RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2014

Żydzi i chrześcijanie – spotkanie nad grobami i spojrzenie w przyszłość…

31 sty

Moje wędrówki z pieskiem w plecaku – i nie tylko z pieskiem… ;)

Właśnie wpadła mi w ręce książka „Żydzi i chrześcijanie jedną mają przyszłość” – jest to piękna pozycja dialogu (a właściwie uzupełniającego się dwugłosu), jaki prowadzą ze sobą kardynał Franz König i profesor Ernst Ehrlich. Obaj próbują pochylić się nad genezą zakorzenionego w naszym świecie antysemityzmu, a szczególnie nad jego apogeum, jakie nastąpiło w latach 1933-45. Austriacki hierarcha bez ogródek mówi o historycznych błędach w eklezjalnym podejściu do Żydów na przestrzeni dziejów. Rozmówcy próbują ustalić, jak doszło do trywializacji pewnych treści teologicznych, które przez swą czysto polityczną wymowę stały się pseudoteologiczne, a tym samym łatwo weszły na grunt świeckiego odniesienia europejskich społeczeństw do narodu żydowskiego. Skąd brała się wzajemna nieufność i narastający lęk, skoro pierwsze gminy chrześcijańskie były gminami stricte żydowskimi? Dlaczego na przestrzeni dziejów nie doszło do pełnego wchłonięcia Żydów przez narody Europy? Co było powodem tak demonicznego pomysłu, jakim stała się masowa eksterminacja? Tutaj König wspomina wypowiedzi czołowych nazistów, widząc w nich realny przejaw działania osobowego Zła – jednak nie poprzestaje na tym stwierdzeniu, szukając współwiny w samym Kościele.

Poruszono m. in. znany problem „bogobójstwa”, czyli jednego z podstawowych błędów w nauczaniu, sprowadzającego się do obarczania wszystkich Żydów winą za śmierć Chrystusa, a także zakorzenionych przesądów dotyczących innych absurdalnych oskarżeń – tolerowanych, a czasem wręcz kultywowanych przez Kościół. Chyba najbardziej w skutkach brzemiennym pomówieniem był mord rytualny, utrwalony w malarstwie (ostatnio obrazy zaopatrzono w stosowne komentarze, że taki proceder nigdy nie miał miejsca), a nawet obecnych w formach lokalnego kultu – jako przykład podana została niemiecka miejscowość, w której do niedawna czczono relikwie dziecka, rzekomo zamordowanego przez Żydów (kult został już przez Kościół zakazany, choć nie obyło się bez protestów). Innym przykładem takich absurdalnych zabobonów było obarczanie Żydów odpowiedzialnością za wybuchy zarazy, które miało spowodować celowe zatruwanie studni. Żydowski myśliciel dostrzega też obiektywne przyczyny konfliktów, do jakich należało trudnienie się lichwą – choć i tutaj trzeba podkreślić, dlaczego tak było, że Żydzi po prostu nie byli dopuszczani do wielu rzemieślniczych cechów.

Kardynał König w jednoznaczny sposób wyznaje winę, jaką Kościół ponosi za przyzwolenie na prześladowania Żydów, w tym szczególnie winę zaniechania w odniesieniu do sytuacji w czasach nazizmu. Próbuje tu jednak tłumaczyć Piusa XII tym, że widział on w Niemcach jedyną możliwość na powstrzymanie bolszewizmu. Z nieukrywanym bólem wyznaje, iż trzeba było dopiero holocaustu, by doszło do wielkiego wstrząsu całych światem chrześcijańskim. Owocem tego wstrząsu stał się dokument Soboru Watykańskiego II – „Nostra etatae”, w którym przedstawiono stosunek Kościoła do innych religii, w szczególności do judaizmu. Oczywiście cały czas Kościół do tego dojrzewał, tylko dlaczego trwało to tak długo? Dlaczego dopiero najstraszniejsza tragedia ludzkości dojrzewanie to musiała przyspieszyć? „Nostra etatae” zdecydowanie potwierdza trwałość przymierza Boga z Izraelem i jednoznacznie odrzuca oskarżenie naród żydowski o „bogobójstwo”, potępiając wszelkie formy prześladowania Żydów i wskazując drogi do ewangelicznego ich traktowania… Być może coś tu jeszcze uzupełnię, bo jestem w trakcie czytania. W każdym razie gorąco polecam! Nie jest to szablonowa rozmowa – wnosi wiele zastanowienia nad odmiennymi punktami widzenia i nad zmieniającym się charakterem wzajemnych odniesień, budzącym mimo wszystko głęboką nadzieję na przyszłość.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Naród, Religie, Wiara

 

Liryzm i naturalizm, dokument i żywy obraz narodu – czyli jak opowiadać o naszej historii…

30 sty

Czy dzisiejsza młodzież zdolna jest do heroicznej wspinaczki? Wierzę, że tak…

Sierpniowe niebo. 63 dni chwały (2013). Film o powstaniu warszawskim, który w zeszłym roku  wszedł na nasze ekrany, nie doczekał się należnego mu uznania - a szkoda. Może najpierw krótko o treści – tak, żeby za wiele nie zdradzać, a do oglądania zachęcić… Podczas prac budowlanych operator koparki odkrywa fundamenty przedwojennej kamienicy, a w nich ludzkie kości i pamiętnik z czasów powstania warszawskiego. W tym drobno zapisanym notesie ukrywający się Żyd, profesor Szapiro, opisuje pierwsze dni dramatycznej walki o Warszawę. Autor pamiętnika obserwuje świat przez szczelinę w drzwiach, przysłuchując się rozmowom mieszkańców kamienicy, uczestnicząc w ich emocjach i nieoczekiwanych sytuacjach. W tle rozwinięta zostaje fabuła osobistego życia młodych powstańców przed podjęciem walki oraz ich dramatyczne dzieje po ogłoszeniu godziny „W”.

Muszę przyznać, że film zrobił na mnie wielkie wrażenie – tak pod względem artystycznym, jak i dokumentacyjnym. W kapitalny sposób zaaranżowano tutaj zderzenie dwóch odległych światów – Warszawy wojennej z tą Stolicą współczesną, pokazując na obydwu tych kliszach ludzi psychologicznie bardzo zróżnicowanych, żyjących różnymi wartościami – a jednak przez historię ze sobą silnie związanych. W czasach wojennych obok sędziwego Żyda – mistyka, żyjącego już prawie tylko w świecie ducha i literatury, ukazano nauczycielkę prowadzącą tajne komplety (targaną lękiem o własne dzieci), młodych zakochanych (dających się nieść fali powstańczego entuzjazmu), a także konfidenta-dozorcy, wydającego Niemcom własnych lokatorów. Z kolei po współczesnej stronie reżyser wchodzi w sfery biznesmenów, którzy swoje interesy rozgrywają w dużej mierze pod stołem, aby od miasta wyłudzić jak najwięcej odszkodowań, dlatego w pośpiechu realizujących plan budowy. Ukazane zostały też ludzkie uwikłania między światem wartości a ekonomiczną pokusą podniesienia standardu życia. W tle przewijają się byli powstańcy, wypchnięci jak gdyby na aut społecznego życia, a także młodzi raperzy – również balansujący na marginesie nowego społeczeństwa, a jednocześnie spragnieni dawnych wartości.

Niepodważalnym walorem filmu jest jego konstrukcja: przeszłość-współczesność i fabuła-dokument. A trzeba tu dodać, że film obficie i bardzo ciekawie operuje fragmentami ujęć dokumentalnych, sklejając je ze stylizowaną wizją paradokumentu, która z kolei pozwala na płynne przejście do wątków fabularnych. Czujemy się ciągle, jakbyśmy balansowali między bieżącymi zdarzeniami a wspomnieniami, działaniem a refleksją. I tu jeszcze jeden mocny atut filmu – jego liryczność, która bynajmniej nie została tu ani przesłodzona, ani też skonstruowana w postaci monumentalnego epitafium, co często ma miejsce przy tego rodzaju filmach. Nic z tych rzeczy! Fabuła została pociągnięta w sposób bardzo naturalistyczny, a liryczną warstwę podłożono dyskretnie – chwilami ją dostosowując do czasów wojennych, innym razem radykalnie uwspółcześniając.

Dziwi mnie bardzo, że film został tak nisko oceniony (5 w skali 10-punktowej), bo według mnie stoimy przed dziełem bardzo wybitnym. Rzadko kiedy udaje się w tak mistrzowski sposób ująć dramaturgię i psychologię z liryką i wyraźnym przesłaniem, a jednocześnie zachować tak idealną harmonię między dokumentem i fabułą. Bestialstwo nie jest w jednoznaczny sposób przypisane do niemieckiego munduru, bo jesteśmy tu również świadkami wewnętrznej walki, jaka toczy się w młodym Niemcu. W psychologicznym ujęciu tematu nie ma kiczowatych barw czarno-białych, a drobne epizody z życia ujęto z równie wyszukanym pietyzmem, co sytuacyjnym realizmem. Film ogląda się jednak inaczej niż kino akcji czy typowe kino wojenne – to raczej obraz, który warto kontemplować i który na długo pozostaje w pamięci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii estetyka, Etyka, Naród, Życie

 

Abraham – między wiarą a religią, między moralnością a etyką

26 sty

Wreszcie pełnia zimy! :) Dzisiejsza sytuacja na trasach narciarskich – stoki Żukowa koło Ustjanowej…

Czym różni się etyka od moralności płynącej z wiary? I czym różni się wiara od religii? Te pytania stawiam sobie za każdym razem, gdy tylko chcę głębiej zrozumieć motywacje skrajnych postaw – wojujących ateistów (którzy jednak w życiu kierują się jakimś kodeksem etycznym) i okopujących się integrystów (którzy przekonani są, że tylko po ich stronie Bóg walczy z szatanem)… Każdy z nas, niezależnie od tego, do której linii okopów jest nam bliżej (i czy w ogóle z tymi postawami jest nam po drodze), zna opowieść o Abrahamie i Izaaku, po swojemu próbując ją sobie interpretować. Zapewne wielu ludzi określających się wierzącymi, stawia Abrahama za wzór wiary. Gdyby jednak nagle stanął przed nimi jakiś anonimowy ojciec, który – powołując się na objawienie – chciał postąpić ze swym synem podobnie jak Abraham, zostałby przez wszystkich uznany za niebezpiecznego szaleńca. Dlaczego więc tak łatwo przechodzi nam przez usta frazes, że Abraham jest naszym ojcem? Jezus przecież skierował do uczonych w Piśmie słowa, które i dla nas powinny być wstrząsem: Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: „Abrahama mamy za ojca”, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. (Mt 3, 8-9)

Abraham jako pierwszy zaczął wsłuchiwać się w głos Boga, uznając w nim osobistą i realną obecność. I nie ważne, że początkowo może coś tam źle „usłyszał”. A może to my sobie z dzisiejszej perspektywy opacznie tłumaczymy wystawienie Abrahama na próbę, dopatrując się tu bardziej jakiegoś ponurego kaprysu Boga (jak to chcą widzieć ateiści – oczywiście przypisując to zwykłej projekcji ludzkich skłonności) lub też przyjmując ten fakt bezrefleksyjnie w kategoriach mocy, jaką Bóg wobec nas dysponuje (jak do tego często podchodzą żydzi i chrześcijanie – przynajmniej ci, którzy tradycję przedkładają nad osobistą refleksję). Hebrajskie imię Boga, jak wiemy, brzmi JHWH „Jestem Który Jestem” (niektóre źródła wolą przekład „Będę Który Będę” lub wersję woluntatywną – „Będę Który Chcę Być”). Tylko człowieka można nazwać „jestem który się zmieniam” – nigdy Boga. I właśnie w tej duchowej ewolucji człowieka tkwi problem całopalnej ofiary z własnego syna, która w czasach Abrahama nie należała do rzadkości. Ale to właśnie w Abrahamie Bóg wyraźnie przeciwstawił się tej niskiej kondycji człowieka! Można by tu inaczej powiedzieć, że najpierw Abraham usłyszał tu Boga w jednym aspekcie Jego obecności – w potężnym JESTEM, które nie da się nikomu podporządkować i zrelatywizować. Dopiero potem odkrył drugi aspekt tego samego Boga – JESTEM …MIŁOŚCIĄ. Mimo pewnego porządku chronologicznego (wynikającego z duchowej ewolucji człowieka) trzeba tu wyraźnie odstąpić od hierarchicznego przyjęcia tych dwóch prawd. W dzisiejszym odczytaniu obydwie prawdy są jednoczesne i równoważne.

W relacji Abrahama z Bogiem zaczyna się liczyć nie tyle sztywna reguła PRAWA, co indywidualna wartość RELACJI. Podczas gdy etyka płynie z uniwersalnych kodeksów i odnosi się do każdego w równym stopniu, na płaszczyźnie wiary, między Bogiem a człowiekiem, istnieje więź niepowtarzalna – można więc w zasadzie mówić o tylu więziach, ilu było, jest i będzie ludzi na świecie. Bóg każdego woła po imieniu. Każdemu inaczej się objawia, dla każdego ma inne posłanie i od każdego inaczej wymaga. Nie oznacza to jednak niesprawiedliwości czy kapryśności Boga. Patrząc na to zupełnie po ludzku, mamy problem ze zrozumieniem tak pojętej indywidualizacji. Nie potrafimy tak do końca zaufać Bożemu wezwaniu, jak to uczynił Abraham – bo przecież każdy może słyszeć coś innego. A człowiek lubi porządek, boi się chaosu i anarchii. I ten lęk bierze się właśnie z niewiary, którą pragniemy wypełnić religią, tj. legalizmem w podejściu do określonych praktyk. Jeśli jednak usunęlibyśmy ze swego serca podświadomą negację SENSU i MIŁOŚCI istniejących ponad człowiekiem (czyli sfer nigdy przez nas do końca nieogarniętych), dopiero wtedy odkrylibyśmy w sobie Abrahama, uwalniając się z jednej strony od Kartezjusza i Kanta, z drugiej – od Annasza i Kajfasza. Wkraczamy w ten sposób w samo jądro dramatu, stając się współtwórcami własnego świata, uwolnionymi od greckiego losu czy hinduistycznej karmy. Teraz już nic nie odbywa się mechanicznie – nie jesteśmy kulami bilardowymi na stole bogów, ale GOŚĆMI przy jednym stole.

 
Komentarze (55)

Napisane w kategorii Etyka, Filozofia, Życie

 

Szybkość-powierzchowność-panowanie a wyciszenie-głębokość-służenie

23 sty

Świeży śnieg jako atrybut teraźniejszości …i próchno przemijania (stara chałupa przy drodze na Bandrów)

Funkcjonalność czytania uzależniamy dziś od jego szybkości i chłonności na tekst, tj. ilości pochłoniętych informacji w możliwie jak najkrótszym czasie. Kiedy w czasach studenckich zapisałem się na kurs szybkiego czytania, byłem w stanie sprawnie wyławiać informację z czytanego tekstu, jednak nie sprawiało mi to ani radości, ani też mądrości nie przysparzało. Owszem, dzięki tej technice mogłem zdać jakieś tam pamięciowe egzaminy, ale stawałem się przez to jeszcze głupszy! ;) Stara reguła benedyktynów mówiła, żeby każdy tekst traktować jako DAR, a nie w kategoriach kolejnego problemu do rozwiązania czy pakietu informacji do zapamiętania. Tym właśnie różni się duchowe przyswajanie tekstu od intelektualnego pochłaniania. Oczywiście to ostatnie w pewnych sytuacjach też jest ważne, ale chyba nigdy nie przyczynia się do budowania mądrości, ćwicząc jedynie sprawność myślenia i poszerzając zasób wiedzy.

Teresa z Avilla określała świętość krótkim powiedzeniem: „Bóg wśród garnków i rondli” – podobnie też chyba można określić mądrość, uzupełniając to jeszcze słowami: „Prawda we właściwym patrzeniu i słuchaniu”. Piszę celowo „w patrzeniu i słuchaniu”, a nie „w obrazie i tekście” – bo ten, choćby był nie wiem jak wyrafinowany i kompletny, nie spełnia warunku, żeby nim żyć, jeśli tylko zabraknie otwartej postawy relacyjnej. Ponadto owe „garnki” symbolizują też akcent, jaki powinniśmy w kłaść na służbie, która uwalnia nas od „ja”, co na każdym kroku podkreślają buddyści: wtedy dopiero jestem sobą, gdy o sobie zapominam. Im bardziej podkreślam swoje „ja”, tym bardziej skupiam się na samym wyobrażeniu o sobie, czyli na pewnej iluzji mojego istnienia.

Jednak służba drugiemu to UKORZENIE, a nie UPOKORZENIE. Te dwie literki „po” wskazują na podjęcie świadomego i własnowolnego aktu uniżenia (pojęcie, które współczesnym znowu bardzo źle się kojarzy). Może więc sięgnę po łacińskie słowo humilis (pokorny) – podobne (pokrewne?) słowu hominis (ludzki, ludzkość), z którego wywodzą się angielskie humility (pokora) i humanity (ludzkość). Językowo pokrewne jest też pojęcie humification (rozkład złożonych związków organicznych i ich powrót do ziemi). Gdy teraz połączymy znaczeniowe jądra tych słów, uzyskamy człowieka pokornego, sprowadzonego do poziomu ziemi nie tylko w znaczeniu uniżenia, ale przede wszystkim – prostoty i gotowości dawania (humus jest bazą odżywiającą rośliny i wszystko, co żyje). O takiej służbie czytamy w Biblii (1 Tmt 6,1-5), gdzie Paweł Apostoł akceptuje nawet pozostanie w relacjach pan-niewolnik, widząc w nich również możliwość budowania dobra – jeśli tylko uniżenie oparte jest na dobrowolności i służbie (rozumianej jako dawanie siebie innym). Wracając zaś do czytania, to i na tym podłożu zachodzi pokusa, aby z pozycji czytającego traktować tekst instrumentalnie, narzucając mu własną intencję (na czym sam się często łapię) – choć przecież cała wartość czytania tkwi właśnie w postawie nasłuchiwania.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Życie

 

„Życie Pi” – podwójne odczytanie

21 sty

Między moim małym światem a oceanem życia (dolina Ustrzyk i kadr z filmu)

„Życie Pi” (2012) należy do filmów, które koniecznie należy oglądać do końca, bez względu na to, czy fabuła w pewnym momencie nas znudzi czy zirytuje. A muszę tutaj się przyznać, że sam uległem tej pokusie, aby wyłączyć w połowie, pochopnie oceniając ten film jako obraz do bólu naiwny, w dodatku z jakimś na siłę zmontowanym przesłaniem religijnego synkretyzmu i „głębokiej” ekologii, która zdała mi się tu płytka jak kałuża. Dopiero pewien zaprzyjaźniony kinoman zachęcił mnie, aby dopatrzeć do końca. No i warto było! Przede mną odsłoniło się drugie dno – w zasadzie dopiero przez pryzmat końcówki filmu cały obraz staje się zrozumiały. Sytuacje, które wcześniej odebrałem jako naiwne, zaczynają się powoli rysować jako symboliczny zapis podświadomości, zaś cała otoczka ekologiczna stanowi swoisty kod relacyjności.

Druga wersja zdarzeń, jaką opowiedział chłopiec na końcu filmu, wydaje się być najbardziej prawdopodobna, jednak jest tak okrutna (bezwzględność, morderstwo, kanibalizm), że nawet ci, którzy muszą sporządzić oficjalny raport, woleli wybrać tę niewiarygodną, prawie baśniową relację. Ludzie zostają w niej zastąpieni zwierzętami, aby ukryć w nich okrucieństwo, które wtedy staje się naturalne i akceptowalne. Sam mężczyzna zdaje się widzieć siebie pod dwiema postaciami – jako tygrysa i jako chłopca. Dlaczego tygrysa? Myślę, że tygrys był wyrazem jego podświadomości, która w sytuacjach krytycznych staje się bezwzględna i drapieżna, ale która po wszystkim odchodzi w dżunglę, nawet nie oglądając się za siebie, pragnąc zapomnieć całą traumę z przeszłości. Psychologia nazywa to wyparciem.

Można oglądać ten film na płaszczyźnie egzotycznej opowieści przygodowej, ale wtedy pozostanie on płaski i naiwny. Można jednak się wznieść ponad dosłowność, odbierając całość w kategoriach symboliki, dotyczącej tego, co rozgrywa się w naszym wnętrzu – i wówczas świat „Pi” żyje jeszcze długo po jego obejrzeniu. Widzimy tu siebie wobec traumatycznych wspomnień i człowieka, który musiał przeżyć znacznie więcej – np. obozy zagłady czy beznadzieję gułagów. Widzimy życie dziecka, brutalnie odartego z dzieciństwa przez patologicznych rodziców lub losy mordercy, który zamordował tylko dlatego, że zaistniały ku temu stosowne okoliczności. W zasadzie każde życie można tu sobie podstawić w miejsce tej barwnej alegorii i zobaczyć, jak działa mechanizm idealizacji świata, zacierania doświadczonego i wyrządzonego zła. Dopiero gdy to sobie uświadomimy, gotowi jesteśmy pójść dalej w kierunku zrozumienia samych siebie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Etyka, Życie

 

Bieszczadzkie rośliny wobec kapryśnej zimy…

18 sty

Stara wierzba u źródeł Strwiąża. Po lewej: nalewka na korzeniach dzięgla leśnego (polecam na ból głowy i nerwicę) oraz kwitnący bluszczyk kurdybanek (dobry na trawienie)…

Połowa stycznia, a tu i ówdzie w najlepsze zakwitają leszczyny, olchy  i wierzby – miejscami nawet wawrzynek wilczełyko. Nie dziwne, że na niżu pojawiły się kwiaty oczarów, ale że na Pomorzu zakwitły już nawet niektóre wiśnie, śliwy i róże – to już ewenement! Z roślin zielnych przedwiośnie wyczuły przebiśniegi (kwitnące już w najlepsze) oraz ciemierniki i pierwiosnki (w miejscach cieplejszych nieśmiało próbujące kwiaty zawiązywać). Oczywiście pojawiły się też wszędzie stokrotki, ale one potrafią każdej zimy się do nas uśmiechać, gdy tylko mrozy ustąpią i śniegi zejdą – podobnie jak inne gatunki trawników i przydroży – np. tasznik czy jasnota purpurowa. Pojedynczo zakwitły nawet te rośliny, które w górskiej naturze zdobią nasze łąki dopiero w kwietniu – np. przetacznik nitkowaty, bluszczyk kurdybanek czy mniszek lekarski (ten ostatni nawet owocostany zdołał zawiązać w postaci stulonych dmuchawców). Niewątpliwie jest to pewna anomalia, choć trzeba pamiętać, że w świecie roślin nie jest niczym dziwnym występowanie osobników nieco inaczej reagujących niż większość – w przypadku trwałych zmian klimatycznych to właśnie one stanowią forpocztę ewolucyjnych adaptacji.

Jednakże trudno jednoznacznie przewidzieć, czy trend ocieplenia klimatu będzie miał charakter postępujący. Mieliśmy przecież niedawno bardzo mroźne zimy (2010/2011 – kiedy temperatury w Bieszczadach spadały do -35, a nieoficjalne notowania wskazywały nawet -40C). Bywały też zimy niosące bieszczadzkim drzewostanom prawdziwy kataklizm – np. zima w 1928/29 (kiedy to temperatura spadła poniżej -40 C), po czym na wiosnę drzewa nie wypuściły liści i zaczęły masowo usychać). Przyroda szybko odradza się po takich klęskach. A nie tylko temperatura odgrywa tu rolę – duże znaczenie ma również obfitość śniegu (okiść łamie konary drzew), jak też okres jego zalegania (zeszłej zimy pamiętamy, że przeciągnął się on w Bieszczadach na cały kwiecień, wyraźnie całą wegetację opóźniając). Bywały też w ostatnich dziesięcioleciach i ciepłe zimy - jak ta w 1989 czy 1993 r. Rośliny muszą więc mieć możliwość dość elastycznego reagowania na takie odchylenia – i zapewnia im to szeroki wachlarz genów w różnych lokalnych populacjach, a nawet pojedynczych osobnikach.

Nie powinniśmy więc chyba przesadnie tych anomalii interpretować, natomiast warto je wykorzystać do zupełnie innego zakresu obserwacji. Brak śniegu umożliwia intensywną penetrację miejsc odludnych, gdzie o tej porze wędrówek nie utrudniają wysokie trawy i zioła, a wszelkie ślady bieszczadzkiej historii, jak piwniczki, fundamenty, bojkowskie drogi czy wojenne okopy, są teraz w terenie o wiele czytelniejsze. Warto też zajrzeć w świat mchów i porostów, które w okresie pełnego ulistnienia są trudniej dostrzegalne. Zima to jedyna okazja na zrobienie przeglądu pędów drzew i krzewów – porównania pąków i śladów liściowych, na podstawie których można dokładnie gatunki oznaczać. Brak śniegu i mrozu umożliwia też zebranie materiału zielarskiego w postaci organów podziemnych: korzeni, bulw, kłączy i cebul. W tym czasie są one najbardziej pożywne i wykazują największą aktywność leczniczą. Osobiście zbieram korzenie mniszka i cykorii (prażone i mielone na leczniczą kawę) czy dzięgla i kozłka (do sporządzania nalewek ”dla spokojności” :) - na zdjęciu). Nawet spod samej chałupy można wykopać korzeń łopianu, który bywa skutecznym środkiem na zaburzenia trawienne, trądzik czy grzybice. Słowem – nie narzekajmy na kapryśną zimę – nigdy nie ma tego złego, coby na dobre nam wyjść nie mogło! :)

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Biologia, Życie

 

Formalizm a himalaizm – słowo o pewnym procesie i europejskim zapętleniu w paragrafach…

17 sty

Połonina Caryńska widziana z Połoniny Wetlińskiej (styczeń – niestety nie ten)

Właśnie przeczytałem o procesie w sprawie tragedii na Broad Peak i zastanawiam się, czy taki sędzia lub prokurator, siedząc w ciepłym fotelu przed zimnym kodeksem karnym, jest w stanie wejść w sytuację himalaisty, działającego pod wpływem skrajnego wyczerpania na długotrwałym głodzie tlenowym? Nie zajmuję się alpinizmem, ale próbuję ten sport zrozumieć – i chyba czuję, co popycha ludzi do takich ekstremalnych pasji. Myślę, że warto sobie postawić pytanie o wyzwania, jakie alpinizm czy himalaizm stawia przed człowiekiem – a zarazem o sferę wolności, jaką przed nim otwiera. Tutaj człowiek staje się odpowiedzialny przed Bogiem i własnym sumieniem. Oczywiście odpowiedzialność himalaisty obejmuje też drugiego człowieka, jednak w pewnych sytuacjach nie sposób jej normować paragrafami – i to właśnie jest piękne!

Ostatnio coraz częściej odczuwam, że europejskie prawo próbuje w każdym calu normować nasze życie, ujmując wszystko w zagmatwanych procedurach, wąskich kryteriach „od-do” i bełkotliwych dyrektywach. W tym wszystkim zaczyna już brakować miejsca dla zdrowego rozsądku czy zwykłej, ludzkiej wrażliwości. Przestają się liczyć relacje człowiek-człowiek, a w ich miejsce wchodzi zależność czyn-paragraf. Dlatego odbiera się dzieci matkom (bo nie mają odpowiedniej kwoty na koncie), skazuje się piekarza, który rozdawał chleb biednym (bo nie odprowadził stosownego podatku od darowizny), nie pozwala się komuś deklarować wiary, a nawet jednoznacznie określać płci (bo można tym urazić innych). Doprawdy dziwna to postać sprawiedliwości i wrażliwości!

Wracając do uruchomionego procesu w sprawie wspomnianej tragedii na Broad Peak, widzę w tym procesie kolejny przejaw wchodzenia zimnymi paragrafami w delikatną sferę czyjegoś sumienia, łamania ludzkiej wolności, odczłowieczania naszego życia machiną legislacji. Mógłbym to jeszcze zrozumieć, gdyby chodziło o śmierć dziecka na wycieczce. Ale to przecież byli dojrzali uczestnicy wyprawy, świadomi podejmowanego ryzyka! Chyba jednak istnieje taka przestrzeń odpowiedzialności, do której żaden aparat sądowniczy nie powinien mieć przystępu…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Etyka, Polityka, Życie

 

Uległość i zaproszenie – czyli słowo o sytuacjach konfliktowych

08 sty

 Zwróciłem kiedyś uwagę na wymowę ikon, gdzie przedstawiany jest Archanioł Michał – waleczny gdy jest sam (wyrażając gotowość do walki ze złem), uległy gdy jest z kimś (tutaj z Archaniołem Gabrielem)… Uschły kwiatostan goryczki trojeściowej i moje szklane miniaturki na tle góry Laworta w Ustrzykach.

Kiedy uzasadnia się dziś rozwody, mówi się o niezgodności charakterów, braku wspólnego języka i wywołanych na tej podstawie konfliktach. Dzieje się tak często mimo obustronnie deklarowanej dobrej woli. Z pozycji człowieka wierzącego chciałoby się zapytać samego Boga, dlaczego nie dobiera ludzi według ich natury? Z pozycji niewierzącego – czy jest sens, aby pozostawać w związkach i relacjach, które stanowią źródło permanentnego konfliktu? Jednak odpowiedź na pierwsze i drugie pytanie jest ta sama. Istnieje przeznaczenie – jakkolwiek to pojęcie tłumaczyć, które stawia mnie tu a nie tam, teraz a nie wtedy, wobec tej osoby a nie innej. Pod wpływem tegoż przeznaczenia dokonuję też różnych ważnych wyborów, które określają moje dalsze życie. Wobec relacji trudnych i konfliktowych zawsze istnieją trzy drogi: 1) uległość, 2) apodyktyczność, 3) ucieczka. Pozornie żadna z tych odpowiedzi nie jest do przyjęcia – dlatego właśnie człowiekiem targają nieustanne emocje i rozdarcia, powodujące ciągłą zmienność decyzji. Impulsywnie odrzucana jest pierwsza odpowiedź, bo moje ego neguje każdy akt podporządkowania lub umniejszenia mojej osoby przez drugiego. Ale to właśnie w tej pierwszej odpowiedzi kryje się jedyna droga. Dlaczego?

Oczywiście warunkiem mądrej „uległości”, która przynosi owoce, jest właściwe jej pojmowanie. Nie chodzi tu o bezkrytyczną służalczość wobec hegemona, konformistyczną akceptację każdej jego decyzji, czy wewnętrzną emigrację, która czyni mnie obojętnym na otaczający świat. Emmanuel Levinas pisał, że wszelkiego wyrzeczenia człowiek może żądać wyłącznie od samego siebie. Każde inne żądanie w tym zakresie staje się podstawą do narastającego zła, czasami wyzwalającego się z dużym opóźnieniem. Nawet jeśli zdołałbym kogoś do czegoś przymusić, nie odnoszę żadnego zwycięstwa – mało tego: w ten sposób stwarzam komuś barierę przed przyjęciem wymuszonej postawy jako własnej. Druga osoba staje się więc niewolnikiem w mojej służbie, dopóki nie znajdzie warunków do wyzwolenia się z niej i przejęcia roli dyktatora. Odpowiedź trzecia – „ucieczka” stanowi zaś rodzaj samowolnej banicji, z której trudno wrócić. Po pierwsze nie pozwala na to fałszywie pojmowana „duma”, po drugie świat po powrocie już nie jest ten sam. Ucieczka daje, co prawda, doraźny azyl. Każe jednak żyć w nieustannej świadomości porażki.

Podporządkowanie się komuś ma jednak sens tylko wtedy, gdy nie łamię własnego sumienia – i tylko tam, gdzie mogę zachować wewnętrzną wolność. Wtedy proces ten przyrównałbym do wchodzenia w obraz czyjegoś zewnętrznego świata, który w jakimś zakresie jest dla mnie obcy, czasem odpychający, ale tym bardziej domagający się zrozumienia. Nie znaczy to oczywiście, że wszystko w tym świecie muszę wewnętrznie akceptować. Wchodzę w ten obraz, wnosząc doń własną wizję i osobistą interpretację narzucanej mi rzeczywistości. W istocie więc nie wyrzekam się wówczas swego „autorstwa”, ale przyjmuję daną mi rolę – wraz z rekwizytami i scenografią. Dobry aktor nigdy nie jest odtwórcą, ani też nie szuka sztuki pisanej pod siebie. Gra swoją kwestię tak dobrze, jak tylko potrafi, wcielając się w każdą postać, przyjmując każdą scenę. Bo tu nie ma ról drugoplanowych czy scen prowincjonalnych. Cała prawda i piękno mieści się wewnątrz każdego z nas – a tam nie ma nikt przystępu, jeśli nie zostanie przez nas zaproszony. Kiedy jednak zostanie, z każdego takiego „zaproszenia” rodzi się to, co nazywamy dobrem i miłością. Nie oczekujmy jednak, że zaproszenie będzie zawsze przez drugiego przyjęte. Wtedy jednak gdy nie przychodzą weselnicy, przychodzi żebrak, a z nim …sam Bóg.

 
Komentarze (41)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Życie

 

O czym mówi zimowe niebo?… Dziedziczność zła w micie o Perseuszu

05 sty

Perseusz z głową Meduzy i jego gwiazdozbiór razem z konstelacją Andromedy i jej matki Kasjopei (obrys czerwony) – względem dobrze rozpoznawalnego Oriona (obrys niebieski)…

Zimowe niebo roztacza przed nami motywy starożytnych opowieści, które zawsze poza samą fabułą miały nam coś jeszcze do powiedzenia. Motywem szczególnie teraz widocznym jest Orion (syn Posejdona i jednej z Gorgon) – z trzema równo rozmieszczonymi gwiazdami tworzącymi jego pas. Olbrzym walczy na nieboskłonie z Bykiem, za którym znajduje się równie ciekawa konstelacja Perseusza. I nad tym ostatnim chciałbym się dziś nieco zatrzymać… Kiedy król Akirios usłyszał przepowiednię, że jego własny wnuk pozbawi go życia (motyw podobny do historii Edypa), uwięził swą córkę Danae, aby żaden mężczyzna nie miał do niej przystępu. Nie przewidział jednak, że sam Zeus w postaci złotego deszczu zbliży się do niej – tak począł się Perseusz. Przerażony król kazał matkę z dzieckiem włożyć do skrzyni i powierzyć morskim falom, które wyrzuciły banitów na brzeg wyspy Serifos. Tamtejszy władca z czasem zapałał do kobiety pożądaniem, lecz na przeszkodzie stał Perseusz, który strzegł matki. Trzeba go było wyprawić w śmiertelną podróż, z której miał przywieźć głowę straszliwej Meduzy. Ta była niegdyś kochanką boga mórz, Posejdona, jednak za świętokradcze schadzki w świątyni Ateny zamieniona została w przerażającą maszkarę, zmieniającą w kamień każdego, kto się do niej zbliżył. Gdy Perseusz stanął przed potworem, ciął go sierpem przez szyję, a z tryskającej krwi zrodził się Pegaz.

Ścięta głowa Meduzy zachowała zdolność zamieniania w posąg każdego, kto na nią spojrzał. Pierwszą ofiarą był Atlas, zazdrośnie strzegący złotych jabłek pod Gibraltarem. W dalszej drodze Perseusz spotyka skutą łańcuchami Andromedę, córkę króla Etiopii, oddaną na żer potworom Posejdona. Wprawdzie los ten przygotowany był dla jej matki, Kasjopei, która swą pychą rozgniewała bogów, jednak córka sama chciała ponieść dla niej najwyższą ofiarę. Po uwolnieniu Andromedy Perseusz poślubił ją i wrócił na wyspę do swej matki, która w międzyczasie została przez króla uwięziona – i tu znowu pomocna się okaże głowa Meduzy, zamieniająca króla z całym jego dworem w kamienne posągi. W końcu tęsknota przywiodła Perseusza wraz z jego żoną i matką do rodzinnego Argos. Tam nasz bohater wziął udział w zawodach, w których nieszczęśliwie trafił dyskiem swego dziada – tak miało się dopełnić przeznaczenie Akiriosa, przed którym nieustannie w lęku uciekał. Okazało się, że właśnie próbując nad swym losem zapanować, w ten sposób sam wpadł w sidła pisanej mu śmierci. Wszystko to celowo oddałem w tak dużym skrócie, aby spróbować z tej starej muszli wydobyć perły ukryte…

