RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2013

Od Chocimia po Targowicę – rozważanie w kontekście rocznicy powstania styczniowego

30 sty

Czy i ten dzisiejszy styczniowy świt przyniesie nam figę z makiem?…  Figowiec (figa karyjska) na moim oknie – w towarzystwie kaktusa.  Symbol? W każdym razie niezamierzony! ;)

Tak uroczyście świętujemy dziś okrągłą rocznicę wybuchu powstania styczniowego. A może powinniśmy się raczej skupić wokół jego upadku? Czy to nie on w tak bolesny sposób daje do myślenia nad przyczyną naszych wszystkich narodowych klęsk?… Dlaczego w tak krótkim czasie po wielkiej wiktorii wiedeńskiej w 1683 roku (w dziesięć lat po równie spektakularnej wygranej pod Chocimiem) doszło do rozkładu Rzeczypospolitej? Wszak już w trzy lata później zawarty został bardzo niekorzystny pokój z Rosją, na mocy którego Polska zrzekła się Kijowa i Smoleńska. Rosja prowadziła wojnę ze Szwecją, umiejętnie wikłając w to Polskę – poprzez obietnice złożone Augustowi II Mocnemu (Sasowi wybranemu na króla w 1697 roku). Pomimo, że w siedem lat później prawomocnie wybrany został na tron, popierany przez Szwedów, Stanisław Leszczyński, szlachta bardzo łatwo dała się podzielić na dwa wrogie obozy, wchodzące ze sobą w ostry konflikt – nie tylko polityczny, ale i zbrojny.

Pierwszy traktat trzech „czarnych orłów” wymierzony przeciwko Polsce miał miejsce już w 1733 roku, kiedy to Rosja, Prusy i Austria jednoznacznie wykluczyły możliwość dalszego panowania elekcyjnie wybranego króla, Stanisława Leszczyńskiego. I choć ten został wybrany zdecydowaną większością głosów, obce mocarstwa jednocześnie wypromowały Augusta III (syna Augusta II). Po interwencji wojsk rosyjskich król Leszczyński został zmuszony do ucieczki i abdykacji. Czartoryscy próbowali jeszcze w 1763 roku (znamienna data – na sto lat przed kolejnym rozpaczliwym zrywem) ostatniej deski ratunku – dokonania zamachu stanu, a w rok później wprowadzenia radykalnych reform na sejmie konwokacyjnym. Spotkali się jednak z ostrym sprzeciwem konfederacji radomskiej, którą w 1767 roku, z inicjatywy Rosji, zwołali Radziwiłlowie. Oczywiście pretekstem była obrona swobód szlacheckich – tych samych, które w umiejętny sposób z zewnątrz podsycane, stały się w kilka lat później oficjalnym pretekstem pierwszego rozbioru, mającego gwarantować porządek wobec szalejącej anarchii.

Panowanie Stanisława Augusta Poniatowskiego (od 1764 roku) było już tylko równią pochyłą. Co prawda myśl oświeceniowa mogła wówczas w Polsce mocno rozbłysnąć, a sztuka i architektura rozwijały się jak nigdy dotąd, może to właśnie ów artystyczno-intelektualny zwrot okazał się gwoździem do trumny, bo przyspieszył tylko ostateczny rozkład nastrojów patriotycznych. Nie pomógł już nawet ostatni zryw wolności w postaci konfederacji barskiej. Targowica definitywnie zdusiła nadzieje na zachowanie niepodległości – a wszystko w imię szlacheckiej „złotej wolności” – struny, na której tak umiejętnie grała Rosja, doprowadzając wkrótce do I rozbioru (1772), zatwierdzonego przez sejm w 1773 roku (ironia dat „trójkowych?” – od zwycięstwa pod Chocimiem aż po styczniowe powstanie: 1673-1683-1733-1763-1773-1863). Wiemy jak przebiegało ostatnie z wielkich powstań w dobie zaborów – ile w nim było wzajemnych waśni, pomówień i uprzedzeń… Czy jako naród, jak żaden inny skłonny do autoagresji, nie dajemy się nadal w podobny sposób rozgrywać?…

***

PS. Intencją tego tekstu nie jest podważanie wartości powstania styczniowego – nie jestem historykiem, więc nie mogę uczynić tu fachowej analizy zdarzeń. Ponadto jestem świadom, że wartości heroizmu nie da się mierzyć przez stosowanie pragmatycznego kryterium skuteczności. Zamiarem moim nie była również ocena jakichkolwiek historycznych postaci, które działały przecież w tak skomplikowanym układzie uwarunkowań, że nie sposób jednoznacznie interpretować ich postaw. Jedynym przyczynkiem do napisania tej refleksji jest zwykła próba pochylenia się nad źródłem i naturą naszych narodowych problemów.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oswojenie i przyswojenie – dwie strony jednego medalu…

24 sty

Wrogość czy otwartość? Alienacja czy oswajanie?… Rzeźby bieszczadzkiego artysty pod Połoniną Caryńską

Co dla człowieka jest stanem bardziej pierwotnym: poczucie wyobcowania czy swojskości? Patrząc na świat z perspektywy dziecka, wszystko jakby od samego początku jest bliskie i przyjazne. Dopiero pierwsze zderzenie ze światem zewnętrznym przynosi doświadczenie zimna i wrogości. Pełne poczucie stanu alienacji przychodzi po opuszczeniu gniazda, ewentualnie w czasie dojrzewania, kiedy w sposób naturalny narasta w młodym człowieku dystans do najbliższego otoczenia… Spoglądając jednak na ów problem od strony człowieka dojrzałego, to właśnie alienacja w każdej sytuacji staje się punktem wyjścia do poszukiwania bliskiej relacyjności z otoczeniem. Oswajanie zewnętrznych bytów, osób i fenomenów staje się wyzwaniem i przełamywaniem wewnętrznych barier wobec tego, co zdaje się być obce i wrogie. Za każdym razem mogę wchodzić w nieznaną mi przestrzeń na dwa sposoby: jako ZDOBYWCA i jako PIELGRZYM.

Zdobywcą jestem wtedy, gdy nie potrafię w sobie przezwyciężyć lęków i wrogości wobec tego, co zewnętrzne. Wówczas nawet przejmując nad kimś władzę, nie przyswajam go sobie w kategoriach rzeczywistości wewnętrznej – pokonany wróg zawsze będzie potencjalnym agresorem. Taki stan prowadzi do nieustannego napięcia, podejrzliwości i zbrojenia się wobec ewentualnego ataku. Sposobem zabezpieczenia będzie kopanie fosy i wznoszenie murów – stwarzanie sytuacji radykalnego oddzielenia, które prowokuje wroga do agresji, bo tylko ona daje mu możliwość wejścia ze mną w jakikolwiek kontakt, tylko ona jest drogą konfrontacji z moim światem wartości. W ten sposób sami kreujemy relacje oparte na przemocy, wpisujące się w zewnętrznie pojmowany zysk, zawsze utożsamiany z łupem. Zdobywca będzie jednak musiał zawsze dźwigać jarzmo utrzymania swych zdobyczy, bo nigdy nie zostanie przez zwyciężonych zaakceptowany jako ktoś bliski.

Diametralnie odmienną postawą jest przyjęcie postawy pielgrzyma, który ma świadomość, że stąpa po nieswojej ziemi, ale czyni to zawsze z szacunkiem dla jej właściciela. Ponadto zawsze wyraża gotowość przyswajania sobie „dzikiej” natury tejże ziemi poprzez dążenie do zrozumienia zasad, wedle których ona funkcjonuje. I w takiej sytuacji relacja jest obustronna – postawa PRZYSWAJANIA spotyka się z odpowiedzią OSWAJANIA – pozornie wroga „terra incognita” okazuje się być zaciekawiona obcym przybyszem. Przykładem jest historyczna wizyta św. Franciszka na ziemi sułtana Al-Kamila, gdzie wyznanie wiary w Chrystusa szło w parze z wiarą w człowieka, powszechnie uznawanego za śmiertelnego wroga. Świat potrzebuje dziś jak nigdy jednoznaczności, ale też w równym stopniu potrzebuje otwartej postawy przyswojenia sobie tego, co obce – nie po to, aby wszystko bezkrytycznie akceptować, ale po to, by zawsze oddzielać bliskość człowieka od dystansu wobec zła.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cud w Jarosławiu – odczytanie znaków i wymowa „przejrzystości”

22 sty

Cudem może być Księżyc zawieszony nad górami, albo postać dostrzeżona w drzewie – wszystko jednak zachodzi w samej głębi człowieka…

Kilkanaście dni temu w Jarosławiu, w bazylice Ojców Dominikanów, wydarzyło się coś, co natychmiast okrzyknięto cudem: ze starej, 600-letniej piety, umieszczonej w głównym ołtarzu, na oczach modlących się wiernych odpadły dwie, niezależnie umocowane korony. Próbowano różnie odczytywać ten znak: jedni uznali go jako wezwanie do odnowienia starych figur, inni widzieli w nim przestrogę.  Jeszcze inni dopatrywali się w tym jakiegoś kuglarstwa. Czy we wszystkim można odczytywać znaki? W moim odczuciu tak – niezależnie od tego, czy zjawisko ma postać naturalną, czy zdaje się nam być nadnaturalnego pochodzenia – znak powstaje z chwilą zatrzymania się nad czymś w taki sposób, że wymowa przedmiotu służy jako kanwa do budowania głębszych znaczeń.

Powyżej zamieściłem fotografię buka, którego spotkałem w drodze na Połoninę Wetlińską – drzewo, w którym nagle ujrzałem wyraźną postać Maryi z Dzieciątkiem. Wyłowienie kształtów z pnia wcale nie musi się wiązać z jakimś nadprzyrodzonym zjawiskiem – cud zachodzi w sercu z chwilą duchowej przemiany, jaka dane zdarzenie wywołuje. Zachodzi teraz pytanie, czy możliwe jest określanie uniwersalnej czytelności znaków? Tutaj miałbym duże wątpliwości. Każdy z nas dysponuje innym poziomem wrażliwości, inaczej też interpretuje rzeczywistość z uwagi na odmienności, jakie cechują naszą mentalność. Nie znaczy to jednak, że skłaniam się ku całkowicie relatywistycznej koncepcji odczytywania znaków i symboli – wręcz przeciwnie: uważam, że właśnie takie zróżnicowane podejście do ich przyjmowania jest gwarancją pełnego odziaływania tych treści w życiu całych społeczności. Wracając do wspomnianej sytuacji, nie będę tu kwestionował żadnego odczytania owego cudu, nie chcę też polemizować z oceną autentyczności owego wydarzenia – napiszę tylko, jak osobiście to odbieram.

Głównym atrybutem Maryi jest dla mnie jej pokora wobec woli Bożej i swoista „przezroczystość”. Kiedy Maryja pojawia się na stronicach Biblii, to tylko w kontekście swego Syna. Nauka, jaką od Niej czerpię osobiście, sprowadza się przede wszystkim do umiejętności pomijania swego „ja” – to właśnie jest owa postawa przezroczystości. Polega ona na tym, że wychodzące ze mnie (a raczej: przechodzące przeze mnie) dobro, pragnę czynić dobrem wspólnym. Prawdziwa świętość nigdy nie zatrzymuje uwagi na sobie – zawsze odsyła dalej: pomagając znaleźć dobro w drugim człowieku i wskazując Boga, jako Źródło wszelkiej dobroci. Taką przezroczystość porównać można do czystej szyby, przez którą widać świat, widać drugiego człowieka – jest ona przeciwieństwem lustra, w którym zawsze odbija się narcystyczny zachwyt nad sobą …lub niechęć do samego siebie. Moim odczytaniem jarosławskiego znaku jest więc przesłanie: świętość nie potrzebuje żadnych koron, bo ona jest zawsze BLISKOŚCIĄ w przejrzystości, nie królewskim panowaniem.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

INDYWIDUALIZM – cecha zachodniej kultury czy narcystyczna patologia?

21 sty

Buki okaleczone przez dawny wypas (w tzw. buczynie pastwiskowej) – stoki Tarnicy

Film dokumentalny „XRonix” pokazuje młodego człowieka, który postawił sobie za cel stworzenie siebie na nowo – ale nie w jakimś sensie intelektualnym czy duchowym, lecz czysto fizycznym, przez coraz to bardziej wymyślne formy okaleczania się:
http://www.iplex.pl/filmy/xronix,7496
  Zaczynał od popularnego już dziś piercingu i tatuaży, kończąc na modelowaniu uszu, czoła (wstawianie sobie rogów!), a nawet tatuowaniu gałek ocznych. Wszystko po to, aby – jak mówi sam bohater filmu – stać się kimś, kto już nie przypomina człowieka. Można w tym odczytać formę autoagresji wobec własnego wizerunku, ale można też znaleźć jakąś postać współczesnego narcyzmu.

Autor filmu pokazał swego bohatera w kontekście jego życia rodzinnego – i jest to zabieg dość istotny, gdyż pozwala lepiej wniknąć w naturę i przyczyny tego szokującego zjawiska. Ktoś mógłby snuć wizje, że człowiek ten musi wywodzić się ze zwyrodniałych środowisk, że w życiu musiał zaznać wiele zła. Nic podobnego – żyje w ciepłej rodzinie, gdzie może liczyć na wsparcie ze strony matki, babci i brata, którzy nie tylko niczym nie odbiegają od przeciętnej polskiej rodziny, ale którzy wykazują nawet nadprzeciętny poziom wrażliwości. Jakimś istotnym źródłem zranienia mogło być odejście ojca (wątek nie był w filmie rozwinięty, ale między słowami można wnioskować, że pozostawił na chłopcach trwały ślad). Skąd więc ta skłonność do samookaleczeń? Czy aranżowany w filmie performance z zawieszaniem ciała na hakach wbijanych w skórę to rodzaj masochizmu czy czegoś więcej? 

 Myślę, że problem jest znacznie szerszy, dotyczący już nie tylko okaleczania własnego ciała i ekstrawaganckiego wyglądu. Widzę w tym chorobę, jaka toczy społeczeństwa Zachodu, w których indywidualizm został podniesiony do rangi boga. Gdy ktoś przestaje być oryginalny, to znaczy, że go nie ma. Obecne jest tu również uzależnienie od postrzegania siebie oczyma innych – od wrażenia, jakie mogę na innych zrobić i od potrzeby nieustannego wzbudzania wokół siebie kontrowersji. To krzyk człowieka do człowieka: „zauważ mnie!, bez względu na to, jak mnie postrzegasz, lepsze to, niż skazanie na anonimową obojętność”. Tak przynajmniej osobiście odbieram ten „manifest” szokującego wyglądu i zachowania. Pewnie kryje się też za tym jakieś wewnętrzne zagubienie, sprowadzające potrzebę kreatywności do czysto zewnętrznych form zaistnienia.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tolkien i alegoria walki duchowej

14 sty

Frodo i Gollum przy schronie pod połoniną Szerokiego Wierchu

„Powrót króla”, ostatni tom „Władcy Pierścieni”, stanowi wyraźne odniesienie do istoty duchowego zniewolenia, które przejawia się w bardzo różnych postaciach – innej u czarodzieja Sarumana (gdzie dominuje pycha), innej u orków (uosobienia przemocy), a jeszcze innej u Golluma (przejawiającego postać wewnętrznej walki, w której ściera się pragnienie odzyskania swej dawno utraconej, dobrej natury z przemożną żądzą władzy). Czasami opętanie złem przejawia się jako dzikie i zupełnie bezmyślne bestialstwo, innym razem – jako przerażające poczucie winy, która przez raz podjęty wybór zła każe być na tej drodze konsekwentnym. W każdym jednak przypadku stan potępienia płynie jedynie z własnej WOLI i wiąże się z potworną samotnością, w której osoba postrzega świat zewnętrzny jako nieustanne źródło zagrożenia.

Podstawą każdej pokusy jest zasianie ziarna nieufności. Saruman, otoczony przez drużynę Gandalfa, stara się więc włożyć klin podejrzliwości między dobrego czarodzieja a jego kompanów. Podobnie Gollum knuje misterną intrygę, która ma zniszczyć zaufanie Froda do jego przyjaciela Sama. Ufność jest zawsze wyrazem NADZIEI – cnoty, która ginie ostatnia. Bez nadziei, jak utrzymują niektórzy teolodzy, człowiek jest niezdolny do życia – musi nosić w sobie choćby jej iskierkę, aby mógł się otworzyć na swoją przyszłość, aby mógł płynąć w czasie. Może dlatego wpisani jesteśmy w poczucie przemijalności i ogołocenie śmierci, że własną nadzieję uczyniliśmy przestrzenią wyczerpywalną? Ulegając podszeptom biblijnego węża, pozwoliliśmy zniszczyć w sobie ufność do Stworzyciela – odtąd nadzieja stała się „towarem deficytowym”, wiązanym z wartościami przemijającymi…

Pisałem wcześniej przy temacie Tolkienowskiej metafory o pierścieniu, jako alegorii żądzy władzy. Tym razem chciałbym się skupić na jeszcze jednym kluczowym obrazie – jest nim kula Sarumana, w której ukazują się zarówno fakty, jak też pojawia się złowrogie oko Saurona. Kiedy niziołek Pepin z czystej ciekawości wpatruje się w tę kulę, widzi w niej przyszłość – być może też widzi to, co ukryte w sercach innych, ale tym samym otwiera się przed nim bezmiar zła, które go przenika i niemal do śmierci doprowadza. I właśnie tutaj znajduję pewną zbieżność między kulą a pierścieniem – oko widzi tylko wtedy, gdy ktoś nakłada pierścień (atrybut żądzy władzy) lub sięga po kulę (atrybut żądzy wiedzy). Dlaczego wyrzekając się WŁADZY i WIEDZY człowiek jest poza zasięgiem zła? Bo chroni go płaszcz UFNOŚCI. Ten „płaszcz” pozwala Frodowi stawić czoła mrocznym siłom zła – orkom (symbolizującym bestialstwo) i pająkom (obrazującym własne lęki) – zdarty jednak zostaje w obliczu konieczności całkowitego zawierzenia, gdy już nieodwołalnie trzeba rzucić pierścień w otchłań wulkanu. Tutaj Frodo ulega własnej słabości – ratuje go przed nim samym jego przyjaciel. W moim odczuciu jest to również obraz, że świętości nie można osiągnąć samodzielnie, bo jej istotą jest troska o drugiego i …zawierzenie drugiemu.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ogołocenie „ubogich w duchu”

11 sty

Widok z Połoniny Wetlińskiej na Caryńską…

„Ubodzy w duchu” to ludzie, którzy każdego dnia na nowo są w stanie się zobaczyć w duchowej „nagości” – w ogołoceniu ze wszelkich WŁASNYCH możliwości, przyodziani jedynie w to, co tu i teraz otrzymują od Pana. Ale też każdy dar przyjmują tak, jakby go mieli w dowolnej chwili bez żalu zwrócić. To rzecz niezwykle ważna, bo u człowieka tak łatwo o przywłaszczenie sobie każdego prezentu jako „żelaznej własności”. Piękną ilustracją takiej postawy jest sposób życia niektórych plemion afrykańskich, gdzie nie obserwuje się problemu kradzieży, bo każdy nieużywany w danej chwili przedmiot jest potencjalną własnością potrzebującego. Oczywiście pojęcie „własność” funkcjonuje tu w ujęciu doraźnym – coś jest moje tylko dopóty, dopóki tego używam.

 W naszym życiu wszystko jest DANE (a przez to w jakiś sposób również „zadane”). I dotyczy to nie tylko przedmiotów, ale także relacji, jakie mnie łączą z innymi. Przyjaciel może się ode mnie odwrócić (bo np. źle zrozumie moje intencje), żona może mnie opuścić (obojętnie czy w wymiarze duchowym, czy fizycznym), dzieci mogą o mnie zapomnieć (choć jest to wielki ból, nie można ich przecież uwiązać – nawet presją emocjonalną). Wszystko, co mnie otacza, może być źródłem szczęścia, ale też wszystko chcę przyjmować wyłącznie jako DAR, który kiedyś będę musiał odstawić na bok…

 Najgłębszą nauką takiej postawy jest świadoma kenoza Chrystusa, który potrafił czerpać szczęście z rzeczy i sytuacji Go otaczających, a jednak gdy świat dopomniał się o „swoje”, potrafił to wszystko oddać. W milczeniu przyjął oskarżenia, jakoby miał fałszywie ogłosić się prorokiem, bez szemrania też pozwolił na potraktowanie siebie jak bezużyteczny przedmiot. W chwili totalnego ogołocenia pozostaje już tylko nadzieja, która jest jak Matka – wiernie obecna przy samotności narodzin i śmierci. To ona podpowiada, że nic tu na ziemi nie ma wymiaru ostatecznego, że sens przemijania jest ukryty. Dopiero wtedy można przezwyciężyć w sobie ogromny żal i lęk, który niszczy moją relację z Bogiem. Bo pierwotna formuła wężowej pokusy wciąż jest żywotna: „Bóg jest zakłamany i zachłanny – chce wszystko dla siebie”. Dając posłuch tym słowom (obojętnie, czy na gruncie metafizyki czy metaforycznie pojmowanej idei), człowiek obraca swe ogołocenie w wielką przegraną, bo zamyka oczy na to, co jest najskuteczniejszą drogą do szczęścia – na możliwość powrotu do dziecięcej ufności.

 

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Postawa TRZECH MĘDRCÓW – poKRZYŻowanie ludzkich planów

06 sty

Góra Mały Król w Ustrzykach Dolnych – dzisiejsze zjawisko cudownie oblodzonych gałęzi (które przy najmniejszym wietrze powodowały jakby delikatny brzęk szkła) pobudzało wyobraźnię, że to faktycznie Trzej Królowie przynieśli w darze tak wielkie bogactwo krzyształów…

Trzej mędrcy, zmierzający do Betlejem z tajemniczego Wschodu, są postaciami niezwykle zagadkowymi. Niewiele o nich wiemy, jednak Ewangelie odsłaniają nam coś ważnego – z pewnością zdumiewa fakt złożenia darów wobec ubogiej Rodziny, pokłonienia się przed Dzieckiem urodzonym w tak podłych okolicznościach. Ale dziś zaintrygował mnie szczegół, który zwykle umykał mojej uwadze: magowie obrali drogę powrotą inną, niż planowali: „A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.” (Mt 2.12) Pokazuje to, że mędrcy nie ufali swej mądrości, ale wyraźnie pozwalali się prowadzić, choć pewnie mieli inne wyobrażenia o Dzieciątku, którego szukali, inaczej też rozplanowali swą podróż…  Tak wiele rzeczy w szczegółach próbuję planować, przywiązując się do tych planów jak do istniejącej już rzeczywistości. Tym boleśniej przeżywam każdą sytuację, która staje mi na przeszkodzie w realizacji wytyczonych celów.

Czasem konieczność gwałtownej zmiany planów wywołuje mój gniew lub lęk – nie zakładam, że to sam Bóg może pokrzyżować moje plany. Pokrzyżować, czyli wpisać je w KRZYŻ. To nie tylko gra słów – to prawda pozwalająca inaczej patrzeć na przyszłość. Dzięki niej mogę uwolnić się od ciężaru planowania, wyjść ze skomplikowanego labiryntu skrupulatnie planowanych zamierzeń. Owocem takiego pokrzyżowania planów staje się czasem zadziwiające objawienie zupełnie nowych horyzontów. Otwiera się wówczas przede mną droga, o jakiej wcześniej nawet nie marzyłem. W swoim życiu doświadczyłem czegoś takiego kilkakroć, w sposób nader fascynujący! Innym razem owocem jest samo ogołocenie człowieka z przywiązań do własnego „ja”, a zatem uwolnienie od lęku utraty czegoś, co w moim odczuciu posiadam lub co według mnie jest mi „należne”. Ale oddanie swoich planów to ogołocenie się z poczucia bezpieczeństwa. Dzisiaj Benedykt XVI mówił, że również trzej mędrcy, oddając pokłon w Betlejem, narazili się na drwiny…

Ewangeliczny chłopiec, który oddał swe ostatnie dwie ryby i pięć chlebów (J 6,9), nie mógł przewidzieć, że posłużą one do cudownej przemiany (obojętnie czy była to cudowna przemiana materii, czy przemiana serc ludzi, którzy – jak to się czasem komentuje – wyciągnęli również swoje zapasy i tym sposobem uwolnili się od przywiązania do własnego zabezpieczenia). Podobnie kobieta z dzieckiem oddaje Eliaszowi ostatnie resztki swej mąki, choć ma na wyżywieniu małe dziecko (1 Krl 17,8), ale i tutaj następuje cudowna przemiana – najpierw serca, a potem materii… Matka Terasa z Kalkuty, jako młoda jeszcze siostra, wystąpiła z klasztoru Loretanek – rozdając to co posiadała ubogim, po ludzku skazywała się na śmierć głodową. Ufność tej świętej kobiety Bóg przemienił w wielkie dzieło. Musiała tylko przestać planować po swojemu. Chrystus sam wyzbył się wszelkich zabezpieczeń – ogołocił się do absolutnej bezbronności, abyśmy mogli ujrzeć Boga jako czyste Dobro, którego nie należy się bać. Być może takim ujrzeli Go również owi trzej mędrcy…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Między DOBREM a światem MOCY – Tolkienowski obraz walki duchowej

02 sty

 

Gollum w Bieszczadach ;)

„Władca pieścieni” Tolkiena jest powieścią, która rozwija przed nami interesującą metaforykę etycznego problemu zła. Motywem jest pierścień, który stanowi uprzedmiotowienie MOCY (tu niech znawcy Tolkiena wybaczą mi wszelkie dyletanctwo w temacie, bo nie jestem specjalnym miłośnikiem tego gatunku literatury). Ten, kto aktualnie znajduje się w posiadaniu owego pierścienia, ma władzę nad innymi, ale też nieustannie podlega przemożnej pokusie wykorzystania tej władzy do meblowania świata innym. Stary mędrzec, Gandalf, w odpowiedzi na gest zawierzenia mu tegoż pierścienia, odmawia jego przyjęcia, tłumacząc: „użyłbym go dla czynienia dobra, ale wówczas on wyzwoliłby we mnie niewyobrażalnie złe moce”. Czuję, że przemawia tu do nas odwieczna mądrość wobec słabej natury człowieka, który nosi w sobie równie duży potencjał dobrych intencji, co złych skłonności. Potencjał ów zostaje uwolniony z chwilą, gdy odrzucamy ufność, zaczynając się zbroić w moc (jakkolwiek by ją tutaj nie rozumieć, bo wejście w strefę pierścienia staje się rezygnacją z własnej bezbronności). Tolkien wskazuje więc na potencjalne zło, jakie może zostać uruchomione w człowieku – nawet z dobrych intencji – gdy tylko zyska on poczucie swej mocy. Bo w ludzkim wymiarze istnienia moc zawsze będzie sprzeciwiała się dobru.

 Czarodziej Saruman, który przeszedł na stronę zła, w starciu z Gandalfem wypowiada słowa: „Mogłeś mi pomagać dobrowolnie, ale wybrałeś drogę cierpienia”. Odrzucenie mocy za każdym razem prowadzi w jakimś sensie do wystawienia się na zranienie, a nawet śmierć. Ale właśnie dlatego jest to akt pełnej wolności – zdecydowanie większej od dysponowania mocą, która w istocie zawsze okazuje się niewolą i przemijającą marnością. Kiedy główny bohater powieści, Frodo, wkłada pierścień (a czyni to tylko w wyjątkowych sytuacjach, by uwolnić się ze szponów przemocy), udaje mu się na moment zniknąć poprzez wejście w jakiś obcy mu wymiar świata, gdzie rządzi totalne zło – czyni to z wielkimi oporami, cierpiąc tym samym w całkowitym osamotnieniu. Tam właśnie, w odbierającej wszelką nadzieję groźbie Saurona (osobowego zła), otrzymuje przesłanie: „nie ukryjesz się w próżni, tu nie ma życia – jest tylko śmierć”. To również podstawowa groźba zła w wymiarze egzystencjalnym – zła drzemiącego w każdej mocy. Za każdym razem wybierając bezbronne dobro, skazujemy się w jakimś sensie na unicestwienie. Przeciw takiej wizji stanąć już może tylko nadzieja i wiara, zatopiona w miłości. Nadzieja ostatecznego przezwyciężenia nocy i wiara w nieśmiertelność zawsze cichego dobra.

Podstawowym dylematem zawsze pozostanie dla nas pytanie: czy i na ile człowiek może uciekać się do „pierścienia mocy”? Czy można zakładać ów pierścień „na chwilę”, narażając się na tymczasowe wejście w strefę zła, za cenę ocalenia dobra? I kiedy można to uczynić, aby nie poddać się pokusie wejścia w świat mocy i przemocy? Czy istnieje moc usprawiedliwiona – a jeśli tak, to co jest w stanie ją usprawiedliwić? A może powinniśmy wszechobecnej mocy zawsze przeciwstawiać swą bezbronność?… Elfini, która pragnie za wszelką cenę ocalić Froda, w chwili krytycznej wypowiada słowa: „łaska, którą mi dano, niechaj na ciebie spłynie”. Dobro potrafi ocalić inne dobro (a zarazem siebie) właśnie w determinacji samoofiarowania. I odwrotnie – tam, gdzie człowiek chce ocalić siebie za wszelką cenę, prędzej czy później staje się odrażającym i bezwolnym upiorem. Nie może on przejść bramy życia, bo całą swą nadzieję wiąże z dobrami przemijającymi – musi więc zostać po ich stronie, skazując się na wieczną iluzję… Kiedy jeden z wojów trzyma w ręku pierścień, snuje nad nim refleksję: „znosimy męki i trudy dla czegoś tak małego…” Świat mocy w istocie jawi się tu jako najlichsza forma bycia, granicząca z nicością. Zaślepiony wizją posiadania pierścienia Gollum staje się uosobieniem ludzi, którzy przeżywają w sobie nieustanne katusze rozdarcia między pożądaniem a nienawiścią mocy. Taka dwoistość każe mu mieć w nienawiści samego siebie, a także każdego, kto w jakikolwiek sposób związany jest z istnieniem pierścienia. Skazany jest na palącą go od wewnątrz samotność. Zupełnie innego rodzaju osamotnienie przeżywa Frodo, który przedzierać się musi przez pożądania innych i przez mimowolnie rosnącą do nich nieufność. Stan ten doskonale ujmują słowa elfini: „jesteś powiernikiem pierścienia, a kto go niesie, musi być sam”. Wyrzekanie się mocy, wystawianie się na całkowite odsłonięcie wobec zła, zawsze w jakimś wymiarze skazuje nas na samotność…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii