RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2012

Dotykając nieskończoności…

29 wrz

 

Wczorajsza ławica chmur zawieszona nad Bieszczadami – Połonina Wetlińska i Caryńska widziana z Szerokiego Wierchu.

A nad chmurami z głośnym klangotem przelatywały właśnie żurawie…

 

      Zbliżając się do granic poznawalności, za każdym razem grzęźniemy w jakiejś wyobrażeniowej niemocy. Liczby naturalne wydają się dwukrotnie liczniejsze od parzystych, a przecież matematyka temu zaprzecza, wskazując na obydwa zbiory jako nieskończone (pewien dziewiętnastowieczny matematyk, Georg Cantor, skonstruował nawet na tej podstawie definicję nieskończoności, która zachodzi tam, gdzie jakiś zbiór staje się równy swoim podzbiorom). Mówimy o tym, że czasu nie da się zatrzymać, a jednocześnie dochodzimy do punktu, w którym mówienie o czasie byłoby absurdem (schodzenie do struktur kwantowych poniżej pewnego progu, określonego przez Plancka, staje się eliminacją zjawisk, a tym samym teoretycznym wykluczeniem czasu). Pojęcie przestrzeni staje się dla nas łatwe do momentu, gdy jeszcze jesteśmy w stanie sobie tę konkretną przestrzeń wyobrazić, ale gdy zaczynamy rozpatrywać jej teoretyczną postać, tracimy grunt pod nogami. Skąd bierze się w nas ta niemoc? Dlaczego człowiek napotyka na taką barierę w wyobrażeniu sobie pewnych oczywistych zależności, jakie dyktuje mu matematyka?

 

      Przychodzi mi na myśl tylko jedna odpowiedź: choć nosimy w sobie nieskończoność, nie jesteśmy w stanie jej ogarnąć, bo ona nas na każdym kroku przerasta. Nasza niemoc wypływa więc z bezskutecznych prób ogarnięcia całości, podczas gdy zdolni jesteśmy tylko tej „całości” dotykać. Możemy tworzyć ściśle określone relacje ja-ty (immanentnie istniejący), ja-liczba (nominalnie pomyślana), ja-przestrzeń (realnie doświadczona lub do wcześniejszych doświadczeń odniesiona). Abstrakcje rodzą się jako wynik dotykania jakiejś granicy, którą napotyka moje ograniczenie wyobrażeniowe, wynikłe z braku pełnego doświadczenia i niemożności pełnego zaistnienia. Abstrakcyjne myślenie jest więc dla mnie o tyle ważne, o ile zdaję sobie sprawę, że tu oto staję pod murem mojej ograniczonej natury. Kiedy przyjmuję, że każde doświadczenie abstrakcji jest udziałem w przeżywaniu rzeczywistości transcendentalnej, muszę zrezygnować z próby ogarnięcia tej treści, która mnie zawsze będzie przerastać. Niemniej każda z abstrakcji stanowi dla mnie ważne wyzwanie do przekraczania samego siebie w stronę nieskończoności.

 

      Człowiek wie dobrze, że kosmosu nigdy nie spenetruje nawet w jednej miliardowej jego części, a jednak nie rezygnuje z eksploracji przestrzeni kosmicznej, ponosząc z tego tytułu ogromne koszty i ryzykując własnym życiem. Podobnie jest z podejściem do nieskończoności na każdej innej płaszczyźnie. Za każdym razem będę czuł wyzwanie do wychodzenia poza siebie. I chyba właśnie ten paradoks staje się głównym sensem naszego życia – przekraczanie siebie w kierunku Piękna, Prawdy, Dobra – czyli stawianie kolejnych kroków w wymiarze kreatywności, poznawalności, czy wreszcie zgłębiania duchowego życia. Wszyscy jesteśmy Prometeuszami, przykuci do skały przyziemności, wystawieni na wyszarpywanie wątroby – symbolu cielesnej egzystencji, ale też obdarzeni niegasnącym płomieniem – znakiem duszy i wiecznie poszukującego pragnienia.

 

 

 
Komentarze (22)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W poszukiwaniu schronienia przed złem

24 wrz

  

Zamyślony aniołek pod cerkwią w Chmielu, kamienna inskrypcja z XVI wieku i malutka cerkiewka w Żłobku, która do 1951 była magazynem szyszek – może właśnie wtedy, pełniąc rolę przechowalni nasion, stanowiła szczególnie wymowny symbol duchowego trwania?…

 

„W imię Ojca i Syna” – wertykalna belka Krzyża mówi o łączności Boga z człowiekiem poprzez jego odnowione oblicze w Jezusie Chrystusie. Kreśląc linię poziomą „…i Ducha Świętego” – odwołuję się do Boga, który łączy nas wszystkich w jednym Duchu. Przecinam linię łączności z Bogiem, bo innej łączności z człowiekiem być nie może, jak właśnie ta, która wiedzie przez uprzednio wytyczony kierunek ziemia-niebo. Wpisuję swe życie w relację do Ojca, od którego oddziela mnie zasłona grzechu – mojego i pierworodnego. Ale sama świadomość źródła tego odłączenia może być dla mnie tylko dobrodziejstwem, jeśli wytycza właściwą orientację pragnień. Gdy potykam się o własny grzech, mogę bliżej doświadczyć własnej słabości i głębiej wejść w pragnienie BLISKOŚCI, która jest istotą mojego życia.

 

Dzisiaj dotarło do mnie, że nie liczą się potknięcia, ale to, co ja z nimi zrobię. Skrupulatna postawa wystrzegania się grzechu za wszelką cenę, może uczynić człowieka z jednej strony nieprzejednanym rygorystą, z drugiej zaś strony wpycha go w pychę niezłomności. A przecież każde potknięcie jest już tylko zewnętrznym efektem jakiegoś braku, który zaistniał znacznie wcześniej. Zło jest brakiem miłości. Jeśli nie mam w sobie miłości, skazany jestem na upadek – tym boleśniejszy i w skutkach tragiczniejszy, im później zdam sobie z tego sprawę. W życiu nie chodzi o kolekcjonowanie dobrych uczynków, ani o wznoszenie karkołomnych zabezpieczeń przed upadkami. Przeciwnie – życie to oddanie swej wyłączności na użytek Całości…

 

Kiedy miłość do mojego Pana wypełni całe moje serce, wszystkie moje myśli i pragnienia, moje plany i wspomnienia – wtedy nie muszę już się niczym trapić, bo moje „ja” przestaje być samotną, piaszczystą wyspą, którą w każdej chwili może zalać ocean, zrównując ze swoim dnem. Ono staje się częścią powietrza, które jest wszechobecne, wolne i niezniszczalne – którym każdy może oddychać i które nie ma swych izolowanych części, o które trzeba się obawiać. Zatapiając swe życie w Chrystusie, to już nie ja jestem, jak pisał św. Paweł: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). I żadne zło nie może mieć do mnie przystępu – ani z zewnątrz, ani od wewnątrz.

 

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Sens wychodzenia poza horyzont sensu…

23 wrz

 

Ku szczytom duchowych możliwości – wczoraj na Połoninie Caryńskiej (z widokiem na Tarnicę, pasmo graniczne i dolinę Wołosatki)…

 

      Kosmolodzy wyliczyli, że w niewyobrażalnie wczesnej fazie Wszechświata, tj. dokładnie w 10 do -44 sekundy po zaistnieniu początkowej osobliwości, nastąpiło „rozejście się” praw fizycznych, które dziś znamy z ogólnej teorii względności, z fizyki Newtonowskiej oraz ze zjawisk na poziomie kwantowym. Oczywiście słowo „rozejście” musiałem umieścić w cudzysłowie, bo nie chodzi o niespójność tych teorii, ale o trudność ich jednakowej interpretacji. Zespolenie fizyki świata według jednolicie funkcjonujących zasad możliwe jest dopiero po cofnięciu się do owego punktu krytycznego, w którym materia osiągała jeszcze gęstość 10 do -93 g/cm3 – wtedy wszelkie procesy dotyczące grawitacji, czasu, przestrzeni i struktur kwantowych mogłyby być przez nas przyswojone wedle jednolitego modelu. Dziś połączenie tych różnych poziomów zjawiskowości jest niezwykle trudne, bo dysponujemy jedynie teoriami, które nie bardzo chcą się między sobą zazębiać. 

 

      Konstruowane na tym podłożu hipotezy potrafią niezwykle rozbudzać wyobraźnię, lecz znajdują się absolutnie poza możliwościami weryfikacji. Dla przykładu model Hartle’a-Hawkinga przedstawia zjawiska czarnych dziur jako tunele do innych wszechświatów. Tutaj czas zamienia się w czwarty wymiar przestrzeni – kosmolodzy zakładają też możliwość funkcjonowania nieco odmiennych praw fizycznych. Teorie te (ktoś może powiedzieć: spekulacje) otwierają przed matematyką i filozofią przestrzeń, do której nie może już wejść empiria. Ale może to ograniczenie właśnie stawia nas przed właściwym kierunkiem poszukiwań, gdzie nie liczy się już żadne doświadczalne potwierdzenie i pragmatyczne odniesienie, bo fizyka i matematyka zaczynają tu jawić się bardziej jako język wyrażania zupełnie innych, pozafizycznych – a nawet pozaontologicznych treści. Wchodzimy bowiem w sferę myślenia metaforycznego, w którym wszelkie odniesienia fizyczne są tylko malarskim tworzywem do wyrażania prawdziwej rzeczywistości.
 
      Wychodząc od poszukiwań czysto pragmatycznych i wnikając w coraz głębsze tajniki funkcjonowania świata, człowiek zabrnął na samą krawędź wyobrażalnego makro- i mikrokosmosu, aby zatoczyć wielkie koło i wrócić do siebie – w głąb ducha. Czy istnienie wszechświatów, które hipotetycznie mogłyby funkcjonować poza naszym zasięgiem, może mieć dla nas jakikolwiek sens? Czy sensem dla człowieka może być coś, co pozostaje w oderwaniu od jego bezpośredniego środowiska, z czym nie wiąże się żadna nitka naszego życia? I tutaj znowu dochodzę do konkluzji, że wszystkie horyzonty wszechświata są tylko scenerią ludzkiego dramatu, w którym najistotniejszą rzeczą jest piąć się w górę – ku połoninom naszych możliwości duchowych, zostawiając w dolinie ułudę zewnętrznego poznania.
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przygodność faktów, czy historia wpisana w plan? Paradoks zaistnienia.

20 wrz

 

 Jezioro Solińskie podczas suszy hydrologicznej – Zatoka Teleśnicka (zdjęcie z niedzielnego wieczoru) – dzisiaj w Bieszczadach wreszcie deszcz!

 

Obraz przeszłości, jaki w sobie kształtujemy, jest projekcją teraźniejszości – mówił Schiller. Fakty wcześniej zaistniałe jesteśmy więc w stanie widzieć i interpretować przez pryzmat obecnej sytuacji, dopasowując do niej wszystkie sensy zdarzeń minionych. Chyba Pascal był autorem refleksji o nosie Kleopatry, który miał zwrócić historię w taką a nie inną stronę. Nasze odniesienie do historii zawsze niesie pewna myśl: gdyby jeden szczegół był inny, wszystko wyglądałoby inaczej. Gdybym zachował się tak a tak, nie doszłoby do tego…

 

Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak gładko wychodzimy tu z myślenia historycznego w świat fabuły. A obydwa te światy, jak postulował Kołakowski, nie powinny się ze sobą mieszać. Celem historyka nie powinno być nadawanie dawnym faktom sensu obecnego, lecz uchwycenie związku między tymi faktami i pokazanie dziejów na osi przyczynowo-skutkowego kontinuum. Z samej swej obiektywnej natury konsekwencja zdarzeń może być odbierana dwojako: w kategoriach przypadkowości lub celowości. Wybór alternatywy nie wychodzi z przesłanek obiektywnych, lecz ma podłoże czysto aksjologiczne.

 

Dopiero jakaś idea, pragnienie, sentyment czy wiara skłania nas do wyławiania z historii sensów. Zderzenie fabula mundi z factum mundi stawia nas przed największym paradoksem naszej egzystencji: domniemaną przygodnością zaistnienia. Jeden fakt w życiu moich dziadków czy rodziców i mogłoby mnie nie być. Czy taka alternatywa jest w ogóle do pomyślenia? Czy moja tożsamość nie narzuca mi traktowania faktów jako zdarzeń nieodwołalnych i jedynie możliwych?

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Monadologia kontekstów, czyli sceptyczne wędrówki po granicach epistemologii

10 wrz

 

Kto z nas nie pamięta rozkładanych książeczek, które rozbudzały przestrzenną wyobraźnię na długo przed pojawieniem się filmów trójwymiarowych?

 

Tendencja do redukowalności różnych dziedzin życia i nauki skazana jest w pewnym punkcie na zatoczenie metafizycznego koła – oczywiście pod warunkiem, że nie zadowolimy się prostymi odpowiedziami i nie ugrzęźniemy w mieliźnie jakiejś ideologii. Wielokrotnie próbowano cały wymiar duchowy człowieka sprowadzić do psychologii, psychologię – do fizjologii, fizjologię – do chemii, chemię – do fizyki elementarnej. W tym puncie jednak wracamy do pytania wyjściowego o źródło i sens, wchodząc ponownie w przestrzeń ducha.

 

Neopozytywiści spod znaku Koła Wiedeńskiego postulowali konieczność empirycznej sprawdzalności każdego odkrycia. Dotyczyło to nawet teorii czysto matematycznych, jak modelowanie mikro- i makrokosmosu. Wszystko musiało być poddane weryfikowalności praktycznej. Trudno jednak w ten sposób potwierdzać teorie dotyczące granicznych horyzontów świata na poziomie cząstek elementarnych i ogólnej struktury wszechświata na poziomie czasoprzestrzeni. Tutaj istnieją już wyłącznie równania matematyczne, zaś sprawdzalność tezy sprowadzana jest w istocie do obserwacji natury poszlakowej.

 

Istnieją więc nawet w fizyce sfery poznania, gdzie empiria nie może towarzyszyć dociekaniom racjonalnym. Poszczególne poziomy struktur wszechświata są dla nas tak odległe, że traktować je można jedynie w kategoriach odrębnych monad (na wzór teorii Leibniza). Uważam, że poziom makro- i mikrokosmosu jest dla nas o tyle ważny, o ile może on stanowić pewien kontekst dla naszej świadomości. Pełni więc rolę swoistego tła – jak plan dalszy i bliższy ruchomego obiektu w dawnych, rozkładanych książeczkach przestrzennych dla dzieci. I jak w tych książeczkach, plany te niewiele mają ze sobą realnego kontaktu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ukryty rdzeń SŁOWA, czyli nieustanne wezwanie do REINTERPRETACJI

06 wrz

 

Reinterpretacja ikon to również przedzieranie się ku ich duchowemu rdzeniowi (galeria na Zamku w Sanoku).

 

Czytając Biblię często zadaję sobie pytanie, jak dalece możemy się posunąć z odczytywaniem Słowa w kontekście czasowym i kulturowym. Myślę, że z pewnością fakty przedstawione w NT wymagają traktowania dosłownego. Nie można przecież mówić o metaforycznym narodzeniu Jezusa i podobnym traktowaniu Jego męki i zmartwychwstania. Jednak już cała Apokalipsa możliwa jest wyłącznie do alegorycznego jej odczytywania – co nie oznacza, że należy ja włożyć między bajki. Obrazowy język Janowego Objawienia daje nam wiele do myślenia – i chyba właśnie ta Księga w najwyraźniejszy sposób wskazuje nam na potrzebę sięgania do RDZENIA każdego słowa. Rdzenia, który nie zawsze jest od razu widoczny. Gdybym jednak przy interpretacji Objawienia zagubił gdzieś po drodze dwa przykazania miłości, wyłoniłaby się przede mną jakaś ponura i przerażająca wizja przyszłości, która wiedzie ku nieuchronnej zagładzie. Może dlatego Apokalipsa w obiegowym języku stała się synonimem spustoszenia. Tymczasem jest to jedna z ksiąg najbardziej przesyconych NADZIEJĄ. To właśnie nadzieja stanowi dla mnie kryterium właściwego odczytywania ostatniej Księgi biblijnej…

 

W pewnej rozmowie na temat reinterpretacji tekstów biblijnych znalazłem się pod ostrzałem, zwłaszcza, że użyłem dość prowokacyjnej alternatywy: albo Bóg jest kapryśny, albo spisane Słowo ma ukryty rdzeń. Oczywiście stawiając taką alternatywę, chciałem tylko wskazać, że Bóg nie może być ani kapryśny, ani też nie może wymagać od nas czegoś ponad nasze możliwości. Dlatego jedynym wnioskiem jest dla mnie przyjęcie, że pozorna zmienność (czy sprzeczność) Bożego przesłania leży w WEZWANIU człowieka do nieustannego PRZYJMOWANIA Bożego Słowa w sercu – a przyjmować to nie to samo, co przeczytać i zrozumieć. Przyjmować to znaczy przyswoić sobie Słowo całym sercem i żyć nim na co dzień.

 

Słowo „REINTERPRETACJA” może faktycznie budzić pewne nieporozumienia, bo przywodzi czasem na myśl wprowadzanie jakiejś korekty lub unieważnianie czegoś. Tymczasem w moim użyciu słowo to oznacza nieustanne zmaganie się ze samym sobą (lub po Jakubowemu – z samym Bogiem) w dogłębnym PRZYJĘCIU Słowa – w taki sposób, aby ono mogło wydawać owoce TU i TERAZ, czyli w moich czasach i w mojej kulturze. Kiedy więc w Starym Testamencie czytam wyraźne zalecenie: „Nie pozwolisz żyć czarownicy”, to nie będę porywał się z nożem na sąsiadkę, która uprawia ezoteryczną magię, ale nie pozwolę jej żyć w moich myślach, nie pozwolę zalęgnąć się jej w moim sercu. Bo w moim nowym języku reinterpretacji ŻYCIE to RELACJA z drugą osobą – z Tobą, ale przede wszystkim z Bogiem. Z ludźmi, którzy świadomie wybierają zło (nie z własnej słabości, ale z rozmysłu), nie chcę mieć żywej relacji – i w tym właśnie znaczeniu nie pozwalam im żyć.  To tylko mały przykład, jak rozumiem reinterpretację litery Prawa.

 

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Teoria względności na rozdrożach fizyki i życia duchowego

03 wrz

Trzcinica – historyczne rekonstrukcje sprzed ponad trzech tysięcy lat. Czy można nie uwzględnać kulturowego aspektu słowa w odczytywaniu duchowego przesłania pochodzącego z tamtych czasów?…

 

Teoria względności Einsteina powinna w zasadzie nosić nazwę „teorii bezwzględności”, gdyż to właśnie ona umocowała bezwzględny charakter rozchodzenia się światła – względne natomiast okazały się wymiary czasu i przestrzeni. Wczytując się w historię tworzenia tej teorii, nagle zapaliła mi się lampka, że przecież podobnie ma się sprawa relatywności dorobku kulturowego do Dekalogu i wartości etycznych, będących podstawą prawa naturalnego. Ileż to razy bywałem atakowany za to, że nakazy, zakazy i objawienia zawarte w Biblii traktowałem zawsze w odniesieniu do poziomu ówczesnej świadomości i kontekstu historycznego. Zarzucano mi, że jestem relatywistą, a czynili to z równą gorliwością bracia protestanci, co moi katoliccy współwyznawcy. Niektórzy z nich widzieli mnie nawet z tego powodu poza wspólnotą wiernych. Fizyka i tutaj okazała się zaskakująco podobna w swych wewnętrznych relacjach do życia duchowego.

 

Einstein miał dwie możliwości: uznać błąd pomiaru rozchodzenia się światła w różnych płaszczyznach obrotu Ziemi (zamykając się tym samym na wartość doświadczenia), albo szukać, co może być przyczyną, że prawo newtonowskiego sumowania się prędkości w tym przypadku nie zadziałało. Wybrał drugą drogę i doszedł do punktu, w którym trzeba było radykalnie zmienić punkt odniesienia. Podobnie jest w życiu duchowym. Najwyższym kryterium prawdziwości jest doświadczenie – w tej przestrzeni chodzi jednak o miłość, która relatywna być nigdy nie może. Wczoraj w Kościele katolickim było czytanie na temat niezmienności Prawa objawionego w Biblii: „Mojżesz powiedział do ludu izraelskiego: A teraz, Izraelu, słuchaj praw i nakazów, które uczę was wypełniać, abyście żyli i doszli do posiadania ziemi, którą wam daje Pan, Bóg waszych ojców. Nic nie dodacie do tego, co ja wam nakazuję, i nic z tego nie odejmiecie, zachowując nakazy Pana, Boga waszego, które na was nakładam.” (Pwt 4,1-2.6-8). Nic nie dodacie i nic nie odejmiecie? Ale przecież od tamtego czasu wiele przepisów uległo zmianie – inaczej po prostu nie dałoby się przekazać żywego depozytu wiary. Co więc jest faktycznie zmienne, a co niezmienne? Jaki jest punkt odniesienia?

 

Punktem zwrotnym Soboru Watykańskiego II (którego rewizji domaga się pewna część tradycjonalistów) stało się przeakcentowanie całej sfery religijnej – postawienie jej na fundamentach pierwotnej wspólnoty apostolskiej, gdzie istnieje postawa otwarcia na Boga właśnie poprzez człowieka. Jeśli ktokolwiek zarzuca tej koncepcji relatywizm, to tylko dlatego, że tak silnie wrósł w „stary zakon” (rozumiany tu szeroko – jako przepisy dnia wczorajszego, dotyczące również przedsoborowego nauczania), że uznał je jako jedyny punkt odniesienia. Bojąc się naruszyć ów fundament, obrońcy starego porządku gotowi są bronić tak rozumianego „depozytu wiary” nawet za cenę człowieka. Czy jednak nie taka postawa jest prawdziwym relatywizmem? Czy za podstawę wiary nie traktujemy w ten sposób czegoś, co w istocie było tylko tymczasową przybudówką? Człowiek odczytujący dziś Pismo Święte musi dokonać wyboru: albo Bóg jest tak kapryśny, bo nieustannie zmienia treść swego przesłania do ludzi (na co wskazują dziś oponenci prawd objawionych), albo Słowo Boże domaga się ciągłego odkrywania i reinterpretowania. Innymi słowy albo Bóg jest zmienny, albo nasze odczytywanie Słowa ulega zmianie na bazie ciągłego odniesienia do jego podstawy, jaką jest DOBRO.

 

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii