RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2013

Między ideologią a idealizmem

28 kwi

Wąska droga często wymaga postawy zawierzenia Bogu  i ufności wobec innych – bieszczadzki las  w opóźnionym aspekcie wiosennym (liście rozwiną się może dopiero po dzisiejszym, długo wyczekiwanym deszczu) i fragment oryginału Ewangelii według Jana)…

Ostatnio uzmysłowiłem sobie, jak wielka przepaść istnieje między idealistą a ideologiem i jak często mylimy jedną postawę z drugą. Obaj stanowią jak gdyby przeciwstawne sobie bieguny. Podczas gdy pierwszy po biblijnemu podąża „wąską drogą”, dla drugiego sama droga nie jest istotna – ważny jest postawiony przed sobą cel. Idea dla ideologa ma wymiar pragmatycznego narzędzia, którym można się podpierać lub zasłaniać – w zależności od okoliczności. Wielkie hasła służą mu do realizowania partykularnych interesów, które mają wymiar doczesny i najczęściej osadzone są w głęboko skrywanym egoizmie. Gdy ideolog mówi o „dobru ludzkości” i w pewnej chwili spotyka się z sytuacją konfrontacji, kiedy trzeba dać tej prawdzie świadectwo, zasłaniać się będzie „dobrem człowieka, który powinien nade wszystko przetrwać”. Gdy mówi o ochronie przyrody i środowiska, nie przeszkadza mu to eksploatować natury dla własnej wygody i podkreślania własnego „ja”. Kiedy broni zasad swej wiary, nie interesują go odczucia innej osoby, bo istnieją tylko jego osobiste wyobrażenia w tej sprawie…

Idealista wierzy w wartości pozamaterialne, tęskniąc do ich wymiaru absolutnego. Tymczasem dla ideologa taki wymiar nie istnieje, bo wszystko można zrelatywizować na użytek doraźnie pojętego interesu. Oczywiście żaden ideolog się do tego nie przyzna – często nie ma nawet odwagi, aby uczynić to przed samym sobą. Uciekając się do wielkich słów, będzie żonglował nimi tak zręcznie, że nie sposób prowadzić z nim dyskursu, bo gdy jakaś wartość znajduje się w górze, to w momencie próby ogarnięcia jej refleksją, już inna zajmuje jej miejsce. Każda wysunięta teza ma jakieś zaplecze w ukrytych lękach i pożądaniach, układach i uwikłaniach. Zaś obrona tej tezy jest szybko i sprawnie montowana z doraźnie wykorzystanych wartości, które na bieżący użytek wynoszone są do rangi absolutnej, aby zaraz później, w następnej sytuacji, diametralnie odmienić kurs. W pobieżnym kontakcie ktoś taki może przybierać twarz człowieka oddanego jakiejś sprawie. Jak więc rozróżnić ideologa od idealisty?

Otóż istnieje kryterium, które według mnie jednoznacznie odsłania rzeczywiste intencje. Chodzi o relacyjną postawę wobec innych. W postawie ideologa nie widać troski o czyjeś dobro i zrozumienie, bo dla takiego człowieka znika gdzieś żywa osoba – rozpływa się ona w amalgamacie wielkich słów. Istnieje więc „polskość” zamiast Polaka, „katolickość” zamiast katolika, „ludzkość” zamiast człowieka. Prawdziwy idealista nigdy nie straci z pola widzenia drugiej osoby, bo wszystko, w co wierzy, mieści się w sferze ducha, a ta poza personalistycznym ujęciem rzeczywistości, po prostu nie istnieje. Idealiście zarzuca się często, że buja w obłokach, że jego wywody są nierealne i nieżyciowe. Możliwe, ale wdrażając je w życie, idealista zawsze pozostanie uczciwy wobec drugiej osoby i wobec samego siebie. On zna cierpienie i samotność – podąża wąską i stromą kładką, jednak wierzy, że to właśnie ona prowadzi na drugi brzeg – i prowadzić może nie tylko jego samego. Z radością więc przyjmuje prawdę, że tą samą dróżką przejść może wielu…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Grecki archetyp przejścia od miłości „eros” ku „agape”

13 kwi

Zawilec gajowy na połoninie Kińczyka i zawilec żółty w buczynie – bieszczadzki kwiecień minionego roku był bardziej łaskawy w kobierce kwiatów….

Gdy Afrodyta wyłoniła się z morskiej piany, towarzyszyły jej wesołe bóstwa – beztroskie Igraszki, Wdzięki i Uśmiechy. Za sprawą cudownej przepaski bogini podbijała wszystkie serca. Jednak i ona sama uległa strzałom Erosa, bez pamięci zakochując się w Adonisie. Raniąc się dotkliwie, towarzyszyła mu w leśnych polowaniach, aby tylko być razem z nim. Tam właśnie wydarzyła się tragedia – umiłowanego rozszarpał dzik. Zrozpaczona Afrodyta polała jego rany nektarem i w ten sposób z krwi młodzieńca wyrosły zawilce…

Piękno płynące z wrażliwości i delikatności rodzi się dopiero z doświadczenia cierpienia połączonego ze słodyczą prawdziwej miłości, która już nie ogląda się na przyjemność i uwielbienie. Kiedy Afrodyta uprosiła Zeusa, by ten uwolnił jej ukochanego z hadesu, stało się to tylko połowicznie, to znaczy Adonis mógł każdego roku wracać tylko na sześć miesięcy, by kolejne sześć ponownie zanurzać się w królestwie śmierci. Czyż to nie piękny obraz, jak bardzo w tym egzystencjalnym wymiarze życia miłość spleciona jest z cierpieniem, życie ze śmiercią, a bliskość z rozstaniem? Ale to nie wszystko, co przychodzi mi na myśl - gdy krążę wokół tego intrygującego mitu, jeszcze bardziej zastanawiająca wydaje się być jego oprawa związana z dawnym kultem…

Ośmiodniowe święto Adoniów, ustanowione na cześć powrotu Adonisa, czczone było w dwóch częściach: pierwsze cztery dni opłakiwano posąg boga w grobie, by następne cztery triumfalnie obnosić jego figurę, jako wyraz przywrócenia młodzieńca do życia. Doświadczenie w miłości cierpienia, przez które dopiero przychodzi wyzwolenie z oków śmierci, stało się jak gdyby przeczuciem tego, co dopiero miało się światu objawić…  I jeszcze krótki epilog: gdy król Cypru wyrzeźbił posąg Afrodyty, bardzo cierpiał z tego powodu, że to, co dla niego najpiękniejsze, pozostawało zimne i niewzruszone. Wtedy właśnie stał się cud – posąg ożył, przybierając postać kochającej Galatei, z którą Pigmalion się ożenił…  Odczytując wszystkie te obrazy, odnoszę wrażenie, że Afrodyta stała się niejako archetypem miłości przedzierającej się przez piękno i cierpienie – ku ożywieniu wszystkiego, co zimne i przemijające.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Między dogmatyzmem a ateizmem

09 kwi

Czy dogmat stanie się dla nas zagradzającą kłodą, czy murszejącym pniem – wszystko zależy od odczytania jego rdzenia (mimo pierwszej dekady kwietnia, Bieszczady dziś nadal w śniegu – na zdjęciu stoki Tarnicy)…

Luterański teolog, Adolf von Harnack, swym cyklem wykładów, przeprowadzonych w sezonie 1899/1900, otworzył nowy okres w teologii, proponując historyczne spojrzenie na proces formowania się dogmatów (zapoczątkowując tzw. historyzm religijny). Problem ten skwapliwie podjęli liberalni teologowie, zwłaszcza protestanccy, wykorzystując tezy Harnacka do relatywizacji dogmatów. Proces ten nadal postępuje i zaszedł już tak daleko, że wczoraj czytałem artykuł o holenderskim pastorze - Klaas Hendrikse, który oficjalnie głosi chrześcijaństwo …bez Boga. Deklaruje się ateistą w sensie ontologicznie pojmowanej wiary, choć jako duchowny sądzi, że ludziom nadal potrzebny jest cały system wartości, jaki według niego ulega personifikacji w osobową postać Boga. Według niego powinniśmy więc nadal żyć tak, jakby Bóg istniał. Tylko czy podążając tropem owego pastora, jest to możliwe? Czy można ocalić wiarę bez zawierzenia? I czy można zawierzyć z pominięciem osoby, której się człowiek zawierza?…

 Powyżej mamy do czynienia z wyraźnym ekstremizmem harnackizmu (którego w takim wydaniu przestraszyłby się zapewne sam autor idei). Nie chciałbym jednak, aby wskazany przykład miał zdyskredytować myśl Harnacka. Wszak z drugiej strony to właśnie ów historyzm pozwala ocalić w każdym dogmacie jego rdzeń, oczyszczając go z warstwy dziejowej. Ujmuje bowiem to, co w dogmacie jest naprawdę niezmienne, chroniąc go przed skostnieniem (powodującym niestrawność u przyszłych pokoleń) oraz przed postępującą erozją (która sprawia, że w danym momencie stajemy już przed dogmatem, z którym nie bardzo wiadomo co uczynić). Przykładem może być zbyt dosłownie pojmowany dogmat o nieomylności papieża, który dziś stanowi przedmiot ataku zarówno ze strony tradycjonalistów (lefebryści), jak też progresistów – atakowany tylko dlatego, że jest opacznie, tj. ahistorycznie, rozumiany.

 Historyczna krytyka dogmatów stawia sobie za cel, jak pisał sam Harnack, uwolnienie Jezusa z eklezjalnej skorupy myślenia. Teolog doskonale wiedział, że często przychodzi nam grzęznąć w mieliźnie rytualno-doktrynalnej, co sprawia, że wiara nie może się uwolnić od zatęchłych form religijności. Mam tu na myśli sytuacje, kiedy człowiek już nie potrafi powiedzieć, po co spełnia jakieś praktyki, a jednocześnie stawia je ponad dobrem drugiego człowieka. Wiem, że u wielu prawomyślnych chrześcijan myśl Harnacka może wzbudzać podejrzenie. Wiem też, że interpretacja dogmatów nie może być sferą całkiem swobodną, a tym bardziej zindywidualizowaną. Uważam jednak, że dogmat musi spełniać rolę drogowskazu, a nie kolczastego drutu. Wiemy zaś, że każdy drogowskaz zakłada istnienie wolnej woli w podążaniu za wskazanym kierunkiem. W odniesieniu do tego warto na koniec przytoczyć ważny cytat Adolfa Harnacka: „Nic bardziej nie wzmacnia człowieka niż okazane mu zaufanie.”

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii