RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2014

Między WYNIESIENIEM na ołtarze a POCHYLENIEM nad człowiekiem zagubionym…

27 kwi

2014_04_cment_Wożuczyn

Stary nagrobek dziecka przykuł mój wzrok podczas podróży na Lubelszczyznę (cmentarz w Wożuczynie)

Dzisiejsza niedziela Miłosierdzia Bożego to dla Kościoła dzień historyczny z kilku względów. Oczywiście najważniejsza i niepowtarzalna jest kanonizacja dwóch papieży (dokonana z udziałem i obecnością także dwóch papieży  – Franciszka i Benedykta – to również rzecz bez precedensu!). Niesamowicie wymowne jest połączenie tych dwóch kanonizacji – chodzi o symboliczne zespolenie w jedno dwóch dość odrębnych, a jednak bardzo uzupełniających się nurtów, jakie wyrażali obydwaj papieże – reformator Jan XXIII i konserwatysta Jan Paweł II. Oczywiście mam świadomość, że stosuję tu spore uproszczenie używając do nich tak jednoznaczne określenia, jednak nie jestem w tym odosobniony. Jan XXIII wsławił się jednym ważnym słowem – AGGIORNAMENTO, oznaczającym uwspółcześnienie Kościoła. Otworzył na oścież okno Watykanu na świat zewnętrzny, wpuszczając ducha ekumenii i pochylając się nad człowiekiem – zapoczątkowując jeden z największych soborów: Vaticanum Secundum. Z kolei Jan Paweł II pozostawił światu wezwanie, które jako pierwsze padło tuż po jego wyborze: „NIE LĘKAJCIE SIĘ” – to z tymi słowami wyszedł do całego świata w swym jakże intensywnym pielgrzymowaniu (co również było absolutną nowością), jednocząc ten świat i zasiewając ziarno pod wcielenie soborowych zaleceń w życie. Czynił to jednak w ten sposób, by nie uronić historycznie utrwalonego magisterium Kościoła (i tu właśnie tkwi przypisywany mu konserwatyzm).

Karol Wojtyła opowiadał raz, jak to przy jednym ze spotkań z wiernymi (nie pamiętam szczegółów, jeśli ktoś sobie przypomina okoliczności będę wdzięczny za dokładniejsze przytoczenie tego faktu), mały chłopiec coś do niego mamrotał, a on w końcu rzekł, że nic nie słyszy, na co ten chłopiec odrzekł dość bezceremonialnie: „to się nachyl, wtedy będziesz słyszał”. Papież chętnie przytaczał tę anegdotę, bo jest w niej tyle pozytywnego humoru, co proroczej wręcz mądrości, płynącej od dziecka. Bez pochylenia się nad drugim człowiekiem trudno go czasem usłyszeć. A pochylić trzeba się zarówno nad jego nędzą materialną, kulturową czy intelektualną, jak i ubóstwem duchowym, często sięgającym dna. Pochylać trzeba się również nad przepaścią, jaka nas dzieli w zakresie różnic mentalnych, religijnych czy politycznych. Wreszcie nieraz przychodzi się nam pochylić nad wyalienowaniem człowieka w zakresie jego wewnętrznych zranień, uprzedzeń czy innych oporów przed podjęciem dialogu. Bywa przecież, że jedność staje się niemożliwa bez tegoż aktu „pochylenia”. I właśnie umiejętność takiego „pochylania się” cechowała obydwu kanonizowanych dziś papieży, którzy wiedzieli, że Boga trzeba szukać nie gdzieś w zaświatach, ale przede wszystkim w drugim człowieku.

W dzisiejsze święto, ustanowione przez Jana Pawła II (a duchowo przygotowane przez Jana XXIII), warto jednak przede wszystkim przypomnieć sobie główne przesłanie Miłosierdzia Bożego. Właśnie dziś w sposób szczególny przemówiły do mnie dwa zdania z Dzienniczka siostry Faustyny: „Nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, otwieram wpierw na oścież drzwi miłosierdzia Mojego. Kto nie chce przejść przez drzwi miłosierdzia, ten musi przejść przez drzwi sprawiedliwości Mojej.” Miłosierdzie nie jest więc żadnym przeciwieństwem sprawiedliwości, ale jej dopełnieniem. Bez niego sprawiedliwość staje się jak gdyby domem pozbawionym dachu i fundamentów. Kościół bez pochylenia się nad człowiekiem staje się również karykaturą Bożego Królestwa, łatwo ulegając światowym pokusom i ze światowych słabości czyniąc pozory swej mocy. Dopiero Kościół, który utożsamia się z ukrzyżowanym Chrystusem, z jego miłosierdziem i bezwarunkowym oddaniem, staje się autentyczną Obietnicą nieba, pojmowanego przede wszystkim w kategoriach objęcia człowieka przez jego Stwórcę – bez wyrzutów, że coś tam w życiu zawalił. Nadzieja otwiera przede mną taką właśnie wizję nieba w Bożym Miłosierdziu, dlatego chrześcijaństwo jest drogą, którą wypełnia najgłębsza radość – mimo wszelkich zaznanych boleści i niepewności. Świadectwo takiej właśnie nadziei pozostawili nam nowi święci – Jan XXIII i Jan Paweł II.

