RSS
 

Archiwum - Luty, 2013

Walka płci czy wzajemne dopełnienie?…

27 lut

Z lewej – stara ikona „Zstąpienie do otchłani”, z prawej – ten sam motyw na współczesnym fresku cerkiewnym – tu  Chrystus podaje ręce jednocześnie Adamowi i Ewie, na dawnych ikonach tylko Adamowi…

W przestrzeni „Tezeusza” www.nowy.tezeusz.pl rozgorzała ostatnio dyskusja na temat możliwości udzielania święceń kapłańskich kobietom. Z zaciekawieniem ją obserwowałem i muszę tu najpierw uczciwie się przyznać, że jeszcze do niedawna nie miałem w tej sprawie wątpliwości – Biblia wyraźnie ten dylemat w moim dotychczasowym rozumieniu rozwiązywała: „Kobieta niechaj się uczy w cichości z całym poddaniem się. Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też przewodzić nad mężem lecz [chcę, by] trwała w cichości.” (1 Tm 2,11-12). W moim skromnym życiu nauczyłem się już jednak, aby nigdy nie mówić ”nigdy”. ;) Szczególnie w odniesieniu do kwestii, które w naszym życiu uwarunkowane są względami historyczno-kulturowymi. Do takich należy równie gorąco dyskutowany celibat. Nie znaczy to, że nie uznaję jego wartości i zasadności – mam jednak na uwadze, że nie zawsze i nie wszędzie on obowiązywał, bo też nigdy nie stanowił kanonu wiary, a jedynie pełnił rolę pomocniczą. Nie da się więc wykluczyć, że w przyszłości zostanie zniesiony – podobnie jak zakaz pełnienia posługi kapłańskiej przez kobiety.

Tak więc i w tym przypadku, powoli zaczynam się skłaniać ku traktowaniu powyższego cytatu w kategoriach historyczno-kulturowych. Zadałem sobie pytanie, w czym mogłoby zaszkodzić Kościołowi dopuszczenie kobiet do święceń? I nie znalazłem żadnego istotnego „przeciw” – natomiast pojawiło się wiele „za”, choćby argument, który na Tezeuszu wysunęła Jola – o możliwości lepszego zrozumienia kobiet przez kobietę w konfesjonale (z możliwością większego otwarcia się na sprawy intymne). Słowa św. Pawła miały w tamtym czasie z pewnością jakieś ważne uzasadnienie (rozumiane w kontekście epoki). Jednak wystarczy doczytać ten fragment dalej, aby upewnić się o mentalno-historcznym charakterze tego tekstu: „Albowiem Adam został pierwszy ukształtowany, potem – Ewa. I nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo.” (1 Tm 13-14). Czy dzisiejszy Kościół tak naucza? Owszem, ale chyba tylko w odniesieniu do poza-płciowego stworzenia duchowości człowieka (tak odczytuję ludzki archetyp w postaci Adama) i ”zakaźnego” sposobu przenoszenia się zła (relacyjny charakter pokusy). Bo chyba nikt z nas już nie utrzymuje, że mężczyzna był pierwszy …i gdyby nie kobieta, mężczyzna pozostałby bezgrzeszny? ;) Skoro więc w tej kwestii nauczanie ewoluowało, to dlaczego nie miałoby się zmienić w sprawie dopuszczenia kobiet do urzędów kapłańskich?

Warto też zauważyć, że pierwiastek żeński czasem bardzo pomaga w wieloformatowym ujmowaniu spraw duchowych. W swoim życiu osobistym często dostrzegam, że dopiero gdy kobieta przedstawi interpretację jakiegoś zagadnienia, pozwala mi to ruszyć z miejsca w sytuacji jakiegoś intelektualnego czy duchowego „zaklinowania”. Dobro jest przestrzenią ponad-płciową, a wszelkie różnice, jakie istnieją w naszym doczesnym życiu (również te psychiczne, które wypływają z różnic płciowych) istnieją po to, żebyśmy mogli z nich korzystać w drodze do duchowej pełni. Dorastanie do tej prawdy widać również w sztuce sakralnej – na dawnych ikonach Chrystus podaje rękę tylko Adamowi, zaś Ewa stoi skromnie na uboczu, chwaląc Pana. Współczesna ikonografia często wyraża ten motyw nieco inaczej – w postaci Chrystusa wyciągającego dłoń jednocześnie do Adama i Ewy… Być może i tutaj gdzieś popełniam jakiś błąd, jednak myślę, że warto się nad tymi kwestiami nieco głębiej zastanowić, nie ulegając ani sztywnym kanonom tradycji, ani też feministycznym ideologiom parytetów. ;)

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Znaki czasów czy czasy znaków?…

18 lut

Fot. Beszad - świt w Ustrzykach (po lewej); Fot. Jack Lihaug – zorza polarna w Norwegii z wizerunkiem Chrystusa (po prawej) – proszę dać mi sygnał, jeśli zdjęcia wyświetlają się w zniekształconym formacie, bo czasem to zależy od przeglądarek.

Wiele jest dziwnych zjawisk pojmowanych czasem w kategoriach cudów lub znaków. Kiedyś inspirowały one całe rzesze ludzi do modlitwy i nawrócenia - czy to w postaci spektakularnych objawień, czy też wizualnych kompozycji (pamiętam nie tak dawne odbicia Maryi w szybach okien, które ściągały masy rozmodlonych ludzi i gapiów). Ostatnio nie brakowało takich równiez na naszym niebie (piorun uderzający w bazylikę św. Piotra, asteroida, deszcz meteorytów). Dziś czytam o kolejnym – została nawet opublikowana fotografia, na której ktoś uwiecznił twarz Jezusa, pojawiającą się niespodzianie z zorzą polarną w Norwegii (powyżej na prawo).

 I w tym miescu zadaję sobie pytanie: na ile specyfika czasu, społecznych napięć, gwałtownych przemian itd. sprawia, że jesteśmy skorzy do odczytywania czegoś w ten szczególny sposób? Być może innym razem nawet nie zauważylibyśmy tego lub innego zjawiska. Na zdjęciu twarz wydaje się być faktycznie wyraźna. Czy to jednak znak czasów, czy czas znaków? Czy znak pojawia się, bo tak bardzo pragniemy znaku, czy też ten znak niezależnie od naszych pragnień odczytujemy?…

 Kiedyś czytałem ciekawą powieść z serii political fiction „Śnieg świętego Piotra”. Fabuła dotyczyła gwałtownych zwrotów w dziejach społeczeństw (ruchy religijne, wojny, rewolucje), które miały być wywołane przez zarodniki grzyba, nazwanego „śniegiem św. Piotra”, a pobudzającego do zbiorowych irracjonalnych zachowań. Oczywiście powieść pisana była przez pryzmat materialistycznych fantazji. Czy jednak ów „śnieg” nie spada na ludzi również spoza świata materii? Czy odczytywanie znaków, będąc przejawem pragnienia sensu, nie staje się ważną częścią naszego życia duchowego, inspirującą do wewnętrznej przemiany?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kiedy pioruny uderzają w krzyż…

13 lut

Dzieci z ustrzyckiego Caritasu przygotowujące się na spotkanie z Benedyktem XVI

 

Gdy Benedykt XVI zrzekł się swego urzędu, wiadomość w jednej chwili obiegła cały świat. Zaskoczenie? Ale przecież Ratzinger ma już 86 lat (dopiero co w kraju przetoczyła się batalia wobec przedłużenia wieku emerytalnego do 67 lat – a tu mamy 20 lat dłużej!) i całe 7 lat pontyfikatu spędził bardzo aktywnie. Tylko na zewnątrz może wydawać się wygodną egzystencją dostojnika. Z pewnością przy właściwym poczuciu odpowiedzialności (której Ratzingerowi odmówić nie można!) ciężar jest ogromny, a natura Papieża ma charakter wybitnie medytacyjny, co z pewnością czyni jego urząd jeszcze cięższym. Ponadto, czy już nie czas, aby wreszcie papież mógł normalnie przechodzić w stan spoczynku, gdy tylko sił zaczyna mu brakować? Jakaś kobieta przed kamerą wyrażała rozczarowanie, że Ratzinger „ucieka od swego krzyża”. Ktoś inny użył słów przeciwnych – że nie należy się trzymać władzy jak rzep… Osobiście uważam obydwie wypowiedzi za nietrafione, bo po pierwsze nie możemy dysponować cudzym krzyżem, po drugie – urząd Piotrowy nie jest władzą (przynajmniej w światowym tego słowa rozumieniu).

Gdybym miał w dwóch słowach określić ten pontyfikat, rzekłbym: głębia i delikatność. GŁĘBIA przejawiała się w refleksyjnym podejściu do Ewangelii (wydane książki „Jezus z Nazaretu” ujmowały powszechnie znane wydarzenia w sposób zupełnie nowy, współczesny). Ale też głębokiego wymiaru jego duchowości dało się doświadczyć w prowadzonym dialogu, którego podstawową cechą była DELIKATNOŚĆ, łącząca autentyczną pokorę z empatią. Atmosfera wyciszenia pomagała stworzyć odpowiednią płaszczyznę do przyjaznego spotkania, z odrzuceniem dawnych uprzedzeń i lęków. I chyba dlatego pontyfikat Benedykta przebiegał się bez fajerwerków, których oczekiwali powierzchowni komentatorzy, rozczarowani rzekomą „stagnacją i nijakością”. Ktoś, kto żyje ciągłym zgiełkiem, z pewnością nie usłyszy delikatnego szeptu. Kto przywykł do ciągłej walki, nie poczuje czułego dotknięcia…

Delikatność Józefa Ratzingera jest przejawem miłości, która niczego nie narzuca, nie stawia na samym starcie żelaznych warunków, za to próbuje się wsłuchiwać w najcichszy głos i zawsze szanować wolność drugiej osoby. Taka postawa zdecydowanie przeczy powszechnie kiedyś stosowanemu przydomkowi „pancerny kardynał”.  Po spektakularnym uderzeniu pioruna w krzyż katedry św. Piotra pojawiło się mnóstwo komentarzy, odbierających to wydarzenie w kategoriach „Bożego gniewu” lub innej sensacji. Oczywiście trudno nie ulec wrażeniu, że to jakiś znak – jednak istota każdego znaku nie kryje się w samym zjawisku, lecz w jego odczytaniu. Krzyż zawsze ściąga pioruny, tak jak dobro staje się prowokacją wobec przemocy i zła. Jeśli więc osobiście miałbym jakoś odczytać ten znak, widziałbym w nim przede wszystkim potwierdzenie trwałości krzyża i łagodnego dobra wobec największych żywiołów tego świata.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pokonując osobiste lodowce…

08 lut

Skorupa zlodowaciałego śniegu na Tarnicy – z widokiem na ukraińską część Karpat

Przed chwilą dowiedziałem się, że właśnie trwa ostateczne atakowanie jednego z niezdobytych dotąd zimą ośmiotysięczników – Nanga Parbat, a zdobywcami są Polacy. „Zmarniały jestem, ale spróbuję pchnąć do szczytu” – to treść ostatniego komunikatu jednego z himalaistów. Temperatura odczuwalna około -55 st. C… Kilka dni temu w Bieszczadach z ciężkimi warunkami musieli się zmagać licealiści, którzy postawili sobie za cel przejście najdzikszą z bieszczadzkich dolin – wzdłuż Terebowca na Bukowe Berdo i tam, pośród zawiei, zanocować. Pomijając lekkomyślność organizatorów, totalne zlekceważenie zasad bezpieczeństwa i złamanie prawa (przejście przez rezerwat ścisły Bieszczadzkiego P.N. z nocowaniem pod namiotami), zastanawiam się nad samą motywacją – zarówno wytrawnych himalaistów, jak i tych młodych, niedoświadczonych zapaleńców. Zapewne jest w człowieku jakaś wola trwania wbrew wszelkim przeciwnościom – pragnienie przełamywania barier zewnętrznych, ale przede wszystkim tych największych – wewnętrznych…

Każdy z nas ma do pokonania własne ośmiotysięczniki, każdy kiedyś musi przetrwać osobistą noc w warunkach krytycznych – stawiając czoło mrozom i zawieruchom, niekoniecznie tym atmosferycznym. I właśnie ta duchowa noc pozwala oderwać się od własnych przywiązań, spojrzeć na codzienne problemy z odpowiedniego dystansu, a jednocześnie uświadomić sobie źródła najgłębszych pragnień. Mówiąc językiem mistyków, trzeba przejść pustynię – czy ona będzie palącą spiekotą, czy lodowatym pustkowiem, w każdym przypadku wychodzi się z niej człowiekiem wewnętrznie odmienionym. Pewnie tutaj tkwi klucz do zrozumienia górskiej pasji, ale też odnajdujemy tu wartość bycia sam na sam ze swoją niemocą i zarazem możliwość wkraczania w najgłębsze pokłady nadziei…

Często miewam wyrzuty sumienia, że nie potrafię się modlić tak, jak powinienem – że opuszczam modlitwy słowne, że skracam je i spłycam. Wziąłem dziś do ręki książkę ks. Dajczera i czytam, że ważnym etapem życia duchowego jest przejście od modlitwy słownej do myślnej. Oczywiście jedna drugiej nie jest w stanie całkowicie zastąpić, ale staje się ważnym uzupełnieniem. Sama świadomość, że każdy krok przez mój osobisty „lodowiec” stawiam ze świadomością Bożej obecności, jest przejawem dziecięcej ufności, stając się przez to szczególnym rodzajem modlitwy. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus pisała: „Winnam trapić się, że podczas modlitwy zasypiam, ale się nie smucę! Sądzę, że małe dzieci podobają się swoim rodzicom zarówno wtedy, kiedy śpią, jak i kiedy nie śpią.” (Pisma t. 1, 221). Czasami za modlitwę wystarcza głębsze westchnienie, gest zwróconych dłoni, czułe spojrzenie. Modlitwą jest również wpisanie każdego kolejnego kroku w nadzieję, że nawet gdy w śnieżnej zadymce nic już nie będę widział i słyszał, będę ufnie wkładał swe buty w głębokie ślady mojego Przewodnika, który nie potrzebuje zbędnych słów…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak ampułki z wonnymi ziołami…

04 lut

  Ampułki z ziołami w mojej pracowni

Święto Ofiarowania Pańskiego to dla mnie czas zadumy nad oddaniem Bogu wszystkiego, co ZEWNĘTRZNE - poprzez zawierzenie domu, pracy, rodziny… i co WEWNĘTRZNE - przez przyjęcie postawy, że to nie ja działam, ale sam Bóg we mnie jest źródłem wszelkiego dobra. Tylko Bóg może zmienić mnie od środka – tylko On może zmieniać cały świat wokół mnie – jeśli ja coś zmieniam, to tylko wydaje mi się, że zmieniam. Ktoś kiedyś przyrównał duchowe wnętrze człowieka do ampułki, która często ulega trwałemu zakorkowaniu. Korek ma chronić przed napływem tego, co złe i wypływem tego, co dobre. W istocie taka sytuacja staje się dla mnie śmiertelną pułapką!

Spotykając człowieka, którego postrzegam jako istotę „zakorkowaną”, w pierwszym odruchu mam pokusę wyciągnąć z niego ten korek siłą, zapominając, że w ten sposób mogę i samo naczynie uszkodzić i korek urwać, tym samym przyczyniając się do sytuacji trwałego zamknięcia. Co jednak najważniejsze, zapominam o stanie własnego zakorkowania – bo przecież w tak wielu kwestiach ja również jestem w sobie zatrzaśnięty! Zamykam się na innych – często z powodu swych lęków przed zranieniem czy „skażeniem”, innym razem z powodu pychy, która podsuwa mi obraz własnej wyższości nad drugim. I nagle uświadamiam sobie, że chodzę tak skutecznie i hermetycznie zakorkowany, a chcę otwierać innych! Co jednak sytuacja powyższa ma wspólnego z ofiarowaniem?

Kiedy rozważam tajemnicę Ofiarowania, dociera do mnie niesamowita prawda tego wydarzenia: kiedy oddaję całe swoje „ja”, powstaje we mnie pustka, którą zapełnić może tylko Bóg. We wnętrzu mojej „ampułki” zakrzesany zostaje ogień Ducha Świętego – pod jego wpływem wzrasta ciśnienie, co doprowadza do odkorkowania mojej osoby na wszystkich frontach. Uchodzi ze mnie całe powietrze – ale nie po to, żebym padł bez ducha, lecz przeciwnie: żebym się cały Duchem napełnił! Tylko Jego ogień może skutecznie zabić wszystkie zarazki mojego grzechu. Tylko On jest źródłem ciepła, które rozchodzi się na innych – bo wszelkie dobro, jakie przeze mnie przepływa, od Niego pochodzi. W ten sposób moje osobiste ofiarowanie może otwierać korki w innych ampułkach, bo  tylko ciepło działające od środka może doprowadzić do wzajemnego otwierania się ludzi – na siebie i na Boga, tworząc jeden system naczyń połączonych.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii