RSS
 

Archiwum - Październik, 2012

Ból i cierpienie w odniesieniu do zła – piekło cierpienia czy negacja negacji?

31 paź

 

Wypał węgla w Bieszczadach – dla jednych piekło, dla innych prawdziwe wyzwolenie…

  

      Czy głowa mnie BOLI, czy też CIERPIĘ na ból głowy? Jedno i drugie może być prawdą, jednak osobiście wolałbym nie stosować dowolnej zamienności tych twierdzeń. Paul Ricoeur postulował, by „termin BÓL pozostawić dla doznań odczuwanych jako umiejscowione w poszczególnych narządach ciała albo w całym ciele, a termin CIERPIENIE – dla doznań otwartych na introspekcję, język, stosunek do samego siebie, stosunek do innego, stosunek do sensu, do stawiania pytań…” Po oddzieleniu pojęcia bólu od cierpienia, przez chwilę warto się zatrzymać nad intencjonalnością. Często spotykamy podejście do cierpienia, jako szczególnego NAZNACZENIA – wybrania konkretnego człowieka do przeżywania udręki. Dlaczego akurat ja? Dlaczego moje dziecko? Stąd rodzi się poczucie piekła, że w pewnym momencie przypisujemy komuś intencję zadawania mi cierpień – szczególnie, jeśli tym Kimś jest sam Bóg.

 

      Jednak w innym miejscu Ricoeur pisze: „Wydaje się, że przede wszystkim stajemy wobec pewnego paradoksu. (…) JA wzmacnia się w żywym poczuciu istnienia albo raczej w poczuciu istnienia do żywego. CIERPIĘ-JESTEM; bez żadnego ergo, jak w słynnym cogito ergo sum.” W takim ujęciu człowiek już nie pyta DLACZEGO-JA, lecz już zupełnie poza słowami zgłębia tajemnicę DLACZEGO. Przeżywa w ten sposób swe cierpienie jako wyraz „istnienia do żywego”, a więc zwrotu ku nadziei życia, które byłoby tego cierpienia pozbawione, które byłoby też uwolnione od widma śmierci jako ostatecznego kresu istnienia. Jest w tym zawarta jakaś negacja negacji. Cierpię już nie w swym buncie wobec domniemanej intencji, lecz w nadziei wobec przemijalności tego zła, które mnie dotknęło. Bo cierpienie zawsze pozostanie tchnieniem zła. Jeśli się mówi, że cierpienie ma wartość, to jestem w stanie zaakceptować taki aksjomat tylko w odniesieniu do odpowiedzi jaką człowiek daje swym życiem wobec cierpienia. Samo w sobie cierpienie pozostanie w każdej sytuacji złem.

 

      Dlaczego więc tylu świętych pragnęło cierpienia? Czyżby pragnęli zła? W takiej postawie dopatrywałbym się raczej pewnego skrótu myślowego: chcę cierpieć dla Chrystusa znaczy dokładnie tyle, co „kocham Chrystusa MIMO wszelkich cierpień”, albo: „chcę Go kochać ponad udrękami tego świata i w samym środku wszelkiego cierpienia”. A kochać Chrystusa to myśleć o cierpieniu skrzywdzonych, to współodczuwać samotność odrzuconych. Tylko takie podejście daje mi sposobność lepszego zrozumienia cierpiących mistyków. Wyrzekam się wszelkich wygód, gdy kogoś kocham – chcę go chronić kosztem wystawiania się na niebezpieczeństwa, czasami kosztem przeżywanego bólu. Jednak sama świadomość, że cierpienie przeżywam z intencją dobra wobec Innego, jest dla mnie wyzwoleniem się od mojego osobistego piekła cierpienia.

 

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ukąszeni przez zło – czyli w krainie fałszu i prawdy, zdrady i przebaczenia (na podstawie mitów skandynawskich)

29 paź

 

Loki, skandynawski bóg ognia i kłamstwa, powołał do istnienia trzy potwory – WILKA Fenrisa (uosobienie mocy), WĘŻA Jormunganda (personifikację kłamstwa) oraz boginię umarłych - HEL (śmierć)… Na zdjęciu żmija zygzakowata, często wśród ludzi wywołująca skojarzenia ze złem  – fotografia sprzed kilku dni (od wczoraj w bieszczadzkich dolinach mróz ze śniegiem, więc i żmije się gdzieś pochowały)…

 

Asgard stanowił skandynawską krainę bogów, założoną w koronie mitycznego drzewa przez samego Odyna, którego synami byli między innymi dwaj bliźniacy: łagodny i sprawiedliwy Baldur oraz ślepy i wiecznie smutny Holdur. Kochali się bracia wzajemnie, lecz Loki, bóg kłamstwa, sprawił, że Holdur w pewnym momencie poczuł do swego brata narastającą niechęć, która doprowadziła go do zbrodni bratobójstwa. Mamy tu motyw pokrewny biblijnej opowieści o Ablu i Kainie. Ale jest też inna ciekawa opowieść, w której dużą rolę odgrywa Loki, personifikacja zła i wszelkiego fałszu – mit o pięknej Frei, która stała się natchnieniem skandynawskiej literatury. A jest to opowieść wyrażająca głęboką prawdę o człowieku: że wchodząc w świat zmysłowości i estetyki (oderwanej od miłości) oraz w świat przedmiotów (oderwanych od osoby), można się zagubić w swej samotności – ale też znajdujemy tu budujące przesłanie, że zawsze istnieje droga powrotna…

 

Freja była żoną Oda, którego bardzo kochała. Miała jednak wielką słabość do klejnotów. I to właśnie wykorzystał podstępny Loki, rozbudzając w niej żądzę posiadania jednego z najpiękniejszych naszyjników, jaki wykuli w swej kuźni trzej kowale – karły z krainy czarnych elfów. Ci zgodzili się oddać ów klejnot jedynie w zamian za dzień małżeńskiej miłości, jaką miałaby Freja obdarzyć każdego z nich. Bogini zgodziła się w swym zaślepieniu, ale potem wstydziła się swej zdrady tak bardzo, że w ukryciu trzymała zdobyty klejnot, tylko w samotności zakładając go na szyję. Jednak Loki wyjawił cały sekret małżonkowi Frei. To bardzo czytelny obraz, że w pewnych okolicznościach nawet prawda może być na usługach kłamstwa – ale też znajdujemy w tym ukrytą prawdę, że żadne pożądanie, które człowiek realizuje kosztem własnej wierności, nie może cieszyć za dnia, stanowiąc jedynie mizerną namiastkę krótkotrwałej satysfakcji. Zrozpaczony Od, dowiedziawszy się o wszystkim, poszedł daleko przed siebie, gdzie oczy poniosą…

 

Opuszczona małżonka szukała pomocy u Odyna. Ten dał jej tylko jedną radę – by wyruszyła za mężem w świat, błąkając się tak długo, aż go odnajdzie. Jednak zdobyty za cenę zdrady naszyjnik powinien jej wszędzie towarzyszyć. Nie zdejmowała więc go z siebie Freja, nosząc go na piersi jak palący wyrzut sumienia – świadomość własnej słabości i skutków, do których ona prowadzi. Ale może właśnie to pomagało jej w spełnianiu ziemskiej misji, która odtąd stała się jej udziałem. A sprowadzała się do uczenia ziemskich kobiet prawdziwej miłości – mimo doświadczania własnej hańby i osamotnienia. Wszak w pewnym momencie zdrada staje się wspólnym bólem obu stron – zdradzanej i zdradzającej. Ten ból w sposób szczególny łączy obie strony, choć z pozoru wydaje się, że bezpowrotnie oddala. Jego łączące działanie objawia się dopiero w pełnym zrozumieniu, czym jest pokusa i słabość – wtedy osoba nosząca na sobie piętno zdrady odnajduje most nad przepaścią do ukochanej osoby, którą skrzywdziła. Wtedy też możliwe jest jeszcze silniejsze spojenie dwóch rozerwanych połówek, jak w końcu możliwe było połączenie Frei z odnalezionym małżonkiem, Odem.

 

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Między różnymi stanami świadomości, czyli oczyszczając stajnię Augiasza…

17 paź

 Widok z Tarnicy i rzymskie monety, na których widnieje Herakles: 1) strzelający z łuku (drachma z 141 r.);  2) wyprowadzający psa Cerbera z Hadesu (drachma z 143 r.),  3) walczący z bykiem kreteńskim (medalion rzymski z Tracji); 4) pod jabłonią w ogrodzie Hesperyd (286-294 r.) - w prawym ręku maczuga, w lewym skóra lwa…

 

Często dziś spotkać można postawę, według której człowiek sam jest kowalem swojego życia – w tym znaczeniu, że wszystko jest w jego rękach: może w pełni zapanować nad przeznaczeniem i nad własnym szczęściem. Prowadziłem właśnie ciekawą rozmowę z człowiekiem, który dowodził, że człowiek może wejść w głębię samopoznania poprzez odpowiednio napiętą świadomość. Sam zaproponowałem, że stosowniejsze byłoby określenie „świadomość otwarta” - początkowo biorąc to jedynie za różnicę skojarzeniową. Gdy jednak wniknąłem w obydwa słowa nieco głębiej, stanąłem na wyraźnym rozdrożu. Aby zilustrować tę różnicę, sięgnąłem do znanego mitu o Heraklesie, a konkretnie do jednej z wykonywanych przez niego prac.

 

Znamy tę tragiczną opowieść, wedle której napad szału przywiódł Heraklesa do zabicia żony i dzieci – czego potem szczerze żałował i chciał ten czyn rzetelnie odpokutować. Stąd się wzięło jego 12 prac, wśród których jedna miała wymowę bardzo znamienną. Chodziło o oczyszczenie stajni Augiasza. Herakles był najsilniejszym z wszystkich herosów, więc mógł spokojnie wymieść cały gnój z wnętrza własnymi rękami. Tymczasem on przekopuje koryto pobliskiej rzeki, przepuszczając jej wody przez stajnię. Warto tu dodać, że od wieków kluczem odczytania obrazu budynku i wody były odniesienia do duszy i oczyszczającej mocy ducha (w chrześcijaństwie do Ducha Świętego).

 

Dlaczego Herakles nie uprzątnął stajni samodzielnie, tylko sięgnął do nurtu rzeki? Myślę, że to doskonały obraz sygnalizowanej wcześniej różnicy skojarzeniowej między „napięciem” a „otwarciem”. Samodzielne uprzątnięcie wynikałoby z owego stanu NAPIĘCIA, bazującego wyłącznie na własnych możliwościach. Herakles wolał jednak otworzyć wnętrze stajni na działanie wody. Mamy tu symbol OTWARCIA, w którym człowiek biernie poddaje się mocy oczyszczającej – choć jego postawa nie jest całkiem pasywna, bo przecież najpierw podejmuje wysiłek przekopania koryta rzeki. Owo „przekopywanie koryta” również można odczytać w kategoriach symbolu – wszak chodzić tu może o rzekę życia…

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W piwnicy podświadomości, czyli kazirodztwo i ojcobójstwo inaczej niż przez Freuda odczytane

15 paź
                                                                     Stara, bojkowska piwniczka – odkryta w Berehach pod Połoniną Caryńską
 

Kazirodztwo często pojawia się w greckich mitach, co wrażliwszego odbiorcę może zrazić w sytuacji, gdy treść odczyta zbyt dosłownie. Nawet próby psychoanalitycznego ujęcia tych motywów, jakich podjął się Zygmunt Freud, niosły w sobie coś odrażającego i w moim odczuciu mijającego się z prawdą o człowieku. Oczywiście zakładam, że piwnica naszej podświadomości może mieścić w sobie wiele nieodkrytych treści, czasem bardzo mrocznych i zagmatwanych, jednak nie sprowadzałbym ich do tak zatęchłych biologizmów, jakie rysują człowieka na wzór marionetki targanej przez żywioł pierwotnych instynktów. Poruszany przeze mnie uprzednio mit Adonisa, który rodzi się z kazirodczego związku Myrry, może prowadzić do interpretacji zupełnie innego rodzaju. Czy pożądanie, jakim Myrra pała do swego ojca, nie jest tu raczej wyrazem postawy czerpiącej wyłącznie ze swych korzeni? Jakże często dziś spotykamy ludzi, którzy żyją lękiem i wstrętem przed wszystkim co obce, kwestionując jakiekolwiek źródło wartości, które znajdować by się mogło na zewnątrz.

Może dlatego syn Myrry, Adonis, nie mogąc się również otworzyć na piękno i dobro otaczających go postaci, skazany był na nieustanną tułaczkę między zmysłowością, czerpaną z Afrodyty a śmiertelnym ukojeniem, jakie znajdował u Persefony?… Podobne odczytanie można zastosować do mitu o Edypie, który daleko w świat rzucony (w obawie przed spełnieniem złowieszczej wróżby ojcobójstwa), dorasta w świadomości, że wychowywany jest przez biologicznych rodziców. Dowiadując się o dawnej przepowiedni, opuszcza dom w ucieczce przed możliwością popełnienia zbrodni. Nie wie, że towłaśnie daleko od domu dopadnie go przeznaczenie, gdy zabije biologicznego ojca i poślubi rodzoną matkę. Znajdujemy tu metaforę skutków, jakie niesie całkowite pozbawienie człowieka jego korzeni. Symbolem tego jest wyniesienie Edypa, jako niemowlęcia, daleko od rodzinnego domu. Ale także samo zabicie ojca oznacza wycięcie tych korzeni przez potomstwo – odcięcie się od tradycji i całej schedy duchowej.

Ojcobójstwo staje się więc obrazem, jaki bardzo adekwatnie ilustruje to, czego doświadczamy od początków XX wieku: pożoga rewolucji bolszewickiej, pogarda i nienawiść nazizmu, a także wszelka negacja współcześnie walczącego ateizmu i relatywizmu. Czym jest natomiast obraz kazirodztwa? Edyp odpowiada poprawnie na zagadkę Sfinksa, ratując królestwo i w nagrodę otrzymując rękę królowej. Pytania Sfinksa dotyczyły prawdy o człowieku, więc dzięki jej zgłębieniu, ślub Edypa staje się metaforą powrotu do korzeni, które personifikuje jego własna matka. Jednak jest to przejście ze skrajności w skrajność. Od ojcobójczej, totalnej negacji do kazirodczego zamknięcia się w swoim własnym korzeniu. Edyp po raz kolejny radykalnie okroił swoje człowieczeństwo – tym razem odcinając się od wszelkich obcych „genów duchowości”. Jednak życie w tak dusznym zamknięciu musi prowadzić do autodestrukcji. Mit wyraża to przez samobójstwo matki i samookaleczenie Edypa, który resztę życia spędza u boku córki, Antygony. Wydłubane sobie oczy są wyrazem zamknięcia się na świat, zaś dalsze losy Antygony ilustrują, jak straszne fatum ciąży na tych, którzy dopuszczają się duchowego ojcobójstwa lub kazirodztwa.

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czy ulotne piękno zawsze jest dla nas potencjalnym zagrożeniem?

14 paź

 

Ostatnie tchnienie bieszczadzkiego kwiecia nad Soliną – Oman łąkowy, w którym szczególnie zakochały się trzmiele… W tym roku jesień zasiedziała się w naszych górach – czasami o tej porze już całe doliny spowite były w śniegu.

 

Kult Adonisa jest starszy niż mitologia grecka, czerpiąc inspiracje z syryjskiego wierzenia w boga wegetacji lub asyryjskiego Tammuza – obydwaj również stanowili personifikację cyklicznie odradzającej się przyrody. Matka Adonisa, Myrra, była tak piękna i przez własną matkę w poczuciu tego piękna utwierdzana, że nie widziała dla siebie godnego kandydata na męża (kogo i dlaczego wybrała, o tym postaram się napisać następnym razem, bo to niezwykle ciekawy aspekt tegoż mitu – szczególnie w kontekście płynącej z niego metafory). Uciekając przed gniewem własnego ojca – syryjskiego króla, zmieniła się w drzewko mirtu.

 

Po dziesięciu miesiącach pękła kora drzewka i wyszedł Adonis, młodzian przecudnej urody, w którym zakochała się sama Afrodyta. W obawie przed jego utratą, ukryła go w królestwie zmarłych – u żony Hadesa, Persefony. Ta jednak również zakochała się w Adonisie, przez namówienie Aresa sprowadzając na niego śmierć ze strony dzika, aby na zawsze pozostał w jej królestwie. Jednak Afrodyta odwołała się do sądu Zeusa, który wskrzeszając chłopca, zawyrokował, że Adonis każdą trzecią część roku spędzać ma u Afrodyty, drugą trzecią u Persefony, zaś pozostały czas sam wybierał miejsce. Tak Grecy wyjaśniali nastanie wiosny, gdy Adonis wracał z królestwa zmarłych. Mamy tu także ciekawą metaforę o zamknięciu piękna między królestwem ziemskiej MIŁOŚCI (którą wyraża Afrodyta) i niespełnionego pragnienia prowadzącego do ŚMIERCI (Persefona).

 

Adonis stał się w ten sposób nie tylko personifikacją zmieniających się pór roku, ale także wyjaśnieniem ulotności wszelkiego wdzięku. Mit ten pokazuje, jak wielką zgubę może przynieść człowiekowi afirmacja piękna własnego i swoich dzieci. Piękno Adonisa staje się przekleństwem – podobnie jak w micie o Narcyzu, który bezwzględnie odrzucał zakochane w nim dziewczyny, okazując im swą pogardę. To właśnie stało się dla niego przyczyną zniewolenia, jakim było samouwielbienie, w którym Narcyz nie mógł już dłużej żyć - pałając miłością do swego oblicza, a jednocześnie nie mogąc tej w tej miłości znaleźć spełnienia i umierając z tęsknoty za samym sobą… O drugiej (jeszcze ciekawszej) wymowie mitu o Adonisie chciałbym napisać niebawem. Mity mitami, przed nami jednak pozostaje żywotne pytanie, czy piękno w każdym przypadku może stanowić dla nas realne źródło zagrożenia?

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Między Biblią a mitologią….

12 paź

 

Motywy mitu „Apollo i Marsjasz” w sztuce antycznej i nowożytnej - na tle Połoniny Caryńskiej i Halicza (zdjęcie sprzed tygodnia – dzisiaj połoniny już białe)…

 

Greckie mity stwarzały obraz, który mógł być odnoszony do ludzkiego życia w sposób metaforyczny, podobnie jak wiele obrazów Starego Testamentu. Jednak opowieści Greków pozostawiały słuchacza z sam na sam z nakreslonym obrazem. Innymi słowy można było tym wyobrażeniom nadawać rózne wartości. To odbiorca decydował, czy np. słynny pojedynek Apolla grającego na lirze z fletnistą-Marsjaszem potraktuje jako zwykłe współzawodnictwo sztuki, czy też postara się temu obrazowi nadać zupełnie inne znaczenie. Czy za Herbertem dostrzeżemy w tym micie ukryte zwycięstwo Marsjasza? Bo choć jako formalny przegrany (a przegrał tylko na gruncie techniki gry, nie potrafiąc grać na odwróconym instrumencie), został surowo przez zwycięzcę potraktowany (zawieszony na drzewie) – czy jednak wewnątrz faktycznie został pokonany? Czyż nie pokazał prawdziwej sztuki, która często rodzi się dopiero w zespoleniu z cierpieniem, a to z kolei prowadzi ku dobru?

 


 

Można jednak zadać sobie pytanie, czy Herbert doszedłby do takiej refleksji, gdyby nie wzrastał w kulturze judeo-chrześcijańskiej? Czy Biblia nie nakłada na warstwę bogatej mitologizacji świata kolejnej warstwy, jaką jest aksjologiczne odniesienie do wszystkich zagadnień przez pryzmat dobra i zła? Ponadto warto tu zauważyć, że w pewnym punkcie biblijne mity przechodzą w wydarzenia autentyczne. Cierpienie przestaje już być tylko metaforą, stając się realną rzeczywistością Chrystusa – a przez Niego wszystkich cierpiących i prześladowanych. I cierpienie zostaje przezwyciężone – w śmierci i zmartwychwstaniu. Ale zmartwychwstanie ma przede wszystkim wymiar zbawczy, tzn. jest nakierowane na pełne czerpanie z obecności żywego Dobra. Chrystus nie zmartwychwstał, aby potępiać, a tym bardziej by mścić się na swych prześladowcach. To jedna zasadnicza różnica między grecką mitologią a biblijnym przesłaniem. Drugą różnicą jest stosunek do wolności i fatum: w mitologii greckiej fatum jest wszechobecne, a człowiek wobec niego bezsilny. W przesłaniu ewangelicznym nie ma czegoś takiego, jak bezwzględne przeznaczenie – człowiek traktowany jest podmiotowo, z szacunkiem wobec jego wolnej woli. Często sami wierzący stawiają tej woli jakieś granice, tymczasem teologowie coraz częściej mówią, że nawet śmierć nie może jej ograniczać, a jedyną istotą tragicznego odcięcia od Boga może być jego świadoma negacja, jako rozpoznanego już Dobra w postaci osobowej.                           

 

Stając przed tajemnicą zmartwychwstania, postronny widz mógłby oczywiście zaprotestować, utrzymując, że mamy do czynienia z klasycznym mitem. To już zawsze będzie wynikało wyłącznie z wiary. Jakiekolwiek jednak mielibyśmy do zmartwychwstania odniesienie, musimy się z nim zmierzyć w sferze naszego osobistego oczekiwania na śmierć. Owszem, zawsze można powiedzieć: rozpłynę się w niebycie, lub: przejdę w inną postać istnienia. Czy jednak i to nie będzie kwestią jakichś wyobrażeń? I czy różnice, jakie w tych różnych opcjach widzimy, nie są mimo wszystko drugorzędne wobec samego dylematu cierpiącego i zwyciężającego Dobra? A przecież wiemy, że rozpatrywanie Dobra bez człowieka nie ma sensu – jak więc ustanowić jego zwycięstwo bez nadziei zmartwychwstania? Jakkolwiek by traktować jego wizję (bo chyba wielu z nas boi się naiwnych obrazków – i tylko dlatego odrzuca samą myśl o przezwyciężeniu śmierci), istotne jest samo zagadnienie realności i niezniszczalności Dobra.

 

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Umieranie jako podróż w głąb siebie

10 paź

 

Rekonstrukcja pochówków ciałopalnych w Trzcinicy – „Karpacka Troja”

 

Jak bardzo przeraża nas wszystkich perspektywa umierania – sam temat staje się często omijany. Dlaczego? Może właśnie dlatego, że umieranie kojarzy nam się głównie z cierpieniem i osamotnieniem, z beznadzieją i bezradnością. Moja ciocia, którą po wylewie krwi do mózgu brat wziął do siebie, była wcześniej osobą bardzo dziarską i surową (dla siebie i innych). Zawsze się jej baliśmy, bo nieustannie na coś przezywała – coś nakazywała lub czegoś zakazywała. Gdy została przykuta do łóżka, nagle stała się pogodna i wesoła. Być może udar był tego przyczyną – zachowywała jednak pełną świadomość i całkiem niezłą, jak na ten stan, pamięć. Gdy już umierała, co chwile przysypiała, budząc się po to, by się uśmiechnąć, pogłaskać baraszkujące wokół niej dzieci. I razu pewnego ta ciocia powiedziała, że na tym łóżku przeżyła najszczęśliwsze chwile jej życia – choć z perspektywy człowieka czynu (jakim zawsze była) mogłyby się te ostatnie lata wydawać jałową i beznadzieją wegetacją. Myślę, że faktycznie umierała jako osoba szczęśliwa i spełniona.

 

Umieranie. Myślę, że to bardzo ważne, aby w szczególnej fazie życia towarzyszyć komuś w sposób najbardziej NATURALNY – z podkreśleniem tego, co wyakcentowałem, ale także ze wskazaniem na fazę ŻYCIA, bo bez tego (bez traktowania śmierci jako przejścia do innej jakości życia) umieranie faktycznie może się jawić jako coś koszmarnego. Kiedy wczytuję się w mitologię grecką, znajduję w niej wątek, że Hermes, bóg podróżników, spełniał w greckich wyobrażeniach również rolę przewodnika w tej ostatniej podróży, doprowadzając człowieka do Charona w sposób najbardziej delikatny – dlatego niezbitym znakiem jego obecności była śmierć w czasie snu.

 

Wyobrażenia Greków mówią o czymś znacznie głębszym, niż tylko o samej wyobraźni. Odsłaniają odwieczną prawdę o człowieku – w tym przypadku dając wyraz, obecnego w każdej kulturze i religii, łączenia śmierci z podróżą. A przecież całe nasze życie jest podróżowaniem. Czasami wydaje nam się, że starsza osoba stoi w miejscu – a to chyba najbardziej błędne mniemanie, płynące stąd, że zbyt często podróż tą kojarzymy z aktywnością. A przecież opadły liść w nurcie rzeki potrafi płynąć szybciej, niż najlepszy wioślarz. Bierność nie musi być stagnacją. Odnoszę nawet wrażenie, że jest wręcz przeciwnie: im bardziej potrafimy się poddać żywiołom życia i umierania, tym intensywniejsze jest to nasze podróżowanie…

 

 

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mity jako antropologiczna konieczność wejścia w świat

08 paź

 

„Karpacka Troja” – rekonstrukcja historyczna w Trzcinicy pod Jasłem

Mitologia jest bardzo wyrazistym dowodem, że człowiek może interpretować rzeczywistość tylko przez swą subiektywność, odnosząc wszystko do ludzkiego świata. Nie da się wyabstrahować przyrody z kadru, w którym jest wpisana ludzka twarz. Wszelkie rzeczy i zjawiska, znajdujące się poza zasięgiem poznawalności, bywały tak właśnie interpretowane – z udziałem ludzkich wyobrażeń, w których człowiek zawsze był głównym aktorem sceny. Droga Mleczna stała się rozlanym mlekiem Hery, która nie chciała karmić nieślubnego dziecka Zeusa – Heraklesa. Również echo powstało za sprawą Hery, która z zazdrości o męża sprawiła, że elokwentna nimfa Echo mogła już tylko ostatnie sylaby wypowiadać. 

 

Nawet ciążące nad człowiekiem fatum dało się wyjaśnić za pomocą rozlicznych opowieści. Troja skazana była na tragiczny los wojny, bo mieszkała w niej Helena, która swym pięknem naraziła się Herze. Kiedy na uczcie bogów trzeba było rozstrzygnąć o wyborze najpiękniejszej i w charakterze arbitra wezwano młodego księcia Troi – Parysa, ten darowuje złote jabłko (atrybut piękna) Afrodycie, zamiast Herze, chcąc pozyskać względy pięknej bogini w staraniu o zdobycie Heleny i mimowolnie podpisując tym samym wyrok śmierci na Troję. Mamy tu więc fatum, z góry przesądzony los, wpleciony jednak w wolny wybór człowieka. Na ile wolny? To już właśnie zadanie interpretatora mitu.

 

Niezrozumiałe zjawiska przyrody dość swobodnie bywały wyjaśniane w mitycznych opowieściach. Jednak pytania najważniejsze – o wolna wolę i przeznaczenie, dobro i zło, życie i śmierć, uzyskać można było dopiero po dokonaniu dalekiej wyprawy w głąb znaczeń i w głąb własnej duszy. Wyprawa taka była pełna niebezpieczeństw, usidlając człowieka w nieustannej podróży, zaś powrót – jak u Odyseusza – nie wróżył już zastania takiej samej rzeczywistości, z jakiej się wyruszyło. W poszukiwaniu nowych znaczeń człowiek przechodzi bowiem niejeden most, który po przejściu ulega rozsypaniu. A każda nowa kraina wciąga w swój zupełnie nowy porządek, od którego można się uwolnić tylko szukając następnej wyspy. Podróż Odyseusza jest skokiem w ciemną przepaść, jest krokiem w absolutnie nieznaną przestrzeń. Ale jednocześnie staje się sensem jego życia.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mitologia jako szczególna ekspresja prawdy

03 paź

Karpacka mitologia miesza się z wiedzą archeologiczną – i chyba nie ma w tym nic złego, bo prawda historyczna zawsze swym rdzeniem osadzona jest w jakimś micie („Karpacka Troja” – osada z epoki brązu, rekonstrukcja w Trzcinicy).

 

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy zetknąłem się z grecką mitologią, byłem tymi opowieściami mocno zdegustowany. Wydały mi się nie tylko okrutne, ale nad wyraz perwersyjne. Odłożyłem wówczas książkę na półkę i dopiero po latach ponownie po nią sięgnąłem, mocno już zakurzoną, aby zupełnie inaczej wczytać się w losy greckich bogów i herosów. Trzeba tu bowiem przedrzeć się przez powłokę obrazu, aby odczytać właściwy przekaz treści. Weźmy dla przykładu opisanie dziejowych prapoczątków… Gaja rodzi Uranosa – to warstwa zewnętrzna obrazu. W jej podtekście można odczytywać: ze spraw przyziemnych (symbolizowanych przez Gaję) rodzi się niebo (Uranos). Niektóre wersje dodają, że z chaosu wraz z Gają wyłonił się Eros, więc przyziemnym sprawom od prapoczątków towarzyszyła sfera zmysłowego przyciągania. Symbolicznym oddzieleniem nieba od ziemi stał się gwałtowny spór Uranosa z Gają, zakończony zepchnięciem boga niebios do Tartaru.


Na samym początku tej opowieści dochodzi do mocnego zderzenia z obrazem, który odczytany dosłownie, może budzić zgorszenie. Otóż dowiadujemy się tu, że Uranos ma dzieci ze swoją matką Gają i kolejno pożera swe potomstwo, widząc w nim jedynie brzydotę i okrucieństwo. Jak wniknąć w sens tego odpychającego kazirodztwa, połączonego z kanibalizmem? Po pierwsze należałoby chyba odrzucić wszelkie konotacje biologiczne. Pożreć znaczy wchłonąć w siebie (co spotykamy potem np. w opowieści o pierwszej żonie Zeusa, która była przez męża „wchłonięta”, aby stanowić z nim jedno). Nie zapominajmy, że dzieci Uranosa zostają pożarte przez boga symbolizującego niebo, przestrzeń odległą i eteryczną, dzisiaj utożsamianą z pierwiastkiem duchowym. Brzydota dzieci to wyraz przepaści, jakie dzieli ludzką cielesność od pierwiastka duchowego, który je wchłonął w siebie… Tutaj właśnie występuje jeden z synów Uranosa – Kronos, który mści się na ojcu, pozbawiając go potencji. Czy to nie wyraz ludzkiego buntu przeciwko płodnemu pierwiastkowi ducha? Targnięcie się na ojca musi być brzemienne w skutkach – i jego samego taki los spotyka: chorobliwa podejrzliwość wobec dzieci, która prowadzi do pożerania ich kolejno, jedno po drugim, a także do śmierci z rąk własnego syna, którym jest Zeus. Bunt rodzi bunt, wystąpienie przeciw pierwiastkowi duchowemu rodzi sprzeciw wobec własnego ciała.


Zeus stoczył ciężki bój z gigantami, których pokonał za pomocą Heraklesa. Jako syn Kronosa i Rei stał się Zeus przedłużeniem fatum ojcobójstwa, jednak był to bóg o bardzo dwoistym obliczu – z jednej strony cechowała go pycha i bezwzględność, z drugiej – troska o ład i zachowanie moralnych praw wśród ludzi. Był to zarazem bóg niezwykle kochliwy, który wcielał się w różne postacie: łabędzia, byka lub złoty deszcz, aby incognito pieścić swe wybranki. A te, jak można było przypuszczać, zmieniał tak często, jak swoje nastroje, gdy np. ulegał gniewowi i piorunami wokół ciskał. Był to więc bóg paradoksu: zmienności losu i trwałości ładu. Przezwyciężył ojca Kronosa, który był dzikim buntownikiem wobec niebieskiej sfery Uranosa, ale sam do końca nie potrafił zaprowadzić pełnej harmonii. Czy w Zeusie nie znajdujemy archetypu człowieka stanowiącego gwarancję społecznego porządku, a jednocześnie raz po raz burzącego ten ład przez siebie ustanowiony? Znamienne są również kolejne zaślubiny Zeusa, którego wybrankami są kolejno: Metis (wcielona mądrość), Temida (bogini prawa), Eurynome (bogini piękna), Demeter (opiekunka pól i sadów), wreszcie Mnemozyna (bogini pamięci) i ostatnia żona – Hera (jego rodzona siostra). Czy wchodząc w te wszystkie związki, nie był Zeus wyrazem naszych cywilizacyjnych tęsknot i osiągnięć? Czy ślub z ostatnią małżonką, Herą nie stanowił ostatecznego zwrotu człowieka ku własnej tożsamości?

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Quo vadis, populus occidentalis?

01 paź

 

Szeroki Wierch w fazie wczesnego przebarwienia (brak przymrozków sprawia, że w tym roku barwy pojawiają się bardzo nieśmiało)

 

Na ile kierują nami popędy? Te aktywnie, które na bieżąco wysyłają impulsy o wiele szybsze niż myśli, i te stłumione, które – jak chciał Freud – generują inne pragnienia, frustracje i sublimacje. Innymi słowy: na ile każdy z nas jest PODMIOTEM swojego życia? Chwilami można dać się ponieść skrajnym koncepcjom – z jednej strony widzimy się jako istoty, które mogą nad wszystkim zapanować, z drugiej zaś strony zaczynamy każdy swój czyn usprawiedliwiać zwierzęcą naturą, zdeterminowaną przez szereg biologizmów. Taka dwoistość jest chyba szczególnie widoczna u współczesnego człowieka Zachodu (przy czym pojęcie „Zachodu” traktuję bardzo szeroko, bo przecież wszyscy korzystamy z dorobku i dobrobytu cywilizacji zachodniej). Ludzie żyjący np. w Azji, Afryce, czy Ameryce Południowej nie mają tych skłonności – towarzyszy im jakby większa pokora wobec swych możliwości, a zarazem traktują się jakby bardziej podmiotowo, nie rezygnując tak łatwo z walki duchowej.

 

Być może takie ogląd sprawy wynika z pewnej generalizacji, bo przecież na każdym kontynencie i w każdej cywilizacji spotkać możemy różne postawy życiowe. Jednak jest coś, co pozwala nam spojrzeć z lotu ptaka i ująć ten problem w kategoriach pewnych prawidłowości, jakie rysują się pod wpływem relacji społecznych i mentalności epoki postmodernizmu, w jakiej przyszło nam żyć. To „coś” wypływa z kilku zaistniałych czynników:

1) cywilizacyjnej eksplozji na poziomie społecznym, ekonomicznym i technicznym (eksplozji, nad którymi straciliśmy chyba panowanie, czyniąc z każdego poziomu rozwoju cel istniejący sam w sobie);

2) ułudy panowania nad światem (człowiek Zachodu nie tylko przyjął rolę „światowego strażnika pokoju”, ale poczuł szczególną misję, żeby całym dobrodziejstwem swej cywilizacji obdarować innych);

3) tragicznego rozdźwięku, jaki wyczuwamy między możliwościami ludzkości a znikomym znaczeniem jednostki (przy jednocześnie tak silnym indywidualizmie, że nie wyobrażamy już sobie postawy mrówki pracującej na rzecz mrowiska – jak to jest np. w społeczeństwie chińskim).


Zastanawiam się, czy wobec narastającego napięcia, jakie zachodzi na poziomie wspomnianych wyżej swoistości zachodniej cywilizacji, nie osiągnęliśmy już jakiegoś punktu krytycznego? Może stoimy tu przed problemem radykalnej atomizacji naszych społeczeństw, która już teraz przejawia się brakiem identyfikacji z własną grupą (wobec postępującej globalizacji coraz więcej mamy „obywateli świata” – różnej maści kosmopolitów, którzy nie są w stanie zakorzenić się na żadnym konkretnym gruncie, powierzchownie tylko muskając każdą kulturę i religię, bynajmniej niczego nie poszukując i traktując ten stan „bezdomności” jako sposób na życie). Oczywiście nie formułuję tu wobec nikogo jakichkolwiek zarzutów, bo wszyscy jesteśmy w jakiejś mierze ofiarami tak pojętej bezdomności. Otwierając szeroko okna i drzwi na cały świat, siłą rzeczy stoimy w nieustannych przeciągach, które wnoszą do naszego domu pył różnych kultur, religii, ideologii. Wielką niewiadomą jest dla mnie dalszy proces formowania się tej „globalnej wioski”, w której przyszło nam żyć, ale też wyczuwam w nim jakieś ważne wyzwanie do budowania płaszczyzny wzajemnej otwartości na siebie…

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii