RSS
 

Archiwum - Luty, 2014

Język roślin wobec życia i śmierci

24 lut

Bluszcz, z uwagi na zimotrwałe liście, funkcjonuje jako symbol życia wiecznego – często jest sadzony i regularnie pojawia się w nagrobnych ornamentach (powyżej Dukla)

Na ogół nie zdajemy sobie sprawy, jak głęboko zakorzenione są symbole roślinne – i jak powszechnie funkcjonują w naszym codziennym życiu. Używane są w potocznej mowie, wchodząc w pospolite związki frazeologiczne, odnoszące się np. do smaku lub oddziaływania rośliny, np.: „jak makiem zasiał”, „amator kwaśnych jabłek”, „podchmielił się”, „ochrzanił go”. Innym razem podstawą frazeologii stają się obserwacje budowy, rozmiarów i właściwości: „nie ma róży bez kolców”, „jak ziarnko gorczycy”, „smukła jak sosna”, „silny jak dąb”.  Nie bez znaczenia pozostaje funkcjonowanie ziół we współczesnej lub dawnej kuchni, np.: „wyciągać kasztany z ognia cudzymi rękami”, „nie zasypiać gruszek w popiele”, „wpaść jak śliwka w kompot”, „czuć do kogoś miętę”, „czekać na mannę z nieba”, „dostać figę z makiem, pasternakiem”, „stosować metodę kija i marchewki”, „tani jak barszcz” (barszcz odnosi się tu nie do zupy, lecz do zapomnianej rośliny, pospolicie kiedyś kiszonej na zimę). Symbol istnieje jako pozostałość pradawnych zwyczajów: „zbierać laury”, „osiągnąć palmę zwycięstwa”. Sięga też do ludowych wierzeń: „czterolistna koniczyna”, „jabłko Adama”. Czasem florystyczna frazeologia wskazuje na absurdalność sytuacji lub mówienie czegoś od rzeczy: „gruszki na wierzbie”, „mieć fioła”, „kminić”, „najeść się szaleju” (lub blekotu). Daje też wyraz mówienia po próżnicy: „grochem o ścianę”, czy też wprowadzania kogoś w błąd – „wpędzić w maliny”, „wciskać lipę”. Roślina może podkreślać charakter człowieka lub demaskować jego zachowanie: „niezłe ziółko”, „młody szczaw”, „słaba lebioda”, „oplotła go jak bluszcz”, „czepia się jak rzep”.

Mak – symbol spokojnego snu i śmierci kojącej wszelki ból. Nagrobki przycerkiewne: po lewej Smolnik nad Sanem, po prawej Ustjanowa

Szczególnie interesującym tematem badań jest symbolika roślin, utrwalona w sztuce kamieniarskiej lub metaloplastyce starych nagrobków -  dzisiaj nie jest już ona tak powszechnie czytelna jak niegdyś, dlatego warto przypomnieć jej wymowę. Spróbuję to zrobić na przykładzie wybranych dokumentacji, jakie zebrałem głównie z Bieszczadów (choć nie tylko) oraz kilku zdjęć, jakie przykładowo w tym temacie zrobiłem. Na samym wstępie warto zaznaczyć, że nieco inna jest wymowa tych samych znaków użytych na żydowskiej macewie, a inna w chrześcijańskiej sztuce nagrobnej. Przykładem może być winorośl, która w obydwu przypadkach jest równie częsta – w odczytaniu judaistycznym wskazuje na błogosławieństwo udzielone ludowi Izraela, zaś na grobach chrześcijańskich ma jednoznaczne odniesienie do Chrystusa, w którego została wszczepiona dusza, by po śmierci oczekiwać wskrzeszenia. Jeszcze większą różnicę dostrzegamy np. w jabłku – na grobach katolickich pojawiającym się w kontekście grzechu (jabłko z wężem, zdeptanym przez Maryję), zaś na żydowskich występuje jako symbol obfitości Ziemi Obiecanej (często umieszczone w koszu z innymi owocami).

Jabłko – na grobie chrześcijańskim wyraża grzech, na żydowskim – obfitość i błogosławieństwo Izraela (po lewej Ustrzyki Dolne, po prawej – kirkut w Lutowiskach)

Wyraźną grupę stanowią motywy odnoszące się do chwały i pamięci po zmarłym: palma, oliwka, laur, liście dębu, wieniec (liściowy lub kwiatowy). Równie czytelne są rośliny wskazujące na nieśmiertelność: bluszcz, barwinek, żywotnik, a także odniesienia do zmartwychwstania: przebiśnieg, pierwiosnek, rojnik, skalnica. Ukojenie w śmierci i spokojny sen miał symbolizować powszechnie spotykany motyw dojrzałych makówek lub paproci. Róża wskazywała na miłość, akant na szlachetność, kalia na zbawienie, lilia na czystość, irys na cierpienie. Tulipan wyrażał nieuchronność przemijania, złamane drzewo – nagłą śmierć, a złamany kwiat – śmierć przedwczesną. Złocienie, chryzantemy i smotrawy odwoływały się do chwały Chrystusa, zaś chabry, lilie i róże – do Maryi. Na dawnych i współczesnych nagrobkach chrześcijańskich spotyka się też odniesienia do eucharystycznej łączności z Chrystusem – to kłosy zbóż i winorośl, przedstawiona w postaci gron lub ulistnionego pnącza. Z radością obserwuję, jak dawna symbolika roślinna wraca dziś na współczesne nagrobki, nawiązując do swej dawnej wymowy…

Współczesny nagrobek z winoroślą wrastającą w krzyż - stary, chrześcijański motyw (Łodyna k. Ustrzyk)

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii Biologia, Etnologia, Religie

 

Demistyfikacja rzeczywistości

19 lut

Złamane drzewo z oznakowaniem szlaku może symbolizować przełamanie pewnego systemu wartości, którym dotychczas podążaliśmy… (szlak na grzbiecie Małego Króla – stan obecny)

Pisząc o ułudzie zmysłów i materii, spotykam się z zarzutami, że nie potrafię docenić tego świata i nie umiem cieszyć się jego pięknem. A przecież jeśli mówię o iluzji zawartej w otaczającej nas rzeczywistości, to nie znaczy, że ona jest poza moim kręgiem zainteresowań i że uważam ten świat jako pozbawiony sensu. Piękny sen również potrafi cieszyć i sztuka może dać realną radość – a przecież wiemy, że obraz, którym się zachwycamy, nie jest rzeczywistością.

 W życiu człowieka odczuwamy to nieustanne wyzwanie stawiające nas wobec medytowania nad nicością, która w podejściu bezrefleksyjnym wydaje się wszystkim. Nie myślę tu o nicości w kategoriach jakiegoś ontologicznie pojmowanego „niebytu”, rozumianego wedle klasycznych filozofów greckich. Nie przeciwstawiam tez ducha materii, na wzór dualistów, tworzących rozmaitej maści idealizmy. Nicością jest dla mnie fałszywie nadana wartość – i tylko tak rozumiem, że coś JEST, a czegoś NIE MA.

 To samo wyzwanie, które obnaża nicość, skłania nas do kontemplowania Transcendencji. A ta nigdy nie jest nam dana bezpośrednio – przynajmniej dopóki znajdujemy się w okowach zmysłów i materii. Życie jest jak droga, która zawsze ma charakter realny (skoro nią podążamy), ale która wiedzie nas przez krainy iluzji. Dlatego myślę, że naszym głównym zadaniem jest demistyfikacja rzeczywistości i nadanie wartości temu, co nie zawsze jest tuż pod nogami.

 
Komentarze (45)

Napisane w kategorii Filozofia

 

Świat z perspektywy Łazarza…

18 lut

Wschód słońca nad Gromadzyniem …po dobrej lekturze :)

Właśnie czytałem „Tajemnicę Królestwa” Miki Waltariego. Akcja toczy się w Jerozolimie od chwili ukrzyżowania Jezusa, a głównym bohaterem jest postronny Rzymianin, który staje się mimowolnym świadkiem ukrzyżowania i szuka rozwiązania nurtującej go tajemnicy. Kiedy spotyka Łazarza, wie już o jego nieprawdopodobnej historii. Łazarz wypowiada jedno ważne zdanie: to nie tamten świat jest krainą umarłych, lecz ten, na którym obecnie się znajdujemy. Tutaj każde ciało za życia śmierć penetruje już od samego poczęcia… Zastanawiające słowa, które można też odnieść do realności obydwu światów. Ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną utrzymują, że tamten świat jest bardziej rzeczywisty niż ten…

Gdy człowiek w pełni zda sobie sprawę z tych słów, zaczyna dostrzegać, jak bezsensowne i jałowe są wszelkie nasze wysiłki zmierzające do zabezpieczenia sobie długiej i dostatniej egzystencji. Skierowanie swej troski ku zapewnieniu materialnego bytu swym dzieciom i wnukom jest równie absurdalne, co ubieranie bałwanka, żeby się nie roztopił. Przyszłość rozpada się zanim jeszcze zdążyła zaistnieć. Zachód przychodzi przed wschodem. Świat materii i zmysłów można określić dwoma słowami: ułuda i przemijanie. To dwie najbardziej pewne atrybuty rzeczywistości, w której jesteśmy zanurzeni.

Na to, że świat jest UŁUDĄ, wskazują zjawiska – bo tylko w postaci fenomenów (pozornej rzeczywistości) możemy mieć jakikolwiek wgląd do rzeczy samych w sobie (tj. do faktycznej rzeczywistości). Widzę ruch, ale nie potrafię o nim nic powiedzieć – ponad to, że jest zmianą położenia czegoś w czasie. Jednak czym jest czas – i czym jest to „coś”? Obserwujemy więc rzeczywistość jakby na szklanym ekranie, gdzie wszystko jest powierzchowne i płaskie. Dopiero zanurzając się w kontemplacji, znajdujemy drzwi do tego prawdziwego świata, odkrywając dodatkowe wymiary płaskiego obrazu. PRZEMIJANIE zaś dotyczy kruchości wszystkiego, co nas otacza – łącznie z tym, co wydaje się tu najdroższe. Wszystko, co ma złudzenie trwałości, potrafi rozpaść się w jednej sekundzie. Nawet pamięć o bliskich osobach wydaje się tak krucha, że jakoś fałszywie brzmią sentencje w rodzaju „zmarły żyje dopóki o nim pamiętamy”. Jeśli żyje, to tylko dlatego, że zdołał przekroczyć granicę złudzenia.

Dzisiejszy zachód Księżyca nad Małym Królem – widok sprzed godzinki, tj. zrobiony po godzinie 6.00…

 

Między Soczi a Bieszczadami, zimą a wiosną, sportem a kwiatami… :)

16 lut

Kwitnące dziś w Ustrzykach, od lewej – TRAWNIKI: przetacznik nitkowaty i gwiazdnica pospolita , LASY: śledziennica skrętolistna i pierwiosnka wyniosła 

Połowa lutego, a w Bieszczadach prawdziwe przedwiośnie, które tu i ówdzie odsłania całe bogactwo dzikiej „stołówki i apteki”. Przypomnijmy więc zastosowanie roślin, które udało mi się dziś sfotografować. Pierwiosnka wyniosła (Primula elatior) – jej młode liście, bogate w witaminę C, bywały w niewielkich ilościach spożywane na surowo lub gotowane. Kwiaty stosuje się w czasem do wiosennej kompozycji sałatkowej. Saponiny zawarte w korzeniu wykazują działanie wykrztuśne (wysokie dawki mogą działać wymiotnie). Korzeń stosowany jest w przewlekłym zapaleniu oskrzeli i gardła. Dawniej używano go również do prania delikatnych tkanin. Śledziennica skrętolistna (Chrysosplenium alternifolium) – z drobnych liści w czasie głodu gotowano zupy (tylko we wczesnym stadium – później robią się niestrawne). Kwitnące ziele wykazuje działanie moczopędne i żółciopędne,  a także przeciwzapalne i odtruwające, a nawet przeciwnowotworowe i antywirusowe. W postaci sproszkowanej zalecane jest w kosmetyce – hamuje łysienie (wpływ antyandrogenny), pomocne jest również przy trądziku. Gwiazdnica pospolita (Stellaria media) – młode pędy są jadalne po ugotowaniu i odlaniu wody (trzeba jednak zachować ostrożność z uwagi na zawartość saponin!) Dodaje się je do zup i sałatek. Niegdyś zalecano je w chorobach nerek i jako ziele wykrztuśnie. Tradycje ludowe zalecały też przykładanie rozgniecionego ziela na rany, wrzody i egzemy. Napar z ziela gwiazdnicy pospolitej podawano też do picia przy reumatyzmie oraz przy różnych dolegliwościach skórnych (np. egzema, łuszczyca). Przetacznik nitkowaty (Veronica filiformis) – ta obficie w maju kwitnąca roślina, będąca składnikiem mieszanek wysiewanych na niskie murawy zieleni miejskiej, zdaje się być przypomnieniem zimy, bo gdy masowo kwitnie – całe trawniki bielą się wówczas od jego kwiatów. Tym razem stało się odwrotnie: pojedyncze kwiatuszki stały się przypomnieniem wiosny w …zimie. :)

Nietypowe przedwiośnie przeplata się z zimowymi widokami obserwowanej olimpiady. Fenomen zbiorowej euforii po dwukrotnym wczoraj zdobyciu złota (w skokach i łyżwiarstwie szybkim) sprawia, że na ten krótki czas zdają się być zawieszone wszelkie narodowe spory i frustracje. Patrząc na to wyłącznie od strony pragmatycznej, sukcesy sportowców nic przecież w naszym życiu nie zmieniają. Skąd więc ta zbiorowa radość? Myślę, że podyktowana jest ona nie tylko tęsknotą za jakimś sukcesem Polski na arenie międzynarodowej, ale przede wszystkim potrzebą odczuwania takiej narodowej wspólnoty, która położyłaby kres narastającej alienacji i atomizacji społeczeństwa. Kryje się w tym jakieś podświadome pragnienie współodczuwania. Podobne pragnienie może być wykorzystane przez różnej maści totalitaryzmy, które usiłują grać na uczuciach narodowych, religijnych czy ideologicznych. Z pewnością sport pełni tu więc ważną rolę swoistego „wentylu bezpieczeństwa”, który pozwala dobrze skanalizować tę narodową potrzebę – poczucia jedności bez uciekania się do wrogości wobec „obcych”. W tym właśnie tkwi tajemnica sportu!

Gdzie jednak doszukiwać się wspólnego mianownika tych dwóch, jakże odległych tematów, które dziś poruszyłem? :) Ano jest coś, co łączy świat roślin ze skomplikowanym tematem sportu i narodowych emocji – to „coś” osadzone jest w fenomenie jednoczesności. W sporcie tylko jednoczesne odczuwanie tych samych emocji ma siłę jednoczącą, a tym samym budującą poczucie wspólnoty wokół jakiegoś wydarzenia. Podobnie jest w świecie roślin – tylko jednoczesne i masowe zakwitanie jakiegoś gatunku daje szanse na sukces wydania płodnych owoców. Każdy falstart w postaci pośpiesznie zawiązanych, pojedynczych i oddalonych od siebie kwiatów, w swych skutkach bywa dosyć opłakany. No chyba, że na dobre zmieni się nam klimat – ale to już jest temat na zupełnie osobne rozważanie! :)

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Biologia, Naród, Socjologia

 

Ostatnia droga ku Światłu…

10 lut

W Bieszczadach po „wiosennym” halnym od dziś znowu zima… Cmentarz w Ustjanowej i fragment poliptyku Hieronima Boscha – „Wizje zaświatów”

Z pewnością dobrze znacie książkę Raymonda Moody „Życie po życiu”, dotyczącą przeżyć  z pogranicza życia i śmierci? A może wpadło Wam też w ręce, wydane w latach 90-tych, „Polskie życie po życiu”, gdzie zgromadzono ok. 200 relacji – tym razem zebranych wyłącznie wśród polskich pacjentów? Wczoraj wpadłem na film z takimi zdarzeniami: 

Znajdujemy tu przede wszystkim wyraźny sygnał, by dobro traktować w kategoriach osobowych. Ciekawe natomiast są pewne szczegóły, które stanową wspólny mianownik wszystkich opowieści (tych filmowych i tych książkowych) – np. wyjście poza czas (wszystko się widzi w sposób jednoczesny), czy wyostrzona świadomość (przeżycia są tak realne, że tamten duchowy świat wydaje się każdemu bardziej rzeczywisty od materialnego).

 Fascynujące jest również to, że wiele z tych osób, dopytywanych o czyściec lub piekło, mówiło jednym głosem, że piekłem jest już samo odrzucenie zaproszenia „Świetlistej Istoty”, świadoma wybranie separacji i mroku… I jeszcze jeden bardzo zastanawiający szczegół: wszyscy wspominają o „przeglądzie” własnego życia – ale jednocześnie podkreślają, że wcale nie jakieś doniosłe ZDARZENIA miały tu jakąś wagę (nie te, które zwykliśmy włączać do swego życiowego dorobku), ale zwykłe gesty, odczucia, intencje – słowem to, co najczęściej umyka naszej uwadze i o czym szybko zapominamy…

 Wspólne wszystkim relacjom są też klasyczne przeżycia takich stanów, jak: wyjście poza ciało (z możliwością szczegółowego opisu zdarzeń obok ciała, a czasem gdzieś bardzo daleko – a nawet tych, które jeszcze nie nadeszły), uczucie lekkości, spotkanie z bliskimi zmarłymi, poczucie nieopisanego szczęścia (od którego nie chce się wracać do życia), no i obecność tej „świetlistej Istoty” czekającej po drugiej stronie „tunelu”, który znalazł swe odbicie w malarstwie, np. u Hieronima Boscha – w zamieszczonym poniżej poliptyku „Wizje zaświatów”. Skąd u malarza żyjącego na przełomie XV i XVI wieku ta wizja „tunelu”, skoro ówczesne wyobrażenia w tym zakresie były zupełnie inne?…

 
 

Życie pod presją funcji i efektu

08 lut

Czy można żyć w samym oku cyklonu zdarzeń, nie obarczając się żadną funkcją i nie oglądając na efekty?

Myślę, że obciążenie związane z oceną (i samooceną) płynie głównie z dwóch stron: 1) FUNKCYJNOŚCI – tj. szufladkowania, które stosujemy również wobec samego siebie; w każdej sytuacji muszę postępować zgodnie z przyklejoną etykietką, nie mogę się zbłaźnić i nie powinienem wychodzić poza własną rolę społeczną, kurczowo się więc jej trzymam, co mnie usztywnia, a czasem paraliżuje, 2) ZADANIOWOŚCI – tj. takiego podejścia do życia i relacji z innymi, w którym narzucam sobie nieustanne wypełnianie jakiegoś zadania, a całe moje życie postrzegam wyłącznie przez pryzmat wymiernych i widocznych (tj. odczuwalnych) efektów.

Obydwa te aspekty naszych oczekiwań względem siebie stanowią poważny ciężar, który utrudnia nam życie pełną autentycznością. Gdy wchodzę w jakąś funkcję, natychmiast zawężam pole własnego działania, eliminując wiele sfer aktywności, a zarazem czując nieustanną presję, by nie wypaść z jakiejś tam narzuconej sobie roli. Gdy zaś wszystko oceniam pod kątem skuteczności, przestaje mnie cieszyć zwykłe bycie sobą, czuję presję „jałowo” upływającego czasu, ciągle za czymś gonię, czegoś szukam – to typowa postawa człowieka Zachodu. Ciekawe, że gdy spojrzymy na ludy pierwotne, plemienna struktura daje człowiekowi o wiele więcej swobody – być może dlatego, że jeszcze nie wykształciło się w niej tyle szufladek…

Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia budzimy się z totalnym „resetem” naszych funkcji i potrzeb osiągania efektów, za to czujemy nagły przypływ zainteresowania życiem, drugą osobą i nawiązywaniem szczerych relacji. Czy to by była katastrofa? Lekarz wprawdzie zapomniałby iść do pracy, ale mając do niego telefon, w każdej chwili mógłbym zadzwonić – a on szczerze chciałby mi pomóc w potrzebie. Ja być może zająłbym się wymarzoną w dzieciństwie hodowlą owiec – ale nie po to, by zbijać na tym interes, lecz dla samej przyjemności, zaś wełną dzieliłbym się z tymi, którzy jej potrzebują – i to byłaby moja radość.  Utopijna naiwność? Pewnie w sferze praktycznej tak, ale to przecież tylko eksperyment myślowy, który ma uzmysłowić prawdziwe pragnienie człowieka – wyjścia poza swe ciasne ramki i szufladki…