RSS
 

Archiwum - Październik, 2014

Inne spojrzenie na świat umarłych – czyli między Bieszczadami a Wyspą Wielkanocną

31 paź

 2014_11_śmierć_Wyspa_Wielkanocna

Rodowity mieszkaniec Wyspy Wielkanocnej z wizytą na bieszczadzkich cmentarzach – w Smereku, Wołosatem i Lutowiskach.

Przed dniem Wszystkich Świętych chciałbym poruszyć temat śmierci od nieco egzotycznej strony. Miałem właśnie okazję podejmować ciekawego gościa z Wyspy Wielkanocnej – autochtona należącego do starego, wyspiarskiego rodu Pakarati. Gość odsłonił mi nieco inną perspektywę zagadnienia śmierci i umierania, a także całego spojrzenia na przemijalność. Przed pojawieniem się na Wyspie pierwszych Europejczyków i misjonarzy (1722 r.) zwłoki były tam kremowane na stosach. Później grzebano je w licznych jaskiniach. Teraz pochówki przypominają nasze, choć krzyże nadal zdobione są archaicznym pismem – tajemniczymi runami. Jednak relacja do zmarłych pozostała od wieków niezmieniona, wiążąc się z pojęciem „manu” – duchowego pierwiastka, który przenika całą materię, a który pochodzi również od przodków. Dlatego w długo utrzymującym się kulcie szczególnie eksponowane były czaszki, oddzielane w tym celu od reszty zwłok. Nie miało to jednak nic wspólnego z praktykami, które nam się mogłyby kojarzyć z czarną magią – był to po prostu rodzaj szczególnego uszanowania zmarłych, a jednocześnie podkreślenia silnych związków, jakie łączy świat żywych z krainą duchów. Z kultem zmarłych wiąże się też tajemnica słynnych posągów moai, pod którymi znaleziono wiele ludzkich szczątków.

Ścisły związek ze zmarłymi nie ogranicza się jednak do kultywowania miejsc pochówków czy obchodzenia poświęconych im świąt. U mieszkańców Rapa Nui oznacza on ciągłą świadomość obecności duchów, które pod pewnymi warunkami mogą nam być sprzyjające. Poświęcanie zmarłym symbolicznego posiłku to archaiczna praktyka, znana przecież także naszym słowiańskim przodkom. Wyspiarze, pomimo chrystianizacji, która dokonała się półtora wieku temu, nadal wierzą, że wszystko, co ma miejsce tej doczesnej rzeczywistości, w dużej mierze kształtowane jest przez duchy naszych poprzedników, którzy już ukończyli swą ziemską wędrówkę. Naukowe eksploracje tamtejszych jaskiń możliwe były nie tylko po uzyskaniu zgody ze stosownych urzędów, ale również po akceptacji ze strony zmarłych, o co musiał zabiegać miejscowy szaman, odprawiając modły do tego momentu, aż na niebie pojawiła się tęcza. Warto jednak patrzeć na te praktyki spoza naszych racjonalno-pragmatycznych schematów.

Jako ludzie Zachodu nawykliśmy do tego, by panować nad rzeczywistością poprzez łączenie wszystkiego w łańcuchy przyczynowo-skutkowe, których ogniwa na trwałe przymocowane są do skały rozumu, weryfikowanego empirycznym doświadczeniem. Jakże inne podejście znaleźć można u tych pierwotnych (błędem byłoby napisać: prymitywnych) ludów, u których funkcjonuje jakaś szczególna zdolność godzenia się z przeznaczeniem. Wynika to z wolności wobec balastu panowania. Czym dla człowieka Zachodu jest taki balast? To nie tylko kwestia podejścia „naukowego” – to również cała przestrzeń motywacyjna. Europejczyk nie widzi sensu w życiu, które nie byłoby uwieńczone jakimś dziełem, wyczynem, zapisaną myślą itp. Stąd mówimy często o bezsensownej śmierci. Tymczasem dla człowieka z Rapa Nui nie ma śmierci bezsensownej, bo wszystko zatopione jest w oceanie jednego bytu – jak ta Wyspa pośród Pacyfiku. Śmierć nie zyskuje wyższego znaczenia dzięki utrwaleniu się w pamięci potomnych. Ona jest tylko bramą przejścia – równą dla każdego i łączącą wszystkich. Być może jej ciągła świadomość sprawia, że autochtoni z tego izolowanego zakątka świata nie przykładali nigdy wagi do bogacenia się, a ich chaty wyglądają jak tymczasowe szałasy. Śmierć staje się więc ważnym drogowskazem życia…

 
Komentarze (35)

Napisane w kategorii Duchowość, Etnologia, Życie

 

Tezeusz – mit o świecie mężczyzn?

19 paź

2014_10_Tezeusz_Wołosate_

Wołosate dzisiaj - bojkowski cmentarz z owocującą kaliną (jako roślinnym obrazem kobiety) i trzema jaworami (wyrazicielami świata męskiego) – pośrodku Tezeusz walczący z Minotaurem.

Mit o Tezeuszu był mi już wcześniej znany, jednak dopiero dzisiaj odkryłem, jak głęboką niesie on prawdę o naturze mężczyzny. Może najpierw kilka faktów tytułem przypomnienia… Tezeusz był długo wyczekiwanym synem króla Aten, Egeusza – jednak nie przychodzi na świat jako prawowity potomek, lecz rodzi się z tajemnego związku. Dlatego wychowany jest w domu matki. Zanim dojdzie do spotkania z ojcem, Tezeusz wykazuje się nieprzeciętną odwagą i walecznością. Zabija Sinisa, który dla rozrywki rozrywał podróżnych, przywiązując ich do dwóch ugiętych drzew (personifikacja okrucieństwa?) – pokonuje też rozbójnika Peryfeta (symbol chciwości?), a także Skirona, który dając sobie umyć nad przepaścią nogi, strącał gości podstępnie w przepaść (symbol obłudy?). Wreszcie zwycięża olbrzyma Kerkyona (obraz awanturnictwa?) i Damastesa, który w bezwzględnych torturach dopasowywał każdego do swego łoża, skracając mu kończyny lub naciągając do „właściwego” rozmiaru (personifikacja totalitarnych ideologii?). Gdy w końcu Tezeusz po tych wszystkich dowodach męstwa dociera do swego ojca, staje się świadkiem wymuszania daniny z dziewic i młodzieńców od Aten na rzecz króla Minosa. Była to ofiara na pożarcie Minotaurowi. Tezeusz sam się ofiaruje, że stanie do walki z krwiożerczym bykiem. Na dworze Minosa rozkochuje w sobie córkę króla, Ariadnę, która daruje mu kłębek wełny – dzięki tej włóczce, po zabiciu Minotaura, wychodzi cało z labiryntów. Po wszystkim Ariadna gotowa jest płynąć z Tezeuszem do Aten, jednak zabrania tego Dionizos, który pragnie jej dla siebie – Tezeusz zbyt łatwo się zgadza, zostawiając dziewczynę na wyspie…

Gdy Tezeusz obejmuje tron ojca, zdaje się sprawować mądre rządy, jednocząc miasta w jedno królestwo, którego bronić mu przyjdzie przed napierającymi z Azji walecznymi Amazonkami. W jednej z nich Tezeusz się zakochuje – jej imię: Antiopa. Amazonki się wycofują, jednak Tezeusz wykorzystuje wyprawę Heraklesa, który musi zdobyć złoty pas Aresa, będący w posiadaniu walecznych kobiet. Pas ten pomaga Tezeuszowi wykraść rozkochana w nim Antiopa, kładąc wszystko na szali swej miłości, bo przecież wraz ze zdradą towarzyszek, pali za sobą wszystkie mosty. Antiopa udaje się z Tezeuszem do Aten, rodząc mu syna, Hippolytosa. Trudno tu jednak mówić o małżeńskim szczęściu – Antiopa umiera z rozpaczy, gdy Tezeusz wyrusza na coraz to nowe podboje. Po śmierci żony Tezeusz pomaga jeszcze uwolnić z hadesu ukochaną swego przyjaciela – jednak o własnej żonie jakoś nie pomyśli. W międzyczasie żeni się z Fedrą, siostrą Ariadny, bo przypomina mu pierwszą ukochaną. Kiedy jednak przebywał w mrokach krainy zmarłych, opanowała go taka melancholia, że długo nie wracał do domu. Wtedy Fedra zapałała kazirodczym uczuciem do swego pasierba, a nie mogąc go uwieść, zemściła się na nim, właśnie jemu przypisując przed mężem próbę uwiedzenia, za co król skazuje syna na śmierć. Później zrozpaczony ojciec dowiaduje się prawdy. Ze zgryzoty zatrzaskuje się na długo we własnym pokoju, podczas gdy Atenami targają rozruchy – wreszcie król zostaje z miasta wygnany. Trafiając pod dach swego dawnego dłużnika, zostaje przez niego podstępnie zamordowany.

Wracając do mojego odczytania tej opowieści, chciałbym zwrócić uwagę na kilka jej aspektów. Pierwszą jest kwestia poczęcia Tezeusza – piętno rodzicielskich błędów często ciąży na całym życiu dziecka. I choć wydaje się, że Tezeusz wzrasta w jakimś szczególnym blasku chwały, wyróżniając się odwagą i zwycięstwami, które odczytywać możemy na płaszczyźnie walki wewnętrznej – wierności ideałom, których wyrazistość tak często bywa widoczna u młodzieńców: pokonuje więc w sobie chciwość, obłudę, okrucieństwo, awanturnictwo, a nawet ideologiczną bezwzględność. Wreszcie wyrusza w świat, by zmierzyć się z „minotaurami” zewnętrznego zła. I tu otwiera się przed nim – jak przed każdym mężczyzną – labirynt, którego tak naprawdę nigdy nie uda mu się opuścić. Owszem, w zewnętrznym formacie pokonuje bestię i wychodzi z pułapki, jednak porzucenie pierwszej czystej miłości otwiera przed Tezeuszem całe pasmo nieszczęść. Zwróćmy uwagę, że porzuca ukochaną dla Dionizosa – a przecież bóg ten jest personifikacją uciech i zmysłowości. Co prawda Tezeuszowi udaje się dojść do władzy, a nawet stworzyć warunki dobrze prosperującego państwa i rozwojowej rodziny, jednak i druga jego kobieta zdaje się być potraktowana instrumentalnie – cierpi, podczas gdy mąż oddaje się „robieniu kariery”. Wreszcie po stworzeniu trzeciego związku wszystko zdaje się sprzysięgać przeciwko mężczyźnie, który z pozoru panuje nad wszystkim. W kupę gruzów obraca się zewnętrzny świat władzy, jak też wewnętrzny świat uczuć. Każdy mężczyzna, który w pewnym momencie porzuca świat duchowych wartości dla perswazji Dionizosa, kariery własnego królestwa i doraźnie budowanych konstrukcji uczuciowych, musi się liczyć, że wszystko to się w pewnym momencie rozsypie …jak piękny domek z kart.

 
 

Od horroru do humoru – czyli między rozpaczą przemijania a radością nowego życia…

15 paź

2014_10_cmentarz_w_Jasieniu_blog

Stare, ok. 100-letnie, nagrobki na cmentarzu w Jasieniu koło Ustrzyk Dolnych

Wczoraj krążyłem pod połoninami Rawki i Tarnicy, oznaczając swoje powierzchnie badawcze, a jednocześnie obserwując w naturze jesienne aspekty przemijania. Rośliny są ciekawe o każdej porze roku – również wtedy, gdy stanowią już naturalne ikebany zasuszonych przez wiatr bukietów. Lubię taką porę roku, bo stwarza ona zawsze dogodną atmosferę do zatrzymania się nad tą najbardziej „demokratyczną” tajemnicą naszej egzystencji – śmiercią, która przecież dotyczy każdego. Więdną najpiękniejsze kwiaty, ogołocone zostają najpotężniejsze drzewa – wszystko jakby zdaje się szeptać „memento mori” – ale to memento nie jest bynajmniej smutne. Jak mawiał Heraklit: „boimy się jednej śmierci, a już tylu śmierciom ulegliśmy”. Cmentarz jest dla mnie zawsze miejscem wyciszenia, ale i radości – że przemija wszystko, co dotyczy naszej niedoskonałej powłoki, łącznie z jej doczesnymi troskami i bólami, bo prawdziwe życie ma wymiar zupełnie inny!

Niedawno zmarł mój dobry sąsiad. Wracając z gór, przejeżdżałem obok cmentarza, gdzie został pochowany i postanowiłem zajrzeć na jego grób. Panował już wieczorny półmrok. Podchodzę do mogiły, a tu – żadnych kwiatów ani krzyża! Podchodzę bliżej – o zgrozo widzę pusty dół z odsuniętą płytą! O żadnej pomyłce nie mogło być mowy, bo przecież osobiście byłem na pogrzebie i ziemię na trumnę sypałem, a grób był w bardzo charakterystycznym miejscu, obok kaplicy. Zrobiło mi się nieswojo.  Zmierzam ku wyjściu, zastanawiając się, czy cały ten pogrzeb nie był czasem tylko moją halucynacją… A tu nagle z tyłu rozlega się daleki głos, jakby sąsiad z zaświatów nawoływał – „Adam!”.  Odwracam się na pięcie (i w napięciu) – nikogo nie widzę. Ciarki mi przeszły po plecach i przyspieszyłem kroku – znowu: „Adam”… Tym razem po odwróceniu zauważyłem w półmroku postać – wytężam wzrok, a to …syn owego sąsiada (miał podobny głos do ojca). Stał przed świeżą mogiłą na drugim końcu cmentarza… Rozwiązała się też zagadka zniknięcia trumny – okazało się, że musieli ją przenosić, bo dół wykopano w omyłkowym miejscu, a syn nie chciał już robić podczas pogrzebu zamieszania… No cóż, za życia ów Sąsiad też bardzo lubił żartować! ;)

Uśmiecham się w tym miejscu i pozwalam sobie na ten dość swobodny ton, choć przecież mowa o śmierci bliskiego mi Sąsiada i żałobie jego rodziny. Ale właśnie gdy rozmawiałem z tą rodziną, uświadomiłem sobie, w jak naturalny sposób podchodzić można do odejścia bliskiej osoby. Miało się wrażenie, że traktują to odejście jak podróż, w którą Zmarły musiał niespodzianie wyjechać. Nie czynili z tego rozpaczy – czuło się jedynie smutek, że już ich opuścił – ale jednocześnie nadzieję, że już jest z innymi bliskimi. I chyba tak powinno wyglądać pożegnanie zmarłych wśród chrześcijan… Kiedy w ostatnim czasie zbierałem materiały do nowej książki (Roślinne motywy na bieszczadzkich cmentarzach), często odnosiłem wrażenie, że właśnie cmentarze stanowią prawdziwe centrum życia. Tam, gdzie złożono zwłoki najbliższych, koncentrują się dziś wszystkie myśli na temat sensu i piękna przemijania. To tutaj najłatwiej o zdystansowanie się do codziennej krzątaniny, bieżących problemów i lęków – bo też tutaj znajduje się szczególne pokłady nadziei, że wszystko to ma charakter jakiegoś tworzonego dzieła, które zostaje oprawione w ramy dopiero wraz z pochowaniem zwłok. Ciało przestaje mieć już wymiar obiektu, o który trzeba się troszczyć – teraz człowiek jest w pełni wolny, a dramat jego życia staje się opowieścią, którą wystawiają wszystkie teatry niebios.

 
 

Tragedia współczesnego Narcyza

05 paź

2014_10_Stebnik_NarcyzNarcyz kwitnący na starych grobach w Stebniku – i obraz Caravaggia „Narcissus” (1594 r.)

Natknąłem się dziś na ciekawą myśl Tomaśa Halika: „Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz samolubstwo. Przeciwieństwem wiary nie jest ateizm, lecz samoubóstwienie”. Prawdziwa miłość i wiara, rozumiana jako miłość do Boga przez człowieka – i miłość do człowieka przez Boga, oferują nam zawsze najwyższy pułap wolności – wyzwolenie z najcięższych galer – uwięzienia człowieka w samym sobie. Jednak każdy z nas nosi w sobie Narcyza – jak zauważa Halik – nawet święci i mistycy nie byli od niego wolni, co chwilami może nas razić w ich egzaltowanych wyznaniach. Jednak świętość polega na uświadomieniu sobie tej słabości i zaprzęgnięciu jej do pracy – im bardziej kocham siebie, tym bardziej czuję się wezwany do miłości tych, którzy mnie miłością nie darzą. Jak jednak odróżnić tę zdrową miłość do samego siebie od narcyzmu? Narcyz zawsze szuka podziwu u innych – konkluduje Halik – nie może się obyć bez tego narkotyku, w istocie jednak boi się zostać sam na sam z prawdziwym lustrem, którym bywają najbliżsi lub ci, którzy nie podejmują narcystycznej gry.

Narcyz zawsze szuka lustra własnej imaginacji, które nigdy nie mówi prawdy, lecz wyraża narcystyczne pragnienia – oszukuje jak w tej bajce, kiedy musi chwalić piękno królowej. Takie fałszywe zwierciadło stwarza w istocie pozorną rzeczywistość. W takiej sytuacji nie trudno o doznanie szoku i buntu wobec nagłej konfrontacji z innymi ludźmi. Halik sugeruje nawet, że stąd biorą się szaleńcze akty masowych zabójstw, dokonywanych na oślep, kiedy to szaleniec sam szuka śmierci, chcąc jednocześnie pociągnąć za sobą jak najwięcej ofiar. Dlaczego? Bo ten bunt go przerasta – a największym wrogiem wydaje się społeczeństwo, które przestało być owym zwierciadłem iluzji.  Skoro nie mogę zachwycać swym wizerunkiem, to przynajmniej zadziwię świat swoim postępkiem. Pojawia się kolejna iluzja – przeżycia własnej śmierci przez jej nagłośnienie, jak u Herostratosa. Motyw zewnętrzny może być różny – polityczny, ideologiczny, czy religijny. Giną ludzie przypadkowi, bo też nie jest ważne kim oni są i co czują – ważne jest, by tej zbrodni nadać jak największy rozgłos. Fanatycy gotowi są zabijać nawet współbraci w wierze, byle pokazać determinację, która w istocie jest pospolitym tchórzostwem – ucieczką od swego prawdziwego odbicia, osadzeniem własnej osoby na tronie samouwielbienia poprzez fałszywe męczeństwo.

Zastanawiam się, czy ci współcześni „Herostratosi” targnęliby się na taki krok, gdyby wiedzieli, że ich czyn nie zostanie przez nikogo zauważony? Z pewnością nie. Islamiści dzięki medialnemu nagłośnieniu w bestialski sposób mordują dziś zakładników na oczach całego świata. Zabijają niewinnych, którzy przybyli do ich kraju niosąc humanitarną pomoc. Owładnięci narcystycznym obłędem, który chcą uzasadnić służbą Allachowi, mordują tak naprawdę wyłącznie dla siebie – nawet wtedy, gdy zasłaniają twarz. Wystarczy fałszywy podziw i szacunek współtowarzyszy (szacunek fałszywy, bo gdyby taki „bohater” sam złamał jakiś punkt „świętego” prawa, natychmiast stałby się dla nich ostatnim śmieciem – prasa donosi, że doświadczył tego brat przywódcy Islamskiego Państwa). Można się zastanowić, dlaczego tak wielu islamistów rekrutuje się z zachodnich społeczeństw? Mieli przecież dotąd dostęp do zasobnego świata. Myślę, że w jakimś momencie rozbiło się ich narcystyczne lustro – prysnął fałszywy obraz, a pojawiło się odbicie prawdziwe, widziane w społeczeństwie – takie lustro trzeba jak najszybciej rozbić. Narkotykiem, który ma znieczulić sumienie i zagrzać do walki, jest religia (czy raczej jej surogat) – nieszczęściem dla świata staje się istny korowód takich „religijnych Narcyzów”, którzy ostatnim rozpaczliwym aktem próbują odtworzyć utracone lustro iluzji.