 
Komentarze (51)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara, Życie

 

Galilea jako wyraz osobistej historii i autentyczności

21 kwi

10

Odnalezienie własnej autentyczności jest często drogą ku własnym źródłom – ku osobistej Galilei…  W poszukiwaniu źródeł – grąd w okolicach Sanoka

W Ewangeliach po Zmartwychwstaniu Anioł zalecił uczniom iść do Galilei (Mk 16,6). Dlaczego to właśnie tam Jezus ukazuje się swoim uczniom i wielu innym? Nad tym pytaniem zastanawiałem się przez te dwa dni Świąt. Zainspirował mnie do tego Papież Franciszek, który tak ten fakt skomentował: „Kiedy wszystko zdawało się skończone, pewniki upadły, nadzieje zgasły, wtedy rozeszła się wieść, że Jezus zmartwychwstał, jak zapowiedział… A także to polecenie, aby pójść do Galilei, czyli do miejsca pierwszego powołania, gdzie wszystko się zaczęło… Powrót do Galilei oznacza przede wszystkim powrót tam, do tego żywego punktu, w którym Boża łaska dotknęła mnie na początku drogi.”

Moja myśl dryfowała dalej. Chyba śmiało można ten powrót do Galilei interpretować nie tylko w kontekście chwil doświadczenia Bożej łaski, ale także w odniesieniu do uzdrowienia całej świadomości osobistego życia – również tego, o którym chcieibyśmy zapomnieć. Zdarza się przecież często, że człowiek chce podeptać swoją przeszłość, odciąć się od niej – po prostu ją wymazać. Czyni to z różnych względów: z poczucia wstydu, z uznania swej przeszłości za bezsensowną, z chęci pozbycia się jakiegoś balastu. Powrót do naszej osobistej Galilei staje się więc powrotem do tego, co BYŁO - a tatkże do tego co JEST, a co stanowi istotę mojej tożsamości. Jezus nie neguje naszej grzesznej przeszłości, ale odnawia ją – pozwala na nią spojrzeć przez pryzmat swego Zmartwychwstania. Wszystko wtedy nabiera szczególnego sensu – nawet nasze dawne błędy i grzechy. Bo po uznaniu prawdy o Zmartwychwstaniu nic nie jest już takie samo i wszystko może być źródłem radości!

Galilea to także symbol mojej autentyczności. Łatwo jest wejść do zupełne nowego środowiska i tam kreować swoją postać w zupełnym oderwaniu od korzeni, od rodzimego otoczenia, od tej normalności, która mnie od urodzenia kształtowała. Wtedy bywa jednak, że nie do końca potrafię być sobą. Wystarczy, że znajdzie się ktoś z moich rodzinnych stron i już tracę pewność siebie. Muszę być sobą w całej swej rozciągłości – dlatego trzeba przyjąć swój proces wzrastania i całe otoczenie, w jakim dotąd żyłem. Nie powinienem też odcinać się od swych kulturowych korzeni. Wszystko to stanowi o mojej autentyczności. Nie ma człowieka zawieszonego w próżni – każdy z nas wyrasta z jakiejś gleby. To bardzo ważne, by ją akceptować, nawet gdy jest skażona – wyrazem pełnej nadziei Zmartwychwstania jest radość, że w nim jest uzdrowienie i odnowa całej naszej przeszłości i całego świata dotychczasowych relacji.

 
Komentarze (35)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara, Życie

 

Tajemnica „OTCHŁANI” i kulminujący obraz NADZIEI… czyli zagadka wielkanocnego kolażu :)

19 kwi

2014_04_Wielkanoc

Zamieściłem wczoraj zagadkę do odczytania pewnego, spontanicznie stworzonego kolażu, będąc ciekaw, w jaki sposób każdy z nas odczytuje symbolikę pewnych obrazów. Poniżej zamieszczam pojedyncze elementy, z pozoru może dość dziwnej składanki - z wyjaśnieniem jakie intencje towarzyszyły mi w tworzeniu tej kompozycji… Otóż istnieje tu odczyt wertykalny i horyzontalny – w pionowym układzie istnieją trzy warstwy: górna – NOC, dolna – DZIEŃ, a pośrodku TAJEMNICA, za sprawą której noc przechodzi w dzień… W poziomie odczytujemy natomiast treść eschatologiczną, w której pusty, zniszczony WAGON wyraża istotę i skutek GRZECHU – spustoszenie, opuszczenie, wyłączenie (wagon sto na jakiejś jałowej bocznicy – dokładnie jak nasze życie staje się puste, by wkrótce obrócić się w ruinę i prowadzić do poczucia przegranej). JABŁOŃ to nawiązanie do pierwotnego RAJU, ale też do przemiany ducha za sprawą zbawczej mocy krzyża i zmartwychwstania. I wreszcie ikonograficzny motyw pośrodku – Chrystus zaraz po przekroczeniu progu śmierci udaje się do otchłani – nie do nieba. Ta kolejność może budzić zastanowienie. Znaczy to, że nie są mu obojętne dusze, które w zatraceniu same skazują się na mroczne wygnane (bo piekło nie jest „miejscem skazania” – jest stanem wyboru, jaki dusza podejmuje w każdej bieżącej chwili). Chrystus zstępuje do piekieł nie dlatego, by epatować triumfem, lecz by uzdolnić wszystkie dusze, które trwają w opuszczonym stanie zrujnowanych „wagonów”, do podjęcia ostatecznej decyzji wyboru…

Noc w istocie jest marginalną sferą istnienia, dlatego nie może tu zajmować większej przestrzeni. Człowiek przeznaczony jest do życia. Z nocy wyłaniamy się jako stworzenie – o tym mówi już drugie zdanie Biblii: „ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.” (Rdz 1,1). Noc jednak może się również odnosić do naszej nieświadomości, z której wyłoniła się tożsamoć każdego z nas. Wreszcie noc to stan granicznego przejścia, który czeka każdego, bez wyjątku. Ale najgorszy rodzaj nocy jest w mrokach ducha, które ogarniają człowieka grzesznego z chwilą zjechania na bocznicę. To właśnie tam przeobrażamy się w wagony-widma, bez nadziei na ponowne włączenie do ruchu. Całe szczęście stan beznadziejności jest jedynie iluzją, jaką roztacza przed nami książę kłamstwa. Ta sama jabłoń w porze zimowej wydaje się martwa – wystarczy jednak kilka dni ciepłych i dłuższych, żeby nabrzmiały pąki i wydały obfitość kwiatu. A wiemy, że kwiat zawsze był symbolem nadziei. Życie duchowe przypomina więc czasem to drzewo, dla którego jest czas zamierania, ale też nastaje czas zakwitu i wydania owoców. Wreszcie ŁĄKA, będąca tu tłem całości, stanowi jeden z najczęściej powtarzających się obrazów, jakie pojawiają się po śmierci człowiekowi umierającemu. Kiedy czytałem przytoczone przypadki śmierci klinicznej to z 200 zebranych doświadczeń (wszystkie z terenu Polski), najwięcej z nich odnosiło się do zachwytu, jaki doznawali z powodu kwitnącej łąki – zadziwiające, prawda? Obrazy tkwią w nas tak głęboko, że nawet w chwili śmierci, gdy aparatura przestaje już rejestrować aktywność mózgowia, za pośrednictwem tych obrazów przeżywamy swoje stany duchowe…

Na koniec chciałbym zatrzymać się jeszcze przez chwilę nad ikoną Jezusa zstępującego do otchłani. Niektórzy w samym pojęciu „otchłań” widzą krainę umarłych (dawny hades), inni traktują je jako metaforę śmierci (tak rozumieli to np. arianie), jeszcze inni – w tym Kościół katolicki widzi w tym wydarzeniu zstąpienie do samych PIEKIEŁ. Po co Chrystus w ogóle zstępował do piekieł, skoro w radykalnym przekazie tradycji utrzymuje się czasem, że piekło jest nieodwołalną wiecznością? Przecież patrząc na Jezusa w kontekście całego życia i nauczania, trudno byłoby przyjąć wersję, że chciał w ten sposób okazać tylko swoją władzę, odnosząc tym samym satysfakcję z triumfu nad szatanem i potępienia grzeszników. To byłoby sprzeczne z całym Jego nauczaniem! Jedyną więc sensowną odpowiedzią jest dla mnie wyzwolenie dusz, które trwały dotąd w stanie permanentnego samopotępienia. Był kiedyś taki przepiękny film „Między piekłem a niebem” (można go za darmo obejrzeć na portalu CDA) – to chyba najbardziej do mnie trafiająca metaforyka nieba i piekła. Widać tam, że stanem potępienia jest wyłącznie wola trwania w odłączeniu od Boga. Jeśli tak jest, to Jezus zstępuje tam tylko po to, aby otworzyć dusze potępiających się grzeszników na Boże MIŁOSIERDZIE – to właśnie tam zachodzi apogeum zbawienia i właśnie ten obraz jest dla mnie kulminacją wszelkiej nadziei…

2014_04_ChrystusFresk z kościoła Świętego Zbawiciela na Chorze (Kariye Camii) w Kon­stantynopolu (Istambuł). Obraz oparty na klasycznym motywie ikony Chrystusa zstępującego do otchłani i zbawiającego naszych Prarodziców…

Beksinski_WAGON

Wagon – obraz Zdzisława Beksińskiego (galeria na zamku w Sanoku)

kwitnąca jabłoń

Kwitnąca jabłoń na łąkach pod Sanokiem

 Na ten czas Wielkiej Nocy życzę Wam wszystkim: głębokiej NADZIEI (że zawsze istnieje inny horyzont, niż ten, który doraźnie się przed nami wyłania), silnej WIARY (że w zmartwychwstałym Chrystusie wszystko jest możliwe), i niegasnącej MIŁOŚCI (która zawsze niech sięga poza to, co doczesne)…

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara, Życie

 

Palma jako wielowarstwowy symbol religijny

13 kwi

 Wierzba uszata z widokiem na połoniny – bazie wyparły w naszym kręgu symbolikę palmy, a dodatkowo mają też bardzo obfity zakres odniesień pochodzących jeszcze z czasów przedchrześcijańskich – ale o tym napiszę kiedy indziej :)

Niedziela palmowa więc zadałem sobie dziś trochę trudu, by przemierzyć Biblię w poszukiwaniu „palmowej” symboliki, która – jak się okazuje jest bardzo bogata – ale też dość jednoznaczna… Palma w Biblii palma najpierw pojawiała się jako uszlachetniający atrybut świątyni Salomona, o czym czytamy w Księdze Kronik: „Wielki natomiast dom wyłożył drzewem cyprysowym, pokrył dobrym złotem, ponadto przyozdobił na wierzchu palmami i łańcuchami” (2 Krn 3,5). Tę samą funkcję znajdujemy w Księdze Królewskiej: „Ponadto na wszystkich ścianach świątyni wokoło wyrył jako płaskorzeźby podobizny cherubów i palm” (1 Krl 6,29). Funkcję palmowych zdobień potwierdza Księga Ezechiela: „I okratowane okna były dokoła przy wnękach oraz przy ich filarach ku wnętrzu i tak samo były okna dokoła przedsionka ku wnętrzu, a na filarach były ozdoby w kształcie palm” (Ez 14,16). W innym miejscu czytamy: „Nad wejściem do części najbardziej wewnętrznej i na zewnątrz oraz na ścianach wokoło, wewnątrz i na zewnątrz, były wyobrażenia cherubów i palm, a mianowicie po jednej palmie pomiędzy dwoma cherubami; każdy cherub miał dwie twarze, jedną twarz ludzką, zwróconą w stronę palmy po jednej stronie, i twarz lwa, zwróconą w stronę palmy” (Ez 41,17-19). Podobnie palma znalazła się na sprzętach wypełniających świątynię, odlanych z brązu: „Na wszystkich blachach i prętach wyrył dokoła cheruby, lwy i palmy” (1 Krl 7,36). Palmy służyły też do rytualnego oczyszczenia świątyni: „Toteż z wiązankami, zielonymi gałęziami, a do tego jeszcze palmami w rękach śpiewali hymn na cześć Tego, który pozwolił im szczęśliwie oczyścić swoją świątynię.” (2 Mch 10,7)… W Księdze Machabejskiej czytamy, jak Izraelici z palmami w ręku obchodzili Święto Namiotów: „z wiązankami, zielonymi gałęziami, a do tego jeszcze palmami w rękach śpiewali hymn na cześć Tego, który pozwolił im szczęśliwie oczyścić swoją świątynię” (2 Mach 10,7). Wynika to z zaleceń spisanych w Księdze Kapłańskiej: „Weźcie sobie pierwszego dnia owoce pięknych drzew, liściepalmowe, gałązki gęstych drzew i wierzb nadrzecznych. Będziecie się weselić przed Panem, Bogiem waszym, przez siedem dni.” (Kpł 23,40). Czytamy o tym również w Księdze Nehemiasza: „Idźcie w góry i przynieście gałęzie oliwne, gałęzie sosnowe, gałęzie mirtowe, gałęzie palmowe i gałęzie innych drzew liściastych, aby zgodnie z przepisem uczynić szałasy” (Ne 8,15).

W Księdze Psalmów znajdujemy palmę jako wyraz chwały płynącej ze sprawiedliwości: „Sprawiedliwy zakwitnie jak palma, rozrośnie się jak cedr na Libanie” (Ps 92,13). U Izraelitów sprawiedliwość zawsze musiała mieć związek z odniesieniem do woli Jahwe, w czym pomocni byli prorocy – i oni, jak widać, siadywali pod palmą, jak czytamy w Księdze Sędziów: „W tym czasie sprawowała sądy nad Izraelem Debora, prorokini, żona Lappidota. Zasiadała ona pod Palmą Debory, między Rama i Betel w górach Efraima, dokąd przybywali Izraelici, aby rozsądzać swoje sprawy.” (Sdz 4,4). Palma może też być symbolem wspaniałości, jaką daje mądrość: „Wyrosłam jak palma w Engaddi, / jak krzewy róży w Jerychu, / jak wspaniała oliwka na równinie, / wyrosłam w górę jak platan” (Syr 24,14). Stąd w innym miejscu Biblii znajdujemy palmę (i głowę) jako obraz warstw panujących w społeczeństwie – tak jak „ogon i sitowie” wyrażają prosty lud, harmonijnie współdziałający z władzą: „I Egipt nie osiągnie żadnego dzieła z tych, / których dokonuje głowa i ogon, palma i sitowie” (Iz 19,15)…  Ale palma stała się też wyrazem piękna, co widać choćby w Pieśni nad pieśniami, gdzie do palmy przyrównana jest Oblubienica: „O jak piękna jesteś, jakże wdzięczna, / umiłowana, pełna rozkoszy! / Postać twoja wysmukła jak palma, / a piersi twe jak grona winne (Pnp 7,7-8). W tej samej księdze liście palmy zostają odniesione do włosów Ukochanego: „Głowa jego – najczystsze złoto, kędziory jego włosów jak gałązki palm (Pnp 5,11). Palma to również wyraz dostojności i męstwa. W Mądrości Syracha czytamy o palmach, do których przyrównuje się synów arcykapłana: „a kiedy przyjmował z rąk kapłanów części ofiarne, / sam stojąc przy ognisku ołtarza, / wokół niego stał wieniec braci, / jak gałęzie cedrów na Libanie; / otaczali go jak pnie palmowe” (Syr 50,12).

Wreszcie palma, wraz z latoroślą, figą, granatowcem i jabłonią, jest też wyrazem doczesnego dostatku i szczęścia – co odczytać możemy np. w Księdze Wyjścia: „Potem przybyli do Elim6, gdzie było dwanaście źródeł i siedemdziesiąt palm. Tutaj to rozbili namioty nad wodą” (Wj 15,27). A potwierdzenie znajdujemy w Księdze Joela: „Uschła winna latorośl / i zwiędło drzewo figowe, / drzewo granatowe i palma daktylowa, i jabłoń – / wszystkie drzewa polne uschły. / I zniknęła radość spośród synów ludzkich” (Jl 1,12). Palma więc była symbolem władzy połączonej z dostatkiem – być może właśnie dlatego wielkie i dostanie miasto Jerycho nazywano „miastem palm”, co mówi nam Księga Kronik: „następnie posadziwszy osłabionych na osłach, wprowadzono ich do Jerycha, miasta palm” (2 Krn 28,15). O palmie jako atrybucie władzy i pokoju mówi Księga Machabejska: „Otrzymaliśmy złotą koronę i palmową gałąź, które przysłaliście. Jesteśmy też gotowi zawrzeć z wami całkowity pokój, a także napisać do urzędników, aby nie ściągali z was tego, co już zostało darowane” (1 Mch 13, 37). Taką samą wymowę znajdujemy w Księdze Machabejskiej, we fragmencie, w którym arcykapłan Alkimos udaje się do Demetriusza, oddać mu hołd: „udał się do króla w sto pięćdziesiątym pierwszym roku, przynosząc mu koronę złotą i palmę” (2 Mch 14,4)… W ten sposób, przebrnąwszy przez wszystkie odniesienia do palmy w Starym Testamencie, doszliśmy do jej wymowy na kartach Nowego Testamentu – wobec Jezusa wjeżdżającego do Jerozolimy, władza królewska została potwierdzona właśnie palmą: „Nazajutrz wielki tłum, który przybył na święto, usłyszawszy, że Jezus przybywa do Jerozolimy, wziął gałązki palmowe i wybiegł Mu naprzeciw. Wołali: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie oraz «Król izraelski!» (J 12,12-13). Ale też w Objawieniu św. Jana czytamy, że palmy stają się wyrazem świętości zbawionych: „Potem ujrzałem: / a oto wielki tłum, / którego nie mógł nikt policzyć, / z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, / stojący przed tronem i przed Barankiem / Odziani są w białe szaty, / a w ręku ich palmy. (Ap 7,9)…   Na koniec przyszła mi taka myśl, że jak u Jesusa palma pojawia się po raz pierwszy jako atrybut chwały, by ostatecznie stać się zapowiedzią męki. U świętych kolejność jest odwrotna – mówimy o „palmie męczeństwa”, któa staje się zapowiedzią „palmy chwały”…

 
 

Pastafarianizm – religijna parodia czy sprawa poważna?

09 kwi

 Cyryl i Metody (w środku) oraz Damian i Kosma (po bokach) – miniaturki na podstawie starych ikon

Wczoraj Sąd Administracyjny uchylił wcześniejszą decyzję sądu, że „Polski Kościół Latającego Potwora Spaghetti” (pastafarianie) ma charakter „joke religions” i bazuje na parodii religijnej. Otworzył tym samym drogę do jego ostatecznej legalizacji. Czy jednak można wątpić w prześmiewczą i prowokacyjną intencję „Latającego Kościoła Spaghetti”? Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że apel pastafarian należy bagatelizować. Z pewnością należy ich uważnie wysłuchać i potraktować w duchu dialogu. Nie mam nic przeciwko samej prowokacji (bo te zawsze były i będą sposobem wyrażania spraw poważnych – nawet drogą humorystycznego happeningu). Cała ta sytuacja jednak budzi mój niepokój z innego powodu – chodzi nie tyle o ośmieszenie religii, co dyskredytację podstaw naszego prawa, które zawsze powinno się opierać na zdrowym rozsądku. Ale nie chcę poprzestać na zbyt łatwej ocenie moralnej tej prowokacji, starając się wniknąć w jej wymowę. Co takiego ateiści chcą nam tą drogą zakomunikować? Może to, że wiara nie powinna znajdować zbyt wielu umocowań w prawie?…

Formalne uzyskanie statusu religii byłoby w tym przypadku wyrazem zwycięstwa procedury nad rozumem. Ponadto otworzyłoby drogę do cynicznego nabywania uprawnień poprzez jawną postać kłamstwa. Owszem, to się dzieje już od dawna – np. związki nieformalne podają się za osoby samotnie wychowujące dzieci, korzystając bezprawnie z przywilejów, które nie powinny im przysługiwać (paradoksalnie z drugiej strony domagając się zrównania ze statusem małżeństwa). To tylko jeden przykład, jak można wykorzystywać procedurę do wyłudzania korzyści, oczywiście kosztem społeczeństwa. Czy tutaj nie chodzi o to samo? Załóżmy, że pastafarianie wygraliby ten proces (co po ostatnim wyroku sądu wydaje się całkiem możliwe), czy nie korzystaliby z przysługujących im wtedy przywilejów wyznaniowych? I w jakim zakresie różniłoby się to od innych form wyłudzania korzyści? Ale może to właśnie wierzący powinni się tu zastanowić, czy prawne usankcjonowanie przywilejów dla jakiejkolwiek wiary jest zasadne?

Myślę, że uznanie tego ruchu za oficjalne wyznanie religijne byłoby przejawem skrajnej relatywizacji wartości. Stałoby się to w zasadzie manifestem zanegowania jakichkolwiek wartości obiektywnych. Bo skoro wszystko zależy tylko od czyjegoś mniemania, w dodatku jawnie POZOROWANEGO, to znaczy, że nasza cywilizacja nie ma już żadnego fundamentu – nie tylko w zakresie religijnym czy duchowym, ale również na płaszczyźnie czysto racjonalnej. W ten sposób każde kłamstwo, które tylko potrafi spełnić wymogi formalne, może być usankcjonowane jako prawda. Możemy więc uznać za prawdę coś, co powszechnie postrzegane jest jako kłamstwo (w tym przypadku odnosi się ono nie tyle do obiektu wiary, co do jej autentyczności). Jak więc wybrnąć z tego koziego zaułka? Myślę, że warto usiąść do jednego stołu – ale trzeba najpierw odłożyć na bok wszystkie durszlaki i makarony (które spełniły już swoją rolę), z drugiej strony – togi i kropidła (jako atrybuty autorytarnego i demonicznego traktowania ateistów). Bo droga do budowania przestrzeni wiary, jak też do współtworzenia państwa prawa, wiedzie jedynie przez wzajemny szacunek i troskę o wspólne dobro.

 
Komentarze (45)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Religie, Wiara

 

Między osądzeniem ZŁA a pragnieniem DOBRA

06 kwi

Bieszczady – STARZEC i PANNA (miniaturki na szkle)

Dziś rano trafiłem na mój ulubiony fragment Ewangelii św. Jana. Z pewnością i Wam jest dobrze znany, chciałbym się jednak na chwilę przy nim wspólnie zatrzymać:  Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?» Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz!».  (J 8,3-11)

Każdy z nas pewnie się nieraz zastanawiał, co też Jezus mógł pisać na ziemi? (w innych źródłach podaje się, że na pisaku). To już na zawsze pozostanie dla nas tajemnicą, jednak panuje ludowy przekaz, że były to grzechy tych, którzy przyszli oskarżyć ową kobietę. Jezus pisał je w ciszy, na uboczu wysłuchując wzburzonych oskarżeń. Nie rozgłaszał tych win, choć potrafił czytać w sercach i mógłby to zrobić publicznie. Ponadto spisywał je na nośniku najmniej trwałym – na piaszczystej ziemi, którą za parę chwil rozwieje pewnie wiatr, rozdeptają buty. To bardzo mocny przekaz, choć na pozór zdaje się być tylko nic nie znaczącą dygresją. I choć jego wymowa ma charakter apokryficzny, myślę, że jest na wskroś ewangeliczna! Wiele razy rozmawiałem z osobami, które bardzo literalnie podchodzą do Biblii, nie dopuszczając tak swobodnych interpretacji. Owszem, sam Jezus przestrzegał przed zmienianiem biblijnego przekazu – pytanie tylko, czy chodziło Mu o niezmienność litery, czy też o nienaruszalność duchowego przesłania? Czy komentarze, jakie przez wieki narosły wokół tekstów biblijnych, nie stają się w jakiś sposób włączone w kanon właściwego odczytania Pism?

Warto spojrzeć na postawę Jezusa w odniesieniu do dzisiejszych mediów. Często podchwytują one każdy ludzki grzech, aby roztrąbić go na cztery strony świata i wykuć w skale publicznej pamięci, wystawiając pod pręgierz opinii. Można to nazwać współczesnym kamienowaniem. Jezus robił zupełnie odwrotnie – wobec czyjegoś grzechu był dyskretny i zawsze skory do wybaczenia, co nie znaczy jednak, że samą wagę grzechu bagatelizował. A jak czynią media? (i nie tylko media, bo ta pokusa wpisana jest w każdego z nas). Z jednej strony piętnują człowieka, z drugiej – usprawiedliwiają samo zło, sugerując, że jest ono powszechną kondycją naszej natury i jako takie należy je przyjąć jako atrybut autentyczności. Jezus reaguje na zło inaczej – wybacza bezwarunkowo, ale jednocześnie mówi: „od tej chwili już nie grzesz”. Czy faktycznie zakładał, że kobieta nigdy już nie zgrzeszy? Z pewnością nie było to warunkiem wybaczenia. Chodziło mu wyłącznie o wzbudzenie szczerego i głębokiego postanowienia poprawy (bo żal za popełniony grzech już w kobiecie dostrzegał). To właśnie pragnienie odrzucenia grzechu (własnego, nie czyjegoś!) w imię miłości, jest czymś podstawowym w każdym akcie nawrócenia. Bo jeśli człowiek zatrzymuje się na osądzeniu zła, bez pragnienia powrotu na łono dobra, zatrzymuje się wówczas w pół drogi, grzęznąc w marazmie malkontenctwa.

 
Komentarze (28)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Wiara, Życie

 

Między DRZEWEM a BIBLIĄ – o mentalnym zakorzenieniu drzew w naszej świadomości

01 kwi
Bieszczadzka buczyna na miejscu dawnych pastwisk (efektem dawnego spasania są powykręcane formy drzew) – śnieg zaczyna topić się wokół pni, przewodzących słoneczne ciepło i nabiegłych już świeżymi sokami…

Przedwiośnie to dobra pora na obserwacje drzew – pozbawionych jeszcze liści, a już pełną parą pompujących soki do nabrzmiałych pąków. Pisałem już kiedyś, jak wysoką rangę miały drzewa w wierzeniach naszych praprzodków. Tym razem przyszło mi na myśl, aby prześledzić, co ma nam do powiedzenia na temat drzew Biblia? Jaki ślad pozostawiły te skojarzenia w naszych myślach i w naszej podświadomości?… Wiemy o tym, że drzewa od samego początku miały człowiekowi nieść szczęście, ale też od początku stanowiły pewne zagrożenie: „Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła.” (Rdz 2,9). Właśnie to tajemnicze „drzewo poznania” stało się początkiem wielkiego dramatu: „Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł.” (Rdz 3,6). Drzewa były odtąd często traktowane jako atrybut życia przeznaczonego na zniszczenie – Bóg, zsyłając na świat rozmaite plagi, dotykał również drzewa, które miały symbolizować rozpad świata ludzkiej stabilności: „Zniszczy też wszelkie drzewa, które rosną na polach waszych.” (Wj 10,5). Jeszcze wyraźniej powiedziane to zostało w Księdze Daniela: „Wyrąbcie drzewo i zniszczcie je, tylko pień jego korzeni pozostawcie w ziemi i to w żelaznych i brązowych okowach wśród polnej zieleni; niech go zwilża rosa z nieba, niech dzieli los ze zwierzętami polnymi, aż nie upłynie nad nim siedem okresów czasu” (Dn 4,20). Apokalipsa nie szczędzi nawet tych drzew, które nie wydały jeszcze dojrzałego owocu: „I gwiazdy spadły z nieba na ziemię, podobnie jak drzewo figowe wstrząsane silnym wiatrem zrzuca na ziemię swe niedojrzałe owoce.” (Ap 6,13). Dopiero gdy nastaną nowe czasy, drzewo znów wraca do dawnych łask: „Potem ujrzałem czterech aniołów stojących na czterech narożnikach ziemi, powstrzymujących cztery wiatry ziemi, aby wiatr nie wiał po ziemi ani po morzu, ani na żadne drzewo.” (Ap 7,1). „Nie wyrządzajcie szkody ziemi ni morzu, ni drzewom, aż opieczętujemy na czołach sługi Boga naszego.” (Ap 7,3).

Mimo wpisanych już na trwałe konotacji między drzewem a grzechem, nadal przez wieki traktowano drzewa również w kategoriach sacrum. Taką rolę pełnił tamaryszek: „Abraham zaś zasadził w Beer-Szebie drzewo tamaryszkowe. Tam też wzywał imienia Pana, Boga Wiekuistego.” (Rdz 21,33). Uświęcającą funkcją wyróżniała się też akacja: „każdy kto posiadał drzewo akacjowe przydatne na coś do świętej służby, przynosił je również. (Wj 35,24). Natomiast cedr miał spełniać nawet funkcję oczyszczającą: „kapłan każe, żeby ten, który ma być oczyszczony, przyniósł dwa ptaki żywe, czyste, kawałek drzewa cedrowego, nitki karmazynowe i hizop. (Kpł 13,3-4). Wchodzimy już tutaj powoli w jakąś starotestamentalną zapowiedź ofiary połączonej z drzewem, o czym mówi Księga Kapłańska: „Następnie weźmie drugiego ptaka, żywego, wraz z kawałkiem drzewa cedrowego, z nitkami karmazynowymi i z hizopem i zanurzy to wszystko razem z żywym ptakiem we krwi ptaka zabitego nad wodą żywą.” (Kpł 14,6). A w Księdze Liczb czytamy: „Teraz weźmie kapłan drzewo cedrowe, hizop oraz nitki karmazynowe i rzuci to na ogień, w którym płonie krowa.” (Lb 19,5-6). Izajasz zauważa, że człowiek sięga często po drzewo w celach kultowych: „wybiera drzewo nie próchniejące; stara się o biegłego rzeźbiarza, żeby trwały posąg wystawić.” (Iz 40,20). W tym samym znaczeniu pisze o drzewie Jeremiasz: „Albowiem to, co wzbudza lęk u narodów, jest niczym, jako że jest drewnem wyrąbanym w lesie, obrobionym dłutem, rękami rzeźbiarza.” (Jr 10,3). W końcu drzewo jest również obiektem, z którego pewne sprawy lepiej widać – jak to jest w przypadku Zacheusza, który zapragnął ujrzeć Jezusa: „Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić.” (Łk 19,4). Pełne połączenie konotacji drzewa-grzechu i drzewa-sacrum następuje w Chrystusie, jak Pisze św. Piotr: „On sam, w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości – Krwią Jego zostaliście uzdrowieni.” (1P 2,24)Wreszcie drzewo pojawia się jako obraz naszego życia – czasami złamanego lub uschłego: „Rzezaniec także niechaj nie mówi: Oto ja jestem uschłym drzewem.” (Iz 56,3). U Jeremiasza czytamy: „Ja zaś jak potulny baranek, którego prowadzą na zabicie, nie wiedziałem, że powzięli przeciw mnie zgubne plany: Zniszczmy drzewo wraz z jego mocą, zgładźmy go z ziemi żyjących, a jego imienia niech już nikt nie wspomina!” (Jr 11,19).  Drzewo może być jednak statecznie zakorzenione u zdroju życia: „Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi; nie obawia się, skoro przyjdzie upał, bo utrzyma zielone liście; także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców.” (Jr 17,8).  Każde drzewo może wydawać owoc dobry lub zły, jak pisze Mateusz: „Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców.” (Mt 7,17-18). Co gorsza – nawet drzewo nie wydające owoców będzie surowo potraktowane: „Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.” (Mt 7,19). W podobnym tonie wypowiada się ewangelia Łukasza: „Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.” (Łk 3,9). To owoc staje się więc głównym znakiem rozpoznawczym wartości drzewa: „Albo uznajcie, że drzewo jest dobre, wtedy i jego owoc jest dobry, albo uznajcie, że drzewo jest złe, wtedy i owoc jego jest zły; bo z owocu poznaje się drzewo.” (Mt 12,33). Ilustracją takiego podejścia miał być nawet pewien epizod z życia Jezusa: „A widząc drzewo figowe przy drodze, podszedł ku niemu, lecz nic na nim nie znalazł oprócz liści. I rzekł do niego: Niechże już nigdy nie rodzi się z ciebie owoc! I drzewo figowe natychmiast uschło.” (Mt 21,19).

Człowiek wydający owoc przyrównany jest do „drzewa winorośli” – jednak i ono bez owocu może nie być przez Boga oszczędzone: „Synu człowieczy, czymże drzewo winorośli jest lepsze od jakiegokolwiek drzewa liściastego, które jest wśród drzew w lesie?” (Ez 15,2). Dlatego tak mówi Pan Bóg: „podobnie jak z drzewem winorośli, które jest wśród drzew w lesie, a które wrzuciłem w ogień na spalenie, tak postąpię z mieszkańcami Jerozolimy. (Ez 15,6). Bo wartość każdego drzewa mierzona jest tylko w Bogu: „I wszystkie drzewa polne poznają, że Ja jestem Pan, który poniża drzewo wysokie, który drzewo niskie wywyższa, który sprawia, że drzewo zielone usycha, który zieloność daje drzewu suchemu. Ja, Pan, rzekłem i to uczynię.” (Ez 17,24) – tak więc u Mateusza czytamy przestrogę: „Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.” (Mt 3,10). Jednak owoc daje też gwarancję, że mamy do czynienia z drzewem DOBRYM, jak pisze Łukasz: „Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc. Po owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron.” (Łk 6,43-44). A święty Paweł wskazuje, że nawet złe drzewo może rodzić, jeśli tylko zostanie wszczepione w pień dobry: „Albowiem jeżeli ty zostałeś odcięty od naturalnej dla ciebie dziczki oliwnej i przeciw naturze wszczepiony zostałeś w oliwkę szlachetną, o ileż łatwiej mogą być wszczepieni w swoją własną oliwkę ci, którzy do niej należą z natury.” (Rz 11,24) I na koniec Apokalipsa św. Jana, w której znów odnajdujemy nadzieję związaną z obrazem drzewa: „Pomiędzy rynkiem Miasta a rzeką, po obu brzegach, drzewo życia, rodzące dwanaście owoców – wydające swój owoc każdego miesiąca – a liście drzewa służą do leczenia narodów.” (Ap 22,2). Zawiłe są, jak widać, dzieje drzew w ludzkich obrazach i emocjach. Drzewo staje się przekleństwem, ale i błogosławieństwem. Nasze życie może stać się płodnym szczepem, ale i ciernistym, bezowocnym pędem. Bo korzenie drzewa penetrują szeroką strefę sacrum i profanum, a jego korona sięga od krainy wygnańców po Ziemię Obiecaną.

Stare jabłonie w Stebniku k. Ustrzyk Dolnych – wciąż jeszcze kwitną, choć od 70 lat owoce zbierają tu już tylko niedźwiedzie…