Jak dziś mamy rozumieć przytoczony tu mit Perseusza? Jego matka Danae po uwięzieniu przez ojca zdaje się być całkowicie niegroźna, lecz nie sposób przewidzieć gdzie i kiedy spadnie złoty deszcz przeznaczenia. Król wyspy Serifos pała do niej pożądaniem – i właśnie ta gorąca żądza doprowadza go do zastygnięcia w postaci zimnego posągu. Okropnej przemianie ulega również Meduza, która była niegdyś czułą kochanką, jednak w swych uniesieniach nie zważała na to, co boskie. Ileż to podobnych kochanek i kochanków przemienia się z czasem w podobne straszydła – jeśli tylko cielesną zażyłość przedkładają nad wartości najwyższe. Wtedy do głosu dochodzi każde poczucie skrzywdzenia (symbolizowane tu przez gniew Ateny). Sprawia ono, że serce stygnie i gorzknieje – rażąc wszystkich w otoczeniu i czyniąc ich podobnymi. Dlaczego jednak z krwi Meduzy rodzi się skrzydlaty rumak sztuki? Może każda muza wymaga ludzkiego dramatu? Tragedii, która żywi się bolesnym doświadczeniem zła?… Zazdrość Atlasu o złote jabłka również staje się przyczyną tragedii – ów Tytan zamienia się w skałę, jak serce nasze kamienieje, gdy tylko nadmiernie zaczynamy się troszczyć o swój majątek. Z kolei heroiczne poświęcenie Andromedy sprawia, że nie tylko będzie ona uratowana od okrutnych wyroków nieba, lecz nagrodzona też zostanie dzielnym i szlachetnym mężem… Powtarzający się w tej opowieści motyw zamiany w kamień przywodzi mi na myśl koncepcję „dziedziczności” zła, kiedy sam jego sprawca już dawno nie żyje, lecz pozostawia po sobie spustoszenie, wobec którego zastyga każde życie. Głowa Meduzy symbolizuje zarówno pamięć o wyrządzonej krzywdzie, jak i nieustanną żądzę odwetu.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Etyka, Życie

 

Cudowna nieprzewidywalność Nowego Roku

01 sty

Śląska rodzina z „Nowym Roczkiem” ;) na przełomie XIX i XX wieku (Janów, dzielnica Katowic) 

Człowiek potrzebuje na swej drodze wyraźnych punktów granicznych – do takich należy Sylwester, pozwalający definitywnie zamknąć kolejny rozdział życia. Towarzyszy mu zwykle jakieś podsumowanie, czasem osobisty rozrachunek z samym sobą, ale chyba najważniejszy jest sam akt zamknięcia jakiegoś rozdziału. Czynię w ten sposób definitywną historią coś, na co już nie mam wpływu. Bo tylko uhistorycznienie czasu daje możliwość spojrzenia na minione wydarzenia z dystansu – bez rozdrapywania ran i szamotania się w bezsilnych próbach odwrócenia zaistniałych zdarzeń. W ten sposób przeszłość staje się dla nas księgą życia – uczy mnie, ale już nie każe mi ponownie przeżywać czegoś, na co już nie mam żadnego wpływu. Nie wejdę dwa razy do tej samej rzeki. Błędy zostają naznaczone czerwonymi chorągiewkami. Ale też wzmocnieniu ulega to, co było dobre…

W czasach młodości często powtarzałem sobie ukutą przez siebie maksymę „nigdy nie żałuj tego co było, bo to co było, MIAŁO być, a nie MOGŁO być”. Teraz wiem, że w kierowaniu się tymi słowami istnieje pewne niebezpieczeństwo. Należy uważać, by ich nie odnosić do tego, co się właśnie staje lub dziać się będzie. I dlatego właśnie potrzebne jest wyraźne rozgraniczenie przeszłości od teraźniejszości. Wobec przyszłości można zaś powiedzieć sobie: „Nigdy nie rezygnuj z tego, co MOŻE być, bo to co będzie, MOŻE się stać, a nigdy nie MUSI się stać.

Nowy Rok dawniej przedstawiano w postaci noworodka – bo też w tym czasie rodziły się nowe marzenia, plany i możliwości. Lecz one nigdy nie rodzą się same – ku tym nowym perspektywom trzeba się ciągle przedzierać, przebijając się poza jakąś zamkniętą powłokę – jak noworodek, który musi wyjść poza błony płodowe. Co oznacza biblijne wyzwanie, aby „na nowo się narodzić”? Pamiętam jak w młodości odwiedzałem protestanckie zbory, w których słowa te traktowano bardzo deklaratywnie. Trzeba było wyjść przed wszystkich, głośno wyznając, że „Jezus jest moim Panem”. Takie dosłowne potraktowanie Biblii w tym zakresie nie jest złe, ale może stanowić zagrożenie jakiegoś infantylnego uproszczenia wiary. Wysiłek nowych narodzin musi być przecież podejmowany nieustannie i powinien wychodzić dalece poza deklarowane słowo – a czasem też ma miejsce zupełnie poza słowami. Bo rodzić się to przebijać powłokę dotychczasowego wygodnictwa, bezpieczeństwa, egocentryzmu – a także wykraczać poza własne wartościowanie estetyczne, racjonalne czy nawet religijne. Wysiłek ten należy podjąć, by wyzwolić się z błon płodowych, wychodząc do życia jako noworodek – bezbronny, lecz pełen nowego potencjału. I właśnie ta możliwość,  jaka się przed nami otwiera, m. in. w postaci rozpoczęcia kolejnego roku, stanowi podstawowy cud istnienia i dar życia. Zatem niech żyje nieprzewidywalność! :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Życie