RSS
 

Archiwum - Luty, 2015

Kot Schrödingera i Dama z gronostajem – czyli o realności inaczej…

23 lut

2015_02_Dama_z_gronostajem

„Ryś Schrödingera” ;) i „Dama z łasiczką” – czyli wyobraźnia pod połoninami :)

Od pewnego czasu nurtuje mnie problem eksperymentu myślowego znanego pod nazwą „kot Schrödingera”. Doświadczenie to zakłada, że według opisu kwantowego kot może być w jednym czasie żywy i martwy. Wiem, że w opisie kwantowym istnieje zasada nieoznaczoności Heisenberga i że na poziomie kwantowym trudno jest w jednoznaczny sposób określić pozycję. Ale dlaczego wspomniany kot miałby istnieć w hipotetycznych dwóch stanach? Owszem, dla obserwatora zachodzi tu logiczna koniunkcja – ale nie dla kota, dla którego istnieje tylko alternatywa „być albo nie być”. Początkowo więc ów pomysł wydawał mi się absurdalny, bo przecież losowy układ kwantów nie stanowi tu żadnej osobliwości – i gdyby za ten jeden, decydujący foton podstawić np. piłeczkę, przebieg całego eksperymentu, w układzie izolowanym od obserwatora, byłby ten sam…

Przyszło mi jednak na myśl, że doświadczenie to, choć w założeniu miało obnażać absurd zestawień świata makroskopowego ze zjawiskami kwantowymi, wskazuje też na coś znacznie ciekawszego – że jakaś sytuacja zachodzi dopiero wtedy, gdy poprzedzona zostaje obserwacją. Kolejny absurd? Otóż niezupełnie – zdarzenie samo w sobie jak gdyby nie ma szansy zaistnieć, dopóki nie zostanie wpisane w świadomość podmiotu. Wskazuje to na podmiotową naturę wszelkich zjawisk – bez obserwatora cała rzeczywistość zaczyna tracić sens. Uzasadnieniem każdego zjawiska staje się dopiero jego percepcja przez podmiot. Wiem, że to koncepcja skrajnie antropocentryczna, ale czy będąc skazani na subiektywne rejestrowanie fenomenów jesteśmy w stanie wypracować inną? Czy możemy sobie w ogóle wyobrazić świat bez podmiotu? Owszem, powierzchownie tak – ale nawet gdy taki świat w naszych myślach istnieje, to tylko dlatego, że człowiek jest „po drugiej” stronie takiego wyobrażenia.

Reasumując: wszystko istnieje tylko o tyle, o ile może zaistnieć DLA, wchodząc w skład jakiejś żywej relacji. Załóżmy, że odwiedzam Muzeum Czartoryskich w Krakowie i dokonuję wirtualnego zniszczenia „Damy z gronostajem” – tzn. przed kamerami urządzam mistyfikację zniszczenia słynnego obrazu Leonarda. Robię to, aby sobie ten portret przywłaszczyć. Moja iluzja jest tak perfekcyjna, że dla wszystkich na świecie staje się oczywiste, iż dzieło przestało istnieć. Jednak nadal istnieje DLA świata (jako idea, utrwalona w licznych kopiach) i DLA mnie – jako dzieło wciąż realnie istniejące… Powiedzmy, że po mojej śmierci odkrywają ten obraz jacyś prymitywni islamiści, którzy w międzyczasie najechali Europę i którzy nigdy nawet o Leonardzie nie słyszeli. Czy jest dla nich dziełem? Nie – stanowi tylko jeden z wielu „bałwochwalczych” przedstawień człowieka, które trzeba zniszczyć - albo też nawet się o nim w ogóle nie dowiedzą, bo spalą cały budynek bez zaglądania do środka…

PS. Trochę tu podryfowałem w stronę wytworów kultury, a powinienem się konsekwentnie trzynamć „kota”, czyli wytworów natury. ;) Niemniej na obu płaszczyznach problem jest analogiczny – oczywiście przy zastosowaniu odpowiedniej soczewki subiektywizmu – co nie znaczy, że wchodzę tym samym w jakiś totalny relatywizm. Prędzej w relacjonizm, jeśli można tak powiedzieć…

 
Komentarze (28)

Napisane w kategorii Filozofia, Psychologia

 

Szczęście z malinowego chruśniaku…

11 lut

2015_02_Wetlinska-maliny

Pędy malin na tle doliny Berehów Górnych (na horyzoncie połoniny Szerokiego Wierchu i Tarnicy) – widok ze stoków Połoniny Wetlińskiej.

 Malinowy chruśniak kojarzy nam się raczej z beztroskim latem. A przecież to właśnie w okresie zimowym Bojkowie i Łemkowie często sięgali po pędy malin, by zaparzać z nich aromatyczne herbatki.  Może ktoś z Was ma jakieś rodzinne doświadczenia w zakresie przyrządzania zimowych napojów na bazie tego, co teraz w przyrodzie dostępne? Chętnie bym posłuchał. Nie ma to jak gawędy przy gorącej herbatce, gdy za oknem błyszcząca tafla zmrożonego śniegu i wiatr, gwiżdżący na soplowych organach z lodu…

Przy okazji zastanawiam się, w jaki sposób ludzie dawniej spędzali te długie, zimowe dni - a szczególnie wieczory – w surowym klimacie górskim, kiedy chałupę po dach zasypało, internetu ni żadnego radia czy telewizji nie było, nawet do sąsiadów nie dało się za bardzo wyjść. Przez malutkie okienko widać było świat tylko o tyle, o ile się na szybę nachuchało. Dziadkowie grzali się gdzieś na przypiecku, rodzice chrustu co chwilę z zagaty do pieca musieli donosić, bo szybko przez komin wywiewało, a dzieci pewnie znajdowały sto sposobów na zabawy – bo też sami dobrze wiemy, o ileż większa fantazja naszym zabawom towarzyszyła, gdy dostęp do zabawek był mocno ograniczony…

I tutaj rodzi się refleksja nad szczęściem – czy można je osiągnąć przez podnoszenie poprzeczki zewnętrznego statusu życia? Czy nasi przodkowie przez surowe i krótsze życie byli mniej od nas szczęśliwi? Czy przez brak dostępu do techniki byli mniej kreatywni? Czy herbata z malinowego chrustu mniej smakowała od tej dzisiejszej, w saszetkach – zaprawianej intensywnymi, lecz sztucznymi aromatami? A może jednak poczucie szczęścia trzeba odmierzać całkiem inną miarą? Miarą wewnętrznej wrażliwości na to, w jaki sposób potrafimy coś doświadczać? Pamiętam z „Kręgu pierwszego” Sołżenicyna taką rozmowę katorżników – jeden do drugiego mówił, że nie ważne jest to, co się je, ile się je, i jak często się je – ważne jest JAK się je. A słowa te wypowiadał zesłaniec, trzymając ziarenka kaszy długo na języku, by jak Komunia rozpłynęły się tym krótkim doświadczeniem nieba w ustach…

 
Komentarze (41)

Napisane w kategorii Historia, Psychologia, Życie