RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2013

Gdy droga wydaje się bez sensu i celu…

26 cze

Rzepedź i Połonina Wetlińska – moje pierwsze spotkanie z Bieszczadami (1988)

Natknąłem się dziś na te, pozornie oczywiste, słowa Tomasza a Kempis: Pragnienia często rozpalają twe serce i popychają do gwałtownego działania, ale zastanów się, dlaczego to robisz – dla mojej chwały, czy swojej korzyści? Jeśli dla mojej chwały - będziesz zadowolony, cokolwiek ci przeznaczę; jeśli dla swojej korzyści – będzie ci to ciążyć i przeszkadzać („O naśladowaniu..”, rozdział XI). Czytając ten tekst pobieżnie, można tylko pokiwać głową nad pobożną, XIII-wieczną moralistyką – ale wchodząc w mistyczny wymiar tych słów, otrzymujemy klucz do jedynej bramy wolności! Trzeba jednak zostawić przed tą bramą sandały własnych nawyków pojęciowych, wchodząc w zupełnie nowe użycie słów, które tak często bywają rozumiane opacznie (przyznam, że i mnie samemu do niedawna bardzo przeszkadzały). Pierwsza kwestia to pojęcie „chwały” – jeśli je stosujemy w kategoriach ludzkiego tronowania, teksty takie będą wręcz raziły jakimś feudalnym wymuszaniem czołobitności. Jak to – Bóg stwarza mnie tylko po to,  by domagać się ode mnie własnej chwały? Dopiero po latach dotarło do mnie, że chwałą nie jest tu żadna czołobitność, lecz dostrzeganie wszystkich spraw przez wymiar Jego obecności i pokładanie wszystkich pragnień w tęsknocie za Tym, który nigdy nie przemija.

Przyzwyczailiśmy się używać słowa „szczęście” jako najwyższej formy doświadczania dobra. Słowo „zadowolony” z powyższego cytatu może więc brzmieć dość blado – przecież tak często czujemy zadowolenie z dobrego posiłku, przyjemnego odpoczynku itd. Wejdźmy jednak w głębsze znaczenie tego słowa, które w słowiańskich językach oznacza spełnienie (zaspokojenie) woli. W językach zachodnich podstawą jest słowo „content” – co ciekawe, łacińskie „contentus” oprócz zadowolenia wyraża też gorliwość i samoograniczenie. Może więc tutaj szukać jakiegoś tropu? Człowiek żyjący według wewnętrznej dyscypliny nie musi być cierpiętnikiem, zaś szczera asceza – umartwianiem. Odmówienie sobie przyjemności, którą uznaję za dobro niższe, w imię dobra wyższego, stanowi jednocześnie źródło wolności od zewnętrznych uzależnień, które zawsze rodzą się tam, gdzie próbujemy za wszelką cenę osiągnąć lub bronić jakieś dobro cząstkowe. W tym ujęciu zadowolenie jest stanem niezmąconego i niczym niezagrożonego szczęścia.

Wreszcie pojęcie trzecie: „korzyść”, tak często odmieniane w naszych słownikach – mówimy o zysku, sukcesie, efekcie… W zasadzie cała nasza cywilizacja zaczęła się opierać na tej kategorii pojęć. Nawet w rozwoju duchowym mimowolnie ulegamy presji działania pod kątem uzyskania jakiegoś wyraźnego efektu. Stawiamy więc sobie określone cele. A przecież nikt z nas nie może wiedzieć, czy obrany cel jednostkowy mieści się w drodze do celu ostatecznego, bo ten ukryty jest tylko w Bogu. Prawda, która została nam objawiona, sprowadza się tylko do rozróżnienia dobra od zła – dla chrześcijan Prawda ta urzeczywistnia się w Jezusie Chrystusie, tj. w uobecnieniu żywego Boga, dla ateistów – w Bogu Nienazwanym, jednak wszyscy tej Prawdy doświadczamy i jej pragniemy… Podążając za dobrem – nawet wtedy, gdy wydaje się to bezowocne i bezsensowne – każdy krok powinien być zawsze zanurzony w ufności, że jest on na naszej drodze konieczny (nawet wtedy, gdy nie daje oczekiwanego rezultatu!). Z kolei każda zgoda na zło, nawet ta podjęta w imię większej „skuteczności” w dążeniu do dobra, zawsze będzie źródłem jakiegoś zniewolenia, bo wypływa z braku ufności i cierpliwości, że Bóg jest Tajemnicą, w której dobro zawsze zwycięża.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A gdy już zdejmiesz buty ciasne…

20 cze

Gdyby każda osoba przed zawarciem związku małżeńskiego miała wgląd w swoją przyszłość, formalne związki byłyby prawdopodobnie zjawiskiem niezwykle rzadkim. Dzisiaj i tak stają się coraz bardziej akceptowane „małżeństwa na próbę” lub często zmieniane układy partnerskie – ale już z innych przyczyn, niż wgląd w przyszłość. Chodzi raczej o lęk przed odpowiedzialnością i podejmowaniem nieodwołalnych decyzji. Lęk przed zamykaniem sobie drogi do powierzchownie pojmowanej wolności, osobistej kariery i wszelkich potencjalnych możliwości. Istnieje słuszne przekonanie o konieczności ciągłego rozwoju każdej osoby, jednak podstawowym błędem w tym podejściu do życia jest sprowadzanie owego rozwoju do czysto zewnętrznych i osobistych osiągnięć. Bo kto z młodych ludzi zakłada dziś, że najważniejsza jest droga rozwoju wewnętrznego, realizowana ponad możliwością awansu społecznego? Integralne poczucie własnej wartości wiązanej z gromadzonym kapitałem czy społecznym prestiżem zdaje się dziś stawać w kolizji z perspektywą zakładania i utrzymania rodziny.

 W tak rozumianym „spełnianiu się” nie stoi nic na przeszkodzie, aby mieć czasem jakąś kochankę czy nieślubne dziecko. Owszem, trzeba z tego tytułu ponosić jakieś koszty materialne lub społeczne, ale jest to traktowane w kategoriach ekskluzywności osobistego szczęścia, a czasem jako inwestycja w przyszłość (jeśli chodzi o potomstwo), natomiast rozmywa się gdzieś poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka w jego wymiarze osobowym – poza przestrzenią zmysłowych poruszeń, emocji, uczuć i materialistycznego planowania przyszłości. W takim podejściu wydaje się zrozumiałe, że człowiek może odejść, gdy już nic do swego wybranka nie czuje, że może przekreślić drugą osobę, jeśli ta staje mu na przeszkodzie w realizowaniu jakiegoś ważnego, czasem nawet szczytnego celu. Znałem kiedyś dobrze zapowiadające się małżeństwo, żyjące według katolickich tradycji, a jednak rozsypujące się pod wpływem źle pojętej „misji” w oddaniu sprawom społecznym. Często zastanawiałem się, dlaczego tak jest? Dlaczego zewnętrznie pojmowane szczęście i rozwój stają się pułapką nawet dla ludzi głęboko wierzących w wartości pozamaterialne?

 Odpowiedź nie jest łatwa. Wydaje mi się, że prowadzi do niej refleksja nad przemożną rolą zewnętrznej efektywności, która w naszej zachodniej cywilizacji stała się wymiernikiem sensu. Zgodnie z takim podejściem miłość traci ważność, gdy przestają jej towarzyszyć emocje i uczucia, a nawet wtedy, gdy ustaje pożycie seksualne. Skoro nic Cię już z tym człowiekiem nie wiąże, to znak, że trzeba odejść, szukając spełnienia gdzie indziej. Jednak tu rodzi się następne pytanie: co jest owym spełnieniem? Czy doznana przyjemność na płaszczyźnie zmysłowej? Czy okazane uczucie? A może zabezpieczona przyszłość? Ale przecież wszystko to jest pyłem, ulatującym w niebyt, jeśli tylko podejść do rzeczy egzystencjalnie: zmysły gasną, uczucia ewoluują, przyszłość nigdy nie jest pewna i zawsze prędzej czy później wymyka się spod kontroli. Co więc jest stałe?… Myślę, że doświadczanie małżeństwa, nawet w jego nieudanej postaci (!), gdzie niezgodność charakterów wydaje się być przepaścią, a wzajemnie zadane rany – zasiekami nie do przejścia, nawet wtedy ów związek dwojga ludzi pozostaje ciągłym wyzwaniem do przekraczania samego siebie – z jednej strony do wędrówki w głąb (siebie i małżonka), z drugiej strony – do ciągłego uwalniania się od egzystencjalnych przywiązań – nawet od przywiązania do pragnienia odwzajemnionych uczuć. Wszystko po to, aby czerpać radość z czystej formy dawania – bez oczekiwania lojalności i wzajemności. Bo im bardziej uwiera Cię dziś kamień w bucie, tym większym szczęściem będzie chwila, gdy już buty z Ciebie zdejmą…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii