z perspektywy żołnierzy ONZ. Poprzestając na pierwszym filmie, przychodzi pokusa łatwego osądzenia obecnych na misji funkcjonariuszy ONZ, tymczasem sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana…
Chyba głównym problemem jest nasza naiwna ufność w doniosłą misję zachodnich struktur, na których opiera się obecne status quo. Ociężałość biurokracji odsłania się niemal przy każdym problemie humanitarnym i konflikcie, w którym zagrożona jest ludność cywilna, podczas gdy wszelkie zdecydowane interwencje sprowadzają się co ochrony strefy wpływów, czyli mają miejsce tam, gdzie jest interes wielkich mocarstw. Pozostaje jednak nadzieja w samym człowieku – takim, jak generał Romeo Dallaire (ukazany w filmie) i wielu mu podobnych, którzy nie wyrzekli się nigdy podstawowej wrażliwości…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dobro poza prawami przypadku i ekonomii…

06 mar

 

Zamarznięty San z widokiem na zamek królowej Bony w Sanoku – to tutaj ostatnio tonęli dwaj chłopcy – jeden próbował ratować drugiego, w końcu obydwu, z narażeniem życia, wyciągnął z wody dzielny policjant…

 

Kiedyś opublikowałem gdzieś na filozoficznym portalu tekst, w którym wywodziłem, że dobro wychodzi poza ontologię, przekraczając logikę przyczynowo-skutkową, a także odrzucając bycie na warunkach interesu i odwetu. Spotkało się to z dużym zainteresowaniem i posypały się pytania o udowodnienie tej tezy… Raczej trudno byłoby tu o dowód w ścisłym jego znaczeniu – swoje rozumowanie opieram na przesłankach, które decydują o podejmowaniu takiego a nie innego wyboru. Tak więc posłużę się raczej przykładami obrazowymi, niż dowodzeniem logicznym.

 

Przykład 1. Towarzyszysz skazańcowi w jego ostatniej drodze. Masz świadomość nieuchronności wyroku śmierci. Skazaniec prosi Cię o spełnienie ostatniego życzenia – jakiejś błahostki, np. chciałby coś dobrego zjeść. Czy nie będziesz się starał spełnić jego życzenia? A przecież z ekonomicznego punktu widzenia  jest to: 1) nieekonomiczne (po co wydawać pieniądze, skoro za chwilę i tak nie będzie nic odczuwał?), 2) pozbawione sensu (po co organizmowi dostarczać energię, skoro funkcje życiowe i tak niebawem ustaną). Wniosek: dobro wymyka się wszelkiej ekonomii.

 

Przykład 2. Łapiesz złodzieja na gorącym uczynku – próbujesz go ukarać, czy tylko odbierasz łup? Domyślam się, że pojawią się tu głosy broniące zasadności kary. Ale ja chciałbym podać przykład z własnego życia: kiedy jako mały chłopiec na koloniach, po skończeniu turnusu poszedłem z kolegami ukraść kwiaty z cudzego ogrodu, żeby podziękować wychowawczyniom, jako jedyny (najmłodszy, więc najmniej sprawny do ucieczki) zostałem złapany przez właścicielkę ogrodu. Wobec poniszczonych grządek i pozrywanych kwiatów mogła ze mną pójść na milicję lub przynajmniej naskarżyć do moich opiekunek. Tymczasem ona tylko zapytała, po co mi te kwiaty były potrzebne …i po krótkiej chwili wręczyła mi je wszystkie, abym je podarował swoim paniom. Na odchodnym powiedziała tylko – gdy będziesz znowu czegoś chciał, poproś, a dostaniesz. To była dla mnie największa nauka życia – do dziś na jej wspomnienie czuję wstyd pomieszany z wdzięcznością dla tej mądrej kobiety.  Wniosek: dobro wymyka się wszelkim prawom odwetu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii