RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2014

Każdy jest z prowincji, czyli siła oswojonych światów…

28 wrz

2014_09_DRZEWA

Wewnętrzna nisza współistnienia ze światem domaga się kreowania zewnętrznie oswojonych „prowincji” – do takich swojskich światów może należeć określone grupy osób, ulubione miejsca, czy przedmioty… W otoczeniu przyrodniczym szczególnie na mnie w tym zakresie działają drzewa – na zdjęciach bieszczadzkie buki: „ośmiornice” (po lewej) i „lesowik” opierający się o pień (po prawej)

Pierwsze chwile, jakie w moim życiu potrafię sobie świadomie odtworzyć, wiążą się z poczuciem głębokiej alienacji (choć w tym czasie nie wiedziałem nawet, że takie słowo istnieje) – miałem wtedy 3 lata i po raz pierwszy zostawiono mnie w przedszkolu, w którym doświadczenie obcego gwaru i opuszczenia przez najbliższych połączyło się na zawsze z obrazem surowego budynku, wielkich sal, zielonego gumolitu… Później podobne obrazy zanotowałem z pierwszej i drugiej szkoły, ze szpitala czy z kolonii. Ale kiedy się dokładniej przyjrzeć temu zjawisku, w którym wszystkie przedmioty i całe otoczenie nabiera cech obcości, dotykamy ciekawego problemu wysp swojskości na oceanie wyobcowania. Pamiętam czas studiów w Katowicach, czy pierwszą pracę w Krakowie, kiedy to obydwa miasta w równym stopniu mnie przytłaczały (gwarem, rozbieganiem i komercyjną drapieżnością), co przyciągały – szerokim wachlarzem ofert w zakresie kultury, czy po prostu na płaszczyźnie samego spotkania z człowiekiem. Nie chodzi jednak o ilość wydarzeń kulturalnych czy rozmiary tłumów. W każdym przypadku musiałem się nauczyć tworzyć własne nisze, w których funkcjonowanie mogło mieć charakter swobodnej refleksyjności i kreatywności.

W warunkach natężonego zgiełku i ‘światowości” szybko się tęskni za własnym, kameralnym podwórkiem, za tą swojską prowincją – i wcale nie dotyczy to wyłącznie osób wywodzących się z tzw. „Polski B”, bo prowincję nosi w sobie każdy, nawet mieszkaniec metropolii. Pojęcie „prowincji” używam tu w odniesieniu do oswojonych, małych światów, w których człowiek czuje się w pełni sobą, gdzie łatwiej mu funkcjonować w sposób autentyczny, tj. bez oglądania się na rzeczywiste lub urojone zagrożenia, bez działania pod presją opinii, która w każdej chwili może go odrzucić. Nasze „prowincje” bywają pod tym względem nader bezpieczne i przytulne. Nie znaczy to jednak, by zdrowo dla nas było się w nich zamykać. Wewnętrzny świat prowincji stwarzamy w sobie jako bufor zderzenia ze światami obcymi – z jednej strony taka nisza pozwala mieć poczucie azylu, w który zawsze można się schronić – z drugiej zaś strony staje się „zderzakiem” z tym, co nieprzyswojone – jest więc murem i mostem, granicą i spoiwem. Owe „prowincje” stanowią rolę amortyzatorów w zderzeniu z obcością, a zarazem katalizatorów w oswajaniu tychże obcości. Dlatego tak bardzo cenimy zewnętrzną ekspresję tej swoistości: język, gwarę, strój, zwyczaje i wszystkie inne atrybuty tożsamości.

Jaki charakter mają te „prowincjonalne nisze” – z czego się składają i jakie rozmiary mogą przybierać? Czy są przestrzenią bardziej zewnętrzną czy wewnętrzną? Myślę, że jednym i drugim – bo tworzą je miejsca, przedmioty i ludzie, ale też nie mogą funkcjonować bez subiektywnych doń odniesień, bez tej aury emocjonalnej, którą otaczam określone osoby, budynki, skwery, drzewa. Jednocześnie mam świadomość emocjonalności innych osób, dla których staję się wartością niewymierną i bezwzględną, które akceptują mnie bez względu na to co powiem, jak się zachowam. Istnienie takich „wysp” pozwala nam na żeglowanie po oceanie obcości – przez obecność tych „lądów” również ten nieznany świat staje się bardziej „mój”. A jednocześnie mam świadomość, że sam stanowię część czyjegoś „lądu” – przez co zaczynam istnieć bardziej prawdziwie, bo „istnieć-dla” znaczy móc się wznieść ponad rzeczywistość suchych faktów „być-niebyć”. W ten sposób również projekcja własnej śmierci, owo „przestać-istnieć-w-świecie” nosi nadal w sobie ten niezbywalny element relacyjny: „jestem-dla” (nawet jako umarły). Może właśnie dlatego owe wyspy „ja-dla-innego”, czy „inny-dla-mnie” stanowią coś szczególnie w naszym życiu ważnego. To na tych kameralnych skrawkach lądu rodzi się prawdziwe życie, którego nie może dosięgnąć żadna śmierć. Tu właśnie znajdujemy całą tajemnicę relacyjności.

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Psychologia, Socjologia, Życie

 

Przewaga NADZIEI NOCY nad PEWNOŚCIĄ DNIA

23 wrz

2014_09_Wołosate_Carynska

Wspinając się na połoniny, wchodzimy czasem w strefę gęstych chmur – tylko cierpliwy doświadczyć może zachwytu, gdy uda mu się stanąć ponad nimi… Połonina Caryńska – widok z Wołosatego.

 Spotykamy się czasem z przestrogami wobec różnych praktyk dalekowschodnich, takich jak ćwiczenia jogi czy medytacja zen. Osobiście nigdy nie miałem potrzeby czerpania z tych studni, dysponując niewyczerpalnymi źródłami, które są na wyciągnięcie ręki – na samych ojców pustyni czy średniowiecznych mistyków Europy brakłoby przecież jednego życia. Niemniej myślę, że warto też czasem spróbować zrozumieć duchowość odległych kultur – choćby po to, by odnieść ją do tradycji najbliższej. Pewien mistrz zen, zetknąwszy się z Ewangelią, przez długi czas nie mógł wyjść ze zdumienia, jak bogata jest to lektura w zakresie obecności koanów (przypomnę, że koan to paradoks, przed którym człowiek staje, medytacyjnie rozważając jego treść, by wejść w sam środek tajemnicy). Konstrukcje myślowe, którymi posługiwał się Jezus, często stanowią dla nas zagadkę, będącą bardziej zaproszeniem do poszukiwań, niż domagającą się udzielenia prostej odpowiedzi. Przy czym koan wzywa do porzucenia płaskiej logiki, do jakiej nawykliśmy przez kilkuwiekową dominację zachodniego racjonalizmu.

 Zanurzenie w medytacji, pozbawione nakierowania na sukces w uzyskaniu szybkiej odpowiedzi, wywołuje z początku mgłę, z której dopiero z czasem zaczynają się wyłaniać kształty. Myśli krążące wokół jakiegoś zdania czy słowa kondensują się w postaci objawionej mądrości, która domaga się zawsze dopełnienia dobrem – tu nie ma prostych przełożeń, opartych na matematycznych równaniach. Weźmy na przykład takie zdanie: „kto ma, temu będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.” (Mt 25:14-30). Czy chodzi tu wyłącznie o sprawiedliwą nagrodę? A jak to się ma do głupca, który nic nie otrzymał? Czy przez to, że został pozbawiony mądrości, ma jeszcze bardziej cierpieć? Zachodnia logika buntuje się przeciwko tak pojmowanej sprawiedliwości. Wchodzimy więc głębiej: co może w tym zdaniu oznaczać słowo „mieć”? Nie chcę tu udzielać pośpiesznej odpowiedzi, ale biorąc cały kontekst Ewangelii, myśl moja krąży wokół dobra – jedynym „mieć” staje się tutaj „mieć udział w dobru”. Nie ma innego „mieć” – wszystko inne jest iluzją posiadania: majętność, władza, wiedza, nawet mądrość…

 Dlaczego Jan od Krzyża pisze o „ciemnej nocy” w tym najgłębszym doświadczeniu wiary? Wiemy, że nagły i nadmierny dopływ światła może oślepić – to samo zachodzi w życiu duchowym. Analogicznie ktoś, kto stale przebywa w ciemności, ślepnie na każdy najmniejszy dopływ światła, reagując czasami odruchem obronnym i światłowstrętem. Można by tu powiedzieć, że skutek jest ten sam – istnieje jednak zasadnicza różnica, która ujawnia się na poziomie woli: brak otwarcia na światło czyni człowieka istotą ciemności, podczas gdy efekt chwilowego oślepienia i „ciemnej nocy” staje się częścią drogi kierowanej ku światłu. Przy czym rzecz istotna: ważniejsze w tej drodze nie jest samo „oświecenie” (poznanie istoty światła), co pragnienie, by w tym świetle widzieć wszystko, co nas otacza. Patrzenie w Słońce może oślepić człowieka na trwałe. Może dlatego Jahwe nie pozwalał na siebie patrzeć, gdy mówił? Współczesne próby zrozumienia Boga stają się właśnie taką formą zgubnego wpatrywania, od którego można oślepnąć. Cała tajemnica Ewangelii sprowadza się do rozbudzenia w człowieku umiłowania DOBRA, za którym podążamy nawet wtedy, gdy nic nie widzimy. Nadzieja w ciemności ma tę przewagę nad radością w światłości, że jest bardziej sposobna porzucić wszelkie przywiązania – do wyobrażeń, stereotypów, pewności. Staje się wolna przez swoje „nic”.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Wiara, Życie

 

Kiedy „O” wypiera „DO” – czyli o Bogu, który oświetla nasze wyobrażenia

17 wrz

2014_09_Anioł_Jabłka

Wszystko co duchowe, ubieram w wyobrażenia, których dostarcza mi świat… Bieszczadzki anioł nad bojkowskimi jabłuszkami (cierpkie i kwaśne, ale pocięte i wysuszone stanowią najlepsze „chipsy” na świecie!) :)

Gdy spotykam się czasem z Bożym przesłaniem, spisanym w dzienniczkach różnych mistyków, chwilami wewnętrznie się wzdragam: przecież Bóg, który jest Miłością, nie może komuś nakazywać cierpienia dla Jego chwały! Takie wezwania spotkać możemy np. w dzienniczkach siostry Faustyny czy Rozalii Celakówny – w zasadzie jest ich wiele, bo każdy mistyk, który spisywał swój wewnętrzny dialog z Bogiem, może w niektórych fragmentach budzić naszą konsternację. W takich dzienniczkach znajdujemy przeróżne wyzwania i oczekiwania, które są obce naszemu współczesnemu, czy też indywidualnemu (mojemu lub Twojemu) pojmowaniu miłości, sprawiedliwości, godności i chwały. Skąd ta rozbieżność? Czy może to tylko ludzka projekcja, mimowolna halucynacja?… Niestety dla wielu osób, które wzrastały na racjonalno-empirycznej pożywce naszego modelu kształcenia, a przy tym wyróżniały się określonym poziomem samodzielności intelektualnej, taka bariera jest trudna do przeskoczenia.

 I tu nagle przychodzi światło, w którym wszystko zaczyna się układać w jedną całość: dosłowne brzmienie spisanych przez kogoś słów Boga jest przesłaniem ubranym w szaty – a te zostały skrojone na miarę człowieka, który dostąpił objawienia. Słowa i wyobrażenia zostały dobrane zgodnie z jego intelektem, mentalnością, duchem czasów, panującym systemem wyobrażeń… Nie znaczy to wcale, że całe przesłanie ma charakter wewnętrznej projekcji. Bóg przychodzi do każdego z nas w takiej postaci, w jakiej gotowi jesteśmy Go przyjąć. Chcąc odebrać treść objawienia w kategoriach uniwersalnych (czytelnych dla każdego), musimy więc najpierw zdjąć opakowanie – czyli oddzielić swoiście nałożoną powłokę werbalną i wyobrażeniową. Wtedy zacznie się powoli wyłaniać treść: wezwanie do radosnej pokory, do pełnej nadziei cierpliwości, do owocnej ofiary. I wtedy mogę tę treść przełożyć na język mojej osobistej percepcji spraw duchowych – wcale nie wolnej od deformacji, bo przecież każdy z nas patrzy na rzeczywistość duchową jak przez warstwę wody, która dokonuje licznych odbić i załamań.

 Ale jest jeszcze jedna bariera, która może zniechęcać do odczytywania czyjegoś świadectwa. Otóż im więcej mówi się o Bogu, tym bardziej można się od niego oddalić. Być może dlatego właśnie mistycy traktują zawsze Boga w drugiej osobie – dopiero w źródłach popularyzujących różne przesłania, znowu wchodzimy w osobę trzecią: „i Bóg rzekł do niej…” Zamieniając „DO” (Boga) na „O” (Bogu), staję przed dwoma zagrożeniami: 1) przesłodzonego sentymentalizmu i płaskiego antropomorfizmu, 2) wojującego ideologizmu – traktowania Transcendencji w kategoriach wojennego sztandaru. Dlatego myślę, że jedyną konstruktywną formą dialogu, który ma otwierać innym serca, powinno być dzielenie się osobistą relacją – tak jak to właśnie czynią mistycy. Jednoczesne otwarcie i uznanie własnej niemocy sprawia, że stajemy wobec siebie autentyczni – zgodni w jednym pragnieniu poznawania Prawdy i uczestnictwa w Dobru. Wchodząc w dyskusję „O”, zagłuszam w sobie (i w drugiej osobie) ten najważniejszy Głos, który zawsze rozlega się w głębokiej ciszy ludzkiego wnętrza. Już kończę i przepraszam z mej strony za wszelkie „zagłuszanie”, bo przecież i sam nie jestem wolny od powszechnej „maniery trzeciej osoby”… ;)

 
 

W poszukiwaniu źródeł agresywnego fundamentalizmu

13 wrz

2014_08_Wiara_DROGA

Kiedy wiara staje się drogą, otwiera przed nami coraz to nowe horyzonty… (widok w stronę Tarnicy z Wielkiej Rawki)

Religijna nienawiść, której spirala została dziś na Bliskim Wschodzie rozkręcona do rozmiarów ludobójstwa, staje przed nami jako jeden z najpoważniejszych dylematów współczesnego świata. Skąd czerpie źródło i jak jej zapobiec? Dlaczego ludzie skłonni są mordować w imię Boga czy Allaha? W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania, sięgnąłem dziś do naszych wspólnych patriarchów, uznawanych przez muzułmanów i chrześcijan. Kiedy czytamy biblijną opowieść o Abrahamie udającym się na górę, by tam złożyć w ofierze swego syna, wzdrygamy się na samą myśl, że dziś mógłby ktoś mieć podobną mu wiarę – byłby od razu izolowany w jakimś szpitalu psychiatrycznym. Jednak historii Abrahama nie da się zrozumieć, jeśli nie doczytamy jej do końca. Praojciec żydów, chrześcijan i muzułmanów zostaje powołany do wyjścia z Babilońskiego miasta Ur – i to wyjście staje się początkiem naszej wiary. Abraham nie wiedział dokąd idzie, a mimo to odpowiedział na wezwanie i porzucił dotychczasowe, zasiedziałe i pewnie dość wygodne życie – był przecież człowiekiem na tamte czasy zamożnym. Podobnie zachował się wobec wezwania do ofiary z jedynego syna – choć serce mu pękało, nie dyskutował, tylko złożył stos i wziął do ręki nóż… Jaka jest jednak różnica między nim, a religijnym fanatykiem, który dziś gotów jest podcinać gardła swym braciom? Zasadnicza – Abraham pozostał otwarty na kolejne słowo Boga. Nie zamknął się w pierwszym poleceniu, ślepo je wykonując, ale zachował w sobie nadzieję, że to nie jest słowo ostatnie…

Tak jak stos ustawiony przez Abrahama stał się wyrazem jego WIARY skierowanej ku Bogu, tak jego wsłuchiwanie się w następne słowo (by odłożyć nóż), stało się przejawem NADZIEI, która kieruje się ku losom człowieka. MIŁOŚĆ zaś spina obydwa te akty w jedną całość – otwarcie na Boga (kochać z całych sił) i wyjście ku człowiekowi (kochać bliźniego jak siebie samego) stają się już odtąd realizacją tej samej wiary. Warto tu jednak zaznaczyć, że tak pojmowana wiara nie jest stosunkiem do samego ISTNIENIA Boga, lecz postawą OTWARCIA – już św. Tomasz z Akwinu pisał, że nie wiemy co to znaczy BYĆ w odniesieniu do Boga, bo Bóg JEST INACZEJ, niż są rzeczy – inaczej też, niż wszystkie żywe stworzenia jakie znamy. Tak jak nie mogę widzieć samego światła, a jedynie przedmioty, które ono oświetla, tak też nie mogę widzieć i ogarnąć Boga. Mogę jedynie doświadczać Jego obecności – i odwrotnie: czuć pustkę istnienia wobec Jego nieobecności. Nawet tak oczywiste dla chrześcijan stwierdzenie, że „Bóg jest Osobą” stanowi według scholastycznych ujęć tylko pewną analogię. Piszę to nie dlatego, żeby kwestionować osobowy charakter Boga, lecz żeby zdystansować się nieco do naszych ziemskich nawyków i wyobrażeń, które wiodą – jak kiedyś pisał Tomasz Halik – do „prostackich antropomorfizmów”. Przez naświetlenie tego problemu wchodzimy w tajemnicę odczytania Trójcy Świętej, którą niektórzy proponują odczytywać w świetle starogreckiego pojęcia osoby („persona” w antycznym teatrze znaczy maska) – aktor staje się obrazem transcendencji, która się wciela w kolejne odsłony prezentowanych postaci. Ojciec, Syn i Duch Święty stają się więc tymi „odsłonami” Nienazwanego i Niepojętego… Ale jaki to ma związek z fundamentalizmem? Już przechodzę do rzeczy.

Wiara w kontekście opowieści o Abrahamie (a później również o Mojżeszu – i w zasadzie pod różnym względem o każdym bohaterze Biblii) staje się PORZUCENIEM znajomego nam świata, czyli tego wszystkiego, co jesteśmy w stanie pojąć dzięki dotychczasowemu doświadczeniu. Tak jak nadzieja w odniesieniu do kolejnej odsłony dramatu Abrahama staje się ufnością, że się w tej drodze nie zatracimy. Kiedy człowiek poprzestaje na samym akcie wiary, staje przed jej największym paradoksem – wiara bez nadziei i miłości staje się dla niego BRAMĄ ŚMIERCI, niosąc jedynie pustkę i zniszczenie. I nie ma to znaczenia, czy przerodzi się w krwiożerczy fanatyzm muzułmanów, czy w misterną a niedostępną twierdzę chrześcijańskich fundamentalistów… Kiedy skaczę przez górski potok, muszę mieć wiarę, że zdołam się na tyle silnie odbić, by do drugiego brzegu doskoczyć. Ale muszę też mieć nadzieję, że ląd po tamtej stronie jest w stanie mnie przyjąć, że nie poślizgnę się na omszonym kamieniu – że w ogóle jest po co skakać i że drugi brzeg nie jest moją iluzją. Bez żywej nadziei moja ślepa wiara może sprawić, że w pewnym momencie skoczę z dachu. Właśnie z taką postawą kojarzy mi się wiara, która każe zniewalać i zabijać. Bo jak sobie wyobrazić relacje szczęścia budowane na takiej wierze i na takim wyobrażeniu Boga? Wiara jest drogą Abrahama, ale dopiero wtedy otwiera przed nami nowe horyzonty, gdy towarzyszy jej otwarcie na kolejne słowo Boga, którego jeszcze nie usłyszała – na wezwanie: „schowaj nóż”…

 
Komentarze (23)

Napisane w kategorii Duchowość, Religie, Wiara, Życie