RSS
 

Archiwum - Listopad, 2012

Nadzieja Inków i Azteków wobec końca cywilizacji…

28 lis

Cerkiew w Równi i znak solarny (archaiczny symbol słońca) nad jej drzwiami oraz analogiczny znak u Azteków 

 

Mityczny władca Inków nie mogąc pogodzić się z podejrzeniami, że syna mógł spłodzić ktoś inny (bo wyrosła mu broda, a to wśród Indian stanowiło rzadkość), wygnał go z królestwa. Jednak sam źle sprawował rządy, więc i on został przez poddanych wygnany. Gdy wrócił syn, Kuzi, lud obwołał go królem. Panował dla wszystkich łaskawie, a religię zogniskował na nowym wierzeniu w brodatego stwórcę świata, Wirakoczę. Wedle inkaskich podań, zanim jeszcze do wybrzeży dotarli Hiszpanie, na niebie ukazała się kometa, a Księżyc otaczał potrójny pierścień. Tak zrodziła się przepowiednia o mającym rychło przybyć Wirakoczy (imię boga znaczyło „biały pan”). Święte miasto nad Jeziorem Titicaca miało być wedle przekazów założone przez owego boga (zdaniem archeologów założył je jakiś lud obcego pochodzenia). Starożytne legendy głoszą, że protoplastą był starzec z białą brodą – łagodny i mądry, głoszący płomienne mowy wzywające do zaprzestania rozlewu krwi. Wprowadził zwyczaj spowiedzi, a w jego świątyniach odnajdywano później symbolikę, przywodzącą skojarzenia Trójcy Świętej: Pana, Syna i Brata – każdą z osób wpisaną w słoneczną tarczę (co ciekawe, solarne znaki były też wyrazem Boga wśród Prasłowian przyjmujących chrześcijaństwo i po dziś dzień zachowały się na odrzwiach starych cerkwi w Bieszczadach). Jednak dobry bóg Wirakocza (pierwszy misjonarz?) odpłynął na zachód, a jego wyznawcy zostali zabici. Wszystkie podania zgodnie głosiły, że odpływając obiecał wrócić…

 

  

Nieco inny, a jednak w zasadniczych kwestiach zbieżny, motyw znajdujemy w wierzeniach azteckich. Pierzasty wąż, będący wyobrażeniem Quetzalkoatla, pozwalał Aztekom panować nad innymi i żyć w dostatku. Nauczył też ich tajemniczych praktyk – m. in. precyzyjnego odmierzania czasu i obserwacji kosmosu. Toczył wojnę z bogiem ciemnej i zimnej północy oraz z bogiem gorącego południa. Quetzalkoatl był bogiem o białej skórze i przybył zza wschodniego oceanu. Zdecydowanie sprzeciwiał się składaniu ofiar z ludzi (praktykowanemu na południu) i wzywał do moralnej odnowy wobec nieuchronnej śmierci (utożsamianej z północą). Gdy poczuł, że ludzie są zbyt oporni w przyjmowaniu jego nauk, udał się za wielką wodę, aby złożyć się na stosie ofiarnym i wniknąć w czeluści Mictlanu (podziemnego świata śmierci, azteckiego piekła). Od tego czasu Indianie oczekiwali jego powrotu. Wierzono, że biały bóg światła, Quetzalkoatl, zrodzony był z dziewicy daleko na wschodzie – stamtąd też miał wrócić, aby odebrać zagrabione królestwo. Miały mu towarzyszyć istoty niebieskie (później utożsamiane ze zbrojnymi Hiszpanami), osadzone na czteronogich smokach (konie) i uzbrojone w błyskawice (broń palna). Gdy więc u meksykańskich wybrzeży pojawiła się flota hiszpańskiego konkwistadora Hernána Cortésa, Aztekowie nie mieli wątpliwości, że przybył sam Quetzalkoatl.

 

  

Czy przedstawione tu indiańskie mity są dowodem na transatlantycką łączność, jaka miała miejsce przed oficjalnym skolonizowaniem Ameryki? Czy stanowią jedynie późniejszą kompilację starożytnych legend i „nowej wiary” przywiezionej z Europy? A może też mają charakter swoistego proroctwa? Trudno dziś Hiszpanom przypisywać Boże posłannictwo. Konkwistadorzy pod wodzą Francisca Pizarra zaprosili inkaskiego władcę, Atahualpę na spotkanie – wraz z 5 tysiącami indiańskich dostojników. Spotkanie miało być pokojowe, więc Indianie przybyli bez broni. W czasie uczty zostali podstępnie przez Hiszpanów wymordowani. Oszczędzono tylko władcę – ale tylko po to, żeby wyłudzić od niego sześć ton złota i dwanaście ton srebra. Wódz również został zabity. Podobnie było z podbojem Azteków – Cortés uwięził przychylnie mu nastawionego wodza, Montezumę i stłumił azteckie powstanie. Nie wdając się jednak w historyczną ocenę tych faktów (czasami skrajnie interpretowanych), chciałbym raczej zatrzymać się nad pierwotnie zadanymi pytaniami. Czy w dawnych wierzeniach ukryte było jakieś duchowe przesłanie, które wprowadziło Amerykę w przestrzeń nowej nadziei? Nadziei budowanej ponad bezprawiem tego świata, tak często powołującego się na różne świętości – ale także tej nadziei, która odnosi się do prawdziwej wymowy krzyża. Czy to Hiszpanie przywiedli Indian do chrześcijańskiej wiary? A może wręcz odwrotnie – może to Indianie przekazali nam jakiś mocny sygnał nadziei, wbrew beznadziejnej przemocy tego świata?…

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pod ponckim Piłatem, czyli o dramacie biernego wycofania…

26 lis

Słynna lipa w Beniowej z bieszczadzkimi nagrobkami – po lewej Piłat i Jezus na obrazie Jacka Malczewskiego 

 

Wczorajsze rozważanie Ewangelii św. Jana, dotyczące sądu Piłata nad Jezusem, wychodzi niejako naprzeciw moim pytaniom, jakie sobie stawiam, odkąd tylko zacząłem świadomie czytać Pismo Święte. Wychowany w tradycyjnie jednoznacznym ukazaniu Piłata jako sprawcy krzyżowej śmierci, po zetknięciu z Ewangelią nie potrafiłem w tak jednoznaczny sposób tej postaci sklasyfikować. A nawet więcej – Piłat zaczął budzić we mnie jakąś wewnętrzną sympatię. Oczywiście dostrzegałem jego słabość Namiestnika: uwikłanie w struktury władzy tego świata, a tym samym poczucie wielkiej odpowiedzialności za każdą decyzję – przede wszystkim jednak odpowiedzialności przed majestatem swoich zwierzchników, nie sumienia…

 

Ale czy można powiedzieć, że Piłat sumienia był całkowicie pozbawiony? Gdyby tak było, z pewnością poszedłby na łatwiznę – cóż to dla niego, wydać szybki wyrok skazujący. Miałby wówczas zapewniony spokój i zyskałby większy poklask wśród narodu, nad którym przyszło mu sprawować namiestnikowską władzę. On jednak czuł swoje uwikłanie między wewnętrznym poczuciem prawdy i sprawiedliwości, a zewnętrznymi zależnościami, które zmuszony był uwzględniać dla zachowania swojej pozycji.

 

Każdy z nas nosi w sobie Piłata, bo też każdy w jakimś stopniu nieustannie poddawany jest próbie między wrażliwością sumienia, a władzą tego świata. Czasami tą władzę stanowi urzędnik, innym razem pracodawca, w jeszcze innej sytuacji może nią być nawet osoba duchowna. To jednak sumienie jest bezpośrednim lustrem Prawdy – szczególnie wtedy, gdy chodzi o czyjąś krzywdę, o osądzenie i skazanie brata. Dzisiaj są to zwykle skazania werbalne, a jednak wymagające czasem dużej odwagi, aby się im przeciwstawić. Tutaj za każdym razem powinniśmy przypominać sobie sytuację Piłata. On w końcu uległ pod naporem tłumu i potencjalnej groźbie ze strony własnych zwierzchników, sam jednak nie wydając wyroku. Umył ręce – zachował się jak większość dzisiejszych „widzów” publicznego linczu. Targało nim jednak sumienie, być może potem gorzko żałował swej bierności. I ja także nieraz jej żałowałem – dlatego właśnie potrafię z większym współczuciem patrzeć na Piłata, który jest dla mnie ważnym ostrzeżeniem, że oskarżenie może być także zawarte w biernym wycofaniu…

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Radykalne myślenie jako zaprzeczenie transcendentalnego charakteru dobra

21 lis

Bieszczadzcy licealiści na tle brzasku budzącego się, listopadowego dnia – nad doliną Ustrzyk Dolnych… 

 

Istnieją ludzie o wyraźnych inklinacjach do radykalnego, czy – jak kto woli – „rewolucyjnego” myślenia. Rozumują oni kategoriami „wszystko albo nic”, wierząc, iż człowiek (społeczeństwo, wspólnota, również Kościół) może sam się zbawić. Tacy ludzie, jak pisał Kołakowski, nie wierzą w żaden „czyściec”, tj. zakładają, że nie ma stanów pośrednich czy sytuacji przejściowych. Oczywiście myślenie „rewolucyjne” nie dotyczy tylko rewolucjonistów sensu stricto, lecz także ludzi nawiązujących do różnych tradycji. Przy czym ludzie ci często wywodzą się z przeciwstawnych względem siebie nurtów. Znajdujemy pośród nich radykalnych protestantów, katolickich integrystów, islamistów i wszelkiej maści fundamentalistów (choć ostatnie z określeń może należałoby potraktować z większym szacunkiem, bo fundament jako taki jest w świecie wartości sprawą niezwykle ważną).

