RSS
 

Archiwum - Październik, 2013

Świat zmarłych – między kulturą starożytnych Greków i bieszczadzkich Bojków…

29 paź

Alegoria śmierci w nagrobnej metaloplastyce (maki z czaszką) – Ustjanowa (po lewej) i Stefkowa (po prawej)

W pierwotnych tradycjach Grecy grzebali zmarłych z ich dobytkiem – bywało, że również z niewolnikami. Ważną rolę spełniały płaczki – okaleczano się i wyrywano sobie włosy, aby tylko zapobiec nękaniu domostwa przez duszę zmarłego. Zaduszki obchodzono na wiosnę, w czasie święta Antesteriów, kiedy to dusze zmarłych miały wychodzić z hadesu (wierzono, że wychodzą przez szczelinę, którą spłynęły wody potopu). Drzwi domów musiały być w tym czasie pomazane smołą dla odstraszenia sił nieczystych. Każda rodzina wydawała wówczas ucztę dla zmarłych – przygotowywano ją z nasion wszystkich dostępnych roślin polnych. Potrawy zostawiane były w osobnej izbie, do której nikt z żywych nie śmiał wchodzić. Nad grobami również spożywane były posiłki, a każda trzecia część wina wylewana była w ziemię. Najbardziej obawiano się dusz osób, których życie zostało tragicznie przerwane – mogły one zsyłać chorobę, odbierać rozum, a nawet zabić. Wierzenia te już w czasach starożytnych krytykowane były przez część światłych ludzi (ostro sprzeciwiał się im Ksenofanes, wytykając naiwny antropomorfizm), jednak do pradawnych wierzeń intensywnie wracano jeszcze w czasach Hadriana, kiedy Grecja przechodziła swoisty okres romantyzmu.

I znowu motyw maku u podstawy ułamanego krzyża (Smolnik nad Sanem) oraz autonagrobek wykonany samemu sobie za życia przez miejscowego kamieniarza (Berehy Górne)

A jak to było u mieszkańców dawnych Bieszczadów? Oni również panicznie bali się umarłych, dlatego z niezwykłą dbałością podchodzili do obrzędów pozwalających duszy na trwałe przenieść się do zaświatów. Przed nieboszczykiem sypano mak (dla trwałego snu), koszulę nacierano owocem dzikiej róży (żeby zmarły nagle nie wstał), a po wyprowadzeniu ciała z chałupy, izbę okadzano dymem z jałowca (jałowiec w tym celu używali jeszcze Celtowie i Prasłowianie). Nie brakowało też pochówków wampirycznych, w których odnajdywano głowy ucięte, włożone między kolana – ciała były odwracane plecami do góry i przebijane osikowymi kołkami (trzeba jednak zaznaczyć, że mimo powszechnego lęku, takie praktyki były zjawiskiem marginalnym)… Zmarłego kładziono na ławie przykrytej białym płótnem i okadzano ziołami.  Cztery narożniki trumny posypywano solą, którą najbliżsi z rodziny musieli zlizać, obchodząc zmarłego dokoła – miało to chronić przed późniejszym nękaniem. Człowiek według Bojków miał dwie dusze – chrześcijańską i pogańską (ta druga pozostawać miała przy zwłokach, w pewnych okolicznościach wychodząc do świata żywych, aby im pomagać lub szkodzić). Szczególnie archaiczne zwyczaje zachowały się do ostatniej wojny w Wołosatem, gdzie kondukt pogrzebowy składał się z płaczek, a trumna odwożona była na cmentarz saniami (niezależnie od pory roku) – ciągnęły ją czarne woły.  Do trumny często wkładano przedmioty codziennego użytku, które miały służyć zmarłemu w zaświatach.

Anioł w kontekście portalu kościoła i winnej latorośli – symbol chrześcijańskiej nadziei (Lutowiska)

Dlaczego w ogóle zestawiłem tu ze sobą wierzenia starożytnych Greków i Bojków? Oczywiście nie czuję się na siłach lansować jakiejś teorii o genezie bojkowskich wierzeń, jednak zastanawiam się nad uderzającym podobieństwem pewnych motywów wywodzących się z obydwu tych światów. Przeprawienie zmarłych na drugi brzeg z udziałem płaczących kobiet, lęk przed duszami tych, którzy nie do końca odeszli, wyposażenie zmarłego na ostatnią drogę, wystawiane obiaty dla zmarłych (u wschodnich Słowian zwanych żertwami)… Pewnie wiele można by tu jeszcze podobieństw wymienić. Czy podobieństwa te były skutkiem wędrówek ludów? (jedna z hipotez utrzymuje, że Bojkowie pochodzą od bałkańskich pasterzy, którzy przemierzyli cały łuk Karpat – owi górale mogli więc teoretycznie spełniać jakąś rolę łącznikową). A może istnieje w tych dawnych wierzeniach coś uniwersalnego, co wszystkie je upodabniało według pewnych schematów? Jedno jest pewne – inspiracją wielu zwyczajów związanych ze śmiercią i pochówkiem był lęk wobec możliwości przenikania się oswojonego świata żywych z mrocznym światem umarłych. Lęk ten był na różne sposoby oswajany, zanim człowiek wyzwolił się ze starożytnego fatum, podążając ku nowym horyzontom nadziei.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Etnologia

 

PROSZĘ – DZIĘKUJĘ – PRZEPRASZAM

27 paź

Dzisiejsze grzybobranie… 

Wczoraj Papież Franciszek wskazał na doniosłą rolę trzech słów, jakie powinny być zawsze obecne w życiu każdej rodziny: proszę, dziękuję, przepraszam. Od razu sobie jednak pomyślałem, że znaczenie tych pojęć można równie dobrze przekazywać pozawerbalnie lub z użyciem słów zupełnie innych. Oczywiście nie chodzi o celowe ich unikanie, lecz o pewną swobodę w osobistej ekspresji. Bo czyż prośbą nie będzie zamiana jakiegoś polecenia w łagodne pytanie „czy mógłbyś…” uzupełnione ciepłym uśmiechem? Czy wdzięczności nie wyrażamy często w spontanicznym okrzyku: jak się cieszę! Albo czy żalu za wyrządzone zło nie lepiej czasem wyrazić prostym przyznaniem się do błędu i pokornym zakłopotaniem?

Bywają też sytuacje odwrotne – jakże często wszystkie te słowa wypowiadamy ze złością, ironią czy wyraźną dominacją. Mówimy „PROSZĘ to natychmiast wykonać!” – ale w słowach tych nie ma cienia prośby. Mój dawny nauczyciel, gdy mu ktoś przeszkadzał, zwykł mówić „DZIĘKUJĘ ci, cholera!” (kiedyś jakiś inny nauczyciel w tej samej klasie szczerze chciał za coś podziękować, mówiąc komuś „dziękuję ci…” – i kilka głosów w klasie natychmiast dokończyło …”cholera!” – to przykład werbalnych szlaków skojarzeniowych, które mogą diametralnie zmienić wymowę każdego słowa). I wreszcie trzeci przypadek – jakże często mówimy „PRZEPRASZAM bardzo, ale ja tego za ciebie robił nie będę!”

Pisząc to, bynajmniej nie mam zamiaru podważać słów Franciszka! Uważam, że Papież mówił o bardzo dziś potrzebnym aspekcie relacji, wyrażającym zawierzenie, wdzięczność i pokorę. Obawiałbym się tylko zbyt powierzchownego przyjęcia tych słów. Pewien jestem, że Franciszek miał tu na myśli przede wszystkim INTENCJĘ, a nie suchą LITERĘ (kto wsłuchuje się w jego słowa, ten również nie będzie miał co do tego wątpliwości). Tylko z głębi serca wyrasta prawdziwy sens tych pojęć, które można wyrazić na tyle różnych sposobów! Bo gdybyśmy sprowadzili je do formalnej postaci, będą ślizgały się po powierzchni zimnej retoryki, pustej kurtuazji i uszczypliwego sarkazmu. Niech więc te trzy słowa „proszę, dziękuję, przepraszam” nigdy nie znajdują w naszej mowie innego zastosowania, jak tylko to, które płynie prosto z serca.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Życie

 

Jesień – czas PRZEJŚCIA… w aspekcie natury i kultury

23 paź

Skąd te kolory? I skąd wierzenia?… Wołosate – koncert antocyjanów, karotenów i ksantofilów: borówka bagienna z osiką i brzozą w tle…

Jesień jest okresem w sposób szczególny wskazującym na przemijanie, ale też właśnie ona spośród wszystkich pór roku najbardziej podkreśla wielobarwność życia. Jak wpływał ten kontrast na wierzenia naszych przodków? Zanim przejdę do kwestii czysto kulturowych, warto na chwilę zatrzymać się przy roślinnej fizjologii… Drzewa przyjmują bajecznie kolorową szatę dzięki obecności barwników: żółtych ksantofilów, pomarańczowych karotenów i czerwonych lub purpurowych antocyjanów. Efekt wzmocniony jest rozkładem zielonych chloroplastów, które w czasie lata maskują obecność tych związków w liściach.

I tak na żółto wybarwiają się brzozy, topole, modrzewie, na pomarańczowo – jawory, osiki, na czerwono – borówka, kalina i dąb czerwony. Żółto-rudym kolorem okrywają się buki, a brązowym – dęby. Niektóre drzewa w ogóle się nie przebarwiają – zielone liście opadają z olszy i jesionu. Początkowo zakładano, że barwy liści są tylko ubocznym efektem rozkładu chlorofilu. Liście są jak fabryki – gdy zaczyna brakować energii, nie opłaca się utrzymywać kosztownej linii produkcyjnej, więc chlorofil ulega degradacji do wspomnianych barwników, wartościowe substancje (np. węglowodany) oraz pierwiastki (azot, fosfor) są wycofywane do pnia, po czym uruchomione zostają enzymy rozkładające pektyny i celulozę, kończąc ten proces odcięciem ogonka liściowego.

Drzewa liściaste wchodzą w stan spoczynku, w którym bez liści łatwiej zachować wodę (ograniczenie parowania), bo przecież zaczyna się fizjologiczna susza. Ale gdy odkryto proces powstawania antocyjanów (związki odpowiedzialne za barwę purpurową), zaczęto się zastanawiać nad ewolucyjnym sensem jesiennych przebarwień – w różnych hipotezach wskazywano na antyutleniającą rolę karotenów i antocyjanów (co miało chronić nietrwałe związki powstające w procesie fizjologicznej przebudowy, pozwalając na efektywne wycofanie wartościowych substancji z liścia). Powstała też teoria o znaczeniu antocyjanów w ochronie przed pasożytniczymi owadami (np. mszyce szukające jesienią żywiciela miałyby lepiej widzieć drzewa o zielonej barwie, niż czerwonej).

Tyle na temat biologicznego aspektu fenologii, a co na temat jesieni znajdziemy w poszukiwaniach etnologicznych? Jesień była ważnym okresem przejścia – nie tylko w zakresie gospodarskim, kiedy to magazynowano na zimę plony. Zbierano również dzikie rośliny – owoce róży, głogu, jałowca, jarzębiny. Zrywano całe pędy nadziemne, np. barszcz, poddając je kiszeniu. Jesienią zbierano też korzenie, bo te w tym czasie miały najwięcej wartości: biedrzeniec, chrzan, mniszek, cykoria, dzięgiel. Równolegle do pragmatycznej sfery życia szły jednak pradawne wierzenia, związane z nadchodzącą zimą…

Starożytny mit o Demetris, greckiej bogini płodności, głosił, że jej ukochana córka – Persefona (Kora, łac. Prozerpina), zapatrzywszy się w narcyzy (kwiaty poświęcone podziemnej krainie), została porwana przez Hadesa. Wtedy Demetris popadła w rozpacz, odtąd pola, gaje i ogrody przestały rodzić. Interweniował sam Zeus, ojciec Persefony, który nakazał Hadesowi wypuścić córkę z podziemia. Ten spełnił rozkaz, wcześniej jednak darując jej owoc granatu, który sprawił, że Persefona musiała każdego roku na trzy miesiące wracać do królestwa zmarłych, a w tym czasie całe życie na ziemi zamierało…

Tak Grecy tłumaczyli sobie zimę. Jednak i w prasłowiańskich wierzeniach znaleźć możemy bóstwa odpowiedzialne za nastanie jesieni. Morena, znana dziś pod nazwą Marzanny, była boginią sprowadzającą zimę i śmierć. Skojarzenie tych dwóch zjawisk daje wiele do myślenia – już nasi prasłowiańscy przodkowie wierzyli, że śmierć nie jest ostatecznym kresem, lecz wejściem w nowy sposób bytowania. Można też w naszej mitologii znaleźć odpowiednika Hadesa – był nim Weles, bóg opiekujący się bydłem i wszelkim dobytkiem, ale także przyjmujący dusze zmarłych do królestwa Nawii. Wierzenia te utrwaliły się w Karpatach – m. in. w rodzimych nazwach, np. Wołosate.

Ustrzyki, 23.10.2013 r.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Biologia, Etnologia

 

Konfrontacja czy kontemplacja?

21 paź

Na zamku w Odrzykoniu pod Krosnem można przenieść się w czasie…

Dziś przypada 330 rocznica ważnej dla Europy, a w zasadzie prawie nieznanej bitwy pod Ostrzyhomiem (węgierskie miasto Esztergom nad Dunajem). Odsiecz wiedeńska, którą znamy z daty 12 września 1683 r. miała przecież swój dalszy ciąg. Jego pierwszą odsłoną było spektakularne zwycięstwo Sobieskiego w bitwie pod Paraknami (8 października 1683), przez wielu historyków uważane za wiktorię znacznie większą od wiedeńskiej, a następnie skuteczne oblężenie twierdzy pod Ostrzyhomiem (22 października 1683), zakończone jej poddaniem. Sobieski obiecał Turkom wyjście z twierdzy z wszystkimi honorami – i słowa dotrzymał, niestety padli oni ofiarą gniewu samego wezyra Kara Mustafy. W grudniu ten sam wezyr, docierając do Belgradu, sam został z polecenia sułtana zgładzony (przez uduszenie) – działo się to w czasie, gdy Sobieski wrócił do Krakowa z bogatymi trofeami, po dziś dzień zdobiącymi ściany Wawelu. Głośny film sprzed dwóch lat „Bitwa pod Wiedniem”, dość mocno krytykowany, być może zawiera pewne uproszczenia, niemniej warto go obejrzeć – tutaj jest dostępny za darmo:
http://www.cda.pl/video/9690802/BITWA-POD-WIEDNIEM-2011

Czy wiedeńska wyprawa Sobieskiego stała się powodem rozsławienia Polski? Zapewne tak, choć w chwili przybycia naszych wojsk i tuż po zwycięstwie polskie rycerstwo było oburzone przyjęciem naszego króla przez austriackiego monarchę Leopolda (brak szacunku, wynikły ze „zbyt niskiego urodzenia” polskiego króla), a późniejsza polityka Polski nie wykorzystała należycie tej wiktorii na arenie międzynarodowej. Pytanie, czy przez wzmocnienie Austrii Sobieski nie przyczynił się do rozbiorów, jakie rozpoczęły się niespełna 100 lat po tym zwycięstwie, przeszło już do kanonu akademickich dyskusji. Mnie natomiast nurtuje coś zgoła innego: jak wyglądałaby dziś Europa, gdyby wówczas nie udało się odeprzeć tureckiej nawałnicy? I jaki kształt przybrałoby chrześcijaństwo? A może to właśnie trzy wieki później miał się rozpocząć ten właściwy pochód muzułmańskiego świata na kraje europejskie? Może wcale nie trzeba przelewu krwi, by kościelne wieże zamienione zostały w minarety? Czy panowanie półksiężyca ponownie zagraża dziś zachodniej cywilizacji?

Pytanie to stawiam w ślad za wieloma publikacjami bijącymi na alarm - ale czynię to bynajmniej nie po to, żeby się do nich przyłączać. Nie ma dziś potrzeby wracać do scenariusza wiedeńskiej wiktorii, wypychając muzułmanów poza mury „naszego” świata. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Idzie o rzecz wręcz przeciwną – właśnie o to, by muzułmanom otworzyć bramy naszych miast. Ale nie po to, żeby z obojętnością zsekularyzowanej tolerancji patrzeć, jak tworzą odrębne społeczności, zamykając je w murach „bezpiecznego” getta. Niewątpliwie potrzebna jest dojrzałość do podjęcia tego trudnego dialogu, od którego nie da się uciec. I to bynajmniej nie w celu jakichś rozbrojeniowych pertraktacji. Po pierwsze obecność muzułmanów wśród nas jest już sama przez się wezwaniem do poznania ich kultury i religii. Bo tylko w ten sposób możemy wniknąć w ich świat wartości, a dopiero po takim wejściu możliwy jest dalszy etap, którym będzie otwarcie przed nimi własnego skarbca duchowości – skarbca, którego nie można już nijak zrabować. Można z niego tylko czerpać pełnymi garściami (jeśli w ogóle coś w nim jest) – ale im więcej się zaczerpnie, tym więcej w tym skarbcu pozostanie. Być może utopijnie brzmią te słowa, ale nie widzę innej drogi. Konfrontacja już była, czy nie nastał czas na zgłębienie jej skutków? Ale już nie na poziomie politycznym, lecz w aspekcie rezultatów czysto duchowych. Zatem konfrontacja czy kontemplacja?

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Religie, Socjologia, Wiara

 

LUDZKOŚĆ jako podstawowe zagrożenie CZŁOWIEKA

18 paź

Szerszeń wychodzący ze swego gniazda na starej wierzbie w Wołosatem (ospały już z powodu jesiennych chłodów) – czy podmiotem jest pojedynczy owad czy cały rój? Tego nie wiem. Ale wiem, że nie jest nim żadna ludzka społeczność…

Wkraczając w 1989 r. na dobre do zachodniego świata wartości, zdawałoby się, że staliśmy się częścią tej wielkiej pochodni w niesieniu i utrwalaniu praw człowieka na świecie. Coraz częściej jednak zadaję sobie pytanie, czy faktycznie chodzi nam o dobro człowieka, a nie np. „ludzkości”? O fundamentalnej różnicy między tymi dwoma pojęciami nieco później. Tymczasem proponuję przez chwilę zatrzymać się nad genezą totalitaryzmów, jakie przerabialiśmy w XX wieku. Idea rasizmu, która oficjalnie obca jest naszej kulturze, w swych mechanizmach wychodziła z bardzo podobnych pobudek co dzisiejszy humanizm. Aby się mogła w przeszłości skutecznie zakorzenić, musiała odnosić się do jakiegoś racjonalizmu – a jego podstawą było właśnie przede wszystkim upodmiotowienie rasy i narodu. Wejście w ten ślepy zaułek zaczyna się od traktowania bytów zbiorowych na płaszczyźnie wyższej od bytu indywidualnego (spadek heglizmu). Wtedy ważniejsze bywa to, że jestem białym Polakiem od tego że jestem szarym człowiekiem (uznaję patriotyzm jako istotną wartość, ale zdecydowanie wystrzegałbym się wynoszenia go ponad międzyludzkie relacje). Podobnie było z ideą klasowości w przypadku totalitaryzmu sowieckiego.

 Nadanie ludzkości, rasie, klasie czy narodowi praw większych, niż one przynależą człowiekowi, prowadzi prędzej czy później do postawy szowinizmu, rasizmu, bolszewizmu czy humanistycznego totalitaryzmu. Może kogoś szokować ostatni termin, jaki tu użyłem, ale uważam, że jako spadek po rewolucji francuskiej jest on dziś bardzo aktualny i stanowi w naszych czasach jedno z największych zagrożeń cywilizacji. Chodzi o stwarzanie wszelkich warunków do rozwoju ludzkości kosztem tych, których uważamy za jej outsiderów: starców, nieuleczalnie chorych, ludzi, którym odmawiamy podmiotowego traktowania z uwagi na ich upośledzenie czy choroby psychiczne, wreszcie nienarodzone dzieci, które traktowane są jako rzecz, do czasu urodzenia będącą własnością kobiety. Jednym słowem w świetle tak pojmowanego „humanizmu” to ja, świadoma osoba, która ma władzę nad kształtowaniem prawa, podejmuję decyzję, kto faktycznie jest osobą. Kto może budować ludzkość, a kto nie powinien do niej należeć, bo jej zagraża. Tu właśnie wchodzi na scenę eutanazja i eugenika, która jest pochodną socjodarwinizmu.

 Jeśli chcemy ocalić człowieka przed ludzkością (paradoksalne przeciwstawienie!), to przede wszystkim musimy zejść na poziom relacji osoba-osoba, uznając osobę w każdym człowieku bez wyjątku – od jego poczęcia do naturalnej śmierci. Inaczej wkraczamy na równię pochyłą relatywizmu. Na Zachodzie istnieje już eutanazja psychicznie chorych. Niedawno czytałem o próbach zalegalizowania eutanazji dla osób zmęczonych życiem lub …skrajnie ubogich. A pomysły te wysuwane są przez naukowców i lekarzy (!). To właśnie są skutki tej równi pochyłej. Myślę, że humanistyczny totalitaryzm jest takim samym zagrożeniem jak nazizm (na przełomie lat 20- i 30-tych zeszłego wieku, kiedy to jeszcze wiele osób wiązało z nim nadzieje i nie dostrzegało w żadnego zła). Nie widzimy jeszcze pełnego zakresu następstw uznawania ludzkości w kategoriach podstawowego podmiotu. Dlatego właśnie uważam, że tak ważnym postulatem aksjologicznym jest dziś zarezerwowanie podmiotowości wyłącznie dla OSOBY, nigdy dla bytów zbiorowych. Nie ma ludzkości – jesteś Ty, jest on-ona-ono i jestem ja.

 
Komentarze (26)

Napisane w kategorii Socjologia, Życie

 

Między sensem a istnieniem – między dobrem a samoświadomością…

11 paź

Czy Bojkowie, których mogiły zachowały się na cmentarzu w Wołosatem, mieli swoje własne wyobrażenie istnienia po śmierci?…

Edmund Husserl traktował świadomość jako podstawowy i pierwotny fenomen, od którego można dopiero wyjść do zewnętrznych, otaczających nas zjawisk. To właśnie dlatego redukcja transcendentalna stała się jednym z podstawowych jego postulatów w badaniu świata (według niej zawieszeniu ulegają treści odnoszące się do wszystkiego, co istnieje poza świadomością). To moja wewnętrzna rzeczywistość jest głównym punktem wyjście i punktem odniesienia. W żadnym stopniu nie podważa to jednak sensowności badań przyrodniczych, ale wskazuje na źródło wydobywanego sensu, który nie może być formułowany w oderwaniu od człowieka (wzmiankowałem już o tym w zapiskach z 30 września). Sens rozumiany jako Logos („Na początku było Słowo” – J 1,1) był dla Edyty Stein, uczennicy Husserla, rdzeniem samego Boga, uzewnętrznionym w Jezusie Chrystusie. Tak rozumianego sensu nie możemy ani w pełni pojąć, ani stanowić (nadawać czemuś sens) – bo to ów Logos jest podstawą naszego zaistnienia.

Wychodząc od własnego „ja” ku zewnętrznej naturze świata, zmuszony jestem do siebie powrócić, aby zebrane obserwacje poddać wewnętrznej weryfikacji – zataczam w ten sposób koło, ponownie stając na płaszczyźnie własnej świadomości. Wszelka obiektywizacja wiedzy staje się bezużyteczna, jeśli tego procesu nie dokończę. U Husserla pobrzmiewa tu kartezjańskie pierwszeństwo świadomości nad bytem. Inaczej jest u Heideggera, który w swoim pojęciu „Dasein” zamyka świadomość razem z przeżywaniem swego bycia na styku z zewnętrznym światem. Jednak dla nich obydwu bycie zawsze jest tylko jakąś ekspresją Absolutu – bycie i Bóg nie są bowiem ze sobą tożsame.  Według Heideggera wiara nie potrzebuje myślenia o byciu. Człowiek został rzucony w świat, by w swoim byciu odkrywać jakiś sens, a nie utrwalać swoje istnienie w czasie. Pragnąć dobra, ale nie chcieć go zatrzymywać dla siebie, nawet w postaci własnego istnienia – to wielki paradoks wiary.

Wyjdźmy jednak z zawiłości filozoficznych – niedawno zajrzałem do Tomasza a Kempis i znalazłem tę samą myśl w takim oto krótkim wezwaniu: „Zachowaj mnie od grzechu, a niestraszna mi będzie śmierć ani piekło”. Oczywiście czytając to zdanie w całym kontekście XIII-wiecznej księgi „O naśladowaniu Chrystusa”, wiemy, że Autor nie mógł mieć tu na myśli jakiejś absolutnej doskonałości. Chodzi wyłącznie wewnętrzną o niezgodę na grzech w imię miłości. W średniowieczu wizję piekła pojmowano bardzo jednoznacznie i realistycznie. Jakże więc mógł pisać, że nie boi się piekła? Właśnie tutaj dotykamy wcześniejszej myśli o pragnieniu zespolenia się z SENSEM (mądrością) i DOBREM (miłością) – niezależnie od zachowania własnego „ja”. Piekło nie istnieje dla kogoś, kto sam wystawił się na zatracenie w imię tych najwyższych wartości (które można odnaleźć jedynie w postaci OSOBOWEJ, bo inaczej stają się tylko pustymi hasłami). Kiedy umieram, nawet gdy pozbawiony jestem rozmaitych wyobrażeń życia wiecznego, staję jednak przed nieodpartą nadzieją zespolenia z Osobą będącą źródłem wszelkiego dobra, choćbym miał się w niej rozpłynąć. I tu stajemy wobec paradoksu świadomości – im mniej pragnę istnieć, tym bardziej JESTEM.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mury i mosty – piaski i ziemie…

08 paź

Ten rzadki już dzisiaj widok zarejestrowałem w sobotę, wracając w Bieszczady przez beskidzkie pogórze… 

Wznoszone przez człowieka mury z jednej strony dają iluzję bezpieczeństwa, z drugiej – powodują klaustrofobiczny lęk i poczucie bezdusznej samotności. Na murze łatwo jest utrwalić swoje imię – może być nawet z daleka widoczne, ale pozostanie na wieki martwe, z czasem utopione w gmatwaninie wulgarnych i bezmyślnych gryzmołów. Jak głosi łacińska maksyma: „Imiona głupców zawsze wypisane są na murach”  (Nomina stultorum semper parietibus haerent)… „Ludzie budują za dużo murów, a za mało mostów” – pisał Isaac Newton. A Saint-Exupéry zwracał uwagę, że „za murem swojskiego ogrodu może się kryć więcej tajemnic niż za murem chińskim”. Kiedy wysłałem swoją Mamę na upragnioną od dzieciństwa wycieczkę do Paryża, wróciła pełna fascynacji, ale i rozczarowań – do tych ostatnich przyczyniły się wysokie i wszechobecne mury. Oddzielały zamożność Paryżan od imigranckich slumsów, europejską kulturę od islamskich „najeźdźców”, białych od czarnych, panów od włóczęgów… Mury – te namacalne i te w naszych sercach – w imię czego są wznoszone? Jakie ciasne podwórka w sobie skrywają? Rodzinny majątek, własny wizerunek? A może politykę lub religię?

 Człowiek otaczając się zewsząd zimnymi i wysokimi ścianami, swój ból samotności przypisuje całej naturze. W ten sposób powstaje poczucie absurdu, który – jak pisał Albert Camus – „rodzi się w konfrontacji ludzkiego wołania i milczenia świata”. Świat milczy, bo odcinam się od niego dźwiękoszczelną kurtyną. Kilka dni temu wracałem autostradą z Katowic i raz po raz wjeżdżałem w niekończące się tunele ekranów, których zadaniem jest wytłumianie hałasu (chyba w trosce o zające, bo zostały ustawione nawet w szczerym polu – przykład polskiego marnotrawstwa, ale to osobny temat). Wracając jednak do Camusa, skoro absurd powstaje na granicy między człowiekiem a światem, staje się przez to integralną częścią czysto ludzkiej rzeczywistości. Innymi słowy absurd bez człowieka staje się absurdalny. :) Jednak sam Camus zauważa, że właśnie przez to ów absurd wyłania się przed nami jako swoiste wyzwanie do sprzeciwu wobec otaczającej bezduszności. Człowiek może żyć z tym absurdem, tocząc go jak syzyfowy kamień – ale gdyby uświadomił sobie własną sytuację, z pewnością straciłby wszelkie siły do wtaczania tego ciężaru pod górę. Syzyf w mitologii był uosobieniem cwaniactwa, ale też totalnej …bezmyślności, bezrefleksyjności.

 Kiedy żyję tylko własnym życiem tak, jakby na świecie nie było śmierci i cierpienia, mogę ulec iluzji własnego podwórka – jak dziecko w piaskownicy zaczynam wówczas wierzyć, że misternie lepiony zamek będzie trwał wiecznie. Ozdabiam go kamyczkami i patyczkami, buduję nawet zwodzone mosty (po których jednak nikt nigdy nie przejedzie). Jako dziecko lubiłem zabawy w piasku. Pozostając przy nim dłużej, skazywałbym się jednak na sypkość i jałowość. Jako nowe tworzywo wybrałem więc ziemię (choć byłem typowym mieszczuchem, poszedłem do rolniczego technikum) – był to w moim życiu tylko krótki epizod, ale tak wiele mnie nauczył – przede wszystkim pokory i cierpliwości. Uprawa ziemi, w przeciwieństwie do wznoszenia murów, stanowi dziś dla mnie metaforę prawdziwej ufności.  Kiedy rolnik wsiewa ziarno w glebę, nie ma jeszcze pojęcia jaki będzie plon – i czy w ogóle coś z tego zbierze. Pole stanowi też przestrzeń otwartą dla każdego. Rolnik „pożycza” sobie ziarno pod zasiew, podobnie też powierza je ziemi, by wiosną wypatrywać zielonych kiełków… Jak pisał Saint-Exupery:  „Ziarna są niewidoczne. Śpią sobie skrycie w ziemi aż do chwili, kiedy któremuś z nich przyjdzie ochota się obudzić. Wypuszczają wtedy cudowny, bezbronny pęd…” Właśnie ta bezbronność i niepewność stanowi glebę, z której wyrasta nadzieja.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii