RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2013

Sylwester jako granica przejścia…

31 gru

Przemijanie na obrazach z galerii Beksińskiego w Sanoku

Sylwester różnie bywa spędzany – jedni chcą, żeby w tym dniu cały świat im przed oczami zawirował przy akompaniamencie głośnych i oślepiających wystrzałów, inni jeżdżą w góry (dopóki w Bieszczadach nie zamieszkałem, sam do tej grupy należałem), jeszcze inni w samotności poddają się refleksji nad przemijaniem. Ta ostatnia forma wcale nie musi się wiązać ze smutkiem – przeciwnie: daje sposobność do pełnego nadziei dystansu wobec tych wszystkich „wielkich” spraw, którymi na co dzień żyjemy. Zwykle jednak umowny moment przejścia w kolejny rok staje się dla każdego jakąś magiczną granicą, wedle której odmierzamy czas i która coś ostatecznie za nami zamyka, a coś zupełnie na nowo otwiera. Było już w moim życiu wiele takich „zamknięć i otwarć”, a jednak wciąż czuję się w jakimś punkcie wyjścia. Tylko piasku w mojej klepsydrze coraz mniej pozostaje. Czy wobec tego mam wpadać w panikę, że w jakimś martwym punkcie ugrzęzłem i wszystko bezpowrotnie tracę?… I tu ponownie staję przed pytaniem, czym w ogóle jest życie? Czy jest wartością liniową, która jak na wykresie winna ciągle wzrastać, osiągając coraz to wyższe pułapy? A może jest fotonem światła, który z pozoru nic nie znaczy, a przecież z niego wszystko w materii się bierze. On pozwala nam poznawać inne światy – mało tego: nigdy nie ginie, lecz przechodzi w coraz to nowe stany istnienia. Jeśli więc w mojej klepsydrze ubywa piasku, znaczy to, że zbliżam się do nowej formy istnienia, która w jakiś sposób już we mnie zaistniała – w pragnieniach i w samej świadomości przemijania.

Wczoraj obejrzałem film „Koneser” (2013 r.) – pozornie można go ująć w kategorii dramatu lub kryminału, lecz obok zagadkowej fabuły, do końca trzymającej w napięciu, jest w nim jeszcze coś filozoficznego, co pozwala z dystansu spojrzeć na świat ludzkich wartości. Tytułowa postać, Virgil Oldman  jest właścicielem domu aukcyjnego i światowej sławy znawcą sztuki. Stworzył wokół siebie świat tak bardzo hermetyczny, że tylko postacie z obrazów mają przystęp do jego wnętrza. Gromadzi wokół siebie kolekcję arcydzieł, które dają mu poczucie bliskiej relacji z kobietą (obrazy w jego prywatnej kolekcji stanowią wyłącznie portrety kobiet), ale sam jest człowiekiem dla innych niedostępnym – do czasu, gdy poznaje tajemniczą Clair. To ona dokonuje cudu zejścia z gwiazd na dziewiczą, niczym jeszcze nieskażoną ziemię. I kiedy wszystko okazuje się złudzeniem, mężczyzna nadal pragnie żyć chwilą, w której zaznał realnej bliskości drugiego człowieka. Cały jego świat wprawdzie runął, ale on i tak nie mógłby już dłużej trwać w zawieszeniu na firmamencie nieba – bo dotknął istoty życia, wychodząc ze złotych ram obrazu.

Oczywiście nie będę tu zdradzał fabuły – jeśli ktoś nie ma możliwości, by pójść do kina, film ten można też obejrzeć w sieci. Co najbardziej mnie w nim urzekło? Chodzi tu o proces, który nazwałbym wyjściem z martwej tkanki własnych projekcji tego, co wydaje nam się spełnieniem. Tutaj tą „tkanką” jest sztuka, ale chyba każdy z nas musi się do tego pełnego życia wydostać z własnej, bardzo osobistej powłoki – czasem kosztem absolutnej ruiny dotychczasowego „dorobku”. Doświadczenie to jest niewątpliwie bolesne i etapowe (można przypuszczać, że film kończy się na jednym z etapów bolesnych narodzin do nowego życia) – ale jest też konieczne, żeby prawdziwie się narodzić. I tak jak świt wyłania się często z mroku przez dramatyczny pożar nieba, tak stary świat wartości płonie, by użyźnić ziemię pod przyszłe gaje oliwne, do których zostaliśmy stworzeni…

Świtanie – widok z mojego okna na wchód…

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Duchowość, estetyka, Wiara, Życie

 

Między tronem a ruiną…

25 gru

Tak jak powalone zimą pnie dają początek nowemu życiu wiosną - tak ruiny naszego życia mogą stać się urodzajnym ogrodem dla przyszłych pokoleń…

Święta to piękny czas jedności chrześcijan, może więc nie powinienem tego tematu dziś poruszać? A jednak czuję, że muszę. Wobec aranżowanych przez Kościół modlitw o jedność chrześcijan, raz po raz jestem świadkiem powstawania różnych grup, zrzeszających katolickich fundamentalistów bojkotujących ideę modlitwy o jedność. Tu już nie chodzi o torpedowanie dialogu między religiami, lecz o próbę zniweczenia wśród samych chrześcijan powrotu do wspólnej owczarni. Choć bardzo się staram, nie potrafię tego zrozumieć – w jaki sposób można łączyć Ewangelię z walką o swoiście pojmowaną „czystość religii”?

Właśnie niedawno przeczytałem „Czarnego Anioła” – Mika Waltari przywołał tu doniosły moment z historii Kościoła (1453 r.), kiedy to formalnie i na krótki czas zawarto polityczną i religijną unię między chrześcijaństwem wschodnim i zachodnim. Uczyniono to dla obrony Konstantynopola przez napierającym islamem. Konstatnyn, ostatni cesarz Bizancjum, ku zgrozie wielu wiernych, a zwłaszcza wysoko postawionych duchownych, uznał zwierzchnictwo papieża i przyjął rzymskie wyznanie wiary. Niestety unia ta miała zbyt wielu przeciwników, walczących o „czystość tradycji”. Jakie były skutki, wiemy dobrze z historii – Konstantynopol padł i po dziś dzień jest w rękach tureckich, zaś chrześcijaństwo już nigdy później nie miało takiej okazji do zjednoczenia…

Istnieje też jednak inny sposób odczytania głównej myśli tej książki. Główny bohater, Johannes Angelos, uciekający z tureckiej niewoli i stający do obrony murów Konstantynopola jako zwykły żołnierz, wkrótce okazuje się być prawowitym następcą cesarza – jego ojciec został oślepiony i wygnany z ojczyzny. Gdy sułtan stworzył Johannesowi okazję do ucieczki, wyposażając go wcześniej w sowitą ilość klejnotów, liczył, że ten będzie chciał walczyć o władzę z obecnym Basileusem, osłabiając tym obóz chrześcijan. Jednak Johannes wolał pozostać incognito, by służyć swemu Miastu i Kościołowi. To piękny przykład wyniesienia dobra ogólnego ponad własne cele partykularne. Ponadto jest to również obraz życia każdego z nas – kiedy to rodzimy się w potencji władania całym światem i popadamy w niewolę grzechu. Gdy zostajemy z tej niewoli wyzwoleni - i obserwujemy jak mimo to nasz świat sypie się w gruzach. Jednak to właśnie ruina tego świata, w którym pokładaliśmy wszelkie nadzieje, staje się właściwym tronem jedynego Króla, jakiemu winniśmy służyć…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara, Życie

 

Między FORMĄ a TREŚCIĄ

25 gru

Chwilami miewam wrażenie, że świeckie media, jak i katolickie środowiska konserwatywne łączy ze sobą jeden mianownik – troska o FORMĘ. Na stronie głównej Interii dano dziś tytuł: „Franciszek złamał tradycję Benedykta i Jana Pawła”.Tytuł jak zwykle zwraca uwagę na trzeciorzędną formę świątecznego przesłania, nie zauważając bardzo istotnych jego treści, takich tak myśl o powiązaniu żłobka ze współczesną bezbronnością dzieci i kobiet, albo o pokoju, który nie jest stanem równowagi przeciwstawnych sobie sił, lecz wewnętrzna postawa wobec Bożych darów…

Media akcentują to, że papież „w przeciwieństwie do swych poprzedników – Jana Pawła II i Benedykta XVI – nie odczytał tekstu świątecznych życzeń i pozdrowień w kilkudziesięciu językach.” To chyba dobrze, że Franciszek nie rozdrabnia się na czytanie kurtuazyjnych życzeń – poprzedni papieże mieli to w zwyczaju – i też dobrze, bo w określonym czasie zapewne miało to swój sens. Dziś jednak dużo większe znaczenie ma troska Kościoła o najbardziej pokrzywdzonych – i to właśnie czuje się w każdym zdaniu papieża Franciszka.

Kiedy widziałem Papieża zgarbionego pod ciężarem długich ceremonii podczas Pasterki, pomyślałem sobie, jak wielkie to musi być dla niego obciążenie. Przecież ma już swój wiek, a do tego obdarzony jest tak spontaniczną naturą, która jakby nie przystaje do zbyt sztywnej formy nabożeństw. Wiem (i zapewne on sam zdaje sobie z tego sprawę) jaką burzę wywołałaby próba naruszenia tej tradycyjnej oprawy. Mam jednak nadzieję, że w końcu reforma Kościoła i ten kurs obierze, aby zredukować rozwlekłe ceremonie na rzecz treści – i zapewne byłoby to w duchu Franciszkowej prostoty…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Salon luster czy głębia zwierciadła?

19 gru

Dzisiejszy horyzont przed wschodem, aniołek robiony przez Tosię na społeczną aukcję i Fafik uganiający się przed lustrem za własnym ogonem :)

Zamek w Pszczynie odwiedziłem dość dawno – pamiętam jednak dobrze, jakie wrażenie zrobiły na mnie dwa lustra, usytuowane tak dokładnie naprzeciwko siebie, że tworzyły jakby dwa korytarze, ciągnące się w nieskończoność. Dzisiaj pomyślałem sobie, że my wszyscy jesteśmy dla siebie takimi lustrami. W sposób szczególny pragnie nim być mężczyzna dla kobiety (i pewnie na odwrót). Człowiek chce spoglądać w głąb własnej duszy przez odbicie drugiej osoby. Tylko wtedy może zobaczyć, jak bogata i nieskończona jest głębia wewnętrznego świata.

Taki „korytarz” kryje w sobie wiele nieuświadomionych zakamarków – czasem mrocznych i obrosłych pajęczyną. Dopiero wejście z pochodnią w jego czeluści pozwala poznać i uprzątnąć każdy ciemny kąt, napełniając go światłem czerpanym z drugiej osoby. To przecież wzajemne odbicie tego światła sprawia, że w obydwu zwierciadłach pojawia się obraz, który stanowi drzwi otwarte w nieskończoność. Ta wewnętrzna przestrzeń woła i wciąga w zupełnie nowy wymiar świata. Dzięki niej możemy pozostawić za sobą to, co zewnętrzne, przekonując się, że dotychczasowa rzeczywistość stanowiła tylko ramy prawdziwego obrazu.

Bywa jednak często, że lustro zostało krzywo zawieszone. Cóż może wtedy odbijać? Jedynie jakieś chaotyczne fragmenty otoczenia, szare cienie i oślepiające refleksy. Można wówczas przez całe życie wpatrywać się w ramę drugiego lustra, nie dostrzegając jego i własnej głębi. Bo wejście w głąb możliwe jest tylko przy precyzyjnym ustawieniu. Przez całe życie trwa to wzajemne ustawianie naszych zwierciadeł duszy. Niestety tak często uzyskujemy efekt „salonu luster”, gdzie pojawiają się tylko zniekształcone karykatury. Wtedy możliwa jest jedynie pusta zabawa – jak ta gonitwa za własnym ogonem. Dlatego tak ważne jest, by szyba była czysta i prosta. Bo dopiero czystość i prostota umożliwiają pełne zapatrzenie i zasłuchanie.

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Życie

 

Dzieje pewnej książeczki…

15 gru

 

Chciałbym dziś opowiedzieć o pewnej książeczce, która znajduje się wśród moich staroci, a która wiąże się z bolesną historią… W dzieciństwie mieszkałem drzwi w drzwi obok pewnej samotnej kobiety, która po śmierci męża wpadła w alkoholizm. Zapuściła dom i kompletnie przestała się szanować. Czasami, gdy zima była sroga, zaniosłem jej jakieś wiaderko węgla, bo wiedziałem, że pali już własnymi meblami. Mimo wyniszczonej twarzy miała szczery i ciepły uśmiech, w takich sytuacjach czuło się też z jej strony pewne zmieszanie. Chciała się zawsze odwdzięczyć, przynosząc mi jakiś zniszczony drobiazg, który jedynie przez grzeczność przyjmowałem, ale wyrzucałem natychmiast po zamknięciu drzwi (teraz żałuję tej do bólu pragmatycznej postawy). Mieszkanie pani Marii było kompletnie zdewastowane, przesiąknięte swoistym zapachem, ale pewne sprzęty wskazywały na dawną świetność. Dorabiała sobie wynajmując jeden pokoik – oczywiście chętni byli wyłącznie alkoholicy, którym nie przeszkadzał tryb życia właścicielki i charakter zapuszczonego lokum.

Pewnego razu zobaczyłem u jej drzwi przystojnego, młodego mężczyznę w eleganckim prochowcu. Ktoś po cichu wyszeptał, że to jej syn – jest muzykiem i gra w Wielkiej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji. Zaczął się pojawiać dość regularnie. Któregoś dnia przeżyłem szok, gdy zobaczyłem go, jak zawsze elegancko ubranego, klęczącego na kolanach przed progiem swej matki. Na drzwiach przybił duży krzyż, głośno się przed nim modląc. Choroba psychiczna szła w parze z widocznym cierpieniem, jakie towarzyszyło mu w każdym kontakcie z nieprzytomną zazwyczaj matką. W fazie delirium za ścianą dało się tylko słyszeć upiorne krzyki, jakby ktoś przeżywał piekielne katusze. Nastał jednak czas, gdy mężczyzna przestał się pokazywać. Wkrótce dowiedziałem się o jego śmierci. Niedługo później martwą znaleziono również jego matkę. Przeprowadzono nawet krótkie śledztwo, które miało wykluczyć udział osób trzecich. W parę dni później samobójstwo popełnił mieszkający z nią sublokator. Pamiętam go jako bardzo poczciwego, starszego pana, którego jedyną słabością zdawał się być alkohol.

Kiedy jako chłopak pomagałem przy oczyszczeniu mieszkania ze starych gratów, z szafy wypadła książeczka – był to jedyny przedmiot, który wyglądał tu na nowy – i którego nie miałem sumienia wyrzucić. Odłożyłem na bok, aby nie znalazła się na śmietniku. Potem gdzieś ją schowałem, myśląc o zaniesieniu jej do kościoła. Gdy jednak zobaczyłem wpis na pierwszej stronie, wiedziałem, ze nie mogę tak po prostu się pozbyć tej książeczki. Mam ją do dzisiaj i zawsze gdy czuję potrzebę, sięgam po nią, by w modlitwie ogarnąć też duszę Czesława i Marii – syna z matką, którzy nie zaznali szczęścia na ziemi, i którym być może niejeden „gorliwy chrześcijanin” odbebrałby też nadzieję na szczęście po śmierci… A jednak głęboko ufam w to, że dla Boga, który jest bezwarunkową Miłością, alkoholicy i samobójcy są dziećmi w szczególny sposób ukochanymi. Nie potrafię sobie wyobrazić, ze mogłoby być inaczej…

 
Komentarze (57)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara, Życie

 

W pułapce wolności, czyli o zacieraniu punktów granicznych…

12 gru

Tak jak istnieje potrzeba zachowania bariery między człowiekiem a niedźwiedziem, tak istnieje konieczność utrzymania granic między różnymi sferami życia… (Strefa niedźwiedzich gawr na Żukowie k. Ustrzyk Dolnych)

Pozwólcie, że na początek wymienię parę oderwanych od siebie faktów. Ciekaw jestem, czy potraficie znaleźć w nich jakiś wspólny mianownik? Właśnie mamy połowę adwentu – włączam radio lub wchodzę do supermaketu i wszędzie słyszę kolędy, a przecież pamiętam, że w mojej młodości wolno je było grać i śpiewać dopiero po wigilijnej wieczerzy. Gdzieś w ramach reklamy wyrobów masarskich ktoś organizuje „zmyślną” stajenkę z …wędlin (Maryja z kiełbaski, Józef z krupnioka, a Dzieciątko z sardelka – przyciąga wzrok, bo tego jeszcze nie było). Otwieram internet i czytam, że w pewnym kościele zorganizowano pokaz mody przy „muzyce” techno. Czytam też, że dziecko powinno być wychowywane aseksualnie, aby w przyszłości samo sobie płeć mogło wybrać…  Ktoś w teatrze na scenie załatwia swoją fizjologię, jakiś przełożony nakazuje urzędnikom pełnić służbę w mikołajowych czapeczkach, jeszcze ktoś inny wsadza polskie flagi w odchody lub czyni z godła karykaturę. Co wspólnego mają te wszystkie zjawiska?…

Nie, wcale nie będę teraz nikogo moralizował, nie o to chodzi. Nie zamierzam też się na nic oburzać czy kogokolwiek potępiać. Warto natomiast zastanowić się nad jednym: czy współczesna rzeczywistość nie zatraca wyraźnych granic, które kiedyś były nienaruszalne? Istniały przecież wyraźne słupy w rocznym cyklu obrzędowo-religijnym. Kościelne mury oddzielały sacrum od profanum. Wartości patriotyczne wymagały stosownej oprawy, która sprawiała, że szacunek wobec godła i flagi stawał się pamięcią wobec poległych i solidarnością z żyjącymi. Sztuka miała wznosić człowieka na wyższy poziom, musiała więc sama się wyraźnie wzbijać ponad przyziemną powłokę bytowania – a jeśli się do niej odnosiła, to tylko po to, aby ją natchnąć refleksją i uskrzydlić.  Nikt też o zdrowych zmysłach nie pomyślałby, żeby nie dostrzegać różnic płynących z płciowości. Urząd był urzędem, kościół – kościołem, a cyrk – cyrkiem.

Pewnie jeszcze długo można by podobne sytuacje mnożyć, bo dzisiejszy świat, przy całej swej różnorodności, coraz bardziej przypomina zmiksowany przecier, w którym próżno by szukać całych kawałków owoców. A jak wiemy z dzieciństwa, taka zhomogenizowana papka nie ma ani smaku, ani przyjemnego wyglądu. Człowiek wykazuje wrodzoną skłonność do ciągłego przełamywania barier – i to akurat jest wielką jego zaletą. Ale wpada przy tym w pułapkę, gdy z tej swojej możliwości czyni główny cel. Lewitując na skrzydłach swojej wolności, zrywa najpierw z nienaruszalnymi punktami odniesienia. Wszystko zaczyna być względne. Relatywność dotyczy nie tylko prawa do subiektywnego określania przedmiotów, ale również odniesienia do własnego ciała, a przede wszystkim potrzeby ciągłego przewartościowywania tego, co dotychczas miało jakąkolwiek wartość. Bo przecież każda granica postrzegana jest wtedy jako zamach na własną wolność. Paradoksem tej sytuacji jest jednak to, że czyniąc z tej wolności bożka XXI wieku, popadamy w coraz większą niewolę.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Socjologia, Życie

 

Między nocą a dniem – czyli co znaczy zmiażdżona pięta i głowa?…

08 gru

Między nocą a świtaniem… Obraz „Śmierć” Harasimowicza oraz ”Zima” Bratkowskiego

Zastanowiło mnie pierwsze czytanie, głoszone dziś w kościołach: Gdy Adam zjadł owoc z drzewa zakazanego, Pan Bóg zawołał na niego i zapytał go: „Gdzie jesteś?” On odpowiedział: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się”. Rzekł Bóg: „Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?” Mężczyzna odpowiedział: ”Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa, i zjadłem”. Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: „Dlaczego to uczyniłaś?” Niewiasta odpowiedziała: „Wąż mnie zwiódł i zjadłam”. Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: „Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę”. (Rdz 3,9-15). Szczególnie ważne jest zestawienie z drugim czytaniem, w którym mowa o „Drugiej Ewie”, jak bywa nazywana Maryja: Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. (Łk 1,28)

Pierworodny grzech Ewy umieszczony naprzeciw szczególnego wybrania Maryi. Człowiek potrzebuje takiego wyraźnego oddzielenia nocy od dnia – przede wszystkim w głębi siebie samego, ale także w otaczającym go świecie. Takiemu kontrastowemu widzeniu spraw duchowych towarzyszy często skłonność do spychania z siebie odpowiedzialności. To nie ja, to niewiasta mi podała. To nie ja, to wąż mnie zwiódł… Dziś czasem mówimy: to nie ja, to świat jest tak urządzony. To nie my, to nasi prarodzice… I dokładnie tak, jak to czytamy w Księdze Rodzaju, sokarżenie w końcowym wywodzie dochodzi do węża. Dopiero gdy na nim kończy się łańcuch spychania odpowiedzialności, on sam już się nie broni – zostaje przez Boga skazany na „przyziemność”. Odtąd czołga się na brzuchu i odżywia się prochem. Co to oznacza? Pełzanie odbieram jako życie wyłącznie prozaicznymi i bieżącymi sprawami, a jedzenie prochu – jako karmienie się doraźnymi przyjemnościami, marnościami tego świata. Przestrzeń ducha okazuje się zbyt odległa, więc trzeba się zadowolić ziemią. Chleb z nieba zdaje się być mrzonką, a w takiej sytuacji warto brać w posiadanie wszystko to, co przemijalne. Taki jest świat z perspektywy węża.

Zło zostaje jak gdyby wypchnięte poza samą istotę człowieka – do metafory węża, któremu Niewiasta zmiażdży głowę. On zaś zmiażdży jej piętę. Te słowa również zdają się wskazywać na wydzielenie zła poza wnętrze człowieka. Ono pochodzi od Szatana, więc człowiek jest z natury niewinny, tj. stworzony został bez skazy, a gdy pojawia się już wina pierworodna, staje się to za sprawą czynnika zewnętrznego (pokusy Złego). Oczywiście dzisiejsza teologia wskazuje, że to, co w owej metaforze jawi się zewnętrzne, w istocie działa od wewnątrz. Pokusa jest więc jakąś duchową przypadłością człowieka, na którą jego wola może w dwojaki sposób reagować. Jednak te reakcje nigdy nie są definitywnie określone. Walka toczy się między jednym i drugim „ja”. Zmiażdżona pięta wskazuje na pozbawienie człowieka zewnętrznego potencjału: siły, witalności, swobody… Z kolei zmiażdżona głowa staje się obrazem zdruzgotanej mądrości, bo przecież zło – choć bardzo przebiegłe i do bólu zapobiegliwe – niewątpliwie łatwo demaskuje swoją głupotę, jak też głupstwo, któremu służy. Jest więc głuche, ślepe i bezrefleksyjne, nie ma możliwości delektowania się smakiem i ostrzegania węchem przed duchowymi zagrożeniami – to właśnie przypadłość zmiażdżonej głowy. Dlaczego jednak Niewiasta miałaby miażdżyć głowę, aby czynić węża niezdolnym do refleksji i nawrócenia? Tu właśnie czuję obecność Tajemnicy. Może bez owego zmiażdżenia głowy, człowiek posiadłby siłę demonicznego zła, perfekcyjnego w swej skuteczności? Całkiem możliwe, że wchodzę tu w jakąś herezję, ale to właśnie we mnie i w Tobie widzę tę zmiażdżoną piętę i głowę. Każde takie zmiażdżenie, choć bolesne, jest dla mnie pożyteczne. W jakim zakresie? To już zależy od każdego kolejnego dnia, od każdej – wygranej lub przegranej – duchowej bitwy.

 
Komentarze (28)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara, Życie

 

Złota rybka Europy

04 gru

Jeszcze w zeszłym miesiącu zdawało się, że złota rybka Europy wpłynie na ukraińskie wody, a tymczasem myk – i zamiast złotej rybki pojawił się słony śledź z Morza Arktycznego, w dodatku gadający po rusku. Nie brakuje dziś głosów przeciwnych Unii, odstręczających Ukrainę od stowarzyszenia z Zachodem. Pojawiła się więc okazja, by jeszcze raz porozmawiać o naszej przyszłości. Jakie wyzwania stoją dzisiaj przed zjednoczoną Europą? Co stanowi dziś główny problem Unii? Osobiście największą chorobę dostrzegam w samym systemie finansowania, który doprowadza do absurdalnego sposobu wydatkowania pieniędzy, np:

1) kończy się właśnie rok rozliczeniowy (więc trzeba szybko wykorzystać pieniądze, bo przepadną), 2) dają pieniądze akurat na to, to trzeba brać, choćby je wpompować w jakąś mało potrzebną inwestycję (bo inny je weźmie), 3) w pośpiechu pisze się jakiś wniosek, bo a nuż sypną jakąś kasą (a potem pomyślimy, jak to zagospodarować)… itd. itp. Dokładnie jak w tym dowcipie o rybkach akwariowych, z których jedna mówi: gdy facet otworzy klapę, na trzy-cztery wyskakujemy, a potem się zobaczy. :) Do tego jeszcze dochodzą sterty sprawozdawczości, bo przecież ci na górze muszą mieć kontrolę nad tym co na dole (tyle, że sprawdzane są zawsze papiery, rzadko kiedy efekt rzeczowy). Oczywiście to wszystko pochłania ogromną część czasu, który mógłby być przeznaczony na efektywną pracę.

To jest patologia tkwiąca u samych podstaw unijnej ekonomii! Główna gangrena, którą musimy opanować. Nie jestem zwolennikiem rozpadu Unii, bo wiem, że oznaczałoby to prawdziwy kataklizm na gruncie politycznym, społecznym i gospodarczym. Ale uważam, że jeśli nie będzie gruntownej reformy, to wszystko i tak się szybko rozsypie… Gdybym więc złowił teraz złotą rybkę, rzekłbym jej do ucha, by Unia przetrwała i nadal się rozszerzała, ale też by porzuciła dotychczasowy sposób biurokratycznego zarządzania finansami. Tak, by każdy mógł swobodnie na swoim gospodarować (potrzebujemy jak nigdy prawdziwego liberalizmu gospodarczego, zrywając z socjalistycznym centralizmem!), a jednocześnie by każdy mógł poczuć wartość oszczędzania i racjonalnego wydatkowania. Tylko w ten sposób na rynku światowym możemy się okazać konkurencyjni.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Naród, Polityka, Socjologia

 

Skąd ta wściekłość?

03 gru

Ustrzycka noc i świtanie – Mały Król i Gromadzyń

Zobaczyłem dziś filmową relację z ”występów” proaborcyjnych aktywistek, na zjeździe w Argentynie. Ciekawe, że ten film początkowo został usunięty z Youtube z powodów propagowania …pornografii (!) – dla mnie to piękne świadectwo ewangelicznej zasady nadstawiania drugiego policzka. A jeśli pojawia się tu jakieś obnażenie, to jest to przede wszystkim obnażenie wściekłości, która przemawia przez te nieszczęsne kobiety. Zastanawiam się, czy nasza telewizja byłaby w stanie wyemitować choć fragment takiego zachowania feministek? Chyba nie mieściłoby się to w kreowanym wizerunku, że faszyści to „katole i narodowcy”, a „tęczowe feministki” to przecież ucieleśnienie pokoju i tolerancji… Jeśli już chodzi o pokój, to warto czerpać przykład od tych młodych, wyszydzanych i opluwanych ludzi, zewnętrznie zatopionych w cuchnącym szambie, a wewnętrznie – w modlitewnym pokoju:  
http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-marzeny-nykiel/68582-dokad-zmierzaja-lewackie-bojowki-argentynskie-feministki-spalily-kukle-papieza-franciszk-i-brutalnie-zelzyly-katolikow-broniacych-kosciola-przed-profanacja
 (FILM znajduje się pod tekstem).

Zacząłem się zastanawiać nad źródłami zjawiska, które utrwalone zostało na filmie. Skąd bierze się taka nienawiść? Czy sam również nie jestem w jakiś sposób winien tej sytuacji? Odpowiedź znalazłem w Ewangelii: ”Wy jesteście solą ziemi”, ale by nadać czemuś smak, tej soli nie musi być zbyt dużo – rozwinął tę metaforę Tomas Halik podczas IX Zjazdu Gnieźnieńskiego. Gdyby sól była obrazem DOBRA, nigdy nie mogłoby jej być za wiele. Prawdy i dobra przedawkować nie sposób. Ale możemy przedawkować ostentacyjność w zewnętrznych praktykach religijnych, w manifestowaniu naszej religijności, w narzucaniu jej innym. Oczywiście nie o tę sytuację mi tutaj chodzi (tu modlitwa stanowiła pancerz chroniący przed złem). Chodziło mi raczej o przyczyny, które mogą do takich skrajnych postaw prowadzić: wynoszenie religijności ponad moralność, używanie jej jako sztandaru do walki z niewierzącymi, zasłanianie się nią w polityce itd. To właśnie taką przestrzeń uznawałbym, podążając tropem Halika, za „przesoloną”. Tutaj już sól przestaje być obrazem dobra, nabierając znaczenia „konserwującego” – tj. próbującego utrwalić swoje „ja”, swoją religijność. Czeski teolog wyznał: „Przyznam się, że czasami nie czuję się zbyt dobrze w przestrzeni przesolonych chrześcijan – podobnie, jak nie czuję się dobrze tam, gdzie chrześcijanie zamiast być słoni, stają się słodcy. Chyba wszyscy spotkaliśmy się z taką przesłodzoną postacią chrześcijaństwa.”

Może łatwiej jest nam rozumieć metaforę z „przesłodzeniem” – od razu budzi to w nas obraz lukrowanego, nieautentycznego chrześcijaństwa. Ale przesolenie?  Co ks. Halik rozumie pod pojęciem „przesolenia”? Tu na chwilę zastanowiłem się, czym ono różni się od przesłodzenia? I z pomocą przychodzą mi zaraz następne słowa Halika: „Nadmierna dawka soli wprawdzie konserwuje żywność, ale żywym organizmom przesolenie szkodzi.” Pojawia się tu słowo „konserwuje”, które stanowi klucz do kolejnych drzwi pojęciowych. Skoro funkcja konserwująca stanowi jednocześnie zagrożenie dla życia, to znaczy, że właściwym obrazem przesolenia jest kurczowe trzymanie się  skostniałych form i zasad. A to prowadzić może do zatraty właściwego smaku i do wyplucia. Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, a tym bardziej oskarżać, ale wracając do wściekłości wspomnianych feministek, czy nie jest ona takim aktem wyplucia czegoś, co kiedyś podano im na tacy prawdy i dobra, a co w istocie było tylko przesoloną potrawą? Czy ich wściekłość nie jest raczej aktem człowieka miotającego się w swych nieczystościach i niezaspokojonych głodach?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Etyka, Religie, Wiara, Życie