 

W religijnej odmianie radykalnego podejścia do życia, między stanem łaski a stanem grzechu (prowadzącego nieuchronnie do potępienia) nie ma stanu pośredniego. Nie liczy się też dobro, któremu człowiek służy niejako poza swoją wiarą (lub zupełnie bez jakiejkolwiek wiary – jeśli w ogóle człowiek może bez wiary żyć). Wszelkie zaś zło, które pojawia się w obrębie bronionej doktryny, tłumaczone jest „koniecznością” – zupełnie tak, jak komuniści usprawiedliwiali wszystko pojęciem dialektyki. A przecież „dialektyczna logika” to najzwyklejszy brak logiki, czy np. „dialektyczne zwycięstwo” to po prostu maskowana porażka, zaklinana słowami i zatopiona w optymizmie ostatecznego zwycięstwa. Żądza rewolucyjnego odrodzenia człowieka jest bowiem ślepa na skazę grzechu pierworodnego – na wszelkie słabości ludzkiej natury…

 

To właśnie w tym sensie rewolucyjny radykalizm nie chce widzieć zła we własnym nurcie, dostrzegając je w sposób wyostrzony poza brzegami swej mętnej wody. Zło istnieje tylko na zewnątrz i tylko zewnętrzną skazą tłumaczyć można wszelkie niepowodzenia. Absolutyzacja dobra i zła w przestrzeni życia doczesnego staje się paliwem napędzającym dla każdego „rewolucyjnego” działania. Jest odwieczną pokusą oddzielania plew przed dojrzeniem ziarna. Ale jest także radykalnym zaprzeczeniem dobra o charakterze transcendentalnym. Neguje wartość miłosierdzia, odcinając korzeń wszelkiego istnienia od życiodajnej nadziei. Próbuje własnym ciałem podtrzymywać wzniesioną ku niebu wieżę religijnej lub ideologicznej iluzji. Ulega też panicznemu i permanentnemu lękowi o zachowanie własnej tożsamości, stwarzając sytuację totalnego zamknięcia na przepływ UFNOŚCI od człowieka ku jego Stwórcy i ŁASKI w kierunku odwrotnym.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W obronie myśli subiektywnej…

19 lis

  

Ilekroć człowiek koncentruje się na aktywności doraźnej, ulega iluzji „ukrycia”… Warsztaty prehistorycznego rękodzielnictwa w Trzcinicy.

 

Wdzięczny jestem Kartezjuszowi za podwaliny wątpienia, które stało się bramą do połączenia myśli z nadzieją. Pisał on, że „…istnieje zwodziciel – nie wiem, kto nim jest – wszechpotężny i najprzebieglejszy, który zawsze rozmyślnie mnie łudzi. Nie ma więc wątpliwości, że istnieję, skoro mnie łudzi! I niechajże mnie łudzi, ile tylko potrafi, tego jednak nigdy nie dokaże, abym był niczym dopóty, dopóki będę myślał sam, że kimś jestem.” Królestwo zakłamania kończy się tam, gdzie zaczyna się subiektywność – dodaje Józef Tischner. To stanowi dla mnie budujący punkt oparcia, że nie ja sam, i nie pierwszy, rangę myślenia subiektywnego ponad obiektywne opisanie świata podnoszę.

W samotności można jedynie ulegać iluzjom – tutaj mylić mnie mogą zmysły, bo kłamstwo staje się bezużyteczne. Jeśli sam przed sobą ukrywam prawdę, to i tak moje głębokie „ja” doskonale o tym wie. Samooszukiwanie się może mieć oczywiście miejsce, ale jest ono bardziej ukrywaniem się, niż okłamywaniem – na wzór naszych prarodziców, którzy ukryli się przed Bogiem, gdy spożyli zakazany owoc. Ukrycie to można odnieść do rozlicznych aktywności człowieka, w których skrywamy swoje lęki i pragnienia, swoje zagubienie i swoją niemoc. A gdzie jest królestwo kłamstwa? Kłamstwo może się zakorzenić tylko MIĘDZY osobami, nie inaczej. Kłamstwo pojawia się bowiem tam, gdzie iluzja podniesiona zostaje do rangi tezy, która aspiruje być prawdą obiektywną.

Dopóki jestem zgodny sam ze sobą, choćbym ulegał iluzjom, nie ponoszę winy za kłamstwo, bo w sposób uczciwy korzystam z tego, co zostało mi objawione. Lecz w każdej chwili mogę wkroczyć na drogę kłamstwa, gdy zacznę innych zmuszać do mojej subiektywnie objawionej rzeczywistości. Tu jednak muszę zatrzymać się nad słowem „subiektywny”, które przez wieki obciążono głębokim podejrzeniem. Subiektywność jest dla mnie wyrazem autentyczności, więc myśl o charakterze subiektywnym będzie mi bliższa prawdy, niż bezkrytycznie przyjęta teza, która utrwaliła się jako prawda obiektywna. Czy zatem jestem klasycznym relatywistą? Nie uważam się za takiego, bo musiałbym wówczas całkowicie zrezygnować z pojęcia Prawdy. A Jej możemy tylko „dotykać”, nikt za życia jej nie posiądzie.

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

11 listopada w Bieszczadach – i źródło poczucia jedności…

12 lis

Występy licealistów w Ustrzykach Dolnych stanowiły najwspanialszą oprawę Święta Niepodległości – była to niesamowita pantomima, obrazująca historię polskiej państwowości (wyrazy uznania za pomysł, wykonanie i całą atmosferę!)

            Święto tak różnie w historii i w polityce świętowane – 11 listopada. Pamiętam groteskowe sytuacje, gdy mój ojciec za komuny wywieszał flagę i natychmiast znajdowały się odpowiednie służby domagające się jej zdjęcia, grożąc konsekwencjami. Tata pokazywał wtedy dowód osobisty, na którym widniała autentyczna data urodzin: 11 listopada. Czy nie wolno już świętować własnych urodzin? – pytał ku zmieszaniu partyjnych służbistów. Pamiętam msze, na których szczególne wzruszenie wywoływał gremialny śpiew „Boże coś Polskę”, kończący się słowami „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie”… Dziś może się to komuś wydawać dziwne, że zwykła pieśń kościelna mogła nawet mężczyzn pobudzać do łez, ale było w tym coś tak podniosłego i wszystkich jednoczącego, że na ten czas komuna, jako system z pozoru nie do pokonania, nagle w cudowny sposób pękała, ukazując prawdę pierwotnego znaczenia tego słowa poprzez uwspólnienie świata we wzajemnym otwarciu na siebie.

I właśnie takiego „amicorum omnia communia” doświadczyłem dziś w czasie oglądania fascynującego spektaklu w wydaniu bieszczadzkich licealistów. Czuło się w tym przedstawieniu nie tylko artyzm wysokich lotów, ale również coś, co uskrzydlało przez emanację autentyczności (która zawsze towarzyszy młodości) i jedności, jaka tworzy się zawsze tam, gdzie człowiek zauważa człowieka, gdzie druga osoba nie stanowi jedynie pionka na szachownicy – ofiary cynicznych rozgrywek lub odwrotnie – źródła potencjalnego zagrożenia. Tutaj nawet rubaszne żarty nie mogą być przyczyną urazy, bo wiadomo, że przyświeca im serdeczna intencja. Powiem szczerze, że ani uroczyste msze i składanie wieńców pod pomnikami, ani żadne oficjalne akademie – nic tak silnie nie oddziałuje na mnie w budowaniu poczucia jedności narodowej, jak obserwacja młodzieży w takich właśnie, wspólnie aranżowanych dziełach. I nie piszę tego, bym miał dyskredytować podniosłe celebracje (które również są bardzo potrzebne), ale dlatego, że prawdziwa jedność narodowa rodzi się dopiero w spontanicznym przeżywaniu wspólnoty i jej historii.

Trzeba tu jeszcze dodać, że Bieszczady to ziemia szczególna. Tutaj dzika natura doskonale współbrzmi z pewnym dystansem do zgiełku cywilizacji i do chorób, które toczą naszą Rzeczpospolitą. Bieszczady od 1947 roku były zupełnie wyludnione i dopiero po wielu latach na nowo utworzyła się lokalna społeczność – z ludzi szukających sensu życia, autentyczności, ciszy, czasem po prostu uczciwej pracy – ludzi napływających tu z różnych regionów Polski, z różnych stanów i profesji, o różnym wykształceniu i pochodzeniu. Nikt tu nikogo nie pyta o przeszłość – ważne co nosi w sercu. Ustrzyki Dolne wróciły do Polski dopiero w 1951 roku, w wyniku tzw. „prostowania granic” przez Stalina (w zamian za węglonośne i urodzajne ziemie Sokalszczyzny). Być może właśnie tak ukształtowana społeczność dała szansę do wzajemnej współegzystencji na zasadach, które nie tylko umożliwiają właściwe przeżywanie Święta Niepodległości, ale także dają trwałe i jednoczące poczucie przynależności do polskiego państwa i narodu.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii