RSS
 

Między tronem a ruiną…

25 gru

Tak jak powalone zimą pnie dają początek nowemu życiu wiosną - tak ruiny naszego życia mogą stać się urodzajnym ogrodem dla przyszłych pokoleń…

Święta to piękny czas jedności chrześcijan, może więc nie powinienem tego tematu dziś poruszać? A jednak czuję, że muszę. Wobec aranżowanych przez Kościół modlitw o jedność chrześcijan, raz po raz jestem świadkiem powstawania różnych grup, zrzeszających katolickich fundamentalistów bojkotujących ideę modlitwy o jedność. Tu już nie chodzi o torpedowanie dialogu między religiami, lecz o próbę zniweczenia wśród samych chrześcijan powrotu do wspólnej owczarni. Choć bardzo się staram, nie potrafię tego zrozumieć – w jaki sposób można łączyć Ewangelię z walką o swoiście pojmowaną „czystość religii”?

Właśnie niedawno przeczytałem „Czarnego Anioła” – Mika Waltari przywołał tu doniosły moment z historii Kościoła (1453 r.), kiedy to formalnie i na krótki czas zawarto polityczną i religijną unię między chrześcijaństwem wschodnim i zachodnim. Uczyniono to dla obrony Konstantynopola przez napierającym islamem. Konstatnyn, ostatni cesarz Bizancjum, ku zgrozie wielu wiernych, a zwłaszcza wysoko postawionych duchownych, uznał zwierzchnictwo papieża i przyjął rzymskie wyznanie wiary. Niestety unia ta miała zbyt wielu przeciwników, walczących o „czystość tradycji”. Jakie były skutki, wiemy dobrze z historii – Konstantynopol padł i po dziś dzień jest w rękach tureckich, zaś chrześcijaństwo już nigdy później nie miało takiej okazji do zjednoczenia…

Istnieje też jednak inny sposób odczytania głównej myśli tej książki. Główny bohater, Johannes Angelos, uciekający z tureckiej niewoli i stający do obrony murów Konstantynopola jako zwykły żołnierz, wkrótce okazuje się być prawowitym następcą cesarza – jego ojciec został oślepiony i wygnany z ojczyzny. Gdy sułtan stworzył Johannesowi okazję do ucieczki, wyposażając go wcześniej w sowitą ilość klejnotów, liczył, że ten będzie chciał walczyć o władzę z obecnym Basileusem, osłabiając tym obóz chrześcijan. Jednak Johannes wolał pozostać incognito, by służyć swemu Miastu i Kościołowi. To piękny przykład wyniesienia dobra ogólnego ponad własne cele partykularne. Ponadto jest to również obraz życia każdego z nas – kiedy to rodzimy się w potencji władania całym światem i popadamy w niewolę grzechu. Gdy zostajemy z tej niewoli wyzwoleni - i obserwujemy jak mimo to nasz świat sypie się w gruzach. Jednak to właśnie ruina tego świata, w którym pokładaliśmy wszelkie nadzieje, staje się właściwym tronem jedynego Króla, jakiemu winniśmy służyć…

 
Komentarze (7)

Napisane przez w kategorii Duchowość, Religie, Wiara, Życie

 

Tags: ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Pan Robert

    26 grudnia 2013 o 09:23

    I jeszcze w kwestii jedności chrześcijan.
    Otóż tu się z Wami nie zgodzę.
    Myślę, że Chrystusowi nie zależy na jakimś doktrynalno-liturgicznym pojednaniu. Jeżeli dobrze rozumiem Jego naukę, to chodzi w niej właśnie o owego Ducha Miłości, a nie całą tę zewnętrzną oprawę.
    Gdybym opowiadał się za owym pojednaniem, to trochę tak jakbym podejrzewał, że Jezus Chrystus pragnie, by wszystkie motyle miały taki sam wzór na skrzydełkach… a tego nie podejrzewam:)

     
    • ~Beszad

      26 grudnia 2013 o 17:50

      Robercie, ja również jestem za uszanowaniem teologicznej różnorodności. Mało tego – myślę, że stanowi ona dla nas niezwykle ważne wyzwanie, by umieć wznosić się ponad te podziały. Jestem niemalże pewien, że gdzieś tam za kurtyną śmierci śmiać się będziemy z tych bojów o doktryny, bo zobaczymy, co faktycznie jest istotne w życiu – nie nasze wizje, wyobrażenia, pojęcia czy teologiczne tezy, lecz to, w jaki sposób potrafimy ponad tymi różnicami wchodzić ze sobą w relacje. Gdyby te różnice były faktycznie ważne, Jezus nie przytaczałby przypowieści o miłosiernym Samarytaninie.

       
  2. ~Pan Robert

    26 grudnia 2013 o 09:16

    Panie Piotrze i Beszadzie,

    nie ma tu chyba między nami sporu. Tak jak i Was mnie zachwyca Duch Miłości w nauce Chrystusa.
    Z drugiej strony jestem za prawdą, więc gdy dostrzegam jak daleko mi poczucia takiej miłości, to o tym mówię, zamiast udawać świętoszka.
    Najbardziej zdumiewa mnie fakt, że w kraju nominalnie chrześcijańskim od tysiąca lat chrześcijanina trzeba szukać ze świecą.
    Polscy katolicy są wszystkim – towarzystwem wzajemnej adoracji, organizacją niepodległościową, sektą, whatever – ale najmniej chyba chrześcijanami.
    Ale jestem jakoś przekonany, że i chrześcijaństwo dotrze kiedyś na te ziemie w takim stopniu, by nazywanie ich chrześcijańskimi nie było ponurym nadużyciem.
    Jeżeli zaś chodzi o pogardę, drogi Beszadzie, to i ja traktuję ją jako błąd. I ubolewam, gdy nie potrafię jej powstrzymać…
    pozdrawiam serdecznie

     
  3. ~Heart (Piotr)

    26 grudnia 2013 o 01:05

    Panie Robercie – rozumiem troskę Pana, jednak tu nie chodzi o wizję ale o realny problem, który stał się faktem, jest dziś obecny, a tego problemu nie należy bagatelizować, bo zostaniemy uniewrażliwieni, a jakaś wyraźna busola jest tutaj szczególnie potrzebna. Kierunkek, o którym zdaje się po między słowami, napomknął Beszad prowadzi do pojedniania, jedności a to jest bardzo ważne, co z tego, że inspiracją notki była częściowo fikcyjna powieść. Nawet niewinna zdawać by się mogło „konfrontacyjność” potrafi dużo zniszczyć, zniszczyć relacje, w których zamykamy się w bezdennej samotności i pusce, kierując w jakimś sensie niejako do samozniszczenia. Puste i bezmyślne traktowanie paragrafów i wytycznych (także w kwestii tzw. czystości wiary) potrafi doprowadzić do tragedii, ja sam jestem tego najlepszym przykładem, choć nie chciałbym się zwierzać z osobistego przykrego doświadczenia. Nie ważna jest litera a głównie i przede wszystkim Duch. Wrażliwość, czy miłość potrafi na szczęście leczyć wszelkie choroby, więc czuję się już zdrowy. Dziękuję Beszadzie za głos, w tej sprawie, jakże dla mnie ważny.

     
    • ~Beszad

      26 grudnia 2013 o 17:42

      Piotrze – pozwól, że wyakcentuję tu raz jeszcze Twoje zdanie: „Nawet niewinna zdawać by się mogło „konfrontacyjność” potrafi dużo zniszczyć, zniszczyć relacje, w których zamykamy się w bezdennej samotności i pustce, kierując w jakimś sensie niejako do samozniszczenia.” Zdanie bardzo ważne, bo często mamy do czynienia z tego rodzaju konfrontacją, która zrywa wszelkie mosty, zamykając się w otoczce pewności o własnej nieomylności.

      Niedawno rozmawiałem z osobą, która stała się gorącym orędownikiem walki o „czystość Kościoła”, widząc przyczynę wszelkiego zła w postmodernizmie, komunizmie, liberalizmie. Choć i mnie nie jest po drodze z rozmaitymi „izmami” to jedna rzecz mnie w jej postawie mocno niepokoi – chodzi o jej pogardliwe zamknięcie (czy raczej zatrzaśnięcie) drzwi przed kimś, kogo można zaetykietkować jakimś „izmem” – rzecz bolesna podwójnie, gdyż ta osoba ma się za głęboko wierzącą i współtworzy aktyw kościelny. Taka postawa głęboko rani nie tylko zaetykietkowanych, ale mnie samego również (choć wobec mnie ta osoba stara się być uprzejma).

      I właśnie w takich postawach widzę ową drogę do „samozniszczenia” Kościoła, o której tu wspomniałeś. Nie chodzi o samo spieranie się o racje doktrynalne, lecz o zatrzaśnięcie przed jakimkolwiek wchodzeniem w dialog.

       
  4. ~Pan Robert

    25 grudnia 2013 o 21:53

    Mika jest dobrym opowiadaczem, ale nie przejmuj się bardzo jego wizjami:)
    Gdy zastanawiam się nad nauką Chrystusa, widzę dwie kwestie.
    Po pierwsze miłość i zachwyt. Miłość do skretyniałych bliźnich – jak wiesz, Beszadzie, Robert ma w sobie ogromne pokłady łagodnej pogardy…
    Po drugie samotność, która delikatnie tylko i z rozumną nieufnością wysuwa rękę do drugiego człowieka. Niczym ślimak swój rożek:)

     
    • ~Beszad

      25 grudnia 2013 o 22:05

      Robercie, chyba wiem, co chcesz powiedzieć. Jakkolwiek pogarda nie jest dobrą drogą dla chrześcijanina (choć sam chwilami mam pokusę jej ulegać), to jednak dystans wobec postawy osób, które w sposób despotyczny próbują kreślić ramy wiary, jest zbawiennym lekarstwem, by samemu nie ulec tej samej chorobie. No i ta samotność, o której wspominasz – często się reflektuję, że przecież ona była właśnie drogą Chrystusa… Dziękuję Ci za to ważne słowo!