RSS
 

Archiwum - Maj, 2012

CMENTARZ jako pojęcie filozofii dramatu Józefa Tischnera

23 maj

Malarstwo Beksińskiego na każdym kroku odnosi się do śmierci i przemijania (Sanok, zamek)

 

Chyba najtrudniejszym do rozszyfrowania pojęciem Tischnerowskiej „Filozofii dramatu” jest CMENTARZ – a to za sprawą obciążeń, jakie niesie to słowo, w powszechnym jego rozumieniu. Przywykliśmy do cmentarza jako miejsca pochówku, ostatniego pożegnania, życiowej tragedii. Mówimy „niech mu ziemia lekką będzie” – jakby ten ciasny dół miał stanowić ostateczny cel człowieka. Tymczasem prawdziwy cmentarz w Tischnerowskim ujęciu jest strefą pamięci – budować go, znaczy podejmować dziedzictwo tych, którzy już odeszli. A być dziedzicem, znaczy nosić w sobie godność tych, którzy szli przede mną. Podejmować ich trudy i nadzieje, kontynuować ich dzieła i poszukiwania, a jednocześnie codziennie stawać przed tajemnicą, że oto jestem tu, gdzie oni byli – a oni są już tam, dokąd ja zmierzam…

 

Cmentarz głosi klęskę wszelkich zapędów zadomowienia się na tej ziemi – czyni nas wolnymi od przywiązania do rzeczywistości materialnej. To właśnie tutaj rośnie świadomość dystansu między człowiekiem a ziemią. Cmentarz wskazuje na inny DOM, którego zapowiedzią jest dom doczesny. Cmentarz jest więc również, podobnie jak „świątynia”, drogowskazem do Ziemi Obiecanej. Stawia człowieka wobec prawdy o tutejszym „domu” i „warsztacie”, wskazując na ich kruchość i wartość warunkową. Staje się potwierdzeniem tego, co mówi „świątynia”: nie zadomowisz się człowieku na tej ziemi, a jeśli wydaje ci się, żeś to uczynił, z tym większym bólem przyjdzie ci się obudzić.

 

Cmentarz nie jest ani siedliskiem duchów, ani też składowiskiem kości – cmentarz to świadomość Heideggerowskiego „Sein zum Tode”, przypisanego do naszej doczesnej egzystencji. To także poczucie duchowej łączności z tymi, którzy odeszli – przez to, co po sobie zostawili, w postaci utrwalonego przeżycia, myśli, pragnienia… Pojęcie cmentarza czyni z naszego życia cząstkę wielkiej sztafety pokoleń, zarazem nie ujmując niczego w indywidualnym przeżywaniu życia i przeczuwaniu śmierci. Moja Babcia zwykła każdy dzień kończyć słowami: „i znowu jeden dzień bliżej śmierci”. Ale nie było to westchnienie przerażenia czy rezygnacji. Odbierałem te słowa w kategoriach pełnego nadziei wybiegania ku nieznanemu horyzontowi.

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Filozofia dramatu według Józefa Tischnera – ŚWIĄTYNIA

22 maj

 

Lipie: Sąd ostateczny, pocz. XVII wieku - fragment jednej z największych bieszczadzkich ikon, obecnie w sanockim zamku

 

Punktem następnym rozważań nad „Filozofią dramatu” jest ŚWIĄTYNIA. Odsłania ona przed człowiekiem prawdę, że czas jest przestrzenią nadziei, a tuż za sceną, za jej kurtyną, stoi Ktoś bardzo bliski, kto nadaje wszystkiemu wymiar nieprzemijający. Dzięki jego obecności to, co namacalne, jest tylko metaforą tego, co naprawdę JEST. Odkrycie tego prowadzi do właściwej postawy dystansu wobec wartości przemijających. Dzięki temu człowiek może kształtować w sobie cnotę ubóstwa. Ziemia staje się tylko drogowskazem. Czy ktoś przywiązuje się do tablicy, która odsyła do celu drogi? – pyta Tischner.

Ale przestrzeń świątyni bywa wypełniona różnymi treściami. Czasem są to jarmarczne stragany, które wywołały oburzenie Jezusa. Innym razem stanowi gmatwaninę wyobrażeń, jak na prezentowanej tu, bieszczadzkiej ikonie. Przeplatają się tu najciemniejsze lęki z najgłębszymi nadziejami. Człowiek skazany jest na ekspresję symbolu, bo inaczej nie jest w stanie przekazać tego, co dzieje się na dnie jego duszy. Jednak odczytanie symbolu nie należy do rzeczy prostych – napotykamy tu mur, którego nieświadomość, przy bezkrytycznym powielaniu tych symboli, potrafi zupełnie zacierać treść.

Świątynia rozciąga więc przed człowiekiem pole duchowej walki, dając jednocześnie nadzieję do przezwyciężenia tego, co mroczne. Daje nam możliwość spojrzenia przez okno na horyzont wschodzącego i zachodzącego słońca, pozwalając żyć wiarą, że każda noc jest stanem przejściowym, a każdy dzień staje się zapowiedzią jasności, której żaden mrok nie przeniknie. W ten sposób świątynia staje przed nami jako przedsmak ostatecznego i pełnego SPOTKANIA.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Filozofia dramatu według Józefa Tischnera – WARSZTAT

21 maj

 

Sanok – Miasteczko galicyjskie w tamtejszym skansenie ożyło w miniony weekend, kiedy organizowana tam była „noc muzeów” – na zdjęciu zegarmistrz przy pracy i „sklep kolonialny”…

 

Uprzednio pisałem o pierwszym z czterech aspektów Tischnerowskiego dramatu – o zażyłości dotyczącej „domu”. Czas zwrócić uwagę na kolejne słowo-klucz, a jest nim WARSZTAT. Praca człowieka w gruncie rzeczy sprowadza się do pokonywania oporów „sceny” (czyli świata w wymiarze poza-osobowym) i kształtowania wokół siebie przestrzeni zadomowienia. Wszystko wokół staje się, jak to określił Heidegger: „coś-do-czegoś-ze-względu-na-coś”. Następuje tu jednak zasadnicze zróżnicowanie pracy: 1) Owca jest po to, aby z niej uzyskać wełnę, żeby nie było zimno. 2) Pióro jest po to, żeby opisać COŚ, co posłuży w zbliżeniu się do KOGOŚ. W antropologicznym rozwoju pracy człowiek najpierw pokonuje opory „sceny”, a dopiero następnie przekracza mury, stojące na drodze wzajemnego porozumienia. W ten sposób po ujarzmieniu żywiołów przyrody, zagospodarowaniu ziemi, ubraniu się i zaopatrzeniu w narzędzia, człowiek zaczyna penetrować sferę nauki, sztuki, życia publicznego.

Praca pozwala zakorzenić się w świecie, a źródłem i motywem tego „zakorzenienia” jest druga osoba, dla której podejmuję się jakiegoś działania. Gdy w dedykowaniu swej pracy brakuje człowieka, związek z warsztatem staje się słabszy. Gdy pracuję ze świadomością podejmowania wysiłku dla KOGOŚ, warsztat zaczyna nabierać sensu transcendentalnego. Odnoszę tu jednak wrażenie, że Tischner za bardzo trzyma się pojęcia pracy w odniesieniu do pełnionego zawodu. Przecież praca przekracza wszelkie schematy społecznych podziałów, przenikając każdą inną sferę życia – rozciąga się więc na dom i relacje społeczne, wchodząc również w wymiar osobisty (praca nad sobą dla transcendentalnego KOGOŚ) – w tym właśnie spełnia się myśliciel, pisarz czy artysta.

Często zadawałem sobie pytanie, czy np. urzędnik w dzisiejszej rzeczywistości, tak bardzo przenikniętej bezduszną biurokracją i formalizmem, może pracować kreatywnie? Jak ma szukać sensu w swej pracy człowiek zmuszany do przelewania z pustego w próżne? W dzisiejszej strukturze funkcji społecznych powstało tyle rodzajów jałowej aktywności, że trudno jest doszukać się w nich jakiegoś głębszego sensu czy bezpośredniej służby dla innych. Czy można jednak mieć to za złe tym, którzy te funkcje pełnią, by np. utrzymać swą rodzinę? Myślę, że naprzeciwko temu dylematowi wychodzi właśnie postulat rozszerzenia zagadnienia pracy na wszelki wysiłek budowania relacji. Urzędnik może nadać swej pracy sens (nawet gdy z założenia jest bezsensowna), pokazując petentowi swą „twarz”, usiłując zrozumieć jego sytuację i osobiście zaradzić poczuciu bezsilności. Sprzedawca może się uśmiechnąć i coś szczerze doradzić, robotnik może wyjść poza wymiar swej maszynowej pracy, dostrzegając możliwość usprawnienia czegoś dla kogoś… Słowem praca jest wewnątrz nas – w każdym wysiłku wychodzenia DO drugiej osoby.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Filozofia dramatu według Józefa Tischnera – DOM

20 maj

 

Dom ustrzyckich Żydów (kiedyś już pokazywałem go od zewnątrz – tym razem zapraszam do środka) – zdjęcia zrobiłem w miniony weekend, kiedy to Sanok zorganizował „Noc muzeów” …

 

Nie to jest ważne, że można zrobić COŚ z gliny, lecz to, dla KOGO można coś z tej gliny zrobić – mawiał Józef Tischner. Być na ziemi, to znaczy dotykać jej przez płacz i uśmiech drugiego. Według Tischnera wzajemność, która sama w sobie zawsze pozostanie tajemnicą, mieści się w czterech płaszczyznach – można je naznaczyć kluczowymi słowami: DOM (wzajemność zażyłości), WARSZTAT (relacyjność w pracy i twórczości), ŚWIĄTYNIA (wzajemność dążenia do wzniosłości) oraz CMENTARZ (świadomość bliskich zmarłych i minionych pokoleń). Gdzie znika miejsce, pozostają bezdroża, mawiał w innym miejscu ks. Tischner – wyżej przedstawiony porządek stanowi więc w życiu pewien ład, dla zachowania którego warto zatrzymać się nieco nad każdym z tych kluczowych słów.

DOM to obszar pierwotnej swojskości – stanowi matecznik, do którego człowiek w każdej chwili może wrócić, znużony przebywaniem pośród obcych żywiołów świata (przez Tischnera określanego „sceną”). Budować dom to umieć się zadomowić wśród innych. Nie można się zadomowić w samotności – w niej człowiek może budować jedynie „kryjówki” (które służą ucieczce, ale nie pozwalają budować relacji). Ani kobieta, ani mężczyzna, w samotności nie mają domu i nie mogą go stworzyć – ale mogą go jedno drugiemu ofiarować. Tutaj w szczególny sposób doświadczamy tajemnicy (i paradoksu) wzajemności. Jednak kruchość domu z powodu nieustannej zmienności SCENY (pożar, powódź, starzenie się), jak też zagrożenia ze strony drugiej OSOBY (kradzież, zniszczenie, odmowa wzajemności) daje do myślenia, że dom nie jest wartością trwałą, lecz tylko pewną OBIETNICĄ, zapowiedzią czegoś, co dopiero ma nadejść.

        Dom pustoszeje też w sposób naturalny – poprzez śmierć bliskich czy odejście dzieci. Ale właśnie świadomość owej nietrwałości otwiera człowieka na horyzont transcendencji, na ową „Ziemię Obiecaną”, która staje się tu zapowiedzią „nowego domu”. Żydzi, których znany mi dobrze, ustrzycki dom (wnętrze na zdjęciach) niejednokrotnie już Wam przedstawiałem, doświadczyli totalnego spustoszenia tej najbliższej człowiekowi sfery – nie tylko w zakresie materialnym, ale przede wszystkim w rozdzierającej gehennie doświadczenia holokaustu aż po samą śmierć, odartą z szacunku i nadziei. Czy jednak ich dom został tym samym unicestwiony? Czy pragnienia, marzenia, uczucia, które ich wiązały w rodzinną wspólnotę, można wraz z budynkiem spustoszyć i razem z ciałem zabić?… W dalszych rozważaniach zajmę się następnymi kluczowymi słowami: warsztatem, świątynią i cmentarzem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ZŁO jako wyzwanie i jako odpowiedź

14 maj

 Pomnik sowieckich „wyzwolicieli” i pomnik milicjantów – pozostałości dawnej epoki w Lesku

 

Czym jest zło? Czy w ogóle można powiedzieć, że zło JEST? Tischner wyróżniał dwa jego rodzaje: zło ontologiczne (wypływające ze świata) i metafizyczne (płynące od człowieka). ZŁO ONTOLOGICZNE skazuje nas na utratę czegoś posiadanego lub upragnionego (może też grozić, niczego nie odbierając). Wobec takiego zła, działamy pod wpływem lęku o zdrowie, rodzinę, dom… Archetypem tego rodzaju zła jest cierpienie lub śmierć. Zadaję sobie jednak pytanie, dlaczego BÓL (który często jest tylko przejściowym etapem do osiągnięcia jakiegoś dobra) i ŚMIERĆ (która jest tylko moim wyobrażeniem nieistnienia) osiąga wymiar zła? Co sprawia, że temu złu ulegam? 

 

Zupełnie inny wymiar ma ZŁO ETYCZNE (metafizyczne), w którym niedostatek i cierpienie (lub groźba jednego i drugiego) przypisywane są woli drugiej osoby. Tischner mawiał, że zły człowiek potrafi deformować nasz horyzont widzenia. Zło intencjonalne nie tylko grozi, ale również kusi. Stwarza iluzję dobra, by podstępnie wepchnąć nas w jakiś niebyt. Zło bardziej się ZJAWIA niż JEST. Bo zło etyczne staje się odpowiedzią człowieka na zło ontologiczne. Boję się o rodzinę, więc dopuszczam się kłamstwa, boje się o dom, więc wszelkimi sposobami go zabezpieczam, zapominając o człowieku… Na wszelki brak i każde zagrożenie mogę odpowiedzieć złem lub dobrem. To jest właśnie zasadniczym wyzwaniem, jakie zawarte jest w naszej egzystencji wobec poczucia przemijalności..

 

Zło jest zjawą, a ta zawsze ma w sobie coś realnego (groźbę opartą na prawdopodobieństwie) i nierealnego (czas przyszły, a więc rzeczywistość nieistniejąca). Zjawa nie jest ani realnością bytu, ani realnością braku – pisał Tischner. Zjawisko zła ma więc charakter dialogiczny – odbiera jedną nadzieję, by natychmiast ożywiać inną. Za każdym razem są to jednak „nadzieje” cząstkowe, wpisane w doczesne bytowanie. Zjawiający się Hamletowi duch ojca nie jest zwykłą wyobraźnią – nie jest kłamstwem, ale nie jest też obiektywną prawdą. Pojawia się jako wezwanie do zajęcia jakiejś postawy, orientacji wobec odsłoniętych zdarzeń. Pochodzi z przeszłości i wzywa ku przyszłości..

 

Biblijne dzieje kuszenia odsłaniają prawdę „drzewa poznania”. Człowiek rości sobie prawo do władania całą sceną swego dramatu, sięgając po owoc należący tylko do Boga. W słowach „będziecie jako Bóg” kryje się rozbudzenie pożądania władzy i wiedzy (pychy), jak też obietnica szczęścia, skierowana ku nieokreślonej przyszłości. Człowiek, ulegając pokusie, nieustannie wzbudza w sobie tę zjawę. Łudzi nią siebie i innych, bo zjawa daje iluzję konkretu i realnego oparcia. Zjawa wzywa do odpowiedzi złem etycznym na zło ontologiczne, niszcząc w człowieku postawę zawierzenia..

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii