RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2013

Tradycja jak bursztyn…

27 lip

Utrwalone w bursztynie owady, choćby były nie wiem jak piękne, nie stanowią już życia – w przeciwieństwie do trawy, po której często stąpamy bez namysłu (na zdjęciu łąka w Wołosatem)

W nowej książce Tomáša Halika „Różnorodność pojednania” spodobały mi się takie oto słowa:  Kto się chwali, że nie ma próchnicy, powinien najpierw sprawdzić, czy aby nie ma sztucznej szczęki (cytuję z pamięci). Samoocena bywa zawsze zwodnicza, gdy bazuje na jakimś samozadowoleniu. Podobnie jak zwodnicze jest oceniane drugiego człowieka, gdy wkrada się doń element totlizujący, prowadzący do demonizowania jakiejś osoby. Pewien irlandzki filozof, Richard Kearney z Bostonu pisał kiedyś o narzucaniu demonicznj retoryki przez islamski fundamentalizm. Mechanizm jest taki, że gdy świat zachodni połyka przynętę totalizacji ocen, sam zaczyna mówić tym samym językiem, widząc w islamie „wcielonego szatana”.

Gdy człowiek jest prześladowany przez senne zjawy, powinien się zmusić, aby spojrzeć im prosto w twarz, będzie wówczas zaskoczony, jak bardzo są do niego podobne. Fundamentalizm jest utrwaleniemn tych demonów. Tradycja broniona w sposób bezkrytyczny i bezrefleksyjny staje się czasem nawet dość pięknym bursztynem, w którym zatopione owady do złudzenia przypominają żywe orgaizmy – niestety już dawno wygasło w nich życie. Tradycja powinna być bowiem szatą samego życia, któe przecież polega na ciągłej przemianie. Stare treści muszą w niej podlegać nieustannej reinterpretacji, stosownie do czasu i otoczenia. Nie oznacza to bynajmniej reltywizacji wartości – ich sens poddawany jest jedynie uwspółcześnieniu (w języku sobrowym określanemu słowem „aggiornamento”).

Prawda staje się swoją karykaturą, gdy próbuje przywdziać na siebie nieruchomą, złotą maskę, zatapiając tym samym rysy twarzy w jednym tylko grymasie, często pochodzącym sprzed setek lub tysięcy lat. Ten „grymas” z pewnością również jest jakąś cząstką prawdy o człowieku, ale wyłącznie w aspekcie określonych czasów. Życie jednak idzie dalej i człowiek wciąż uczestniczy w sztuce, która nigdy nie jest taka sama, choć tak często bywa podobna do minionych już dramatów. Przybiera coraz to nowe odsłony, domagając sę wciąż nowych poszukiwań.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Humor jako probierz autentyczności :)

17 lip

Nasz Fafik nad tęczową doliną Ustrzyk („łuk szczęśliwości” rozciągnięty kilka dni temu)

Jakiś czas temu pewien wierny czytelnik niniejszych notek (ukłony w stronę …Nasumi’ego – tak się odmienia Twój nick?) poprosił mnie o jakiś lżejszy tekst okraszony humorem. No i wprawił mnie w głębsze zastanowienie nad samym sobą, żeby nie powiedzieć w pewne zakłopotanie. Dlaczego na zewnątrz, również w przestrzeni wirtualnej, bywam tak poważny, skoro w życiu prywatnym często się śmieję, nieraz nawet przez sen. ;) Jednak niesforny chochlik poruszający struny śmiechu nigdy nie działa na żądanie – przeciwnie, pojawia się w najmniej spodziewanych momentach, łaskocząc wtedy, gdy powaga bycia przywdzieje już na siebie ciężki spiż pomnika. :)

Ostatnio spotkałem się w książce Tomasza Halika z bardzo trafnym spostrzeżeniem, że humor jest przejawem fizycznego i duchowego zdrowia. Stanowi bardzo skuteczne narzędzie w demaskowaniu pychy – bywa też bardzo pomocny w burzeniu osobistych bożków i fałszywych idei. I chyba właśnie dlatego nadęta duchowość tak usilnie się przed nim broni, co doskonale ukazał Umberto Eco w „Imieniu Róży”. Poczucie humoru podkreśla autentyczność wiary i mądrości, jak też wskazuje na rzeczywistą wartość piękna, odróżniając je od kiczu. Bo gdzie wiara, mądrość lub piękno zostają wprzęgnięte w jakąś ideologię lub stają się nieszczerymi pochlebcami, tam nie ma już miejsca na śmiech.

Niestety również samego humoru nie da się zaprzęgnąć do wozu, by ruszał na jedno trzaśnięcie bicza. A jeśli tego próbować, rychło przemienia się on w ironię, sarkazm i szyderstwo. Bo humor to zwierzątko całkowicie wolne, które biega wokół człowieka tu i tam – nigdy nie wiadomo, kiedy zacznie się do nóg łasić, a kiedy z impetem na człowieka naskoczy. No i gniewać się na to zwierzę nie sposób – podobnie jak na mojego, niezwykle temperamentnego kundelka, którego pół roku temu przygarnęliśmy. Nawet chodzić na smyczy nie udało mi się go dotąd nauczyć. Ale właśnie przez tą swą żywiołową naturę wprowadza w dom tyle ożywienia. Jeśli więc ktoś prosi o humor, trudno mu odmówić, ale też nigdy nie wiadomo, kiedy on przyleci i kiedy na mnie naskoczy! ;)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Piękno przywłaszczone i piękno darowane…

13 lip

Połonina Bukowego Berda i góralskie piękno: Lucjan Fałat „Przed lustrem”, Fryderyk Pautsch „Nowożeńcy”
 

        Ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwe piękno mogą zrozumieć jedynie ci, którzy stanowią jego część. W pełni się z tym zgadzam: kto prawdziwie czuje i przeżywa piękno, automatycznie pragnie być jego częścią (zarówno w odniesieniu do piękna fizycznego, jak i duchowego – bo i o takim możemy mówić). Jednak obok tego kreatywnego podejścia do piękna istnieje też umiejętność zapanowania nad nim. To bardzo ciekawe, bo być świadomym piękna (np. fizycznego, ale także psychicznego, emocjonalnego itd.) wcale nie oznacza jeszcze zdolności do jego kształtowania i tworzenia (czyli dawania) – można wręcz przeciwnie, dążyć do jego zawładnięcia.

       Chodzi mi tu zarówno o „przywłaszczenie” sobie własnego piękna, jak też pożądanie odczuwane względem piękna zewnętrznego. Gdy przywłaszczam sobie piękno, traktuję jego wartość zewnętrznie – nawet gdy ono związane jest z moją osobą, usiłuję utrwalić je drogą plastycznych korekt (obojętnie, czy dotyczyć one będą ciała, czy mojego pozamaterialnego wizerunku). Wszelkie moje zabiegi będą się wówczas sprowadzały wyłącznie do tworzenia jakiejś atrapy piękna. Bo przecież prawdziwe piękno jest nierozerwalnie związane z autentycznością, naturalnością – tak u młodego, jak i u starego człowieka.

       Istnieje więc kwestia świadomości piękna, ale też istnieje jeszcze coś o wiele ważniejszego: jego rozumienie, właściwe odczytanie, o czym to piękno do nas mówi. Nierozumiane piękno może być w niektórych sytuacjach zagrożeniem – np. akt kobiecy odczytany być może na płaszczyźnie estetycznej i sensualnej. W tym pierwszym przypadku stajemy przed jakimś bezinteresownym podziwem dla ludzkiego ciała – podziwem, który staje się częścią odczuwanej wolności. W drugim zaś odniesieniu może dochodzić do psychicznego uzależnienia od obrazu, traktowania go w kategoriach pornograficznych, co prowadzi do wyraźnej destrukcji. Piękno jawi się więc jako rodzaj wdzięku (być może dlatego łacińskie określenie teologicznego terminu łaska=gratia odnosi się do kategorii estetycznej). Wdzięk dany jest nam z zewnątrz, ale to od nas zależy, w jaki sposób go przeżyjemy i co z nim dalej zrobimy…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wrażliwość etyczna wobec poczucia obcości

11 lip

Emigranci na Jeziorze Solińskim  – kolaż z wykorzystaniem zdjęcia ze strony: ww.banzai.pl – uchodźcy z Afryki, płynący do Europy

Papież Franciszek zabrał dziś głos w sprawie emigrantów z Afryki (uciekających przed biedą, ale i przed prześladowaniem), zachęcając, by wyzbyć się oporów przed ich przyjmowaniem, co wywołało falę krytyki jego słów. Z jednej strony rozumiem postawę, którą prezentuje wielu przeciwników otwarcia na emigrację: „najpierw najbliżsi, potem przybysze”. Sam nie jestem za pełnym otwarciem granic – choć przy tym osobistym wyznaniu zapala się we mnie jakaś czerwona lampka, bo z drugiej strony pojawia się pytanie, czy obstając przy opcji „najpierw my” nie zamykamy się wyłącznie w kręgu samych siebie?

Myślę, że spór jest o wiele głębszy, niż kwestia emigrantów we Włoszech, czy w ogóle problem emigracji. Czy taka postawa nie przenosi się na każdy inny szczebel relacyjności: „co tam Ojczyzna, byle moja rodzina była zabezpieczona”, „dajmy spokój ekumenizmowi czy dialogowi międzyreligijnemu – ważne, żebyśmy jako Kościół katolicki osiągnęli zbawienie.” Czy wiecie, o co mi chodzi? I czy jest to postawa zgodna z Ewangelią?… Wcale nie chcę tu nikogo oceniać, bo jeszcze raz podkreślam, że nie tylko rozumiem te obawy, ale również sam je w sobie noszę. Chodzi mi wyłącznie o uświadomienie sobie tego, że w pójście za Ewangelią zawsze wplecione jest ryzyko związane z własnym bezpieczeństwem doczesnym. I że przełamywanie tych obaw musimy podejmować każdego dnia na nowo.

Dzisiaj mamy 70. rocznicę Wołynia. Czy ci wrażliwi Ukraińcy, których z pewnością w tamtym tragicznym czasie nie brakowało, a którzy sparaliżowani strachem potrafili tylko biernie przyglądać się bezwzględnej rzezi dokonywanej na sąsiadach – czy oni w jakiś sposób nie przypominali naszych dzisiejszych lęków?… Wiem, że porównanie obecnej sytuacji w Afryce i emigracji, która stała się jej skutkiem, do rzezi Wołyńskiej może się komuś wydać niestosowne wobec skali ludobójstwa sprzed 70 laty, ale chodzi mi o sam mechanizm zamknięcia w bezpiecznym kąciku „swojskości”. Czy nie prowadzi on właśnie do takiej bierności i obojętności na los drugiego człowieka?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W poszukiwaniu czystego i trwałego „ja”

05 lip

Przy okazji bieszczadzka zagadka – gdzie znajduje się ta „pustelnia”? (podpowiedź, że w granicach Bieszczadzkiego P.N. i że to dawna bacówka z lat 70-tych) 

 Właśnie otrzymałem zamówioną przesyłkę z dwiema książkami: Tomáša Halika (największego orędownika otwartego dialogu) – „Różnorodność pojednania” oraz Józefa Tischnera – „Studia z filozofii świadomości” (ta ostatnia to również premiera na wydawniczym rynku – i właśnie od niej zacząłem)… Lektura dość trudna, bo operująca specjalistycznym językiem filozofów, jednak warto się przez to przegryźć, jeśli tylko ktoś autentycznie poszukuje źródeł czystego i trwałego „ja”. Książka wychodzi naprzeciw zwątpieniom zarówno w realność, jak i w trwałość (ponadczasowość) podmiotu.

 Analiza strumienia świadomości możliwa jest dzięki refleksji, która kierunkuje myśl ku osobistemu przeżyciu, odnajdując w nim realność bycia. Pisał już o tym Edmund Husserl, wskazując na podmiot jako strukturę na wskroś dynamiczną – wciąż przecież zmieniamy swój stosunek do każdego przedmiotu, do wartości, do sytuacji, wspomnień i wyobrażeń. Jednak w każdym punkcie swego życia solidaryzujemy się ze swoim „ja” w całej jego czasowej rozciągłości. Patrzę na zdjęcie z dzieciństwa i mówię: „to JESTEM ja”, choć nic mnie już z tym dzieckiem nie łączy poza samą świadomością istnienia jakiegoś kontinuum. Bez tego poczucia trwałej tożsamości, bylibyśmy tylko splotem fizjologicznych impulsów.

 Ciekawym spostrzeżeniem jest również to, że dopiero gdy zwracam się ku minionym przeżyciom (obojętnie, czy miały one miejsce 40 lat, czy 4 sekundy temu), w pełni świadomie odnajduję swoje czyste „ja”. Kiedy mówię: czytam książkę, już w tym momencie jej nie czytam. Kiedy sobie uświadamiam: „myślę o tym”, przestaję o tym myśleć – myślę już teraz wyłącznie o swoim akcie myślenia. Oczywiście bez tych aktów autorefleksji mogę bardzo aktywnie spędzić życie, ale czy potrafię w nim dostrzec sens i radość? Czy każdy aktor nie powinien co jakiś czas zejść ze sceny życiowego dramatu, choć na chwilę siadając pośród widowni?…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Projekcja złych intencji i pokusa odwetu

03 lip

Świtanie nad Lutowiskami i Ustrzykami – obraz Dantejskiego nieba i piekła?… ;)

W „Boskiej komedii” Dante umieścił zdrajców na samym dnie swojej wizji piekła. Dusze tych, którzy nie byli w stanie poskromić swej zapalczywości w gniewie, znajdują się według Dantego na granicy „diabelskiego grodu” (krąg piąty). Poeta najwyraźniej uważał, że każda złość prowadzi do zniszczenia pozytywnej relacyjności i z samego swego założenia jest przeciwko niej skierowana. W jednym szeregu wymienia więc zabójców (nienawiść wymierzona w drugą osobę), bluźnierców (gniew wobec Boga) i samobójców (negacja samego siebie). Oddaje to historyczną mentalność epoki, ale mówi też o czymś więcej. Dziś już nikt nie stawiałby zabójcy na równi z samobójcą. Dziwić też może umieszczenie heretyków w siódmym kręgu, uznając w nich jeszcze większą winę, niż zabójstwo. Ale pozostaje pewna prawidłowość wspólna nam wszystkim, niezależnie od epoki, o czym nieco później.

Tymczasem proponuję zatrzymać się jeszcze przez chwilę nad samą motywacją tych przewinień, które niegdyś uznawane były za najcięższe: samobójstwa, bluźnierstwa, herezje i zdrady. Czy dziś nie budzi to w nas jakiegoś sprzeciwu? I czy faktycznie u podstaw każdej takiej winy leży złość? Przecież zdrada i herezja wynika często ze zwątpienia w słuszność tego, komu dotąd służyliśmy. Zdradzając człowieka (lub wcześniejsze wyobrażenie Boga), czujemy się wierni Prawdzie i żywemu Bogu. Bluźniercą często kieruje bunt wobec doświadczanego zła, a samobójca nie tyle zabija się z nienawiści do siebie (przypadek chyba raczej rzadki), co z poczucia lęku lub bezsilności. Wszystko to usprawiedliwiamy różnymi stanami psychiki, widząc w tym raczej słabość, zbłądzenie, czy nieszczęśliwy wypadek, niż permanentny wybór zła. Może ku takiej ocenie skłania nas dziś głębsza znajomość psychologii, a może większa skłonność do empatii? W każdym razie oponowałbym wobec obiegowego twierdzenia, że jest to przejaw postmodernistycznej relatywizacji.

Wizja Dantego jest równie sugestywna w swej plastyczności, co uproszczona w jednoznacznej ocenie ludzkich przewinień. Ale też, jak już wspomniałem, dostrzec tu można pewien łącznik ze światem współczesnym – jest nim projekcja złych intencji na postawy otaczających nas ludzi. Wystarczy spojrzeć na dzisiejsze nasze społeczeństwo – jakże często skłonni jesteśmy umieszczać swych przeciwników (zwłaszcza politycznych) na samym dnie piekieł, widząc w nich najgorszych zdrajców, skłonnych do świadomego wyniszczania własnego państwa i narodu. Przyszło mi teraz na myśl, że być może to właśnie w przypisywaniu innym osobom najgorszych intencji mieści się istota ewangelicznych słów „raka” i „bezbożniku”: Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: „Bezbożniku”, podlega karze piekła ognistego (Mt 5, 21-22). Bo człowiek, który widzi wokół siebie tylko złe intencje, sam ulega pokusie nieustannego odwetu. A pokusa ta sama w sobie staje się dla nas piekłem.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii