RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2015

Historia od środka odczytana

28 lip

2015_07 Paź żeglarz na bukwicy

Paź żeglarz na bukwicy – śródleśne polanki nad Nowosiółkami k. Baligrodu …i leśny dom obserwatorów ;)

Miałem dziś szczególnie sugestywny sen, w którym jedno wydarzenie było o tyle zwielokrotnione, ile uczestników brało w nim udział. Wszystkiemu towarzyszyła narracja, której ostatnie słowa po wybudzeniu w środku nocy musiałem zapisać, bo płynęły one jakby spoza mojej świadomości – oto one: „Właściwe rozumienie przemijania powinno wypływać ze zjawiska interpretowanego w historii, a nie ograniczać się do samego zdarzenia w czasie.” Czas rozumiany jako rzeczywistość sama w sobie jest tylko dryfowaniem sekwencji, które dopiero po ubraniu w sens staje się historią. Właściwego kształtu historia nabiera w kuźni naszej świadomości – to w głębi Ciebie i mnie czas ulega przekuwaniu w historię. Dryf zdarzeń poprzedza każdą osobną historię, która musi ująć wszystkie rejestrowane fakty jako osobiste odniesienie do rzeczywistości. Dryf ten jest więc swoistą prowokacją do budowania sensu, a zarazem stanowi pomost, który łączy nasze wewnętrzne światy przez tzw. realność, bez której bylibyśmy jak monady bez okien.

Z tego snu wynika, że historia jest odczytaniem następstw przez pryzmat sensu, jaki nadajemy zdarzeniom w głębi swojego „ja” – bez tej wewnętrznej interpretacji świat pozostaje tylko bezkształtną masą, a czas staje się jej rozciągłością, pozbawioną jakiegokolwiek znaczenia. Historia jest więc w takim rozumieniu ciągłym zapisem i jednocześnie odczytem tego, co się zdarza – a dzieje się tak wyłącznie w odniesieniu do świata wewnętrznego. Nie ma więc historii obiektywnej – istnieją tylko historie świadomości podmiotów, które same w sobie stają się osiami wszechświatów! Nie można ich ani uśrednić (bo wtedy tracimy sens odczytu), ani połączyć w całość na wzór puzzli (bo wówczas zanika ich podmiotowość). Możemy jedynie każdy ciąg zdarzeń odczytywać z osobna dla każdego wewnętrznego  świata. Życie, któremu brakuje wewnętrznego odczytania sensu, staje się księgą bez liter – tajemnicą, która może być wyjaśniona dopiero w Bogu, bo każdy odczyt może być dokonany tylko od środka.

Weźmy przykładowo dowolny dzień z naszego życia – zdarzenia pojawiają się w nim jak mimowolny dryf czasu. Dopiero po zogniskowaniu na nich mojej świadomości następuje ich odczytanie i powiązanie. Jesteśmy świadkami jakiegoś zjawiska, które obserwuje kilka osób, np. paź żeglarz przysiada na kwiatku bukwicy. Jeden obserwator nadaje temu zdarzeniu wartość estetyczną. Drugi opisuje to od strony naukowej. Trzeci nadaje temu sens religijny. Wreszcie czwarty odnosi ten obraz jako metaforę do własnych doświadczeń egzystencjalnych. Czy można wskazać, że tylko jeden z obserwatorów ma rację? Czy da się te spostrzeżenia jakoś uśrednić? Czy całe to zdarzenie z motylem i kwiatem może istnieć samo w sobie, bez udziału obserwatorów? Być może, ale nikt nie ma do niego dostępu. Każdy z obserwatorów widzi tylko następstwa, jakie ów motyl wywołał w jego myślach i emocjach – i tylko przez ten pryzmat potrafi się odnieść do całego zdarzenia. Nie FAKT staje się więc osią historii, ale WARTOŚĆ nadana mu przez podmiot zanurzony w czasie.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Aksjologia, Filozofia, Życie

 

Między kwiatem a chwastem, grządką a ugorem…

10 lip

2015_07_chwasty i cerkwie                      Chwasty – pępawa i komonica (po lewej i prawej) na cmentarzu pod cerkwią w Hoszowie - oraz bukiet złocieni pod cerkwią w Rabem (w środku)…

 Prowadzone niedawno rozmowy skłoniły mnie do zamieszczenia kolejnego wpisu – tym razem na temat spontaniczności. Jakie przybierać może oblicza? Czy zawsze ma wymiar pozytywny? I kiedy jest szczególnie potrzebna, a kiedy raczej niewskazana? Przestrzeń takiej spontaniczności ktoś ładnie nazwał „ogrodami wolności” - zadaję tu sobie jednak pytanie, czy te ogrody muszą być intensywnie uprawiane? Czy może lepiej pozwolić im rozwijać się bez ograniczeń? Myślę, że tylko te spontaniczne potrafią dostarczać człowiekowi pełnię szczęścia - ale też bywają pewnym zagrożeniem, bo czasem uśpiona zostaje w nich nasza wola. Stajemy więc znowu wobec arystotelesowskiej kwestii złotego środka -  z jednej strony nieograniczona wolność, z drugiej pełna kontrola i świadome kształtowanie. Coś tworzonego na siłę i pod sznurek daje może satysfakcję z panowania nad rzeczywistością, ale czy daje szczęście i czy pozwala na wewnętrzny rozwój? Można się nad tym zastanawiać na dwóch płaszczyznach – tej estetycznej, dotyczącej faktycznych ogrodów i ludzkich starań o piękno - jak też na płaszczyźnie metaforycznej, w której chodzi o nasze życie wewnętrzne i sferę relacyjności.

 Kiedyś, jeszcze we wczesnych klasach podstawówki, założyłem nieformalną organizację pod nazwą Liga Ochrony Chwastów. :) Przyłączyło się do mnie kilku kolegów, mieliśmy nawet swój sztandar, który po każdej akcji wciągaliśmy na maszt ustawiony w moim ogrodzie. Co należało do działań statutowych? Zbieranie nasion chwastów i wysiewanie – na własne grządki, jak też przez ogrodzenia do sąsiedzkich ogródków. :) Nie wynikało to z żadnej złośliwości – przeciwnie, robiliśmy to z troską o rośliny, które w naszym odczuciu tak niesprawiedliwie były traktowane. Bałem się, że przez ich notoryczne wyrywanie w końcu mogą wyginąć – a przecież gdy się na każdą z tych roślinek spojrzy z bliska, można w niej dostrzec równie urzekające piękno, co w wypielęgnowanej róży. Poza tym czy natura nie jest piękna w całej swej rozciągłości?… Chwastów już dziś nie sieję (choć dzikie rośliny tu i ówdzie sadzę), ;) ale nadal nurtuje mnie pytanie: czy aby nie nazbyt arbitralnie ustalamy, co jest piękne, narzucając to innym? (w kwestii estetyki)  Czy potrafimy uszanować ekspresję innych, kiedy nie współgra ona z naszą? (to na płaszczyźnie psychologii). I wreszcie od strony duchowej – czy nie narzucamy innym wewnętrznej drogi, nie mając wglądu w ich duszę - zmuszając niejako kwiat do kwitnięcia wedle naszych reguł?

Stajemy tu przed kwestią uznaniowości: co jest naprawdę piękne? Co jest mądre? Co jest dobre? Czy czasem nie to, co nam wskazują inni – co powszechnie uznaje się za wzorzec piękna, mądrości i dobra, a co wypływa tylko z przelotnej mody, panujących trendów, cudzych wizji świata? Czy tak, jak czasem z pewną pogardą traktujemy rośliny ozdobne, które wyszły z mody, nie odnosimy się również do wartości, które w danym kręgu lub czasie stają się umniejszane, czy wręcz ośmieszane? I odwrotnie – z jakim przesadnym zachwytem podchodzimy czasami do tego, co aktualnie jest na topie?… Znany niemiecki filozof, Martin Heidegger, nazwał taką postawę mianem „das Man” – od określenia „mówi się”, „uznaje się”, „nosi się”, „robi się”. To niemieckie „się” świadczy o utracie naszej autentyczności, świeżości i indywidualności spojrzenia. Jeśli potrafisz dostrzec piękno w zwyczajnym chwaście, który zakwitł na chodnikowej płycie - to znaczy, że potrafisz przekraczać to ograniczające „się”.  Jeśli potrafisz wobec innych na głos zaśmiać się z jakiejś zabawnej sytuacji, której inni nie dostrzegają, to znaczy, że potrafisz zachować w sobie spontaniczność. Tylko do jakich granic można tę sferę wewnętrznej wolności rozwijać, by nie popaść w ekscentryczny relatywizm czy nadmierny indywidualizm?…