RSS
 

Archiwum - Listopad, 2013

Mężczyzna z chaosu …i kobieta z miłości

27 lis

 Kobieta w Karpatach – na Łemkowszczyźnie, Bojkowszczyźnie i Huculszczyźnie

Właśnie w naszym miasteczku wyświetlano film „Wałęsa. Człowiek z nadziei” – poszedłem, zobaczyłem …prawie zapomniałem. Film nie zostawił na mnie większego wrażenia – może poza jednym wątkiem i starannie przygotowaną scenerią, w szczegółach oddającą tamte czasy. Na uznanie zasługuje też gra Roberta Więckiewicza i Agnieszki Grochowskiej… Niektórzy na ostrzu noża stawiają pytanie, czy Wałęsa był agentem, czy coś tam podpisał (mniej lub bardziej świadomie), czy były tego dalsze reperkusje w postaci świadomej kolaboracji? Reżyser sugeruje, że wszystko sprowadza się do jednej nieprzemyślanej decyzji w postaci wymuszonej „lojalki”, po której nastąpiło oprzytomnienie. Nie chcę tu wdawać się w osobistą ocenę tego problemu, bo myślę, że pewne osądy warto zostawić wyłącznie Bogu i człowiekowi, których one dotyczą. Natomiast rzeczą o wiele bardziej mnie interesującą jest tło historyczne. Scenariusz filmu oceniam jako słaby. Ruch solidarnościowy przedstawiony tu został jako jeden wielki chaos – tak jak życie samego bohatera. Natomiast wątkiem wartym uwagi była dla mnie drugoplanowa rola Grocholskiej, doskonale wcielającej się w postać Danuty Wałęsowej.

Nie mogę więc powiedzieć, że ten obraz minął u mnie zupełnie bez echa – szczególnie gdy zestawiłem go z zupełnie innym filmem jaki właśnie przyszło mi w tych dniach oglądać. Chodzi o „Piękny umysł” – też biograficzny i też o laureacie Nagrody Nobla. W obydwu tych filmach bardzo ciekawie zbiegły się role żon noblistów. Głównym bohaterem jest tutaj John Nash, słynny amerykański matematyk, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, twórca teorii o „równowadze dynamicznej”, przez całe swe życie zmagający się ze schizofrenią. Film nakręcony został w ciekawy sposób, bo przez długi czas obserwujemy uwikłanie naukowca w jakieś polityczne rozgrywki i tajemniczą, zewsząd go osaczającą sowiecką agenturalność – dopiero w drugiej połowie wychodzi na jaw, że to wszystko były jego urojenia. Zasłona spada wraz z przekonaniem samego bohatera o tym, że jest chory. Obserwujemy więc świat niejako od środka schorowanej świadomości. I tutaj głównemu bohaterowi wiernie towarzyszy, stojąca w cieniu żona, pomagająca mu uporać się z urojeniami i dająca siły, by pokonać chorobę.

Obydwie te kobiety – Wałęsowa i Alicja Nash stają na wysokości zadania. Właściwie to one dźwigają ciężar pracy i walki swych mężów. Można powiedzieć, że to one są właściwymi laureatkami prestiżowej nagrody. U obydwu mężczyzn uwypuklona została ich pyszałkowatość i charakter w jakimś zakresie apodyktyczny. Kobiety nie robią z siebie męczennic. Dostrzegają potencjał, jaki wiąże się z życiem ich mężów, przede wszystkim jednak trwają przy nich z uwagi na bezwarunkową miłość do człowieka – nie polityka czy naukowca. I właśnie ta miłość w jakiś sposób tych mężczyzn ocala. Obydwa filmy są pięknym przesłaniem, jak wielką rolę może odegrać kobieta, która pozornie (przed światem) potrafi stanąć w cieniu męża, w samotności dźwigając jego ciężary. Abym nie był tu posądzony o jakiś męski szowinizm, przytoczyć mogę film, gdzie relacja jest odwrotna – „Anna German”. Tutaj z kolei mąż trwa do końca przy swej Żonie, stanowiąc niejako jej cień i wsparcie. To przesłanie daje nam wiele do myślenia: wielki splendor zawsze ma swych cichych adresatów, którzy bynajmniej nie domagają się dla siebie chwały, ale których zawsze warto mieć na uwadze…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Życie

 

Chasydyzm jako radykalne odwrócenie: nie świat bierze w posiadanie duszę, lecz dusza – świat

22 lis

Kirkut w Lutowiskach

Rabbi Pinchas mówił, że służąc Stwórcy o nic już się starać nie musi i niczego pożądać, tylko bierze z życia to, co jest mu dane: „źrenica bierze w siebie całe światło, ponieważ jest absolutnie ciemna”. Może w tym tkwi jakieś uzasadnienie upadłej natury człowieka? W podobnym tonie mawiał rabbi Michał z „Chasydzkich opowieści” Bubera – twierdził on, że Bóg błogosławi mu w całym jego życiu, bo zanim czegoś nie posiadł, nigdy tego nie potrzebował. Taka postawa z pewnością daje na każdy dzień poczucie szczęścia i pokoju. Ktoś mógłby tu dopatrywać się podobieństwa z rzymskim stoicyzmem – jednak owa zbieżność jest tylko pozorna. Chasydzi byli po drugiej stronie bieguna, jeśli chodzi o podejście do zewnętrznej rzeczywistości. To nie człowiek jest peryferiami jej istnienia, lecz odwrotnie – otaczający świat stanowi peryferia naszej duszy. Przypadkowość zjawisk, czy też logika przyczynowo-skutkowych zależności, staje się tylko pozorem, wobec którego jedynym ożywczym zaczynem staje się świat ducha – to on dyktuje cały bieg wydarzeń i dla niego uzasadnieniem jest materialna forma istnienia.

Kiedy tylko pochylam się nad chasydzką mądrością, zauważam w niej przede wszystkim podporządkowanie zewnętrznego świata temu, co ma miejsce w głębi człowieka. W starożytnym stoicyzmie, podobnie jak w nowożytnej kulturze, będącej schedą Oświecenia – od czasów Kartezjusza i Kanta, wyczuwalna jest jakaś oziębłość i bezwzględność dotycząca relacji między tym co wewnątrz i na zewnątrz człowieka. Bezwzględny obiektywizm lub bezsilny subiektywizm – tylko taką alternatywą zaczęła żyć zachodnia cywilizacja – i chyba właśnie to stało się powodem jej wyjałowienia. Albo jestem sam ze swoim wewnętrznym światem pośród wrogich i niezrozumiałych żywiołów świata (romantyzm, egzystencjalizm), albo też stanowię jedynie maleńki trybik całości, który o tyle jest potrzebny, o ile przyczynia się do funkcjonowania całej tej machiny (scjentyzm, pozytywizm). Chrześcijaństwo, które było jedyną liczącą się opozycją takiej interpretacji świata, samo zaczęło stopniowo ulegać hipnotycznej wizji nowożytnego rozdwojenia jaźni.

Chasydyzm jest radykalnym odwróceniem relacji świata wewnętrznego do rzeczywistości zewnętrznej, podobnie jak chrześcijański mistycyzm. Każdemu obiektywnemu zjawisku i zdarzeniu nadaje wymiar duchowy. Wszystko to, co się dzieje wokół nas, może być interpretowane już wyłącznie przez pryzmat relacji, jaka zachodzi między wolą moją a wolą Najwyższego. Materia jest tylko sceną i bogatym zapleczem rekwizytów. Moje ciało biorę w posiadanie – jak aktor bierze maskę do odegrania jakiegoś dramatu. Dusza ludzka za życia jest na tę rolę w jakiś sposób skazana. Być może po śmierci sama wybiera swą drogę, penetrując dowolne zakątki świata materialnego i duchowego? Znamy z żydowskiej literatury zjawisko „dybuka” (duszę zmarłego, która jest w stanie zawładnąć wybranym ciałem). To oczywiście wynik ludowych wierzeń, jednak sama koncepcja jest interesująca też z innego względu – wskazuje ona kierunek poszukiwań wobec takich zagadnień jak „opętanie”, „potępienie” czy „świętych obcowanie”. To w jakiś sposób rozjaśnia nam paradoks wolności i przykazań, miłosierdzia i sprawiedliwości…

Ruiny synagogi w Lutowiskach

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Etnologia, Filozofia, Religie

 

Historia a subiektywny aspekt przemijania…

18 lis

Cerkiew św. Mikołaja w Jałowem (z 1903 roku)…

Czy historia, którą sobie tak a nie inaczej wyobrażamy, w istocie jest światem realnie kiedyś istniejącym?  A może to, co istniało, jest tylko tym, co istnieje w naszej świadomości – i niczym więcej? Świadomie prowokuję takim odwróceniem kwestii, nie podważając bynajmniej realności tego, co kiedyś obiektywnie się zdarzyło. To kwestia niejako odwracająca problem „oryginalności” faktów – według takiego ujęcia głównym kryterium autentyczności jest nie tyle to, co było, ale to co ja o tym sądzę, jak to sobie wyobrażam.

I wcale nie jest to podejście relatywistyczne. Po prostu nie mamy dostępu do innej formy „oryginalności” – oczywiście możemy (i powinniśmy) w miarę możliwości zbliżać się do jakiejś zgodności naszych wyobrażeń z przeszłością, jednak rozdźwięk zawsze pozostanie – nawet wśród historyków. Ale czy to jest złe? Chyba nie – bo pokazuje, że przeszłość, którą w sobie przeżywamy w istocie jest inną formą teraźniejszości.

To, co nosimy w sobie jako pamięć przeszłości, jest tylko śladem po tym, co nas wyprzedzało. Czy jest to ślad wierny – to kwestia historyków. Natomiast czy ten ślad w jakiś istotny sposób wpływa na moje i Twoje życie – to już wyłącznie nasze osobiste przeżywanie czasu – wartościowanie tego co było i odnoszenie minionych światów do współczesnych wartości, przeżywanie (i współprzeżywanie) rzeczywistości należącej do minionych pokoleń, projekcja tamtych czasów na moje obecne życie…

Fragmenty grobowej kaplicy z XIX wieku w Jałowem (opodal cerkwi)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Filozofia, Życie

 

Fenomen lęku, wstrętu i sympatii a …szósty wymiar rzeczywistości

14 lis

Czy żubr nie może uchodzić za bieszczadzkiego biesa, w dodatku dwugłowego? To również efekt owego szóstego wymiaru… 

Czytałem w ”Wiedzy i Życiu” postulat, by obok czterech znanych wymiarów, jakimi są trzy parametry przestrzenne i jeden czasowy, przyjąć jeszcze piąty wymiar dotyczący pakietu informatycznego, jaki wiąże się z każdym przedmiotem. Patrzymy na zdjęcia satelitarne i na wskaźniku wyświetla się nam cała baza wiadomości o danym obiekcie. Stajemy wobec hasła „Księżyc” i pojawia się przed nami szereg liczb, które charakteryzują jego położenie i naturę fizyczną. Powoli zaczynamy już nawet myśleć informatycznie. Ale osobiście obok tego piątego wymiaru dodałbym jeszcze szósty. Czego miałby on dotyczyć? Naszej SUBIEKTYWNEJ strony postrzegania.

Cokolwiek widzimy, interpretujemy to najpierw przez pryzmat naszych emocji – choćby ktoś nie wiem jak się tego zapierał, utrzymując sztywną linię „szkiełka i oka”, nie może się wyprzeć własnej subiektywności. Często jest ona tak głęboko zakorzeniona i ukryta, że przy podejmowaniu różnych decyzji, zarówno tych życiowych, jak i tych całkiem prozaicznych, nawet sobie tego nie uświadamiamy. Kupujesz jakąś gazetę tylko dlatego, że widziałeś ją w rękach kogoś, kto wcześniej ją czytał, a kto jest dla Ciebie wielkim autorytetem. Ze wstrętem patrzysz na pająka, bo ktoś w dzieciństwie powiedział ci, że on jest okropny. Nie ma sytuacji, w której akt woli byłby zupełnie wolny od emocjonalnych uwarunkowań.

Czy na przykład widok osławionej tęczy, która ostatnio została spalona w Warszawie, nie budzi w nas skrajnych emocji? U jednych została ona trwale skojarzona z zachwytem nad widokiem nieba po burzy, u innych z manifestacją seksualnych aberracji, u jeszcze innych z walką o jakieś tam idee. Czy można tu dojść do porozumienia? Czy w ogóle da się uzgodnić wspólne odniesienia emocjonalne na płaszczyźnie czysto racjonalnej?… Jedni zawsze będą dążyć do zniszczenia lub ukrycia czegoś, co budzi ich niechęć, inni na odwrót – zechcą to w szczególny sposób eksponować. Czy istnieje obiektywna przesłanka, aby komukolwiek przyznać rację?

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii estetyka, Filozofia, Socjologia

 

Generał Nil – wojna w obronie wartości (refleksja zamiast laurki przed Świętem Niepodległości)

05 lis

Miniaturki na szkle przedstawiają mojego wujka Zeflika i ulicę Mariacką w Mysłowicach…  Na dawnym Śląsku polskość noszona była głęboko pod niemieckim mundurem – głównym ośrodkiem jej krzewienia był Kościół (z parafii organizowano regularne pielgrzymki do Krakowa, który dla Ślązaków był mekką patriotyzmu). Jaka była wówczas granica między legalizmem a patriotyzmem?…

Obejrzałem właśnie przejmujący film o Emilu Fieldorfie – „Generał Nil” (2011). Czy zbrojny opór partyzantów po 1945 roku był celowy? Dotąd był to dla mnie dylemat natury etycznej i racjonalnej. Taka walka skazana przecież była na przegraną, z czego doskonale zdawał sobie sprawę tytułowy generał Fieldorf, mając świadomość opuszczenia ze strony aliantów. Próbował jakoś pokojowo funkcjonować w nowej rzeczywistości, zachęcając do tego swoich podkomendnych. Perfidna gra sowietów i aparatu UB miała jednak na celu doprowadzić nie tylko do fizycznego wyeliminowania narodowych bohaterów spod sztandaru AK, ale także do zbrukania ich legendy – a ta w przypadku „Nila” była szczególnie żywotna (żołnierz Legionów Polskich, udział w wojnie polsko-bolszewickiej, emisariusz rządu londyńskiego, dowódca Kedywu, organizujący m. in udany zamach na generała SS Franza Kutscherę). „Nil” zeznawał prawdę i mimo tortur nie dał się złamać, natomiast po zeznaniach obciążających go przez innych żołnierzy AK (oczywiście wymuszonych przez brutalne tortury), został osądzony za rzekome zbrodnie na partyzantach sowieckich i skazany przez powieszenie w 1953 r. Cała ta mistyfikacja procesowa była tak grubymi nićmi szyta, że już w 1958 Generalna Prokuratura postanowiła umorzyć śledztwo z powodu braku dowodów winy…

 Po obejrzeniu filmu jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę. Pojawiająca się na koniec informacja o „rehabilitacji” (a także doniesienia w różnych źródłach – że w 1989 Generałowi Fieldorfowi „”Nilowi” zmieniono postanowienie: „zarzucanej mu zbrodni nie popełnił”) mocno mi tu zgrzyta jakimś eufemizmem. Brzmi to jak gdyby ktoś się pomylił, albo jakby ujawniono jakieś nowe fakty. A przecież prosiłoby się tu oświadczenie w zupełnie innym charakterze – że tzw. „aparat sprawiedliwości” po wojnie był formacją o rodowodzie przestępczym, nie mającym żadnej legitymacji do sprawowania sądów, więc jakiekolwiek jego postanowienia były bezprawne, zaś sadystyczny charakter prowadzonych śledztw i procesów cechował się znamionami ludobójstwa. Takiego właśnie oświadczenia zabrakło mi w języku prawniczym, który jednoznacznie określiłby stosunek niezawisłej RP wobec wielu ofiar tamtych czasów, które w żadnym calu nie potrzebują być „rehabilitowane”.

 W ostatnich latach ukazało się kilka innych, równie wartościowych biograficznych ekranizacji, np. „Inka” czy „Rotmistrz Pilecki”. Po obejrzeniu każdej z tych pozycji zastanawiałem się, gdzie powinna przebiegać granica między akceptacją nowych realiów, a wiernością wobec pewnych nienaruszalnych wartości. Ludzie, którzy próbowali jakoś współistnieć w „ludowej” rzeczywistości wchodzili w coraz większe bagno zależności. Na pewnym etapie pozostawała już czasem tylko śmierć – czy to w walce czy w śledztwie. Jednak nie traktowałbym tego w kategoriach jakiegoś „romantycznego samobójstwa”. Przeciwnie – w takich okolicznościach bywała to czasem jedyna droga do ocalenia podmiotowości, która nieodłącznie związana jest z zachowaniem godności i wierności. Kiedy więc osaczony partyzant zostawiał ostatnią kulę dla siebie, on nie zabijał siebie, lecz chronił w sobie człowieka, uciekając poza okopy śmierci, których sowiecki okupant sforsować już nie mógł.

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Etyka, Naród