RSS
 

Archiwum - Maj, 2013

Istota BYCIA w autentyczności SPOTKANIA (myśl inspirowana filozofią Bubera)

25 maj

Moje wizje „spotkania” w sferze sacrum, w aspekcie przemijania: 1) cerkiew w Bystrem, 2) synagoga w Lesku, 3) nieistniejąca wieś Berehy (to jedne z pierwszych moich miniaturek na szkle o tematyce bieszczadzkiej)

Martin Buber pisał, że otaczającą nas rzeczywistość możemy doświadczać w dwojaki sposób: na płaszczyźnie JA-TO (doświadczanie reifikacji tego świata) oraz w relacyjności JA-TY. Przy czym rozróżnienie to stało się dla Bubera bardzo radykalnym podejściem do naszego istnienia – w jego mniemaniu tylko poprzez realizację tej drugiej drogi człowiek może prawdziwie istnieć. Trzeba tu zaznaczyć, że relacja JA-TY pojmowana jest bardzo szeroko, a jej realizacja może się odbywać na trzech poziomach: człowiek-przyroda, człowiek-człowiek i człowiek-duch. Jednak za każdym razem, kiedy „TY” staje się przedmiotem zainteresowania (tzn. gdy zamieniam moje osobiste doń odniesienie na bezosobowe reakcje, interpretacje czy konfrontacje), owo „TY” natychmiast staje przede mną już nie jako podmiot, lecz przedmiot – przechodzi w postać „TO”.  Z kolei ja sam istnieję jako podmiot tylko o tyle, o ile potrafię istnieć w odniesieniu do „TY”. W przeciwnym razie sam wpisuję się w świat rzeczy. Nie istnieje „ja” samo w sobie i samo dla siebie.

BYĆ dla człowieka zawsze będzie oznaczało istnieć w RELACJI-DO-KOGOŚ. Nasze istnienie jest więc całym pasmem spotkań, a każde spotkanie przekracza wszelkie bariery czasu i przestrzeni. W spotkaniach tych wyczuwalne jest ciągłe napięcie, zawarta jest dynamika i wpisana jest konieczność nieustannego wychodzenia poza siebie, jednak bez rezygnacji z siebie. Człowiek nie może istnieć ani w obrębie własnego INDYWIDUUM (tj. w oderwaniu od innych), ani też w KOLEKTYWIE (czyli w zatraceniu swego „ja” wobec innych). Buber utrzymywał, że prawdziwym środowiskiem naszego życia jest tylko WSPÓLNOTA, która nie niszczy „JA”, ale też zabezpiecza je przed absolutyzacją. Relacja JA-TY znosi wszelkie granice, wychodząc poza egzystencjalne poczucie nicości – w każdej chwili musi rodzić się na nowo, będąc stale zagrożona – z jednej strony przez PAMIĘĆ (wobec przeszłości), z drugiej strony – przez ANTYCYPACJĘ (ze strony przeczuwanej przyszłości). Przeszłość i przyszłość w jakiś sposób obezwładnia człowieka, a relacja może się rodzić tylko w środowisku pełnej WOLNOŚCI, osiągalnej jedynie w punkcie TU-i-TERAZ.

Wychodząc od refleksji Martina Bubera, przyszła mi na myśl koncepcja wielowymiarowości każdego spotkania. Kiedyś usiłowałem prowadzić dialog z protestantami, którzy zarzucali mi, że więcej dla mnie znaczy ludzkie słowo, niż Słowo Boże. Trudno mi było wówczas wyjaśnić, że w ludzkim słowie również może żyć Słowo Boże, jeśli tylko pozostaję w dialogicznej otwartości na Boga i na bliźniego. Przyszło mi teraz na myśl porównanie Biblii do obrazu, który może być oglądany i interpretowany na różne sposoby. Ale nie znaczy to, że można nim na różne strony manipulować. Mówimy przecież o AUTENTYCZNYM przeżywaniu sztuki, podobnie jak o otwarciu na Ducha Świętego w odczytywaniu Biblii. Obraz swobodnie interpretowany będzie więc dostarczał rozlicznych wrażeń, którymi możemy się wzajemnie dzielić, wydobywając zeń coraz to nowe treści i przesłania. Czasem wyłaniają się w ten sposób interpretacje, o których artysta nawet by nie pomyślał. Ale czy to źle? Przecież obraz zaczyna w ten sposób żyć, stając się pretekstem do coraz to nowych rozważań, a tym samym będąc pomostem do ciągłych spotkań.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wobec doświadczania nieskończoności…

14 maj

Nieskończoności dotykamy, gdy np. wchodzimy w świat sztuki, skończoności – gdy sztuka staje się jedynie sztuką dla sztuki… Ciąg dalszy odwiedzin w galerii Zdzisława Beksińskiego na sanockim Zamku (odniesienia do obrazów w komentarzach)

Na zaprzyjaźnionym forum filozoficznym ktoś przypomniał, o ciekawym rozróżnieniu Arystotelesa, który utrzymywał, że istnieje tylko nieskończoność potencjalna, zaś aktualna zdaje się być absurdem. Każdy z nas wie, że linia prosta jest nieskończona, ale przecież i 10-centymetrowy odcinek jest nieskończony, bo można go w dzielić bez końca. Nieskończoność jest więc rzeczywistością niestopniowalną i nieporównywalną. To, co Arystoteles określał „potencjalnością”, w istocie jest przekraczającą nas transcendencją – chwilami ją czujemy, czasem prawie „dotykamy”, ale nigdy za życia nie ogarniemy. Mamy we władaniu jedynie „aktualność” – jednak istotą naszego życia jest odniesienie jej do „potencjalności”. Gdy przestajemy to czynić, tracimy sens wszystkiego. Bo linia prosta staje się pustą abstrakcją, a odcinek – nie wartą uwagi prozaicznością…

 Myślę, że granicą rzeczywistości dla każdego z nas jest subiektywizm – to on wytycza pułap poznawalności i doświadczenia. Obiektywizm jest abstrakcją – tylko nam się wydaje, że istnieje taka rzeczywistość, w której wszystko dla każdego jest takie samo. Oczywiście nie znaczy to, że subiektywność daje podstawy do relatywizowania wszelkich wartości. Jeśli doświadczam nieskończoności, to ona istnieje w mojej myśli – a jeśli inni również jej doświadczają, rodzi się konkluzja, że nieskończoność jest wpisana w nasze subiektywne postrzeganie świata jako część ludzkiej natury. Podobnie jest z postrzeganiem piękna, prawdy, dobra, a także z doświadczeniem Boga w postaci osobowej. Skoro więc tak jesteśmy skonstruowani, oznacza to, że w nasz wspólny sposób odczuwania świata wpisany jest jakiś czytelny sens.

 Nie widzę potrzeby szukania nieskończoności w przestrzeni, tak jak nie widzę go w szukaniu nowych bytów we wszechświecie. Sens znajduję wyłącznie w tym, co nam się wewnętrznie objawia. Na drodze swych poszukiwań możemy przemierzać naprawdę kosmiczne przestrzenie, nie mając żadnego warsztatu lub całe życie będąc przykutym do łóżka. Możemy też stać w miejscu, stosując najnowsze metody naukowe i nieustannie penetrując tajniki mikro- i makroświata… Co jest poza granicami tego świata, który możemy badać „obiektywnie” – czyli co znajduje się poza iluzją naszego poznania? Nikt nie udzieli na to pytanie odpowiedzi. Może więc postawić je inaczej: co jest poza granicami naszej wyobraźni? Czy tam, gdzie kończą się nasze wyobrażenia (obojętnie jakie – fantastyczne, religijne, czy naukowe), istnieje jakaś cząstka mojej i Twojej tożsamości – całkiem ich pozbawiona? Czym ona jest i dokąd nas prowadzi?…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kiedy sztuka jest przekroczeniem progu…

02 maj

Zapatrzenie i zasłuchanie stanowi podstawę wszelkiej relacyjności nakierowanej na osobę – bez tego sztuka traci swój rdzeń… W sanockiej galerii Zdzisława Beksińskiego.

         Theodor Adorno rozwinął ciekawą teorię, według której wszelka teologia opiera się na języku szyfrów. Każde błędne odczytanie tych szyfrów może dawać opłakane skutki. Jedynie muzyka, według Adorna, jest bezpośrednim uczestnictwem w żywej obecności Boga, gdyż stanowi „odmitologizowaną postać modlitwy”. Osobiście rozszerzyłbym taką tezę na całą sferę pozawerbalnej afirmacji sztuki, a także przyrody – Adorno był filozofem i kompozytorem, więc siłą rzeczy ogniskował się na tym, co mu było najbliższe. Niemniej przesłanie Adorna jest dla mnie bardzo pociągające i czytelne – człowiek potrafi przekraczać samego siebie dopiero z chwilą uwolnienia się od iluzji niezależnego bytowania, wyjścia poza interes własnego „ja” – jakby to określił Schopenhauer (który w tym „interesie” dopatrywał się źródła grzechu pierworodnego, prowadzącego do radykalnej i tragicznej dla człowieka separacji). Muzyka z pewnością pozwala wejść w przestrzeń wolną od własnego interesu (pojętego tu jako chęć trwania i przetrwania).

          Dzisiaj wpadły mi w rękę teksty chasydzkiego myśliciela Abrahama Heschela, który pisał, że BYĆ znaczy zawsze coś więcej niż ISTNIEĆ, a podmiot stoi zawsze ponad jednostkowo pojmowanym bytem – każda istota jest zewnętrznym wyrazem czegoś, co istnieje naprawdę. W powszechnym odniesieniu mimowolnie sprowadzana do wartości bezwzględnej i niezależnej staje się tylko iluzją bytu. Podobnie jak każde pojęciowanie (w konstrukcjach teoretycznych) jest symbolizacją, aktem dostosowania rzeczywistości do ludzkiego umysłu. Ciekawy efekt uzyskamy teraz zestawiając ze sobą dwie powyższe tezy – muzykologiczną koncepcję Adorna z pojęciowaniem Heschela. Zatrzymajmy się przez chwilę nad fenomenem muzyki. Żaden traktat o teorii muzyki, żadna partytura, nie jest w stanie wyrazić, czym w istocie jest muzyka, dopóki ona nie zabrzmi i dopóki ktoś nie wysłucha jej z wewnętrznym otwarciem na to najgłębsze poruszenie, jakie ona wywołuje.

          Słowa, nuty, obrazy – wszystko, co zamknięte jest w jakiejś formie materii, staje się tylko mniej lub bardziej ekskluzywnym opakowaniem dla zawartego w nich klucza. To właśnie ten klucz zdolny jest otworzyć drzwi do czystej afirmacji. Jednak sama możność otwarcia drzwi tutaj nie wystarczy, gdy u słuchającego, patrzącego lub czytającego zabraknie woli przekroczenia progu. Dopiero znajdując się w środku można uczestniczyć w rzeczywistości wykraczającej poza moje partykularne „ja”. I dopiero wtedy następuje żywe spotkanie – z twórcą tworzywa i ze Stwórcą twórcy. To właśnie spotkanie stanowi rdzeń takiego przeżycia, bo każda sztuka ma charakter dialogiczny – nakierowany na osobę. Poprzez doświadczanie przedmiotu, wchodzimy w rzeczywistość podmiotu. Podobnie jest z wiarą, która według Heschela (jak również drogiego mi Levinasa) jest relacją do OSOBY (w odróżnieniu od wierzenia, które ukierunkowane jest na ideę). Prawdziwa sztuka prowadzi więc zawsze do podmiotu, a ten poprzez autentyczność wyrazu staje się wyrazicielem Podmiotu wszystkich podmiotów.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii