RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2012

Przeniesienie w czasie – magia Trzcinicy

20 sie

 

 

Skansen Archeologiczny w Trzcinicy, zwanej „Karpacką Troją”, przez całą ostatnią sobotę i niedzielę organizował festyn polegający na odtwarzaniu dawnych zajęć i bitw, inscenizacji prasłowiańskich mitów, rekonstrukcji zapomnianych rzemiosł. Wszystko to odnosiło się do prahistorii, czasów nieutrwalonych na żadnych zapiskach, a poznawanych jedynie przez odkrywanie pośrednich dowodów w postaci wykopanych okruchów materialnej kultury. W Trzcinicy mieści się tajemnicze wzgórze-grodzisko, gdzie odkryto intensywnie rozwijającą się osadę z wczesnej epoki brązu. Wykopaliska odsłoniły pokłady z lat 1650-1350 p.n.e. – należące do kultury Otomani-Füzesabony, która w tym miejscu prezentowała najdalej na północ wysunięte wpływy kultur śródziemnomorskich. Po zdobyciu grodu, fortyfikacje jeszcze bardziej rozwinięte zostały przez Słowian w latach 770-1030 n.e. Dziś muzeum eksponuje bogatą kolekcję wykopalisk (srebrne okucia, monety, skorupy), a także cykl bardzo ciekawie i naturalistycznie zaaranżowanych scenek rodzajowych z życia ówczesnych ludzi. W sali obok wyświetlany jest też film o historii grodu. Nie samo muzeum jest jednak główną atrakcją, lecz połączenie niezwykłego miejsca, jakim jest to grodzisko, z nowym sposobem przeżywania historii – poprzez wejście w sam jej środek dzięki grupom rekonstrukcyjnym, które zawiązały się wokół badań archeologicznych.

 

Życie dawnych społeczności grodu inscenizowane jest w sposób bardzo spontaniczny. Każdy może przystać do grona osób, które zajmują się taką historyczną rekonstrukcją – wystarczy, że uszyje sobie strój z epoki i zajmie się jakimś rzemiosłem, które wtedy było uprawiane. Nie brakowało więc garncarzy, tkaczy, kowali, płatnerzy i powroźników. Kucharki z epoki gotowały w kotłach pradawne strawy i na kamieniach piekły podpłomyki. A warto dodać, że brały w tym udział całe rodziny – koło obozu krzątały się białogłowy, ubrane w epokowe szaty i obuwie, ganiały bose dzieciaki w lnianych samodziałach, w glinianych chałupach lub pod polowymi namiotami spali strudzeni wojowie – wszyscy zachowywali się naturalnie (bez sztywnej teatralności), a jednak godnie reprezentując epokę. Każdy zwiedzający czuł się tu bardzo swobodnie – można było bez skrępowania wchodzić do każdej chaty, siadać razem z uczestnikami rekonstrukcji, rozmawiać i robić zdjęcia.

 

Znajduję w tym wszystkim zupełnie nowe podejście do historii. Widziałem już rekonstrukcje różnych bitew – tu jednak było coś więcej: próba wejścia we wszystkie aspekty ówczesnego życia. Co prawda mieszały się tu niekiedy epoki – Słowianie gwarzyli z Wikingami, a dzieje epoki brązu i żelaza przeplatały się z wątkami wczesnośredniowiecznymi. Nie o skrupulatną chronologię tu jednak chodziło, lecz o stworzenie klimatycznej panoramy dziejów. A trzeba przyznać, że co organizatorom się to nadzwyczaj udało! W takiej scenerii łatwiej było podejmować próbę wejścia w mentalność tych odległych społeczności, łatwiej też przychodziło wciągnąć w historię dzieci i młodzież. Każdy mógł tu spróbować swych sił w tkaniu, lepieniu garnków, czy strzelaniu z łuku i rzucaniu włócznią. Mój syn, zaciągając się na czeladnika, wystrugał sobie elegancką fujarkę na wzór tych z epoki – z czarnego bzu i pszczelego wosku. Mogliśmy też zasmakować ówczesnych rozrywek w postaci inscenizowanych opowieści czy rubasznego humoru wojów. Nasza córka mimo woli wzięła udział w walce między zwaśnionymi wojami, bo jeden z nich niespodziewanie porwał ją w rękę jako zakładniczkę, drugą ręką kontynuując walkę na miecze (w tym momencie zamarłem, bo woje okładali się dość solidnie). Na zakończenie odbyła się regularna bitwa między obrońcami grodu a najeźdźcami – ta również wyglądała bardzo autentycznie: rozległ się donośny szczęk oręża, polała się nawet krew rannych. Słowem archeologiczny jarmark to nie tylko zwykły festyn i zabawa – to prawdziwa podróż wehikułem czasu!

 

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Od pustki pożądania do chleba ofiarowania – w wigilię Święta Wniebowzięcia

14 sie

 Wierzbówka kiprzyca na Rozsypańcu – nadzieja pod ciężkimi chmurami (dziś w Bieszczadach od rana leje)

 

Pożądamy zawsze czegoś zewnętrznego, co do nas nie należy, co istnieje poza naszą naturą i przeznaczeniem. Tymczasem zupełnie jakby nie zauważamy cudów dokonujących się pod naszymi stopami. Odpowiedź Piccardy na pytanie Dantego, czy pragnie wyższego miejsca w raju, brzmiała:

 

Zupełnie miłość, która chcieć nam radzi,

Co posiadamy: i to jest granica

Żądz naszych. Byśmy wyżej byli radzi,

Znalazłaby się wola nasza w sporze

Z wolą Onego, który los nasz ładzi.

 

 Kierujemy się ku przyszłości, ale tej przecież nie ma, bo dopiero w nieznanej nam jeszcze postaci ma nadejść (albo też na zawsze pozostać tylko cieniem niespełnionego oczekiwania). Tęsknimy za czymś usilnie, ożywiając przeszłość, ale i ona staje się tylko mgłą przy próbie jej uchwycenia. Z kolei teraźniejszość, która jako jedyna zdaje się być w naszym posiadaniu, jest ulotnym pyłkiem – tak znikomym, że zawarte w niej doraźne potrzeby stają się bliskie nicości. To tylko ich wyobrażenie urasta w nas ponad chmury, roztaczając iluzję dostępności i konieczności – ułudę płynącą z cienia przeszłości i spekulacji wobec przyszłości.

 

Eliasza na pustyni karmi Bóg w sposób tak nieoczekiwany, że wychodzący poza ramy prawdopodobieństwa. Podobnie jest z chlebem cudownie rozmnożonym, który w postaci pięciu bochenków posila 5 tysięcy zasłuchanych ludzi. Chleb to bardzo czytelny symbol. Pseudo-Dionizy wolał zawsze symbole odległe od treści, aby nie utożsamiać ich z tym, do czego się odnoszą, ale widzieć w nich samo wskazanie. Chleb jest symbolem odległym od Osoby, a jednocześnie na tyle czytelnym, że mówi całą swą istotą o POSILENIU człowieka – i o SAMOUNICESTWIENIU dla człowieka. Chleb jest ISTOTĄ życia – równie nieodzowną i równie bezbronną, jak Jezus.

 

Jutro jest bardzo wymowne w symbolach Święto. Wniebowzięcie Maryi to zapowiedź ogarnięcia człowieka pełnią opieki, zapowiedź życia, które otwiera się przed nami jako przestrzeń pozbawiona lęku, bólu i śmierci. Przestrzeń wypełniona CHLEBEM duchowego nasycenia. Symbolika zawarta w ziołach – kruchych roślinach, które odradzają się nadzieją wydanych nasion, w nasionach – ziarnie, będącym podstawą każdego chleba…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Edyta Stein – dynamit ufności

14 sie
 

9-go sierpnia minęło dokładnie 70 lat od śmierci Edyty Stein, która stanowi niesamowite świadectwo duchowej ewolucji człowieka - dalekiego od religii, lecz otwartego na Prawdę. Opowiada o tym ciekawy dokument:
http://www.youtube.com/watch?v=SndMrpFEp-I&feature=player_embedded
 - a trzeba dodać, że była to metanoja, która wymyka się wszelkim ludzkim kalkulacjom. Edyta nie szukała Boga, lecz pozwoliła się Bogu odnaleźć – poprzez autentyczną postawę wobec własnej niewiedzy i bezsilności. Miała w sobie ogromny potencjał intelektualny, jednak mimo to pisała: „Układam plany na dalsze moje życie i ze względu na nie obmyślam życie obecne. Jestem jednak w głębi przeświadczona, że zdarzy się coś takiego, co wyrzuci na śmietnik całe moje planowanie”. A potem rozwija tę myśl: „Istnieje stan uciszenia w Bogu, całkowitego odprężenia wszystkich sił duchowych, w którym niczego się nie planuje, o niczym nie decyduje, nic nie działa, lecz całą przyszłość stawia do dyspozycji woli Bożej, poddając się zupełnie losowi.”

Stan absolutnej ufności wyraża się również w podejściu Edyty Steindo cierpienia: „Istnieje powołanie do cierpienia z Chrystusem i przez nie do współdziałania w Jego zbawczym dziele. Złączeni z Panem, stajemy się członkami Jego Ciała Mistycznego. W swych członkach Chrystus przedłuża własne życie i On sam w nich cierpi. Cierpienie w zjednoczeniu z Panem staje się Jego cierpieniem, jest włączone w wielkie dzieło zbawienia i dlatego jest płodne.”  Pisała to, najwyraźniej przeczuwając swą ostatnią drogę, wiodącą przez kolczaste druty Auschwitz – drogę, którą wybrała świadomie, choć mogła od niej uciec. Do takiego heroizmu zdolny jest tylko człowiek, który widzi w cierpieniu i śmierci nadzieję nowej rzeczywistości, która jedno i drugie potrafi skutecznie przezwyciężyć. Drogą tą jest OBECNOŚĆ – wobec Boga i wobec drugiego człowieka. Za każdym razem, gdy tylko staję się wobec innych świadectwem, przekraczam samego siebie – to już nie ja mówię, lecz Duch mówi za mnie… To nie ja cierpię, lecz Chrystus cierpi we mnie. Nie ja sam kocham, lecz Bóg we mnie kocha innych – w takich chwilach moje „ja” całkowicie  rozpływa się w Jego tajemniczym imieniu Jestem-Który-Jestem.

Warto jeszcze na chwilę zatrzymać się nad kilkoma okruchami niezwykle głębokiej myśli Edyty Stein, dla której Prawda była zawsze nierozerwalnie związana z Dobrem: „Nie przyjmujcie niczego za prawdę co byłoby pozbawione miłości, ani nie przyjmujcie niczego za miłość, co byłoby pozbawione prawdy; jedno pozbawione drugiego staje się niszczącym kłamstwem.”  Postrzegała też każde szczere poszukiwanie Prawdy jako drogę, która nieuchronnie musi prowadzić do Boga - niezależnie, czy jest to wybór świadomy, czy nie: „Bóg jest Prawdą. Kto szuka prawdy, ten szuka Boga, choćby o tym nie wiedział.” Wiele pisała o cierpieniu, a nawet przyjęła imię zakonne Teresa Benedykta od Krzyża, jednak nie była cierpiętnicą, która poszukuje bólu – przeciwnie, wskazywała na Krzyż jedynie jako bramę ku innej rzeczywistości: „Krzyż nie jest celem samym w sobie: wznosi się wzwyż i wskazuje drogę.” Podobne odniesienie miała do wszelkich innych trosk i wartości człowieka, które ogniskują się na jednym: „Wszystkoco czynimy, jest tylko środkiem do celu. Jedynie Miłość jest celem samym w sobie, bo Bóg jest Miłością.”

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przegrana naszych siatkarzy i narodowa skłonność do melancholii

09 sie

Uwięzieni w bieszczadzkich drzewach – dyby i stare, popastwiskowe formy buków pod Rawką…


„Jesteśmy źli” – tak wczoraj jeden z siatkarzy skwitował przegrany mecz z Rosją. Gdy się jednak głębiej zastanowić, słowa te mają podwójny wymiar: 1) źli, czyli nie tak dobrzy i 2) źli, czyli wściekli. Czasami zdarza mi się w duchu tak samo powiedzieć o sobie, gdy przegrywam jakąś walkę duchową: „jestem zły”. I w tej sytuacji odnajduję podwójne znaczenie słów, bo czuję: 1) bezsilność wobec swej słabości, 2) głęboki żal do samego siebie. W polskim języku uświadomienie sobie swej pozycji (aspekt bierny, stwierdzający fakt przegranej) nie różni się od etycznej samooceny (aktywnego wyrażenia swych emocji, czy nawet stanu ducha). Obydwie treści w dziwny sposób są ze sobą splecione. Czy to może w jakiś sposób wskazywać na polską naturę?


Przecież świadomość własnej niedoskonałości wcale nie musi prowadzić do złości – przeciwnie: może być źródłem, wdzięczności, że pomimo moich słabości wciąż żyję i jestem tak obficie obdarowywany. Polscy siatkarze, mimo słabego wyniku i surowej samooceny, zasługują na uznanie – choćby za włożony wysiłek. W życiu duchowym również nie liczą się rachunki ani żadne punktacje – liczy się przełożenie własnej autentyczności (prawdy o samym sobie) na szczere pragnienia, a te z kolei przełożone na wolę i poświęcenie. Dlatego nikt nie jest w stanie porównać walki duchowej alkoholika z wewnętrznym zmaganiem ascetycznego mnicha – podobnie jak nikt nie potrafi dać odpowiedzi, kto w sporcie jest naprawdę wygranym, czyli kto dał z siebie wszystko, kto poniósł największą ofiarę…

 Jednak jest jeszcze coś, co w języku polskim świadczyć może o naszej narodowej specyfice. W polskiej gramatyce nie dysponujemy czasem Present Continuous, który wskazuje na doraźną chwilę, przemijający stan teraźniejszości. To stanowi często dla nas pułapkę melancholii, bo słowo JESTEM w naszej świadomości zaczyna się rozciągać na całą egzystencję, a nawet na transcendentalną wieczność: jestem zły, jestem bez szans, jestem zniewolony, jestem potępiony. Może dlatego nie potrafimy przerwać tego chocholego tańca melancholii? Piszę „my”, bo chwilami i mnie to dopada – w końcu dokonując tej autorefleksji, nie przestaję być Polakiem. Wczoraj po meczu w mediach odbył się sąd nad naszymi siatkarzami w tle rozpamiętywanych porażek. Wracam tu do sportu, ale przecież mam na uwadze rzeczy znacznie większe. Czy nie czas, aby spróbować coś w tej naszej mentalności zmienić?…


 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii