RSS
 

Archiwum - Listopad, 2014

Między bestią a twórcą…

23 lis

2014_11_Akwarele_Hitlera_1

Dlaczego zestawiłem te akwarele na tle bieszczadzkiego pastwiska, z Połoniną Caryńską w tle?…

Wczorajsze gazety obiegła wiadomość o sprzedaży jednej z akwareli Adolfa Hitlera – to ta pośrodku, przedstawiająca ratusz w Monachium. Patrząc na ten kameralny fragment starej architektury, jak też na inne akwarele tego autora, czuje się jakiś głęboki dysonans, wynikający z zestawienia delikatności tych pejzaży i wiedzy o samym malarzu. Coś w głębi jakby krzyczało: tego nie mógł namalować ktoś taki jak Hitler! Ale spotkałem się też z inną reakcją: to nie jest żadna sztuka, to kicz! Myślę, że jedna i druga opinia kryje w sobie ten sam mechanizm – jest nim skłonność do osądu dzieła przez pryzmat jego twórcy, i samego twórcy – przez pryzmat wyrządzonego przez niego zła (a nie przez wzgląd na stworzone dzieło). To oczywiście zrozumiałe, że nie można kłaść akwareli na szali z milionami ludzkich istnień, nie o to mi chodzi – idzie raczej o samą generalizację, w której gubi się zdolność do zatrzymania się nad choćby cząstkową wartością człowieka, który dał się opętać złu. Dlaczego obrazy Hitlera wmontowałem w powyższy kolaż z pastwiskiem? Działałem tu impulsywnie i dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że moja podświadomość chce wyrazić coś, co jest w nas głęboko ukryte…

Czy potrafilibyśmy sobie wyobrazić Hitlera jako wrażliwego chłopca, który oddaje się sztuce, szukając w niej prawdy i piękna? I czy zmieniłaby się nasza percepcja tej osoby, gdybyśmy poznali bolesne zranienia, jakich doznał w dzieciństwie i młodości? Bicie i upokarzanie w domu, poczucie odrzucenia w szkole, uczucie poniżenia i bezsilności po przegranej wojnie, wreszcie całkowite zanegowanie talentu przez komisję weryfikacyjną wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych… Czy te i inne epizody z życia nie mogły wpłynąć na obudzenie w młodym Adolfie demoniczno-hipnotycznej osobowości, w której odkrył niespożytą siłę uwodzenia? Czy w każdym z nas nie drzemie gdzieś tam na dnie taka bestia? (oczywiście skrojona na miarę naszej osobowości – podobnie jak się mówi, że w każdy nosi w sobie uśpionego świętego). Czasy Hitlera obfitowały w ludzi głęboko okaleczonych, którzy byli szczególnie podatni na obudzenie w sobie bestii. Nawet wielcy myśliciele, tacy jak Heidegger, nie potrafili się oprzeć tej pokusie, by wyzwolić wizję „nadczłowieka”, który jawił im się jako punkt zwrotny w historii przezwyciężania ludzkiej kondycji bezwładu i rozkładu.

Nazistowski nadczłowiek miał się stać panem historii, biorącym w absolutne posiadanie swój świat wewnętrzny (zapanowanie nad odruchami litości, lęku i sentymentu), jak też całą rzeczywistość zewnętrzną. Która z ofiar tegoż uwodzenia u samych jego początków mogła przewidzieć, dokąd ta droga prowadzi? Kto mógł wtedy antycypować, że ów nadczłowiek przedzierzgnie się wkrótce w najbardziej zezwierzęcone zwierzę, z innych ludzi czyniąc najpodlej urzeczowioną rzecz? Oderwanie od fundamentów tradycyjnego świata wartości pozwalało nadczłowiekowi dryfować po oceanie relatywizmu – i nawet wtedy, gdy po raz pierwszy zaczęły padać hasła o umniejszeniu roli niektórych grup społecznych (jeszcze nie było mowy o eksterminacji), o partyjnym podporządkowaniu wszystkich dziedzin życia i szukaniu na zewnątrz nowych przestrzeni życiowych, początkowo większość brała to za dobrą monetę – jako przejściowy okres konieczności dziejowej. Czy i w życiu wewnętrznym każdego współczesnego człowieka nie przychodzą pokusy, aby na jakiś czas zawiesić kodeks moralny – żeby potem wyprowadzić z owego „zawieszenia” jeszcze większe dobro? Myślę, że to jedna z najgroźniejszych pokus człowieka. Czy doświadczył jej Hitler z chwilą, gdy ktoś w sposób bezwzględny przekreślił jego artystyczną karierę? Tego nie wiem. Mam jednak głębokie przeświadczenie, że ludzie, których postrzegamy jako „bestie” (odmawiając im człowieczeństwa), w istocie są do nas przerażająco podobni. Przysłówek „przerażająco” używam tu nie w celu dystansowania się wobec ich bestialstwa, ale z zamiarem wskazania na prawdę o nas samych – o częstym balansowaniu nad równią pochyłą, gdzie wystarczy jeden krok, by wejść w pole grawitacji zła, spadając w otchłań nicości.

 
Komentarze (62)

Napisane w kategorii estetyka, Etyka, Psychologia

 

Między statyką śmierci a dynamiką życia

06 lis

2014_11_Wołosate_składanka_konie

Czym byłby świat, gdyby nie kontrasty barw, czym wartości stałe – gdyby nie ciągła dynamika? Czy żywego konia może zastąpić koń z brązu?… Wołosate, droga na Tarnicę i nasze hucuły – wczoraj, podczas halnego, łeb chciało urwać, ale za to zrobiło się ciepło…

 Eleacka koncepcja niezmienności bytu (Parmenides z Elei), głosząca, że każdy ruch i wszelka zmiana są tylko złudzeniami, zdaje się przesuwać środek ciężkości z ontologii ku aksjologii, przygotowując grunt pod świat idei Platona. Byt nie ma przeszłości (bo nie mogło go nie być) – jest więc wartością niezmienną. Nie ma też przyszłości (bo nie ulega przemianom) – może więc być tylko statycznie rozumianą teraźniejszością. Niebyt zaś jest tylko abstrakcyjnym pojęciem, niemającym odzwierciedlenia w rzeczywistości. Złudzeniem jest ruch, co starał się wykazać Zenon z Elei za pomocą swych słynnych paradoksów z Achillesem goniącym żółwia czy zawieszoną w martwym punkcie strzałą. Jeśli lecąca strzała nie może być w żadnym momencie zlokalizowana – to znaczy, że jej nie ma, a jeśli może – to znaczy że ruchu nie ma… Paradoks ten próbował rozwiązać Anaksagoras, twierdząc, że stoimy tu wobec dwoistości bytu – z jednej strony mamy byt nieruchomy (w „nasionach” rzeczy), z drugiej strony – byt ruchomy, możliwy dzięki obiektom złożonym. Przenosząc to na dzisiejszy język fizyki, moglibyśmy sięgnąć do istoty elektronu, który sam w sobie jest statyczny, a względem innych cząstek – dynamiczny.

Empedokles, który był prawdopodobnie pitagorejczykiem, wskazywał na cztery żywioły, które mogą się mieszać w różnych proporcjach, dając całą paletę różnorodności. Za szczególnie ważny żywioł uważał ogień, który według niego jest sprawcą życia. Powstawanie i niszczenie, życie i śmierć – to łączenie i rozłączanie żywiołów, które w samej swej istocie są nieśmiertelne. Siłami sprawczymi tych przemian są miłość i nienawiść. Empedokles uważał, że we wszechświecie przeważa ta ostatnia, lecz istnieją też ogniska miłości, skupiające się w kule (sfery). Skupiskiem żywiołu ognia jest Słońce, a jego odbiciem – Księżyc. Można w tych spekulacjach wyczuć ogromny ładunek intuicji, która dotyka zarówno spraw fizycznych, jak i duchowych. Czyż „nasiona” Anaksagorasa nie były odpowiednikami cząstek elementarnych, a miłość skupiająca „kule” Empedoklesa – czy nie kojarzy się z grawitacją? Intuicyjnie czujemy też, że cały ten opis można wykorzystać w kategoriach metaforycznego opisania zależności duchowych.

Żyjemy pośród żywiołów zniszczenia, a jednak opieramy się im, tworząc coś, co stanowi przeciwieństwo powszechnej entropii. Człowiek jest z natury istotą żeglującą pod prąd. Cała nasza aktywność jest procesem przeciwstawiania się niszczącej sile świata, którego przecież jesteśmy cząstką. Wymaga to od nas ciągłej dynamiki, więc jesteśmy istotami nieustannej drogi. Ruch wypełnia nasze życie, a jednak żyjemy wartościami, które w swej istocie są niezmienne. Jak pisał Władysław Stróżewski, istnieją rzeczy konieczne (niezmienne) i wątpliwe (przygodne) – przenoszenie pierwszych do drugich grozi relatywizmem, zaś odwrotnie – czynienie bytów przygodnych wartościami stałymi, grozi fanatyzmem. Jednak kochać bliźniego to również uwzględniać jego system wartości, który przecież nigdy nie ma wymiaru ostatecznego i zawsze w jakimś zakresie rozmija się z moim. Dialog jest więc owocny tylko wtedy, gdy jestem otwarty na przyswojenie wartości drugiej osoby – oczywiście do określonej granicy, którą jest przeczucie wartości koniecznych. Co ciekawe, samo życie jest zjawiskiem przygodnym (mogłem nie zaistnieć), natomiast śmierć jest już procesem koniecznym (muszę umrzeć). Żyjemy więc wśród samych paradoksów – i może właśnie to jest źródłem całej dynamiki, jaką jest nasze życie?…

 
Komentarze (68)

Napisane w kategorii Filozofia, Życie