RSS
 

Archiwum - Marzec, 2014

Teologia śmierci…

20 mar

 Bieszczadzkie cerkwie z nagrobkami – w Jałowem (istniejąca) i w Beniowej (nieistniejąca) – miniaturki na szkle

 Postanowiłem w osobnym wpisie zająć się problemem ateizmu, który wywołał ciekawą dyskusję przy okazji ostaniego tekstu. Rozumiem reakcję protestu u katolików, którzy zetknęli się z teologiczną aprobatą ateizmu, rozumianego w kategoriach swoistego rodzaju „wiary”, a w każdym razie stosunku wobec transcendencji. Przyznam, że i ja przeżyłem taki wstrząs przy pierwszym zetknięciu z tzw. „teologią śmierci Boga” – bo tak właśnie nazwano ów nurt duchowych poszukiwań. Teologia śmierci Boga rozwinęła się po doświadczeniach holokaustu, gułagów i wszelkich okropieństw drugiej wojny światowej. Jednak trzeba od razu zaznaczyć, że nie jest to ateizm ideologiczny – a jeśli pojawia się w nim jakaś negacja, nie ma ona charakteru aktywnego, tzn. nie głosi, że „Boga nie ma”, lecz, że ”Boga nie widzę”. A to różnica dość istotna, pozwalająca oddzielić płytką ideologię od autentycznej postawy człowieka poszukującego i pragnącego.

 Myślę, że „teologię śmierci Boga” bez większej przesady można traktować jako swoisty mistycyzm chrześcijański, nawiązujący do Wielkiego Piątku, kiedy to oficjalnie Kościół katolicki czci Jezusa w tzw. „ciemnicy”, będącej wyrazem grobu. Oczywiście dla naszej liturgii ma to wymiar pamiątkowy i symboliczny, natomiast wśród protstanckich intelektualistów, propagujących wspomniany nurt wiary, stajemy przed bardzo dosłownym potraktowaniem „śmierci Boga” jako wewnętrznego rozdarcia wobec Jego doraźnej nieobecności (zauważmy jednak, że każda „nieobecność” zakłada pewną możliwość Obecności – tak jak nie możemy mówić o śmierci, jeśli nie przjmiemy, że istnieje życie). Tak więc nie jest to pogrzebanie Chrystusa, by móc potem beztrosko korzystać z wszelkich zakazanych owoców. Wręcz przeciwnie – stajemy tu pod ciemnym niebem krzyża, towarzysząc Jezusowi w dramatycznym momencie, gdy wypowiada przeszywające słowa: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?” Słowa wyrażające najbardziej rozdzierający lęk ludzkości i najgłębsze osamotnienie wobc naszej kuchej i niepewnej egzystencji…

 Czeski teolog i propagator międzyreligijnego dialogu, ks. Tomaś Halik, proponuje, byśmy do tego rodzaju ateizmu podchodzili jak do swoistej FAZY osamotnienia i ciemności, po której zwykle nadchodzi odmieniający wszystko świt Wielkiej Nocy. Kiedy Chrystus umiera, Jego ciało pozostaje realnie martwe, jednak nadal jest ciałem – jak martwy Kościół, który w swej duchowej „martwicy” nadal jest Oblubienicą (mimo zewnętrznego odrzucenia krzyża). Podobnie zresztą, jak ta jego część, która żyje wyłącznie skostniałą tradycją, odrzucając Ducha Świętego… Wiara w pusty grób Chrystusa skłania nas jednak do nadziei, że nie jest to stan ostateczny – że po przygnębieniu za zamkniętymi drzwiami wieczernika przychodzi czas ożywiającej drogi do Emaus. Tak rozumiany ateizm jest właśnie częścią owej drogi. Ludzi, którzy uczciwie traktują swój ateizm, nie trzeba się lękać, ani też z nimi walczyć. O wiele lepszą postawą jest umieć im cierpliwie towarzyszyć, a także otworzyć się na to, co mają nam do powiedzenia - w takiej relacji szybko się może okazać, że i my, jeśli się mamy za wierzących, wiele na tym korzystamy. To, co dotąd uznawaliśmy za wiarę - intelektualne koncepcje, przyzwyczajenia, wyobrażenia - ulegają nagłej erozji, która odsłania prawdziwy rdzeń wiary, jakim jest zawierzenie.

 
Komentarze (103)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara

 

Dośrodkowe i odśrodkowe oblicze chrześcijaństwa

15 mar

Chrystus nauczający w Bieszczadach i miniaturki Mandylionów 

 Jutrzejsze czytanie w kościołach mówi o szczególnym wybraniu, skierowanym do Abrahama: Pan Bóg rzekł do Abrama: «Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i Ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi». (Rdz 12, 1-4).  Można się zastanawiać, dlaczego akurat Abraham, dlaczego naród wybrany? Czy Bóg nie mógł dać człowiekowi przesłania w jakiejś uniwersalnej postaci, oderwanej od wszelkich kultur i religii? Z kolei w drugim czytaniu znajdujemy wezwanie św. Pawła, skierowane do Tymoteusza: Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według danej mocy Boga, który nas wybawił i wezwał świętym wezwaniem, nie dzięki naszym czynom, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami, ukazana natomiast została teraz przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a rzucił światło na życie i nieśmiertelność przez Ewangelię. (2 Tm 1, 8-10) I znowu pojawia się pytanie, dlaczego łaska w Chrystusie została dana „przed wiecznymi czasami”? Aby odpowiedzieć na obydwa pytania, przyszło mi na myśl, by się odwołać do dwóch innych cytatów z Ewangelii.

Gdy zazdrośni o „konkurencję” uczniowie Jezusa skarżyli się swemu Mistrzowi, że jest taki człowiek, który uzdrawia w imię Jezusa, a z nimi nie chodzi – najwyraźniej licząc na to, że Jezus mu tego zabroni, spotkali się z zaskakującymi słowami: „jeśli ktoś nie jest przeciw nam, jest z nami” (Mk 9,40). Jednak w innej sytuacji, gdy faryzeusza zarzucali Jezusowi, że wygania złe duchy mocą Belzebuba, Jezus rzekł „kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie” (Mt 12,30). Mógłby ktoś teraz powiedzieć – no tak, ale te dwa cytaty nie tylko nie dają odpowiedzi na uprzednio postawione pytania, lecz stawiają przed nami jeszcze jeden problem, wynikający z ich wzajemnej sprzeczności. Aby wykazać pozorność tej przeciwstawności warto zwrócić uwagę na kontekst, w jakim te słowa padają. Pierwsza reakcja Jezusa odwołuje się wyraźnie do powszechności Kościoła, którego granice realne rozsadzają ramy formalne. Chodzi tu przecież o radość z dobra, o które zabiega ktoś „z zewnątrz”, tj. spoza wspólnoty – dobra, które dla człowieka wierzącego przychodzić może tylko przez Chrystusa, a w tym przypadku On sam określa, że Jego obecność może działać również poza Nim samym – tu właśnie odkrywamy uniwersalność Jezusa, którego łaska została dana „przed wiecznymi czasami”… Natomiast słowa „kto nie jest ze mną” dotyczą faryzeuszy, którzy negują obecność Chrystusa w swoim sercu, bo wszystko sprowadzają do zewnętrznego formatu religii i polityki. Wyczekują Chrystusa wyłącznie w postaci historycznej, nie duchowej. Znamienne jest też to, że zaraz potem Jezus wypowiada słowa o grzechu wobec Ducha Świętego – jedynemu przewinieniu, które nie może być wybaczone. Dlaczego? Bo jest ono negacją DOBRA, świadomym odwróceniem się od działania Boga w naszym sercu.

Przedwczoraj media obiegła lakoniczna informacja o przyznaniu czeskiemu teologowi, ks. Tomaśowi Halikowi, Nagrody Templetona – zwanej „teologicznym Noblem”. Nie ukrywam, że ucieszyła mnie ta wiadomość, bo chciałbym, aby każdy chrześcijanin wziął do ręki choć jedną książkę tego myśliciela (może wtedy pojawiłaby się nadzieja na rzeczywistą jedność chrześcijan). W jednej ze swych książek („Wzywany czy niewzywany”) pisał on o istnieniu dwóch obliczy Kościoła – centrypetalnego (dośrodkowego), w którym wszystko nakierowane jest na utrwalenie i obronę instytucjonalnej wspólnoty wiernych, oraz centryfugalnego (odśrodkowego), poszukującego i zapraszającego poszukujących, wychodzącego poza granice wyznaczane przez człowieka. Kościół centryfugalny przeżywał swą ekspansję już w IV stuleciu, gdy chrześcijaństwo wzbiło się na cesarskie trony – była to więc zdrowa przeciwwaga, przejawiająca się głównie rozwojem życia pustelniczego. Kontestacja nadmiernego instytucjonalizmu i powiązania ze świecką wiarą zapewniła wtedy Kościołowi potrzebną równowagę. Niektórzy teolodzy idą jeszcze dalej w takim widzeniu centryfugalnego oblicza chrześcijaństwa – np. Gianni Vattimo potraktował europejski ateizm w nurcie humanizmu jako skrajną postać centryfugalnej postaci chrześcijaństwa. Karol Barth stwierdził nawet, że ateizm w najpełniejszy sposób uzmysławia nam obecność Transcendencji, chroniąc tym samym chrześcijaństwo przed zawłaszczeniem Boga na użytek doraźnych wyobrażeń. Nie musimy godzić się z takimi teoriami, ale sam fakt, że chrześcijaństwo niejako rozsadza religię, stając się bardziej wewnętrzną formą społeczności z Bogiem, niż formalistycznie pojmowaną lojalnością, został nam uświadomiony już dwa tysiące lat temu, słowami samego Jezusa. To w Nim odnajdujemy pełnię wolności w podążaniu za Dobrem – i choć jest to przesłanie oparte na konkretnej historii, religii i kulturze, to tylko w uniwersalnym odczytaniu staje się ono w pełni zrozumiałe.

 
Komentarze (75)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara, Życie

 

Dom lustra – wezwanie do przezwyciężania iluzji?

12 mar
„Dom lustra”. Obraz z galerii: www.arthei.blogspot.com 
Chciałbym tu wyeksponować pracę mojego przyjaciela Artura (artysty i myśliciela, który stał się tu częstym i mile widzianym Gościem). To obraz, który swą wymową bardzo mnie wciągnął w jego odczytywanie (a okazuje się, że to proces ciągły, bo ta wizja wciąż coś nowego przed nami odsłania). Kiedyś często śniły mi się takie właśnie klaustrofobiczne podwórza, otoczone kamienicami, z których tylko niebo otwierało się w górze wąską szczeliną wolności, reszta była jakby więzieniem. W moich snach wszystko było szare i mroczne – na tym obrazie również domy są stalowo-zimne, ale niebo wciąga swym ciepłem i przestrzenią. Wiem, że to odczytanie może się mocno mijać z wymową zamierzoną przez Autora, niemniej chyba każdy obraz ma zawsze tyle form istnienia, ile jest jego osobistych interpretacji. Artur nazwał ten obraz „domem lustra” – i rzeczywiście, ściany tworzą tu system krzywych odbić, nawet samo podwórze zdaje się być wielkim zwierciadłem. Kojarzy mi się to z przebywaniem w świecie iluzji, ale odbicia stanowią też przestrzeń swoistego „echa”, które jest wynikiem takiego zamkniętego układu… Tu i ówdzie powtarzają się znaki  – m. in. nakaz skrętu w prawo lub lewo. To dla mnie symbol wolności – mimo pozornej presji nakazu i dość ograniczonego wyboru, jednak wolność istnieje. Jest też znak ostrzegawczy, mówiący o konieczności przepuszczenia pojazdów na skrzyżowaniu – to z kolei obraz nawołujący do nasłuchiwania (najpierw muszę drugą osobę wysłuchać, potem mogę dopiero „jechać” ze swoim słowem).

 

Pierwszym więc odczytaniem obrazu jest ów świat iluzji – co bynajmniej nie znaczy, że całe życie jest złudzeniem! – chodzi o rzeczywistość złożoną z tzw. „fenomenów” czyli zjawisk, które w sposób bezpośredni nie odsłaniają przed nami prawdziwej rzeczywistości. Czasami ulegamy przeświadczeniu, że to właśnie ten dziedziniec jest dla nas jedynym światem. Dopiero spoglądanie w przestrzeń, gdzie kołyszą się drzewa, uchyla przed nami rąbek tajemnicy. Jednak i tutaj może nas nękać iluzja – że żadne niebo nie istnieje, że to tylko płótno naciągnięte na dziedziniec (tak to chwilami może się wydawać gdy wpatrujemy się w obraz). Dopiero spojrzenie z wiarą pozwala przebić te powłokę niepewności. I wtedy okazuje się, że nie świat jest iluzją, a nasze widzenie jest w jakiś sposób ograniczone i zdeformowane. I dlatego właśnie prawdziwa rzeczywistość jest przed nami ukryta… Dlaczego wspomniałem tu o iluzji? Sam fakt, że człowiek umiera w sposób ostateczny, staje się jedynie iluzją jego końca. To, że niektórzy zjawiskom biochemicznym przypisują źródło świadomości, również jest efektem materialistycznej iluzji. Cała nasza doczesna egzystencja pływa w oceanie iluzji – co nie znaczy, jak już powiedziałem, by wszystko do tej iluzji sprowadzać. Ty nie jesteś iluzją, bo doświadczam Twej obecności w relacji osobowej. Bóg nie może być iluzją, bo bez niego wszystko byłoby absurdem. To są założenia aprioryczne, bezdowodowe, ale dla mnie podstawowe, bo odwołujące się do podstaw zdrowego rozsądku.

 

W pierwszym kontakcie, jak sugeruje Magda, takie odczytanie obrazu może się wydać dość pesymistyczne – sądzę jednak, że ma to miejsce tylko wtedy, gdy widzimy ten dziedziniec jako JEDYNĄ formę rzeczywistości. Ale tak nie jest, o czym mówi właśnie to niebo nad domami. Te bloki i całe podwórze stanowią dla mnie obraz doczesnej egzystencji. Wolność w tym wymiarze istnieje (bo zawsze jest wybór: prawo lub lewo), choć ta przestrzeń wolności jest w naszym życiu mocno ograniczona. Niektórzy jednak wskazują też, że to niebo jest tu jakby niedostępne, bardzo odległe… Być może, niemniej jest bardzo ważną częścią obrazu – w zasadzie bez nieba wymowa byłaby faktycznie pesymistyczna. Niebo jest dla nas OBIETNICĄ, jest źródłem NADZIEI, jest fundamentem WIARY. Nie jest jednak jakimś tam wyobrażeniem przyszłości. Niebo może się przed nami otwierać już tu i teraz, jak nad tym dziedzińcem – za każdym razem, gdy w sposób pełny spotykamy człowieka, a w nim samego Boga. I za każdym razem, gdy Boga odkrywamy w głębi samego siebie. I dlatego można powiedzieć, że to niebo nad dziedzińcem jest również MIŁOŚCIĄ, jest źródłem chwilowych zachwytów i uniesień, jest pokarmem pozwalającym trwać w tym szarym i dość mrocznym świecie luster…
 
Komentarze (23)

Napisane w kategorii estetyka, Psychologia, Życie

 

Między terrorem a dobrobytem…

04 mar

Wspomniana książka i ukraińskie cerkwie na moich miniaturkach malowanych na szkle (lewobrzeżne Sianki)

Właśnie przeczytałem „Ucieczkę z Sybiru” – wspomnienia Władysławy Pawłowskiej, żony polskiego oficera zamordowanego w Katyniu, którą deportowano do Kazachstanu. Cudem udało jej się przed wywózką ukryć roczne dziecko u swoich rodziców, co stało się dla niej silną motywacją do ucieczki przez kraj wielkiego spustoszenia, zwany „krajem rad”, do okupowanej Polski. Książka warta szczególnej uwagi dzisiaj, w obliczu politycznego i militarnego teroryzmu, jaki coraz wyraźniej stosowany jest przez Putina – wówczas Stalin stosował identyczne metody zastraszania, cynicznego kłamstwa i bezwzględnego deptania wszelkich wartości. Wszak sowiecka mentalność nie zna żadnych stałych zasad – jedynym kryterium działania jest skuteczność w walce o władzę. Dlatego właśnie dla propagatorów bolszewizmu nie istnieją takie pojęcia, jak honor, prawda, prawo, czy dobro. Głównymi metodami są przemoc i propaganda, obydwie rozwijane w atmosferze pogardy, kłamstwa i totalnego relatywizmu. Warto więc przyjrzeć się bliżej, jak funkcjonuje w takich warunkach ludzka psychika – i właśnie w tym zakresie dobrą ku temu okazją jest niniejsza lektura.

Podczas ciężkiej pracy w Kazachstanie – mimo surowych warunków tamtejszego życia, Władysława nie żali się na nowe otoczenie. Ludzie są życzliwi, nawet u nadzorców spotkać można elementy ludzkiego podejścia. Jednak z chwilą ucieczki, im bliżej Moskwy (przez którą musiała wracać do Polski), Autorka spotykała się z coraz większą atmosferę strachu. W samej Moskwie ludzie bali się nawet z nią rozmawiać, by nie być posądzonym o udzielanie szpiegowskich informacji. Dzisiaj czytałem, że podczas antywojennej demonstracji w Moskwie aresztowano ponad 50 pokojowo protestujących mieszkańców. Zamknęli nawet staruszki – wszystkich, którzy odważyli się rozmawiać z dziennikarzami. I jak tu nie mieć skojarzeń z sowieckim terrorem?… Kobieta bardzo szybko została aresztowana i osadzona w przeludnionym więzieniu, gdzieś koło Winnicy (na terenie dzisiejszej Ukrainy). Brutalnie przesłuchiwana, była niemal pewna rychłej śmierci. Miała tylko ufność w odmawianiu różańca, który udało jej się gdzieś ukryć. I cud nastąpił w wielkim zaskoczeniu wszystkich – Niemcy najechali na ZSRR, a pierwsze bombardowania zniszczyły mury więzienne. Tu Autorka po raz pierwszy była świadkiem, jak nagła metamorfoza zachodzi w człowieku pod wpływem strachu – jej dotychczasowy kat, naczelnik więzienia, nagle przemienił się w zalęknione i skruszone zwierzę, które pragnie przypochlebić się swym niedawnym ofiarom…

Dalsza droga przez tereny „niczyje”, była doświadczeniem prawdziwego raju – wiosna, trawa, las, zapachy… Można sobie wyobrazić, jak silnie to wszystko oddziaływało na Władysławę po długim okresie przebywania w zatłoczonej i ciemnej celi. Wtem pierwsi Niemcy, strach – i znowu wybuch radości: to Ślązacy, którzy z wielkim zainteresowaniem tylko wypytali kobietę skąd i dokąd idzie. Gdy odpowiedziała im po polsku, sami zaskoczeni przechodzą na ten język, wyrażając radość, że mogą z kimś po swojemu parę słów zamienić. Idąc przez ukraińskie wsie, Autorka napotykała niesamowitą nędzę. W całym tym spustoszeniu ludzie byli nadzwyczaj gościnni – widząc wynędzniałe więźniarki, zapraszali je za próg i karmili czym tylko mogli. Sami przecież dopiero co doświadczali sowieckiego terroru. A empatia jest najlepszą nauczycielką dobra. I etap ostatni – wejście do niemieckiej strefy okupacyjnej, gdzie sowiecki bazyliszek nie postawił jeszcze stopy. Tam ludzie żyli względnie zasobnie – ale też nasza Bohaterka doświadcza nieoczekiwanego zamknięcia ze strony gospodarzy. Oschłość, nieufność i lęk podyktowane były chyba tym, że ci ludzie mieli jeszcze coś do stracenia… I tu pojawiło się we mnie pytanie: czy względny dobrobyt nie staje się drugim biegunem terroru, jeśli chodzi o wycofywanie się człowieka w głąb siebie?