RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2014

Współczesny TERRORYZM i TOTALITARYZM a Tischnerowskie i Norwidowskie rozumienie Kościoła

22 sie

2014_08_kościół_ŚLązacy_Bojkowie

Nasze lokalne kościoły: Łemkowie, Ślązaczki i Hucuł (moje miniaturki na szkle)

Krążą dziś w sieci zatrważające dokumentacje masowych egzekucji w Syrii czy Iraku, gdzie owładnięci szałem fanatyzmu islamiści zdają się delektować ucinaniem głów chrześcijanom i wszystkim, którzy mają jakikolwiek związek z cywilizacją zachodnią. Przyznam, że pierwszą pokusą wobec ta drastycznych doniesień jest chęć uczestniczenia w jakiejś współczesnej krucjacie, która wyruszyłaby na odsiecz naszych współbraci. Bo jeśli w ogóle uzasadniać służbę wojskową (a sam Jezus takiej nie ganił), to gdzie szukać większego jej usprawiedliwienia nad to, które wynika z obrony niewinnie męczonych i mordowanych? A przecież widzimy, że wśród ofiar tych masowych egzekucji są dzieci, kobiety i starcy, których jedyną „winą” była wierność Chrystusowi. Bolesne to doświadczenie dla nas, którzy jestemy świadkami na odległość. A co mogą przeżywać bliscy tych pomordowanych?

Trzeba nam dziś walczyć przede wszystkim z dwiema skrajnościami reakcji – pierwszą jest ZOBOJĘTNIENIE, bo wielokrotnie powtarzany obraz, choćby najbardziej z początku poruszający, z czasem wpisuje się w ornamentykę tła naszego życia, do której się przyzwyczajamy jak do szarej codzienności. Z drugiej strony pojawia się skrajność ODWETU, której żaden uczeń Chrytstusa akceptować nie powinien. Przede wszystkim nie wolno nam przenosić odpowiedzialności na wszystkich wyznawców islamu. To prawda, że ci zbrodniarze, którzy w tchórzowski sposób (zakrywając twarz) dokonują masakry niewinnych, stają się ucieleśnieniem zła i zaprzeczeniem jakiejkolwiek rerligii. Prawdą też jest, że opacznie pojęta tolerancja staje się pożywką dla rozzuchwalonej bestii fanatyzmu. Ale walcząc z przeciwnikiem jego metodami, sami szybko byśmy się do niego upodobnili. To by dopiero było pełne zwycięstwo szatana. Jak więc to wszystko ogarnąć?…

Z pomocą przychodzą mi słowa ks. Tischnera*, który pisał o dwóch doświadczeniach tego samego Kościoła – w warunkach totalitaryzmun i w sytuacji stabilnego bezpieczeństwa. W perwszym przypadku wiara saje się bolesnym zdobywaniem nadziei – w drugim ulega zwykle spłyceniu, a nawet wygaszeniu, zamieniaąc się w jakiś rodzaj religijnej estetyki. Właśnie to osatnie możemy zaobserwować w społeczeństwach zachodnich – nawet w chwilach życiowej próby łatwo nam schronić się w swym gniazdku. Takiego „gniazda” pozbawieni zostali nasi bracia w Iraku i Syrii. Tischner pisał, że najgłębszym aktem wiary jest słowo zawierzenia, wypowiedziane na samym dnie oświęcimskiego piekła. Z kolei Norwid** ujął to jeszcze radykalniej: „Kościół, który na Anglię nie przez boleść irlandzką – a na Rosję nie przez boleść polską działa, nie obchodzi mnie (…), zginie za niewiele już czasów, bo apostolstwo nie jest dyplomacją, kuglarstwem i kabalistyką, ale proroctwem szczerym.” Dziś proroctwem jest świadectwo prawdy, do którego jesteśmy wezwani…

___________________

* Józef Tischner – „Idąc przez puste błonia”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007.

** C. K. Norwid – List do Augusta Cieszkowskiego, listopad 1850; w: „Pisma wierszem i prozą” oprac. Gomulicki. Warszawa 1973.

 

Empatia i ciche wyrzeczenie, czyli o życiu pewnej nieznanej pielęgniarki…

13 sie

2014_08_szpital_Karola_Dlubis

Ciocia Karola – prywatnie i jako pielęgniarka w szpitalu (Szopienice? ok. 1920 r.)

 Wczoraj obiegła świat wiadomość o samobójczej śmierci Robina Williamsa – co ciekawe, w jednym z filmów („Patch Adams”, 1998) grał niedoszłego samobójcę, który w szpitalu psychiatrycznym odkrywa sens życia, wiążąc go z leczeniem cierpiących drogą pogłębionej empatii. W tym celu podejmuje studia medyczne – spóźnione powołanie sprawia nie tylko, że Patch wyraźnie odróżnia się wiekiem od innych studentów, ale także pozwala mu w niekonwencjonalny sposób podejść do wykorzystania zdobytej wiedzy. W jednej ze swych wypowiedzi zamyka cały swój program: „Naszym zadaniem jest podnosić poziom życia, a nie przedłużać oczekiwanie na śmierć” (cytuję z pamięci). Jakże ważne to słowa! Medycyna tak często wpada w ślepy zaułek instrumentalnego ratowania i przedłużania życia, zapominając, po co to wszystko…

Dzisiaj myśl moja pobiegła w przeszłość ku jednej osobie, która podobnie jak Patch odnalazła sens swego życia w pomaganiu innym. Była to ciocia Karola, której bezpośrednio nie było mi dane nigdy poznać, ale która żyła zawsze w tle familijnych opowieści. Miała trzy siostry: Helenę, Annę i Marię, które wyszły za mąż za …trzech braci: Teodora, Józefa i Stanisława (jednym z nich był mój pradziadek – Stanisław Kopernok, którego wybranką była Maria). Karola pozostała panną (przynajmniej nic mi nie wiadomo, by miała kiedykolwiek wyjść za mąż), poświęcając się jako pielęgniarka w jednym ze śląskich szpitali. Wszystkie trzy siostry „Dłubiski” miały w sobie niezmierzone pokłady wrażliwości i empatii – Karola poświęciła ten szczególnie cenny dar w służbie człowiekowi cierpiącemu…

Nie będzie tu jakieś romantycznej czy dramatycznej opowieści, bo też życie Karoli było tak ciche, że nikt prawie nie zauważył, kiedy przez nie przeszła. Babcia opowiadała tylko, że kiedy Karola umierała, jej ciało skurczyło się do rozmiaru dziecka. Dziś odczytuję to również metaforycznie – im mniej jej było dla siebie, tym więcej potrafiła dawać innym, aż się do cna „rozdała”, nie oczekując po tej ofierze ani godziwej zapłaty, ani czyjegoś podziwu, ani nawet pamięci. Tym bardziej czuje się dziś w powinności o niej napisać, składając tym samym hołd wszystkim cichym świętym – w tym szczególnie polskim pielęgniarkom, które – pracując za marne grosze – tak często stają się aniołami przy naszych łóżkach. Kilkakrotnie byłem w szpitalu i nie pamiętam, by jakiś lekarz przyniósł mi ulgę, natomiast pamiętam dobrze, jak wiele zawdzięczam zwykłej empatii tych naszych skromnych sióstr…

 
Komentarze (78)

Napisane w kategorii Etyka, Życie

 

Powstanie warszawskie. Wobec drugiej i trzeciej granicy zła…

06 sie

2014_08_POŁONINA_struktury_zła Diabły na połoninie Rozsypańca

Atmosfera uczczenia przez naród 70-tej rocznicy powstania warszawskiego może podnosić na duchu, że jednak Polacy nie ulegli naciskom europejskiej mody na pacyfistyczny indywidualizm. Bo pacyfizm nie tylko jest utopią, ale konsekwentnie realizowany może dotknąć człowieka gangreną etycznej bezwładności. Wracając jednak do tematu powstania - wciąż daje się słyszeć głosy, że było ono niepotrzebne, okrutne i bezsensowne, albo spóźnione lub przedwczesne. Bardzo łatwo to oceniać z perspektywy wiedzy o jego następstwach, jaką dziś dysponujemy. Spróbujmy jednak choć na chwilę zresetować w sobie znajomość historii do momentu wybuchu powstania – czy wówczas nie podzielilibyśmy entuzjazmu powstającej z kolan Warszawy? I co najważniejsze – czy istnieją sytuacje, w których człowiek nie może milczeć, bez względu na następstwa? Kiedy staję przed tym pytaniem, zawsze mam przed oczami powstańców getta warszawskiego, którzy na rok przed powstaniem całej Warszawy chwycili za broń tylko po to, by móc umrzeć godnie i by w ostatnim akcie wolności wyrazić swój sprzeciw wobec zła.

Czy człowiek może pozostać bierny wobec ogromu doznanego okrucieństwa, wobec systemowo rozrastającego się zła, wobec istniejącej machiny ludobójstwa? Oczywiście dla chrześcijanina zawsze w takich sytuacjach wzorem będzie Chrystus. I tu pojawia się dylemat – bo przecież On nie odpowiedział przemocą na przemoc, tylko od początku był gotów umrzeć na krzyżu. Jednak i On nie zawsze rezygnował z przemocy – potrafił przecież złapać za bicz, gdy cynicznie szafowano świętością. Czy i w obliczu nazizmu świętość nie była cynicznie deptana? Chodzi o inny jej aspekt – o deptanie najgłębszych pokładów wrażliwości człowieka. Największym przejawem takiego zła będzie dla mnie zawsze widok wyszarpywania dziecka z ramion matki na obozowej rampie, gwałcenie kobiet na oczach bezsilnych mężów, zapełniania komór gazowych ludźmi „bezużytecznymi”. Takie obrazy nie mogą być przyjęte z bezczynnością… Często zastanawiałem się – skąd ta radość na twarzach powstańców? I w takich chwilach dociera do mnie, że oni już nie żyli perspektywą przyszłości - ich szczęście płynęło z chwili, w której poczuli wreszcie wolność i mogli wykazać się wiernością wobec najwyższych wartości.

Istnieją różne poziomy zła – zwykle w tych kwestiach unikam schematów, jednak tutaj czuję wyraźnie, że są trzy jego granice. Pierwsza granica otwiera się w słabości człowieka – błądzimy, bo nie przezwyciężyliśmy w sobie egoizmu, pożądania, czy zwykłego lęku. Błądzący czuje, że popełnił grzech, lecz nie ma sił na powstanie z upadku – lub też odwrotnie: trwa w przeświadczeniu, że czyni dobro. W takich sytuacjach potrzebny jest dialog. Otwartość na błądzących staje się największą szansą ich nawrócenia. Przyjmujemy postawę ojca wyczekującego marnotrawnego syna. Druga granica zła otwiera się przed człowiekiem, gdy on w pełni świadomie i cynicznie odrzuca dobro, szydząc z niego i bawiąc się wieloznacznością. Na świecie nigdy nie brakowało cyników – na naszej drodze życia również spotykamy ich wielu. Dopóki jednak nie angażują się oni w tworzenie struktur zła, należy ich pozostawić samych sobie. To postawa milczącego Chrystusa. Trzecia granica pojawia się tam, gdzie człowiek świadomie tworzy struktury zła – i z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku totalitaryzmów. Tutaj już nie można milczeć, bo każda bierność staje się elementem przyzwolenia, a nawet współdziałania z tym złem. Trzecia granica otwiera się wraz z rozpoczęciem terroru – bo strach staje się najskuteczniejszym orężem w tworzeniu struktur zła, które w sposób jawny pragnie już zawładnąć całym człowiekiem. I tu właśnie uzasadniona się staje walka – choćby nawet nie było zewnętrznych perspektyw na wygraną.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Filozofia