RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2015

WOLNOŚĆ i OBECNOŚĆ

27 cze

Sokoliki

Cerkiew w ukraińskich Sokolikach (od strony polskiej) – to jakby nadprzyrodzony przejaw OBECNOŚCI – tam, gdzie człowiek już dawno przestał być obecny, a gdzie WOLNOŚĆ zdaje się wypełniać całą przestrzeń…

Nierozwiązaną zagadką jest dla mnie biblijne mocowanie się Jakuba z Bogiem. Co było obiektem tej walki? Błogosławieństwo! Jak to rozumieć? W kategoriach żarliwości wiary? A może był to przejaw jej bezdroży? Co prawda Bóg w końcu pobłogosławił Jakubowi, czy jednak było to błogosławieństwo „wywalczone”? Może Bóg patrzy z miłością na błądzących i podejmuje z nimi żywą relację wtedy, gdy błądząc, gorliwie Go pragną? W myśl Ewangelii, by nigdy nie być letnim… Może współczesny Jakub to ten, który poszukuje Boga drogą ciągłej negacji, walki z teologicznymi dogmatami i wyobrażeniami, walki z samym Bogiem – w takiej postaci, w jakiej widzi Go podzielony świat chrześcijaństwa? Co prawda przedmiotem ich ciągłego mocowania się z Bogiem nie jest już błogosławieństwo, lecz wolność. Ale czy to źle?…

Wolność jest jedyną przestrzenią, w której zaistnieć może człowiek. Bez niej poszerzylibyśmy tylko świat zwierząt. Dlaczegóż więc współcześni wojownicy walczący z Bogiem używają bierności Boga jako swego naczelnego argumentu? Głównie chodzi tu o bierność zła, które człowiek czyni drugiemu – ale także zła, za które brane się różne żywioły natury, poczynając od niszczycielskich huraganów, kończąc na chorobach. Z tym ostatnim rozprawił się już Tischner, rozgraniczając zło (zaistniałe wskutek czyjejś woli) od nieszczęść (dokonujących się poza wolą). Przyjrzyjmy się więc bliżej temu właściwemu złu, które pozostaje bez odpowiedzi Boga – niesprawiedliwości społecznej, krzywdzeniu niewinnych dzieci, czy okrutnym wojnom i zbrodniom. Czy gdyby Bóg natychmiast karał za każdy zły czyn, nie byłby podobny do tresera? Czy moglibyśmy wówczas mówić o wolności?… Wolność jest dzisiaj za sprawą schedy oświecenia traktowana jako stan człowiekowi pierwotny i najbardziej naturalny. Człowiek rodzi się wolny i dopiero na zewnątrz spotyka zagrożenia, które mogą tej wolności zagrozić. W takim ujęciu o wolność nie trzeba zabiegać, nie trzeba do niej dorastać – wystarczy jej bronić.

Zagrożeniem dla oświeceniowej wizji świata staje się dogmat grzechu pierworodnego i łaski uświęcającej, bo rzeczywistość ta pochodzi spoza jednostki, która traktowana jest jako byt autonomiczny, wartość sama w sobie. Nie pomaga tu nawet wyraźne akcentowanie, że pierwotne skażenie złem nie pozbawia nas dostępu do pełni, a łaska nie może być gwałtem na naszej wolnej woli… Owszem – wolność ma charakter pierwotny, ale nie w wymiarze indywidualnego człowieczeństwa. Ma też charakter wewnętrzny – ale nie może zaistnieć wobec wewnętrznego zatrzaśnięcia. Bo kiedy człowiek ograniczy swój świat do zamkniętej monady swojego „ja”, nigdy tej wolności nie osiągnie. Dopiero otwarcie na wymiar Innego staje się warunkiem mojego rzeczywistego zaistnienia. Przyjęcie koncepcji przyrodzonego dobra, które Jan Jakub Rousseau przypisywał człowiekowi, zakorzeniło się w europejskim liberalizmie aksjologicznym jako podstawowy wymiar wolności. Zepchnięto tym samym do piwnicy przesądów grzech pierworodny i pojęcie łaski – dwa rzeczywiste filary wolności. Stąd dzisiejsze szamotanie się współczesnego człowieka – z jednej strony tracącego stały punkt oparcia, z drugiej strony uciekającego od nihilizmu w stronę fanatyzmu.

 

Gdzie brak oczekiwań, wszystko rośnie szybciej i wyżej…

14 cze

2015_06_LIPA_Ewangelia

W naszym klimacie nie rosną takie gorczyce jak w Ziemi Świętej – za to można by do tej przypowieści użyć drobnego orzeszka lipy, która gdy już wyrośnie, może pomieścić w sobie nawet całą rodzinę – od lewej: owoce lipy nad Jeziorem Solińskim, wydziuplona lipa w Serednicy, rozłożysta lipa w Bukowcu (Bieszczadzki P.N.)

Olśnienie PIĘKNEM przychodzi dopiero wtedy, gdy człowiek zdolny jest całkowicie wyrzec się pożądliwości, w najszerszym tego słowa znaczeniu – tj. bez podświadomej próby zawłaszczenia tego, co piękne. Podobnie jest z MĄDROŚCIĄ, która pojawia się sama, gdy tylko uświadamiam sobie swoją niewiedzę i miałkość intelektu. Nie inaczej bywa z prawdziwym DOBREM, które w pełni objawia się tam, gdzie jesteś w stanie oddać swoje „ja” za drugą osobę / dla drugiej osoby – w taki sposób, że nie myślisz już o zatrzymaniu czegokolwiek dla siebie, zapominając nawet o „gromadzeniu sobie zasługi w niebie”, tj. wchodząc w przestrzeń absolutnego wyrzeczenia, by tylko stać się źródłem duchowego dobra dla osoby, za którą stałeś się na daną chwilę odpowiedzialny. Podobnie jest z radością i kreatywnością – przychodzi w pełni dopiero wówczas, gdy o nią nie zabiegasz, stając się jak gdyby mimowolnym udziałem w rzeczywistości, która niespodzianie nabiera dla ciebie wymiaru szczególnej wartości.

Traktowanie piękna, mądrości, dobra, szczęścia i twórczego natchnienia jako niespodzianki ma jeszcze jeden ważny pozytyw. Wypływa z postawy pozbawionej wszelkiej roszczeniowości. A tam, gdzie człowieka wypełniają nieuświadomione pragnienia (nie pożądania!) zamiast oczekiwań, tam nie pojawia się to destrukcyjne napięcie, które nie pozwala w sposób pełny przeżywać życia – płynącej z niego radości i poczucia głębi. Każde oczekiwanie wobec piękna, prawdy i dobra przy jednoczesnym poleganiu na własnych siłach (i przypisywaniu sobie wyłącznej zasługi) wywołuje też frustracje i rozczarowanie, bo realizacja oczekiwań nigdy nie pokrywa się w sposób całkowity z ich wcześniejszą projekcją. W ostatecznym rezultacie prowadzi to do zanegowania świata realnych wartości, przy sprowadzeniu ich do postaci totalnie subiektywnej i relatywnej. Efektem bywa intelektualna lub twórcza impotencja oraz duchowa acedia.

Myśl ta przeszła mi przez głowę tuż przed dzisiejszą Mszą, na której właśnie usłyszałem Ewangelię o nieświadomym kiełkowaniu nasion i niespodziewanym wzrastaniu tego, co uznajemy w sobie za najmniejsze: Jezus powiedział do tłumów: Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarnko w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza się sierp, bo pora już na żniwo. Mówił jeszcze: Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane wyrasta i staje się większe od jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą się w jego cieniu. (Mk 4,26-34)

 

Między kotwicą nostalgii a żaglem nadziei…

04 cze

2015_06_cmentarz_Dźwiniacz

Dźwiniacz nad Sanem – dawna wieś, od blisko 70 lat wymarła dolina, gdzie niepodzielną władzę sprawuje dzika przyroda;  nieliczne pozostałości dawnej kultury to zarośnięte studnie i kilkanaście nagrobków, na zdjęciu ich detale – powtarzają się makówki w różnych ujęciach (trzymane przez anioła lub wpisane w podstawę krzyża),  stanowiąc symbol snu wiecznego i ukojenia wszelkich trosk…

Ostatnimi dniami przyszło mi pracować w terenie wzdłuż Sanu, który jako niewielka rzeczka, tuż za swymi źródłami, stanowi dość mizerną granicę między Polską a Ukrainą. Żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają dawne wsie na obecnym pustkowiu – ciekawe jak by zareagowali przed akcją „Wisła” (1947 r.), gdyby ktoś im wówczas pokazał tę samą, tak bliską im dolinę za 70 lat? Dziś mogę tylko sobie wyobrazić, jakich wzruszeń doznają, gdy zdecydują się postawić tu nogę – a niektórzy przyjeżdżają, by przed śmiercią choć raz rzucić okiem na świat swego dzieciństwa. Czy w ich przeżyciu przeważa dojmujący smutek za tym, co bezpowrotnie minęło? Czy może pojawia się radość ze wskrzeszonych wspomnień? Poczucie, że non omnis moriar? Czyżby światy minione żyły tylko w naszej pamięci? Czy może odwrotnie – dopiero „zapomnienie” obecnego świata pozwoli nam wrócić do nich całkiem realnie?

Czym jest sentymentalne odniesienie do przeszłości? Czy wynika ono tylko z romantycznej natury? Gdy sobie chwilami przypominam czasy swego dzieciństwa, choć nie było ono tak burzliwe jak u mieszkańców Dźwiniacza, czuję przejmującą nostalgię, która nie wynika ze zwykłego sentymentu – jest w niej coś jeszcze, co trudno mi do końca wyjaśnić, a co nazwałbym roboczo „poczuciem porzucenia minionych światów”. Piszę w liczbie mnogiej, bo tych „światów” było wiele – i wszystkie dotyczyły jakichś przeżytych relacji wobec miejsc, przedmiotów, ale przede wszystkim wobec osób – nie tylko zmarłych, również własnych dzieci, które nieuchronnie dorastają. Miewam czasem irracjonalne przeświadczenie, że czekają tam na mnie, kiedy wrócę do nich z odległej przyszłości – nieżyjąca Babcia, która chce by jej znowu poczytać (bo wzrok straciła). Kolega, z którym nie dokończyłem ważnej rozmowy, bo zabił się na motocyklu tuż po maturze. Synek, który choć dorósł – wciąż jest tam malutki i czeka tam na mnie, by się autkiem wspólnie pobawić…

Zwariowałem? :) Spokojnie, mam świadomość absurdalności tego odczucia. A jednak nie odrzucam go całkiem od siebie, bo odkrywam w nim coś więcej, niż zwykły sentyment – jest w tym również głęboka tęsknota za przeżytymi relacjami, które nie do końca zostały dobrze spożytkowane: z braku czasu, z lenistwa, z niedostatecznej uważności. Minionych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia – pisał Adam Asnyk (choć nie wiadomo jak to z tym  naszym życiem po śmierci – czy nie będziemy mieć wglądu w pełny zakres czasu?) – jednak ta wędrówka w poszukiwaniu straconego czasu (Marcel Proust mi się tu przypomniał) posiada również wymiar czysto praktyczny, pobudzając do większej motywacji względem obecnych, bo przecież świat ten tak szybko odchodzi w przeszłość. Czyż nie żyjemy na przedziwnej łodzi, zawieszonej między dwoma brzegami? Między brzegiem, który już opuściliśmy (ale który gdzieś tam wciąż istnieje, o czym nam przypomina kotwica naszych wspomnień), a brzegiem, ku któremu nieuchronnie zmierzamy – nie znając go, lecz otwierając ku niemu żagiel swej nadziei…