RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2012

2012 – światła postojowe, 2013 – światła awaryjne?

31 gru

Czy czeka nas chaos podobny do sytuacji ukraińskiej?… Ostra Hora na Ukrainie, widziana przez teleobiektyw z Tarnicy.

Jaki był dla mnie ten 2012 rok – w życiu osobistym i publicznym? Był czasem niepewności i rosnącego absurdu, obserwowanej wokół frustracji, chaosu i rozczarowań. Dotyczy to zarówno podwórka krajowego (cudowne rządy PO-PSL), jak i całej europejskiej piaskownicy, w której coraz bardziej doskwiera gorset biurokratycznych regulacji i pseudo-gospodarczych fiksacji. Normalność odeszła w siną dal – po zabraniu konia i pługa pozostało już tylko podtrzymywanie życia na kosztownych kroplówkach (dopłatach unijnych). Przemierzając rolniczy niegdyś krajobraz „ściany wschodniej”, co krok widzę stojące w polu piramidy balotów z siana, które nie zawędruje już do żadnej stodoły, bo nie ma zwierząt, które można by tym nakarmić.

 Podążając za iluzjami oświeceniowo pojmowanej nauki i społecznego optymizmu, coraz bardziej potwierdza się teza wysunięta przez Alberta Einsteina, że żyjemy w świecie „doskonałych środków i niejasnych celów”. Funkcjonalistyczne podejście do życia rozkłada rzeczywistość na czynniki pierwsze, by potem z powrotem ją złożyć jako bezduszny mechanizm, precyzyjnie spełniający oczekiwania bezmyślnego technokraty, lecz zamykający go na pytania podstawowe. W ten sposób zacieramy skutecznie granice między podmiotem a przedmiotem, wpisując człowieka w świat rzeczy i zjawisk. Zatracamy tożsamość naszych korzeni, pozwalając sobie narzucać zasady obcych nam kultur – w imię bezkrytycznej tolerancji zatracając resztki zdrowego rozsądku.

 Max Scheler pisał: „myślenie stało się liczeniem, a żywe ciało – częścią mechanizmu”. Dlatego człowiek musiał dokonać wyparcia ze swej świadomości pojęć nie mieszczących się w suchej empirii, bo nie mógł ich zmierzyć ani doświadczyć. Odrzucenie transcendencji musi prowadzić do odrzucenia pytań o sens i wartość życia. Zadowalamy się więc włączeniem krótkich świateł (albo wręcz świateł postojowych!) i wytyczania doraźnych celów: liczy się zbudowanie stadionów i autostrad (na dziś, bo jutro mogą się zawalić), cyfryzacja telewizji (a przy okazji zakneblowanie opozycji), organizacja hucznych imprez, takich jak Euro (a zaraz potem przymiarka do strefy euro). I przestaje być już ważny człowiek, niewygodne też stają się wyznawane dotąd wartości, które najskuteczniej dyskredytuje się przez charakterystyczne mosty skojarzeniowe: patriotyzm – nacjonalizm, wiara – fundamentalizm, wolność słowa – mowa nienawiści… I w ten sposób wchodzimy w epokę świetlanej przyszłości, w której pozostanie nam tylko …zjechanie na pobocze i włączenie świateł awaryjnych.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Boże Narodzenie jako akt rozsadzenia starych bukłaków

21 gru

Lipa pod cerkwią w Jałowem (k. Ustrzyk Dolnych) – drzewo od wieków symbolizujące osobę Maryi. Mimo trzaskających mrozów w delikatnych pąkach już teraz dostrzec można nadzieję nowego życia - kiedy łuski pękną, znowu pojawią się pierwsze liście…

Ontologiczna przeciwstawność bytu i nicości ma swoją alternatywę w Dobru i jego negacji. Dobro nie daje się jednak zamknąć w abstrakcji, nieustannie domagając się aktu wcielenia. Czytałem właśnie tekst Emmanuela Levinasa, który wskazywał na szczególną formułę starych modlitw żydowskich, zaczynających się od zwrotów do Boga na „Ty”, a kończących się na trzeciej osobie „On” – jakby po drodze zachodził jakiś proces transcendentalnego oddalenia wyrażonego w formie „ON”, co Levinas określał mianem „ONOŚCI”. Pomyślałem sobie przy tym, jak głęboka i niespełniona musiała być zawsze tęsknota Żydów za Bogiem, który w judaizmie występuje zawsze jako Pan świata, władający wszystkim niejako z „zaświatów”, niepoznawalny i niedotykalny Adonai. Nie chcę się kreować na znawcę judaizmu, dlatego wdzięczny będę za każdą poczynioną uwagę. Piszę wyłącznie o własnych odczuciach – po lekturze mojego ulubionego Levinasa, który przecież był Żydem.

Tajemnica Bożego Narodzenia jawi mi się tutaj jako odwrócenie formuły tej żydowskiej modlitwy. W doświadczeniu Adwentu zaczynamy niejako od zwrotu „On”, przechodząc przez mrok Tajemnicy, by z duchową wymową wigilijnej nocy wejść w nieoczekiwanie radosną relację „Ty”, gdzie niewyobrażalny dotąd Bóg objawia się nam w ludzkim obliczu Zbawiciela. A Słowo stało się Ciałem, czyli odwieczna tęsknota za osobowym Dobrem, przepowiadana mądrością proroków, postawiła przed nami żywą Arkę Przymierza, z której rodzi się Bóg – w pełni zjednoczony z Człowiekiem. Często na ten temat rozmawiałem z zaprzyjaźnionymi agnostykami czy ortodoksyjnymi Żydami – i chyba doskonale rozumiem ich obiekcje wobec chrześcijańskiej Tajemnicy Wcielenia. W moim odczuciu istota rozbieżności tkwi nie tyle w braku dobrej woli porozumienia, ale w głęboko zakorzenionej sferze wyobrażeń. A przecież trudno jest człowiekowi poruszać się po gruncie transcendentalnym bez podświadomych odniesień do życia doczesnego.

Problem przyjęcia tej Tajemnicy – zarówno przez religie monoteistyczne, islam i judaizm, jak również przez różne odmiany agnostycyzmu, polega – jak myślę – na ontologizacji naszego języka, w którym słowo „rodzi się” mogłoby w tym samym znaczeniu dotyczyć Boga co człowieka, a określenie „Syn Boży” przywodzi na myśl dziedziczoną sukcesję tronu oraz istotową odrębność Ojca i Syna. Stary bukłak pojęciowy tutaj pęka od młodego wina, którym jest zupełnie nowe pojęcie OSOBY. Bóg w trzech osobach? To musi rodzić podejrzenia o niedorzeczność lub politeizm. A jednak gdy wychodzimy poza klasycznie ukształtowaną pojęciowość, Bóg-Dobro okazuje się być zarówno Panem ponad wszelkim istnieniem (na wzór żydowskiego JHWH), jak również żywym RDZENIEM wszelkiego bytu, który nieustannie wzywa do wewnętrznej przemiany. Boże Narodzenie jest więc dla mnie czasem cudownego zespolenia tych dwóch aspektów duchowej percepcji Boga, jest radosnym pokonaniem przepaści!

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ukryty wymiar światła

19 gru


Rozbłysk wschodzącego słońca nad Ustrzykami…

W trakcie adwentowych medytacji, inspirowanych widokiem dzieci podążających z lampionami do kościoła, znowu zastanowiłem się nad symboliką roratniego światła, w którym jest nie tylko wymowa oczekiwania i rozświetlenia ciemności – znajduję tu również coś, co wiąże się wyłącznie z samym światłem. Kiedy zastanowić się nad paradoksem niewyobrażalnej bliskości i zarazem odczuwanej odległości (czy wręcz nieobecności) Boga, można wpaść na kilka obrazów: 1) własną TWARZ, którą dostrzec możemy wyłącznie w lustrze (lub przekonać się o jej obecności wpatrując się w twarz drugiego człowieka) – twarz jest tak bliska, że nie jesteśmy w stanie jej ujrzeć… 2) POWIETRZE, którym oddychamy – wypełnia każdy zakamarek naszego otoczenia, napełnia nasze płuca, krąży w krwiobiegu, ale nie daje się zobaczyć; i wreszcie 3) ŚWIATŁO, którego obecność stwierdzić możemy jedynie wtedy, gdy ono coś oświetli – lub gdy nas porazi.

Światła nie widać w ciemnej przestrzeni pozbawionej jakichkolwiek obiektów, ale już za każdym razem, kiedy w powietrzu unosi się kurz, powstaje wyraźny snop promieni. Światło nie jest też w stanie rozświetlić idealnej czerni, która pochłania wszystko (obraz skrajnego egoizmu?), ani też kosmosu, który przez swe odległości nie daje wielkich szans na jego odbicie (symbol zimnej obojętności i duchowej odległości?). Światło się nie narzuca, rzadko kiedy przybierając obraz sam w sobie – najczęściej tworzy obrazy poprzez odbicia w rzeczach i osobach: w świecie fizyki i międzyludzkich relacji. Nawet kolorowa tęcza jest ekspresją tego światła w miliardach kropelek wody. Świat jest wielobarwny – również ten świat naszych ludzkich spraw – i dopiero kolory dają jakby uzasadnienie czerni. Obecność zła (czerni) staje się jakby usprawiedliwiona przez obecność dobra – wielobarwnej, oświetlonej słońcem, natury człowieka (nie samo zło jest usprawiedliwione, lecz jego przejawy, które zostają jakby wkomponowane w obraz życia).

Wczoraj podziwialiśmy z dziećmi w trójwymiarowe obrazy, jakie powstają poprzez długie wpatrywanie się w specjalne kompozycje plam na kartce papieru. Kiedy przez dłuższą chwilę próbuje się patrzeć w kartkę tak, jakby się widziało coś w pewnej odległości poza jej płaszczyzną, powoli wyłania się przestrzeń. I właśnie ten moment wyłaniania się kształtów graniczy z cudem! To jakby akt stworzenia – lub odkrycie nieznanego wymiaru, niewidzialnej dotąd istoty… Tylko 10-letnia dziewczynka denerwowała się coraz bardziej, kiedy każdy z nas już coś widział, a ona wciąż pozostawała na poziomie chaotycznych plam. Myślę, że podobnie muszą się czuć ludzie „niewierzący”, którzy pragną wierzyć (znałem i znam takich). Ale przecież to nie fakt ujrzenia postaci staje się wiarą, lecz samo wypatrywanie tej nowej przestrzeni – podjęty wysiłek i ufność, że w końcu coś się musi pojawić, skoro inni to widzą. Myślę, że sporo jest na świecie osób, które nie widzą, a jednak się wpatrują – oni zapewne nawet nie wiedzą, jak głęboka jest ich wiara – z pewnością o wiele głębsza, niż tych, którzy wchodzą w przestrzeń za jednym spojrzeniem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii