RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2013

Dziedziniec pogan – pustynia przed wylaniem Nilu… czyli wiara wyrastająca z AKTU i PODMIOTU

31 sie

Huculszczyzna – miejscowy góral prezentuje grę na tradycyjnych rogach, trombitach i cymbałach…

Nie można wyjaśnić świata bez uwzględnienia samego człowieka, pisał Johann Gottlieb Fichte, który przeciwstawiał się pojęciu rzeczy samej w sobie. Człowiek jest miarą wszechrzeczy – jednak nie przez sam fakt swego istnienia, lecz przez swą potencjalność aktu, wyrażającego wolność. Zło moralne jest wynikiem bezwładu, który dotyka człowieka, kiedy nie jest w stanie zdobyć się na akt przezwyciężania własnych potrzeb. Pokrywa się to z moim przeświadczeniem, że człowiek czyni się sam rzeczą pośród rzeczy, podążając za własnymi potrzebami (pojmowanymi tu w kategoriach egoistycznych i egzystencjalnych – w odróżnieniu od pragnień, które mają charakter transcendentalny). Wracając jednak do Fichtego, uważał on, że człowiek w oderwaniu od społeczeństwa jest istotą niepełną. To właśnie w relacjach z innymi spełnia się jego odpowiedzialność za innych i za samego siebie.

Dlaczego piszę dziś akurat o tym filozofie? Znajduję tu pewien paradoks związany z wiarą. Fichte utracił swą katedrę pod zarzutem ateizacji, choć w moim odczuciu jego idealizm był właśnie postawą człowieka żyjącego wiarą i nadzieją – artykułowaną jednak językiem innym niż religijny. Skoro jaźń staje się osnową bytu, wchodzimy tu w metafizykę podmiotu, w której osoba stawiana jest ponad przedmiotem, zaś akt ponad substancją. W rozumieniu filozofii Fichtego akt stworzenia dokonuje się w wolności człowieka, kiedy ten przekracza samego siebie dla dobra innych. Przyszło mi teraz na myśl odniesienie do muzyki – każdy wysiłek twórczy włożony w grę staje się nieodłączną cząstką sztuki, która dzieje się na naszych oczach. Każdy z nas przez akty swej wolności i przekraczania własnych potrzeb staje się współtwórcą tej jednej symfonii…

Noszę w sobie również świadomość ograniczeń, upadków i słabości. Jednak im większym czuję się grzesznikiem, tym większą otrzymuję łaskę do porzucenia samego siebie na rzecz melodii dobra. Często spotykamy się dziś z diagnozami, że Kościół umiera, albo że kurczy się do oblężonej twierdzy „wybrańców”. Nadzieja podpowiada mi jednak coś zgoła innego – że stoimy przed dziejowym momentem wylania się żyznego Nilu na jałowe piaski pustyni. Zapowiedzią jest pełne otwarcie obecnego papieża Franciszka na tzw. „dziedziniec pogan” (historyczne miejsce, gdzie mogli się spotkać prawowierni Żydzi z resztą świata). Dzisiaj trzy kwestie sprawiają, że ludziom z zewnątrz trudno jest wejść przez wąską bramę świątyni: 1) trudność rozumowego przyjęcia wiary objawionej, 2) poczucie własnej grzeszności (mieści się w tym zarówno postawa rezygnacji, jak również wykluczenia i buntu), 3) wizerunek zakłamanej instytucji (czy jest on prawdziwy, to już tutaj mniej istotne, bo chodzi o przeszkodę natury subiektywnej).

Za powyższą diagnozą mogą iść tylko trzy, adekwatne rozwiązania: 1) pokora wobec wszelkiej wiedzy (również tej objawionej), 2) cierpliwość wobec samego siebie, 3) uznanie powszechnej grzeszności (przenikającej również do samego Kościoła). Dopiero takie otwarcie może sprawić, że wody przeleją się z wąskiego koryta rzeki, użyźniając pustynię, a Boża muzyka stanie się rzeczywistością dostępną dla każdego. Myślę, że właśnie w tym kierunku podążała myśl Fichtego.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Między upałem dnia a chłodem nocy…

21 sie

Zachód słońca z połoniny Bukowego Berda

 Każdy upał kiedyś się kończy – w Bieszczadach dziś pierwszy dzień przyjemnego chłodu, a nawet przelotnej mżawki. Każdy wschód jest zapowiedzią zachodu, a zachód wschodu. W Liście św. Pawła do Efezjan czytamy: Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce! (Ef 4,26). Kiedy właściwie zachodzi w nas słońce? Jak się gniewać, aby ono nie zachodziło? W gniewie jest emocja – a przecież emocjonalność stanowi część naszej natury. Jednak do emocji przyłącza się też wola: chcę się od niego odwrócić, chcę go zdeptać, chcę go tak napiętnować, aby każdy nim gardził, wreszcie – chcę wymierzyć sprawiedliwość, aby innych już nie krzywdził. Taki gniew przestaje być już czystą emocją, stając się wejściem w mrok zimnej i nieprzyjaznej nocy. Byłoby jednak naiwnością wierzyć, że człowiek może całkowicie zapanować nad swoją wolą, nie mówiąc już o uwolnieniu się od emocji. To iluzja dalekowschodnich religii – emocja może być wygaszona, lecz jako taka, z tym większą siłą wybucha w zupełnie innym miejscu lub też zastyga w postaci zimnego głazu ukrytego egoizmu. Skoro człowiek dysponuje emocjami, znaczy to, że są one ważną częścią naszej natury. W „Listach starego diabła do młodego” C. S. Lewisa diabli nauczyciel przestrzega swego wychowanka przed ludzkimi emocjami, które sprawiają, że człowiek staje się najmniej przewidywalną istotą…

Nie gniew sam w sobie staje się więc złem, lecz konsekwencje, jakie pozostawia w postaci woli zniszczenia osoby – przez bolesne dotknięcie, ale także przez wewnętrzne osądzenie. W języku filozoficznym OSĄD często odnoszony jest do tego, co POWINNO BYĆ, podczas gdy SĄD dotyczy tego, co JEST. Tak więc osąd zawsze odnosi się do jakiejś ukrytej w umyśle idei. Mogę osądzić kogoś w odniesieniu do własnego wyobrażenia o tym, jak według mnie powinien ów człowiek postąpić. Ale w ten sposób czynię z własnego wyobrażenia normę obiektywną. On powinien uważać na to, co mówi, on powinien mnie przeprosić, on powinien być bardziej wrażliwy… Taki osąd staje się częścią myślenia totalitarnego, gdyż odrzuca prawdę o naszej odmienności. Każdy ma inną wrażliwość, inną ekspresję bycia, inną zdolność do autorefleksji. Osądzenie osoby jest też aktem zaprzeczenia jej transcendencji. Osądzając kogoś przez pryzmat jednego zdarzenia, redukuję go do zjawiska, a tym samym sam siebie stawiam pośród zjawisk lub też odwrotnie – czynię samego siebie sędzią, na podobieństwo Boga, jedynego Pana ludzkiego sumienia.

Jak więc przeżywać gniew bez wchodzenia w mrok osądzania, skoro droga wiodąca przez buddyjskie wyizolowanie prowadzi na manowce znieczulenia, a zaangażowanie w osąd grozi zatraceniem w złości? Czy istnieje jakiś złoty środek? Myślę, że ten środek gwarantuje nam właśnie zaakceptowanie naszej emocjonalności – z całą jej zmiennością (jak zmienna bywa pogoda) i naturalnością (jak naturalny bywa klimat dla każdej części świata). Skoro wiem, że ktoś ma naturę choleryka, jego gniew przyjmuję jak nawałnicę, którą należy przeczekać. Gdy sam zapalam się gniewem, nie podejmuję wtedy żadnych decyzji – nawet w myślach próbując wówczas wyłączyć wszystkie swoje serwery decyzyjności. Staram się obrócić swój gniew w krzyk bezsilności, który chwilami może przechodzić w skargę wobec siebie lub samego Boga – nie zawsze mi to wychodzi, czasem mimowolnie wzbudzone zostaną gradowe chmury z piorunami. Jednak wiem, że po każdej takiej nawałnicy trzeba będzie posprzątać. Ta świadomość skutecznie łagodzi zapał wszelkiego żywiołu. Warto jednak pamiętać, że każdy zachód słońca jest warunkiem i zapowiedzią nowego wschodu…

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Siła presji a tłumienie ekspresji

14 sie

Każdy człowiek skazany jest na nieustanne życie pod większą lub mniejszą presją otoczenia, choćby tego sobie w ogóle nie uświadamiał. Presja ta płynie z pewnego rozdźwięku między wizerunkiem samego siebie, jaki według mojego wyobrażenia powinienem być, a jaki – również według subiektywnego wyobrażenia – faktycznie jestem. Dzieje się tak pod wpływem oczekiwań, które wciąż stawiam przed samym sobą i które w moim odczuciu stawiają przede mną inni. Oczekiwania – trzeba tu dodać – w tym rozumieniu są zaprzeczeniem pragnień. Te pierwsze zdają się pakować człowieka w ciasny piórnik narzuconych obrazów, podczas gdy te drugie stwarzają formę płynącą z mojej rzeczywistej postaci.

Problem ten doskonale zilustrowany został w filmie „Jak zostać królem”, gdzie główny bohater, niedoszły jeszcze król Anglii, ma olbrzymie problemy z jąkaniem i w celu leczenia tej dolegliwości wynajmuje domniemanego lekarza. Przyszłemu władcy, Jerzemu VI, trudno byłoby uporać się z tym defektem, gdyby nie postawa starego aktora, który traktuje księcia w sposób bezceremonialny, burząc w nim tym samym wszelki porządek utrwalonych przez otoczenie relacji, oparty przecież właśnie na wdrukowanych wyobrażeniach o tym, jak „powinny” one wyglądać. Książę Albert jest przez swego nauczyciela nieustannie wytrącany ze stanu równowagi, która de facto opiera się na sztywno przez siebie narzuconej roli, pozostającej w ciągłym konflikcie z głębokimi kompleksami. Bo cały ten problem bierze swój początek z wyobrażeń i subiektywnych odczuć.

Pokazuje to pewien mechanizm naszej psychiki, która blokuje ekspresyjność wyrażania się, gdy nasza świadomość obciążona zostaje ponad miarę oczekiwaniami, a te rozmijają się z prawdziwą naturą człowieka – jego możliwościami i pragnieniami. Być sobą można dopiero wówczas, gdy odrzucone zostaną te fałszywe wyobrażenia o sobie samym. Gdy wyzbędę się lęku serfowania po falach życia, ufając w przeznaczenie i wpisane weń moje prawdziwe predyspozycje (których prawdopodobnie nigdy do końca nie poznam!) – dopiero wtedy zaczynam żyć swoim autentycznym obliczem. Nigdy do końca niczego nie jestem w stanie przewidzieć i zaplanować, ale mogę w każdej sytuacji być po prostu sobą – wtedy żadne jąkanie (tutaj już rozumiane w kategoriach wszelakich oporów, frustracji i kompleksów) nie jest w stanie narzucić mi jakiejś sztywnej, obcej mi maski…

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Między Zaratustrą Nietzschego z ewangelicznym „policzkiem”…

05 sie

Ostatnio kilkakrotnie spotkałem się z pytaniem, jaki sens ma ewangeliczne nadstawianie drugiego policzka? Czy nie jest to przejawem przyzwolenia na przemoc?… Odpowiem słowami Nietzschego, którego powszechnie uważano za rzecznika filozofii siły. Oczywiście wiemy dobrze, jak bardzo strywializowano jego ideę „nadczłowieka” – nie tylko włączając ją do nazistowskiej propagandy, ale również przyjmując ją bardzo powierzchownie w dzisiejszych czasach. Tymczasem Nietzsche pisał o regulatywnej koncepcji człowieka znajdującego się w ciągłym, dynamicznym zawieszeniu pomiędzy swą zwierzęcością a „innym”, upragnionym rodzajem bycia. Według niego „Übermensch” to być w ciągłym ruchu przezwyciężania samego siebie, czyli w ruchu PONAD i POZA siebie. Człowiek staje się w ten sposób nie tyle BYTEM (jak zwierzę, usiłujące za wszelką cenę zachować swą aktualność, nie oglądając się na początek i kres), co raczej SPOSOBEM BYCIA, zdolnym do rzucania się ku „innemu” poza byt.

Heidegger opisał zwierzę jako „statyczność w dynamicznej szacie” – tj. byt, który pragnie się w czasie utrwalić mimo zmienności bycia. Człowiek Nietzschego staje się już istotą ambiwalentną – z jednej strony jak zwierzę zachowawczą, z drugiej – zdolną do rzucania się w otchłań wielkiej niewiadomej, jaką jest śmierć, tylko po to, aby ocalić sens swego istnienia. Każdy człowiek jest ruchem od MOŻNOŚCI do AKTUALNOŚCI bytu. Zaratustra Nitzschego jest prorokiem przewidującym dzisiejsze czasy, kiedy to „ostatni człowiek” tego wielkiego „targowiska” wynalazł już sposób na zapewnienie sobie bezpieczeństwa, długowieczności i pracy, która stanowi jedynie rozrywkę – słowem zdaje mu się, że zbudował stan wiecznej szczęśliwości. Żyje w społeczeństwie bezklasowym, bo ono daje mu złudzenie sprawiedliwości. Uprawia filantropię, bo ona zapewnia mu surogat dobra. Jednak taki człowiek jest w stanie stosować przemoc w obronie stworzonego przez siebie świata – używa siły tylko w tym celu, by zachować istniejące status quo, gdyż panicznie boi się zawieszenia w próżni i rzucenia się w przepaść wielkiej niewiadomej.

Nadstawienie drugiego policzka, gotowość do poniesienia najwyższej ofiary, zerwanie z kruchą stabilnością tego świata – to wszystko jest wejściem w pozycję „człowieka drogi” – istoty, która nigdzie nie znajduje swego gniazda, bo ciągle wędruje ku horyzontowi swych pragnień. W takim wymiarze policzek jest niczym, bo odsłania jedynie nicość policzkującego. Spoliczkowany tym bardziej jest sobą, im mniejszą krzywdę potrafi czuć w sytuacji policzkowania. I nie chodzi tu o jakieś cierpiętnictwo – przeciwnie, chodzi o wyzwolenie się z największego udręczenia, jakie daje przywiązanie do BYTU, którego obrona nieuchronnie prowadzić musi do zanegowania BYCIA.

 
Komentarze (29)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pytanie o wartość heroizmu i źródło polskiej tożsamości…

01 sie

Choć „złota rybka Europy” nie spełniła naszych życzeń, to jednak pragnienia wyrażone w narodowych zrywach stanowią ważną część polskiej tożsamości…

Dzisiaj mamy rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Właśnie czytam o kontrowersyjnej publikacji Piotra Zychowicza „Obłęd’44″, będącej ostrym i jednoznacznym podsumowaniem powstania przez pryzmat jego politycznych skutków. Nie chcę tu wpadać w retorykę odsądzania Autora od czci i wiary, bo z pewnością niektóre jego wnioski są warte zastanowienia. Jednak publikacja ta skłoniła mnie do zastanowienia się nad etycznym aspektem każdego heroizmu i nad współczesnym doń odniesieniem. W naszych czasach dość łatwo przychodzi pragmatycznym komentatorom i historykom oceniać powstańców, bo: 1) dysponują wiedzą, jakiej tamci nie posiadali, 2) nie mają tak bolesnych doświadczeń za sobą, 3) żyją zanurzeni w zgoła odmiennej rzeczywistości i mentalności społecznej.

Zastanawiam się teraz nad różnicą między współczesnym i dawnym odniesieniem do heroizmu. Biorąc pod uwagę np. ten z powstania warszawskiego – czy był on naprawdę bezsensowny? Czy Polska byłaby taką samą Polską bez niepodległościowych zrywów? Czy życie faktycznie jest wartością najwyższą? No i wreszcie pytanie chyba najważniejsze: czy oddanie życia za kogoś, jeśli ten ktoś również je stracił, może mieć przez to mniejszą wartość? Czy nie wpadamy w ten sposób w jakąś pułapkę ekonomicznego spojrzenia na każde poświęcenie i bohaterstwo?

Chodzi mi tutaj o pewien radykalny pragmatyzm, wdzierający się wszędzie do współczesnej etyki. Pragmatyzm, który według mnie szybko staje się absurdem – bo przecież każdy z nas jest śmiertelny, zatem wedle tych zasad nie warto stawać w niczyjej obronie. Każdy też w jakiś sposób ma ograniczoną wolność – po co więc o nią walczyć? Po co ratować życie, skoro kończy się śmiercią? To pytania zdawałoby się odległe od tematu, a jednak wszystkie one wskazują na to, jak daleko czasem odeszliśmy od pierwotnych wartości, wedle których samo życie wcale nie było wartością najwyższą, a każdy akt oceniany był bardziej przez pryzmat jego intencji, niż skuteczności.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii