RSS
 

Archiwum - Marzec, 2015

Wschodniokarpackie symbole bieszczadzkiej wiosny – piękne i niebezpieczne

25 mar

2015_03_rośliny_wchodniokarpackie

Ostatnio pisałem o roślinach powszechnie występujących, dziś przedstawię trzy rzadkie i wschodniokarpackie piękności Bieszczadów wiążące się z okresem wczesnej wiosny - każda z nich równie fascynująca, co niebezpieczna! Na zdjęciach od lewej: ciemiernik czerwonawy, ciemiężyca biała, lulecznica kraińska.

Ciemiernik czerwonawy (Helleborus purpurascens) – kwitnie w marcu i kwietniu. W Polsce występuje zaledwie na 3-4 stanowiskach, zajmując głównie śródleśne polany pasma granicznego ze Słowacją. Aby go spotkać, trzeba się wybrać na Małe Jasło lub z Cisnej przez Roztoki na słowacką granicę. Jako gatunek wschodniokarpacki, jest jednocześnie subendemitem dackim (występuje też w Karpatach Południowych). Ciemiernik zawiera trujące saponiny i glikozydy – głównie helleborynę, która wykazuje działanie drażniące i nasercowe. W ludowym ziołolecznictwie, zwłaszcza na ukraińskiej stronie, bywał stosowany przy chorobach serca, a także przy obrzękach krążeniowych, zaburzeniach miesiączkowania, chorobach skórnych i hemoroidach. Zalecano go również przy histerii, epilepsji, kamicy i żółtaczce. Podaję to tylko jako historyczną ciekawostkę, bo to roślina niezwykle rzadka, w Polsce spotykana tylko w Bieszczadach. Poza tym wykazuje dość mocne właściwości toksyczne – w Polsce ze względu na zbyt często powtarzające się przedawkowania i objawy uboczne, zaniechano tej rośliny w dzisiejszej terapii ziołowej.

 Lulecznica kraińska (Scopolia carniolica) kwitnie w kwietniu. Gatunek częściej od ciemiernika spotykany, niemniej zajmuje stanowiska małe i mocno rozproszone. Preferuje żyzne lasy regla – od Kaukazu po Pieniny. Ponieważ jednak w Karpatach Zachodnich siedliska lulecznicy są wtórne, roślina ta została uznana za roślinę wschodniokarpacką. Lulecznica zawiera alkaloidy tropanowe – hioscyjaminę i skopolaminę. Trucizna może wniknąć do organizmu nawet przez skórę – w wyniku kontaktu z sokiem – zalecam więc ostrożność! Po ukraińskiej stronie Karpat użytek znajdowały korzenie i kłącza lulecznicy, stanowiąc środek znieczulający i pomocny w leczeniu parkinsonizmu. W średniowieczu korzeń lulecznicy był składnikiem „napojów miłosnych” – wprowadzać miał w oszołomienie, co jednak nie zawsze było uczuciem przyjemnym. Wierzenia ludowe wiązały również tę roślinę z działaniem magicznej mandragory, która była powszechnie używana przez średniowieczne czarownice. Gdy Giovanni Scopoli (nazwa łacińska rośliny!) w XVIII wieku odkrył lulecznicę, trudno już było znaleźć mandragorę z powodu jej wytępienia i ochłodzenia klimatu – jej rolę przejęła więc wschodniokarpacka Scpolia carniolica.

 Ciemiężyca biała (Veratrum album) – gatunek znacznie częstszy od obydwu wcześniej opisanych. Zajmuje ziołorośla połoninowe, źródliskowe fragmenty polan, wysoko położone łąki oraz podpołoninowe partie buczyn i jaworzyn ziołoroślowych. Co prawda ciemiężyca kwitnie dopiero w czerwcu, ale opisuję ją wśród flory wiosennej, bo już o tej porze pojawiają się „kapustowate” rozetki, chętnie zgryzane przez jelenie. Cała roślina zawiera alkaloidy – głównie protoweratrynę i germarynę, działające drażniąco na nerwy czuciowe. Alkaloidy te niszczą wiele pasożytniczych roztoczy i owadów – stąd instynkt jeleni podpowiada im, by na wiosnę zażywać tego lekarstwa w postaci świeżych liści. Według niektórych autorów wyciąg z tej rośliny miał być niegdyś dodawany do win, piw i miodów pitnych, by wzmagać ich działanie oszałamiające. Nie radziłbym jednak tego próbować, gdyż mamy do czynienia z rośliną wyraźnie trującą! Ponoć właśnie ciemiężyca była przyczyną śmierci Aleksandra Macedońskiego. Wyodrębnione z kłącza alkaloidy obniżają ciśnienie tętnicze krwi. Ciemiężyca pobudza też układ przywspółczulny serca i naczyń krwionośnych.  Roślina funkcjonowała pod różnymi nazwami: ciemierzyca (przez „rz”), ciemier, ciemiesz lub huculska czemeryca, co oznaczało: choroba, ból, duszność. Z kolei łacińska nazwa Veratrum pochodzi od „verare” – mówić prawdę, gdyż wedle starych wierzeń, proszek z korzenia, wywołując kichanie, miał poświadczać, że ktoś nie kłamie. Właściwość ta utrwalona została w słowackiej nazwie „kychavica”.

 
Komentarze (31)

Napisane w kategorii Biologia, Etnologia, Życie

 

Iluzje i oblicza wierności

22 mar

2015_03_WIERNOŚĆ bluszcz_barwinek_fiołek

Symbolem wierności w naszej kulturze bywał BLUSZCZ (z lewej – na cmentarzu w Sanoku), FIOŁEK (fiołek dacki na połoninie Tarnicy – w środku), czy BARWINEK (na grobie w Wołosatem – z prawej)

Wierność funkcjonuje na wielu płaszczyznach – mówimy o niej w relacji do bliskiej osoby, do narodu, ojczyzny, idei czy wreszcie odnosimy ją do samego Boga. Zasadniczo wierność może jednak przyjmować diametralnie różną postać – w zależności czy w tej relacji wyłączam się jako byt samodzielny, czy też w swych intencjach noszę w sobie świadomość pełnej integracji z obiektem swojej wierności. Innymi słowy – czy wierność jest tylko zewnętrzną zasadą, której muszę przestrzegać, aby się komuś przypodobać lub nie narazić się na karę, czy też wypływa ona z wewnętrznego pragnienia, by dzielić los mojej rodziny, narodu, ojczyzny, idei – i samego Boga w drugim człowieku, w Jego całym stworzeniu i w Jego bezpośredniej obecności? Na ile wierność wpisana jest w naszą duchową naturę? Odpowiedź na to pytania znajdziemy w najgłębszej istocie naszego odniesienia do całego bytu i jego Źródła.

Mistrz Eckhart pisał: „Wielu wyobraża sobie w swej prostocie, że powinni patrzeć na Boga tak, jakby On był tam, oni zaś tutaj. Tak nie jest. Bóg i ja jesteśmy jednym. Przez poznanie przyjmuję Boga do siebie, przez miłość natomiast ja wchodzę do Niego.” Nie będę się tu zatrzymywał nad użytym przez Mnicha cytatem samego Jezusa o swej współtożsamości z Bogiem – na ile mamy prawo stosować te słowa do samego siebie. Wobec takiej swobody zacytowania Ewangelii inkwizytorzy Świętego Oficjum mieli spore zastrzeżenia. Wróćmy jednak do wierności, która jest nieodłączną składową miłości. Za mistrzem Eckhartem można konkludować, iż na tyle jestem wierny, na ile potrafię zanurzać się w swym Stwórcy, zatracając swą postawę interesowności względem Niego i całego stworzenia. Postawa „handlującego pielgrzyma”, który chciałby nabywać swe duchowe dobra za włożony wysiłek, również za okazaną wierność, staje się nieporozumieniem, bo wydzielam się w ten sposób niejako na zewnątrz Boga, na zewnątrz ludzkości i na zewnątrz całego stworzenia.

Wierność Bogu nie może się obyć bez wierności człowiekowi. Tischner pisał kiedyś o największych iluzjach XX wieku, kiedy to dwa totalitaryzmy odnosiły wierność ku pokoleniom minionym (nazizm – wierność czystości krwi i kultury) lub pokoleniom przyszłym (komunizm – wierność idei szczęśliwej ludzkości, której czasy mają dopiero nadejść). Każda z tych iluzji pozwalała na kłamstwo, niewierność i okrucieństwo wobec ludzi współczesnych – miała to usprawiedliwiać z jednej strony opacznie rozumiana, nietzscheańska „wola mocy”, z drugiej zaś strony – dialektycznie pojmowana dziejowość świata, która drogą przejściowego zła realizować miała ostateczne dobro. Jednak wierność jest prawdziwa wtedy i tylko wtedy, gdy w pierwszym rzędzie odnosi się do osoby tu-i-teraz. Bo czy możemy być wierni grobom kosztem żyjących? I czy możemy kosztem tychże żyjących realizować szczęście nienarodzonych jeszcze wnuków?…

 
 

Przednówek w kuchni – od Śląska po Bieszczady

17 mar

2015_03_zioła-w-kuchni

Bluszczyk kurdybanek (po lewej) i jasnota biała (po prawej) – dzikie zioła w dawnej kuchni śląskiej…

Kiedy mieszkałem na Śląsku, dzikie rośliny nie miały dla mnie znaczenia kulinarnego z uwagi na skażenie. Warto jednak wiedzieć, że wiele powszechnie spotykanych roślin – od Śląska aż po Bieszczady (które obecnie zamieszkuję) miało zastosowanie w kuchni naszych przodków. Szczególnie na przedwiośnie, kiedy kończyły się zimowe zapasy.  Ludzie musieli więc wiedzieć, gdzie na przednówku szukać roślin, któe stanowiły ważne uzupełnienie kuchni.

Wśród najpopularniejszych dzikich nowalijek zastępujących szpinak można wymienić wschodzące pędy komosy, łobody i pokrzywy. W powszechnym użyciu były liście i pąki mniszka oraz knieci (kaczeńców), które po przekwitnięciu stają się trujące. Często zaparzano je, odlewając pierwszą wodę – blanszowanie pozwalało też usuwać substancje potencjalnie szkodliwe. Jako sałatkowy dodatek doskonale nadawały się listki bluszczyku kurdybanka lub całe pędy rzeżuchy gorzkiej i łąkowej.

Powodzeniem cieszyło się spuszczanie słodkiego soku z brzozy, wiśni i klonu. W przypadku wielkiego niedoboru pożywienia cięto na paski łyko wiązu, lipy i topoli, mieląc i gotując jako bogatą w węglowodany bazę posiłku. Popularne były rośliny nadające się do wiosennych herbatek, które były dobre w smaku i działały leczniczo na wiele dolegliwości. W tym celu na nieżyty górnych dróg oddechowych zaparzano pędy jasnoty białej, liście podbiału, czy kwiaty pierwiosnki. Kwiaty tarniny miały zastosowanie w leczeniu przewlekłych zakażeń dróg moczowych. A wywar z liści przytulinki krzyżowej używany był przy niedrożności żołądka i jelit oraz dla pobudzenia apetytu.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Etnologia, Historia, Życie

 

Ostatnie słowo – jak ziarno i …jak łajno

11 mar

2015_03_olcha-leszczyna

Bieszczady dzisiaj: Leszczyna (żółte kwiatostany) i olcha szara (kwiatostany czerwonawe) z zeszłorocznymi „szyszeczkami” – jej nasiona już pewnie dawno wpadły w glebę …mniej lub bardziej żyzną

Trwa na dobre teatr zwany kampanią prezydencką – znów leci z nieba obfity deszcz obietnic i nic nie znaczących komunałów. Jakże przydatny by się tu okazał jakiś konkretny formularz obietnic, których niespełnienie skutkowałoby rozliczeniem przyszłego prezydenta punkt po punkcie – a jednocześnie zmuszałby do jednoznacznego określenia się, kosztem czego kandydat planuje spełnienie danych obietnic – bo wiadomo, że z pustego to i Salomon… Brakuje mi też takiego wielkodusznego pochylenia się nad Rzeczpospolitą jako dobrem wspólnym, widzianym ponad wszelkimi podziałami – ponad całym tym partyjniactwem, które tak mocno zakorzeniło się w naszym społecznym życiu. Czy kiedyś dane nam będzie wyrwać się z tego zaklętego kręgu okładania się zarzutami, podejrzeniami, inwektywami?

Niedawno prowadziłem dialog z człowiekiem biegłym w różnych tematach, kształconym i oczytanym, niezwykle elokwentnym i inteligentnym – niemniej zdumiewało mnie to, że nie potrafię się w żaden sposób przebić przez pewną powłokę uprzedzeń i stereotypów (być może i ja takie w sobie posiadam?). Każdy argument kwitowany był coraz cięższym asortymentem kontrargumentów, w dodatku zaostrzał się język debaty, stając się coraz bardziej cierpki, ironiczny i - ogólnie mówiąc - nieprzyjemny. Co ciekawe, obaj prezentowaliśmy mniej więcej podobny światopogląd, wyznawaliśmy ten sam zakres wartości patriotycznych i chrześcijańskich – mimo to jednak miałem poczucie, jakbyśmy pochodzili z innych planet. W pewnym momencie postanowiłem przez jakieś miłe słówko nieco ocieplić debatę (która powoli zatracała formę dialogu), wycofując się z tej bezowocnej rozmowy. Zastanowiło mnie jednak samo zjawisko, skąd się bierze taki rozdźwięk?

Doszedłem do wniosku, że jałowość sporów wynika stąd, że często patrzymy na siebie przez pryzmat nieufności, przypisując sobie nawzajem nieszczere intencje. Każde zasiane ziarno nieufności skłania do wznoszenia wokół siebie muru i kopania fosy. Każdy też w głębi siebie rości sobie prawo do ostatniego słowa, które daje satysfakcję ostatecznego triumfu… I wtedy przyszło mi porównanie słowa do ziarna, które potrzebuje czasu, żeby w kimś mogło skiełkować. I tak jak ziarno musi być przysypane ziemią, tak słowo potrzebuje przykrycia przez to „błoto” ostatniego słowa z drugiej strony. I musi pod tym błotem obumrzeć, żeby po czasie wydać plon. Kiedy usilnie pragnę, by moje ziarno było na wierzchu, skazuję je na posuchę czyjejś niechęci – przylatują wtedy ptaki i je szybko wydziobują. Gdy natomiast uda mi się zrezygnować z ostatniego słowa, pozwalam w ten sposób, by mój głos pozostał pod czyimś błotem (a czasem także pod łajnem) – wtedy tylko wystarczy cierpliwie czekać. :)

 
Komentarze (52)

Napisane w kategorii Etyka, Naród, Polityka, Psychologia

 

Bieszczadzkie przedwiośnie

08 mar

2015_03_Laworta_wyciąg

Wyciąg na Laworcie koło Ustrzyk Dolnych - około 1 kilometra długości…

Kiedy dziś wybrałem się na krótki spacer po okolicznych górach (w sumie zeszło prawie 6 godzin), wędrowałem granią, jak między zimą i wiosną - północna strona grzbietu jeszcze spowita zmrożonym śniegiem, południowa – w kwitnących leszczynach i przebiśniegach. Lity lodowiec obejmował już tylko strefę wyciągów, które zresztą na dobre zamarły – o tej porze w poprzednich latach jeszcze zasuwały w najlepsze! Zawsze się zastanawiałem, skąd ludzie czerpią frajdę w tym ustawianiu się do kolejki, aby raz zjechać? ;) Nie lepiej to samemu być sterem-okrętem-żeglarzem na ski-turach lub biegówkach? No ale może dobrze, że świat jest zróżnicowany również wedle upodobań! :)

  Na grani odnalazłem swoją dziuplę-pustelnię, która czasem dawała mi schronienie podczas śnieżycy zimą. Stare buki bywają gościnne. Bywają też groźne, spoglądając swymi wielkimi oczyma i rozdziawiając bezzębne paszcze. Jak wiele świeżych wykrotów i wiatrołomów! Trzeba było przedzierać się przez te „zapałki wielkoluda”, grzęznąc na dodatek w błocie, to znów topiąc się w sadzawkach po załamaniu tafli lodu. Chwila odpoczynku – siadam na pniu, obserwując jego mikrokosmos mchów i porostów. Trzeba iść dalej, choć błoto sprawia, że buty są trzy razy cięższe. Ale i tak kocham przedwiośnie! Te pierwsze popiskiwania sikorek, jakby ktoś huśtawki nie naoliwił. Gdzieś w górze donośny pisk myszołowów. Wieczorem nawet drozd ze swą melodyjną frazą się odezwał!

Ileż to już takich wiosennych narodzin za mną? A każde z nich witam jak pierwszy świt! Piesek wiernie biegnie obok, czasem odskakując na mały wypad, ale po krótkim gwizdnięciu posłusznie do nogi wracając. Skąd on bierze tyle sił, by kluczyć po chaszczach, podskakiwać przez powalone pnie jak zając, by zaraz potem czołgać się, grzebiąc łapami niczym kret. A jeszcze gdy jakiegoś kija znajdzie, prowokuje, by go gonić. :) Jeszcze jedno spojrzenie na horyzont, ku połoninom, i czas wracać – aż szkoda schodzić ze skąpanej w słońcu grani ku lodowatej stronie doliny, która powoli pogrąża się w przedwieczornym cieniu…

2015_03_Połoniny_z_Króla

Nie ma to jak stare, gościnne buki… Obrośnięte porostami (na zdjęciu mąkla i pustułka). Tu można kontemplować Bieszczady w całej ich rozciągłości – w oddali połoniny.

 

Człowiek a kura …czyli – człowiek tym je, co zje ;)

07 mar

2015_03 Bóg-Honor-Ojczyzna

„Kamieni kupa” – ruina domu pośrodku lasu na szczycie Laworty – i drzewa, które umierają na stojąco (w tym samym lesie, kilka dni temu, Ustrzyki Dolne)

Wczoraj pewien lider naszej lewicy wyznał publicznie, że nie broniłby Ojczyzny przed ewentualnym najeźdźcą. Indagowany dalej, co w takim razie by zrobił, odpowiedział po prostu: „poddałbym się”. Kiedy pacyfizm głosi jakiś nastolatek, to może być nawet sympatyczne. Ale kiedy robi to polityk pretendujący do fotela prezydenckiego (a tym samym do stanowiska wodza polskich sił zbrojnych!) – to już zaczyna być zatrważające. Najsmutniejsze jest to, że tacy politycy znajdują w społeczeństwie wielu popleczników. Słyszy się czasem głosy „po co mam walczyć za to państwo, skoro ono niczego mi nie gwarantuje? Jakież tu fatalne pomylenie brudnej polityki z suwerennością narodu, świata wartości ze światem potrzeb! Ojczyzna nie da nam niczego, jeśli będziemy ją traktować jak jakąś dojną krowę lub polisę ubezpieczeniową – utożsamiając ją z tymi, którzy nami rządzą. Bo Ojczyzna to przede wszystkim WIĘZY, jakie łączą nas z minionymi pokoleniami i ze współczesnymi rodakami. To poczucie jedności, solidarności, bliskości… Oczywiście nikt nie zmusza, żeby to jednakowo odczuwać – na tym polega wolność. Tylko czy wyrzucając te pojęcia ze swojego wewnętrznego świata wartości, nie wyzbywamy się czegoś najbardziej wewnętrznego? Czy nie oddamy w ten sposób pierworództwa za miskę soczewicy?

Pamiętam czasy, gdy z zawołania naszych Przodków „Bóg-Honor-Ojczyzna” próbowano wyrugować Boga. Potem zastanawiano się, czym właściwie jest ten „honor” i czy w ogóle jest potrzebny? Teraz próbuje się wykreślić ostatnie słowo – Ojczyzna… Jakież to smutne. Ale ufam, że wcale nie takie powszechne… Bóg-Honor-Ojczyzna to nie są frazesy – to bardzo realne wartości! Zaczynając od końca: Ojczyzna to realna BLISKOŚĆ człowieka – swojskość, jakiej potrzebujemy do naturalnego funkcjonowania, obecność osób, które wyznają podobną hierarchię wartości, a poprzez świadomość kultury i historii wykazują też pokrewną tożsamość. Honor to PRAWDA i WIERNOŚĆ; z tym pojęciem wiąże się wiele przekłamań – honor bywał nieraz wykpiony jako próżność i skłonność do buńczucznego machania szabelką. Nie przypadkiem prześmiewczość ta zaczęła się już w czasach komuny, kiedy sowiecka mentalność niosła z sobą nieformalny kult KŁAMSTWA (byle było skuteczne) i ZDRADY (byle była dobrze zakamuflowana i politycznie uzasadniona).

Wreszcie Bóg – to nie tylko pojęcie religijne, to osobowa podstawa wszelkich WARTOŚCI, które uznajemy jako NIENARUSZALNE i NIEPRZEMIJAJĄCE. To po prostu fundament każdego, kto nie chce dryfować po oceanie relatywizmu. Wracając więc do deklaracji poddania się wrogowi – jest to ewidentna konsekwencja wykreślenia tych trzech zawołań ze swojego serca i świadomości. Wtedy jako najważniejsze pozostaje tylko zachowanie życia – tego biologicznego, bo inne rozmywa się gdzieś w relatywistycznym niebycie. Aby ratować życie, trzeba do rangi bezwzględnej podnieść pojęcie pokoju. Co jednak się staje, gdy pokój uznamy za wartość nadrzędną? Nie prowadzi to prędzej czy później do zniewolenia i upodlenia? Tak kończy się umieszczenie na ołtarzu swego ciała, z jedynym celem – by przedłużać jego egzystencję tak długo, jak tylko można – oczywiście czyniąc ją jak najprzyjemniejszą. Jednak wtedy warto sobie od razu wyobrazić tą „przyjemność” u schyłku życia, kiedy ciało – podobnie jak wizja Polski – zamieni się w „kamieni kupę” (pozwólcie, że pominę pełną wersję cytatu byłego ministra). Jednym słowem sprawdzi się stare powiedzenie Feuerbacha: „der Mensch ist, was er isst“ – co w wolnym przekładzie znaczy: człowiek tym się staje, czym się żywi.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Naród, Polityka, Życie

 

Dzień tych, którzy w sytuacji beznadziejnej walczyli o naszą godność, o ocalenie człowieka w człowieku…

01 mar

2015_03_Dzień_Żołnierzy_Wyklętych_

Ten zimowy świt nad Ustrzykami niech będzie symbolem nadziei – wbrew czasom beznadziejnym…

1-go marca. Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” – choć wolałbym używać określania „niezłomni”, to i „wyklęci” mają tu znaczącą wymowę. Dlaczego? Bo doskonale odnosi się do bolszewickiego wywrócenia wszystkiego do góry nogami – zaprowadzenia „nowego ładu”, w którym to, co święte, zostało upodlone – a to, co podłe, wyniesione na ołtarze. Myślę, że dzisiejsze święto w szczególny sposób wpisuje się w naszą polską specyfikę, w nasz narodowy świat wartości. Świat, który często bywa dla ościennych narodów niezrozumiały. Bo jak rozumieć walkę, która z góry skazana jest na klęskę? Tak często próbujemy ją dziś oceniać wedle kryteriów czysto pragmatycznych, kładąc na jednej szali straty, na drugiej - korzyści. I w takiej ocenie oczywiście wygrywa „zdrowy rozsądek”, który nakazuje uznać tę walkę za szaleństwo. Czasem słyszymy jeszcze bardziej krzywdzącą ocenę: bratobójstwo. Radykalnie odrzuciłbym jedną i drugą, bo właśnie obecność tych żołnierzy w naszej świadomości określa to, co w Polakach jest najpiękniejsze.

Bolszewicy chcieli z nich zrobić „bandytów” – nie udało im się, mimo, iż misternie preparowali dowody, doprowadzając do pokazowych procesów, w których przypisywali swym podsądnym kolaborację, napady rabunkowe, zdradę ojczyzny i inne (własne!) podłości. Strzelali po katyńsku w tył głowy, grzebali nocą – czasem nawet głowy odcinając, by do szczętu tożsamość odebrać… I choć życie tych cichych bohaterów było tragiczne, a pamięć musiała długie lata czekać na publiczną rehabilitację, to właśnie oni stali się dla Polski prawdziwą solą ziemi. Jeśli miałbym górnolotnie powiedzieć, za co kocham Polskę – wymieniłbym wiele, ale chyba przede wszystkim zwróciłbym uwagę na to, że tak wielu Polaków podejmowało walkę mimo oczywistej przegranej. Walkę, która pozwalała zachować GODNOŚĆ i WIERNOŚĆ w chwilach, kiedy hierarchia wartości została postawiona do góry nogami. To właśnie Żołnierze Wyklęci są dla nas żywym świadectwem, że można w człowieku ocalić człowieka – nawet wtedy, gdy wszystko wokół wydaje się już całkiem upodlone.

Wczoraj cały świat obiegła wiadomość o zabójstwie czołowego rosyjskiego opozycjonisty, Borysa Niemcowa. Dziś miał być antykremlowski protest, który zamienił się w marsz żałobny, intensywnie penetrowany przez służby specjalne. Czy po tej pokazowej egzekucji opozycja w Rosji zdoła się podnieść z kolan, czy też podda się paraliżującemu lękowi? Tego nikt nie wie – ale wiem, jak zachowaliby się nasi „Żołnierze Wyklęci”. Bo oni zawsze wybierali wolność i wierność prawdzie, odrzucając sowieckie upodlenie, które wciąż na Rosjanach, niczym jakieś mroczne fatum bezsilności… Tymczasem u nas wciąż nowi Bohaterowie odzyskują tożsamość w odkrywanych przez IPN mogiłach (właśnie rano dowiedziałem się, że odnaleziono szczątki Danuty Siedzikówny „Inki” – to ta dziewczyna z fotografii w środku powyższej składanki, jej życiorys powinien poznać każdy młody Polak!). Był też wśród nich bieszczadzki partyzant – Antoni Żubryd z Sanoka (fot. powyżej Inki), którego próbowano zniesławić (film „Ogniomistrz Kaleń”). Było wielu innych, którzy zostawili nam nadzieję, że Polskę można najechać, zniewolić i zdeptać, ale nie można zabić jej duszy…

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii Historia, Naród, Polityka, Wiara, Życie