RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2015

Dar afirmacji – w drodze ku horyzontom pragnień…

15 sty

2015_01_WetlinskaJakie bariery w życiu utrudniają nam afirmację horyzontu? Czy są to tylko bariery zewnętrzne?… Widok z Połoniny Wetlińskiej na Połoninę Caryńską i Szeroki Wierch z Tarnicą (w tle Karpaty ukraińskie)

 Tęsknota jest afirmacją przeszłości, marzenie – afirmacją przyszłości, a kontemplacja, której czasem towarzyszą różne formy celebracji – afirmacją teraźniejszości. Często jedno przechodzi w drugie – np. dawne celebrowanie świąt staje się dziś dla nas ciepłym wspomnieniem. Celebracja często niesie z sobą konotacje religijne – nabożeństwa mają swoją oprawę, która staje się naoczną ekspresją treści duchowych (inna sprawa, że nadmiernie rozbudowany ceremonializm może te treści skutecznie stłumić i spłycić). Ale celebracja może również dotyczyć czynności z pozoru prozaicznych – np. pakowania plecaka, które w ten sposób staje się ważnym wstępem do afirmacji jakiejś górskiej wyprawy (miałem kiedyś kolegę, który tak wielką wagę do tego przywiązywał, że przygotowywanie każdej górskiej wyprawy było dla niego jak nabożeństwo – dlatego denerwował się zawsze na widok mojej nonszalancji w pakowaniu bagażu). Wróćmy jednak do samego fenomenu afirmacji…

Wyzbywanie się wspomnień, czy też zredukowanie ich poprzez pragmatycznie okrojenie z emocjonalnej otoczki, pozbawia nas bardzo istotnej sfery tożsamości, którą nazwałbym tu roboczo świadomością afektywną. Podobny skutek przynosi wyzbycie się tego afirmatywnego podejścia do przyszłości. Bo czy równie intensywnie moglibyśmy przeżywać wyjazd w góry, gdybyśmy całymi dniami wcześniej o nich nie myśleli? Pragnienie ukierunkowuje naszą myśl ku szczęściu, ale – w przeciwieństwie do potrzeby – nie może być nigdy zaspokojone. Im bardziej intensywne, tym większy i głębszy otwiera się przed nami horyzont doznawania szczęścia. Bo pragnienie jest nieodłącznie związane z nadzieją, a tej – wbrew obiegowym powiedzeniom – nie da się z niczym wiązać. Można jedynie poszerzać jej pole – jak linię horyzontu. Intuicyjnie czuję, że to właśnie nadzieja jest kluczem do zrozumienia, czym jest afirmacja.

Kiedy tracimy zdolność afirmowania rzeczywistości, znika gdzieś wewnętrzny napęd życia – od spraw całkiem małych do tych największych. Czy kawa może smakować, kiedy nie celebrujemy jej zapachu, procesu zaparzania, widoku dryfującej pianki? Czy góry mogą cieszyć, jeśli choć na chwilkę nie wyłączymy myślenia o codziennych problemach i nie zatopimy się w bezkresie przestrzeni? Życie bez afirmacji przypomina bezwładnie spadającą lawinę, która niszczy i dusi wszystko na swej drodze, by w końcu się unicestwić. A wspomnienie, które odcina się od emocjonalnego przeżywania tego, co już minęło – czym się staje? Wyschniętym źródłem? Suchym korytem rzeki? Tęsknota jest nam potrzebna jak ożywiająca woda. Afirmacja jest jak tlen, którym oddychamy. Każdy jej przejaw jest częścią najbardziej wewnętrznego przeżywania tego świata. Jej horyzont nie jest tym, co nas otacza, nie znajdziemy go w zjawiskach i przedmiotach, choćby najpiękniejszych. Bo afirmacja jest we mnie i w Tobie – jest darem, który pragnie być stale darowywany.

 

Między fotografią a małżeństwem

11 sty

2015_01_Małżeństwo i WYWOŁYWANIE_ZDJĘĆ

Zdjęcia ślubne – moi Pradziadkowie, Dziadkowie i Rodzice

Jakie wnioski można wysnuć na podstawie różnic między światem fotografii analogowej i cyfrowej? Co zmieniło się w ostatnich dziesięcioleciach w zakresie przeżywania narzeczeństwa i małżeństwa? Czy młodzi ludzie wchodzą dziś w relacje równie świadomie i z równą starannością potrafią je ożywiać? Albo inaczej: czy tzw. luźne związki partnerskie nie przypominają dziś szybkiego pstrykania zdjęć i równie pośpiesznego ich kasowania? Znany benedyktyn, o. Leon Knabit, w ciekawy sposób zilustrował te zagadnienia analogią do fotografii, ujmując miłość na etapie zakochania w kategoriach wywoływania, a czas małżeństwa przyrównując do etapu utrwalania: człowiek dla człowieka jest tylko wywoływaczem, a Pan Bóg – utrwalaczem. Porównanie to, wobec nowej technologii nieco już archaiczne, najlepiej rozumieją ci, którzy kiedyś godzinami przesiadywali w ciemni. Przypominam dziś sobie z pewną nostalgią tamte czasy i przychodzi mi na myśl rozwinięcie tej metafory.

Gdy w mojej zaimprowizowanej ciemni wywoływałem kliszę, umieszczając ją w tzw. koreksie, musiałem to robić w absolutnej ciemności – bez zapalania nawet czerwonej lampki (którą stosowało się już przy dalszym procesie wykonywania odbitek). Nie dało się więc na bieżąco sprawdzać efektów wywoływania – dopiero po całej procedurze, wykonywanej po omacku (wywołaniu, płukaniu, utrwalaniu i ponownym płukaniu), można było zobaczyć, jak wyszły poszczególne klatki filmu, który trzeba było jeszcze dobrze wysuszyć. Dopiero wtedy można było przystąpić do najbardziej fascynującego etapu – założenia filmu na powiększalnik i naświetlania papieru fotograficznego. Gdyby teraz porównać to zajęcie do relacji między kobietą a mężczyzną, pstrykanie zdjęć i wywoływanie kliszy jest narzeczeństwem, utrwalanie filmu – ślubem – i dopiero potem zaczyna się na dobre cała zabawa – robienie odbitek. Metaforę tę można też rozwinąć na inne rodzaje relacji człowieka wobec osób, a także wobec całego świata.

Przyszła mi teraz na myśl różnica między dawnym robieniem zdjęć metodą analogową, a dzisiejszą techniką cyfrową, w której przeważa liczba nad jakością, szybkość nad kontemplacją… Ale wróćmy jeszcze do dawnej fotografii. Kiedy zakładałem kliszę na powiększalnik, widziałem już wyraźnie, które klatki zostały prześwietlone, a które niedoświetlone lub zupełnie zepsute. Dobry fotograf potrafił jednak coś z każdego filmu wyciągnąć, korygując każdą klatkę krótszym lub dłuższym naświetlaniem papieru. Każde też ujęcie można było odpowiednio skadrować, wycinając plamy lub niepasujące obiekty. Wymagało to oczywiście bardzo dużo cierpliwości. Często takie wywoływanie zajmowało mi całą noc – do szkoły szedłem niewyspany, ale spełniony. W małżeństwie niewiele możemy już zrobić z samą kliszą – jakość negatywu jest odzwierciedleniem wyobraźni i staranności podczas „pstrykania” zdjęć i ich wywoływania. Możemy jednak zadbać, aby film ten został dobrze utrwalony, pracując później nad naświetlaniem i obróbką każdego kadru. Bez utrwalenia wszystko sczernieje (obraz całkiem zniknie), a bez cierpliwej obróbki – ujęcia mogą być blade, ciemne lub po prostu nieciekawe.

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii Etyka, Psychologia, Rodzina

 

Od roszczeniowości do wspaniałomyślności

07 sty

2015_01_Trzech_Króli

Trzej Królowie (i pies) - katapultują się w stronę Gwiazdy Betlejemskiej  :)

Przy wczorajszym święcie zastanawiałem się, z jaką cnotą można by powiązać wymowę Trzech Króli? Najbardziej pasowało mi skojarzenie, że jest ono oddaniem czci WSPANIAŁOMYŚLNOŚCI, którą zwykle wyróżnia: 1) bezwarunkowość i bezinteresowność – człowiek taki nie daje ze względu na coś zaistniałego, czy też z oczekiwaniem czegoś w zamian; 2) dobrowolność – obdarowuje w sposób niewymuszony i nieoczekiwany; 3) skromność – darujący zawsze stara się pozostać w ukryciu, nie wyjawiając swego imienia i nie oznajmiając skąd przychodzi (jedynie za sprawą tradycji poznaliśmy imiona trzech mędrców – czy jednak są to ich prawdziwe imiona, ilu ich faktycznie było i skąd w ogóle przybyli, tego już potwierdzić nikt nie może).

 Gdy człowiek spotyka na swej drodze postawę wspaniałomyślności, pragnie w ten sam sposób się odwdzięczać innym – dobrowolność, bezinteresowność i skromność stają się naturalnym rytem naszych relacji. Tu chyba w najbardziej namacalny sposób dotykamy ewangelicznego cudu rozmnożenia chleba – każdy dotknięty wspaniałomyślnością sam staje się równie wspaniałomyślny. Kiedyś czytałem (chyba to było w „Szacie” Douglasa) takie wyjaśnienie cudu rozmnożenia, że każdy pod pazuchą trzymał dla siebie bochenek, nie pokazując go innym – dopiero wtedy, gdy Jezus podzielił się ostatkiem zapasów, nagle komuś pękło to wrodzone asekuranctwo i zaczął również rozdawać swoje zapasy, co spowodowało całą reakcję łańcuchową. Czyż nie jest to przykład „zaraźliwego” charakteru wspaniałomyślności? Nie wiem, czy ów cud tak właśnie wyglądał, ale przyznam, że to tłumaczenie najbardziej do mnie przemawia i nie ujmuje ani okrucha z cudowności całego wydarzenia.

 Niestety zupełnie podobną reakcję, tylko w odwrotnym kierunku, obserwujemy w przypadku postawy roszczeniowej. Wiemy dobrze, że zupełnie inaczej daje się coś ze szczerego serca, gdy ktoś nie oczekuje od nas daru – a inaczej, gdy wywiera presję. Chwilami zadaję sobie pytanie, jak wobec takich postaw reagować? Czy zdecydowanym oporem, dając tym do zrozumienia, że nie tędy droga? (przekazując oczekiwany dar, w razie faktycznej potrzeby, przy innej sposobności). Czy może jednak być zawsze gotowym do darowania czegoś, czego ktoś ode mnie oczekuje – w myśl Ewangelii: „Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz!” (Mt 5,40). Może właśnie ta druga postawa jest w stanie przerwać przekleństwo łańcucha roszczeniowości, ustępując miejsca postawie wspaniałomyślnej?

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Duchowość, Etyka, Życie

 

„Herezje” (?) Mistrza Eckharta

02 sty

2015_sty_Mistrz_Eckhart

„Wybór Pism” Mistrza Eckharta - prezent, jaki sobie sprawiłem pod choinkę

Mistrz Eckhart przed siedmioma wiekami pisał „Kazania”, w których czytamy: „Gdyby moja dusza była równie dobrze przygotowana, a Bóg znalazł w niej tyle samo miejsca, co w duszy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, w równie doskonałym stopniu by ją napełnił. Bo Duch Święty musi płynąć tam, gdzie znajduje wolną przestrzeń i dopóki ją znajduje.” (K 81) Dalej Eckhart pisze: „Gdybym miał boga, którego bym mógł zrozumieć, nigdy bym go nie uznał za Boga”. Bo według uczonego Mnicha, kiedy próbujemy sprowadzić Boga do ludzkich wyobrażeń, sami zamykamy się w tym naszym ograniczonym świecie zwierzęcości. Eckhart daje więc nam radę, jak tej nieszczęsnej redukcji uniknąć: „Przestań być sobą i zanurz się w Jego bycie. Twoje >być sobą< i Jego >być sobą< niech się staną w pełni jednym >moim<, tak żebyś mógł z Nim przez wieki poznawać Jego pozbawione początku istnienie i bezimienną Nicość”. (K 83) Owa „nicość” od wieków budziła podejrzenia…

 Można tu odnaleźć myśl pokrewną buddyzmowi, choć nie da się tu mówić o jakimkolwiek wpływie dalekowschodniej tradycji – ponadto należy odczytywać te słowa w kontekście całej mistyki Eckharta, a ta – jak wiemy – daleka jest od propozycji jakiegoś unicestwienia w nirwanie. Co więc odróżnia tę mistykę od buddyzmu? Przede wszystkim Bóg dla Eckharta jest Osobą. Zakonnik pisze w innym miejscu, że „są trzy powody, z których powodu dusza nie jednoczy się z Bogiem. Po pierwsze nie jest prosta. Kiedy bowiem dusza się skłania ku stworzeniom, nie jest prosta. Po drugie, ponieważ jest zmieszana z rzeczami doczesnymi. Po trzecie skłania się ku ciału. (K 85). Mamy tu więc po pierwsze wewnętrzny żywioł, który bywa odbiciem zewnętrznego chaosu i który nieustannie targa naszą duszą, przejawiając się w jej „złożoności”. Po drugie – wpisanie bytu w przemijalność rzeczy, co rodzi iluzję przemijania wszystkiego. Po trzecie – cielesność, która przed naszą wolą stawia odmienne priorytety.

 Warto jednak przypomnieć tu także na wskroś średniowieczną tradycję chrześcijaństwa, którą żył ów zakonnik, wychwalając w jednym ze swych Traktatów cnotę posłuszeństwa – jako tę, która przewyższa wszystkie inne cnoty, bo: „w prawdziwym posłuszeństwie nie ma miejsca na żadne >chcę tak czy inaczej<, wymaga ono pełnej rezygnacji ze swojego.” Wskazówka ta wyraźnie oddziela CHCENIE, oparte na wyborach doraźnych, od WOLI, która podporządkowuje wszystko raz dokonanemu wyborowi trwania. W pierwszym jestem cały „JA”, w drugim, wyrzekając się samego siebie, przyswajam „TY” Boga, jednocząc się z Jego wolą przez wolę ziemskiego przełożonego. Stajemy tu przed kluczowym zagadnieniem dla chrześcijańskiego pojęcia wolności, tak często dziś mylonej ze swobodą i możliwością samowolnego wyboru. Podobnie jak wartością stało się dziś „bycie sobą”, rozumiane w kategoriach autentyczności. A przecież w przesłaniu Mistrza Eckharta „przestać być sobą” nie oznacza przywdziania maski fałszu – chodzi tu jedynie o to, by „porzucić siebie”, czyli wyzbyć się swych przelotnych zachcianek i wyobrażeń.

 
Komentarze (33)

Napisane w kategorii Duchowość, Filozofia, Wiara