RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2015

Zazdrością diabła dziurawiony…

20 sie

2015_08_pod_Rawką_dziurawiecWczorajsze portrety dziurawca czterobocznego pod połoninami – powtórnie już w tym roku kwitnącego;      pośrodku jego owocostany

Dziurawiec wchodzi właśnie w okres powtórnego zakwitu, co daje nam możliwość obserwacji jego kwiatów i owoców zarazem. A jest to roślina o nader bogatej historii – szczątki dziurawca odkryto w prasłowiańskich osadach Biskupina już przed 2500 laty, co świadczy o pradawnym zastosowaniu leczniczym tej rośliny. W ludowej magii dziurawiec zajmował szczególne miejsce, jako tzw. fuga demonum (ucieczka duchów), czyli pełnił funkcje ziela odstraszającego wszelkie złe moce. W rejonie Wołkowi bukiet suchego dziurawca wkładano pod poduszkę na odegnanie nocnych zmor i koszmarów. W Karpatach ukraińskich naparem z dziurawca, zwanego tam „zwirobijem”, przemywano zranienia. Stosowano go również przy nieżytach żołądkowo-jelitowych. Ziele dziurawca znalazło też zastosowanie w barwiarstwie – do farbowania tkanin na różne kolory: zielony, różowy, czerwony i żółty. Dziurawiec używany był nawet w charakterze kosmetyku – na pozbycie się niemiłej woni z ust.

 W czasach prasłowiańskich roślina chronić miała matki i ich dzieci przed wrogimi boginkami. Na karpackich wsiach dziurawiec pomocny był w tzw. czasie przejścia, czyli w pierwszym okresie życia dziecka – od narodzin do chrztu. Zarówno matka jak i dziecko uważane były wówczas za nieczyste, a przez to łatwo mogły paść ofiarą złego. Szczególnie niebezpieczne były wtenczas boginki, żeńskie demony, które wywabiały kobietę z domu – mogły wtedy z łatwością zabrać jej dziecko, w jego miejsce kładąc swoje – zwykle brzydkie i płaczliwe, zwane odmieńcem. Aby uchronić się od tego, umieszczano bukiet dziurawca pod poduszką śpiącego niemowlęcia. Od dawna też roślina była święcona w kościele i zawieszana na odrzwiach domu (w wigilię św. Jana), a często też noszona przy sobie – w celu ochrony od uroków czarownic.

 Z czasem włączono dziurawiec w skład wiązanki święconej na święto MB Zielnej (Wniebowzięcie). Ludzie znali dziurawiec pod różnymi nazwami – zwykle o wyraźnie religijnych odniesieniach: ziele św. Jana, krzyżowe ziele, dzwonki Panny Maryi, krew Matki Boskiej, krew Pana Jezusa. Dwie ostatnie nazwy pochodzą od właściwości kwiatów, które po zgnieceniu przebarwiają się na kolor czerwonawy – stąd w Beskidach dziurawiec stosowano na choroby związane z układem krwionośnym. Krwistą nabiegłość widać też w świeżych owocostanach (na zdjęciu). W liściach dziurawca zwyczajnego występują komórki oleiste, które pod światło wyglądają jak dziurki (u powszechnego w Bieszczadach dziurawca czterobocznego są to czarne plamki na brzegach liści) – to również dało podstawę ludowym wierzeniom, jakoby diabeł osobiście dziurawił roślinę, aby ludziom nie pomagała. W zachodniej części Ukrainy zachowały się wierzenia, iż ziele może leczyć aż 99 różnych dolegliwości, ale też bukiety dziurawca przy kapliczkach stawiano i do nabożnych książeczek wkładano, aby głupie myśli przy modlitwie odganiać… :)

 

Bieszczadzkie lato – goryczką i nawłocią malowane

19 sie

2015_08_Goryczka-Nawloć

Dzisiejsze widoki z polan pod Rawką – żółte bukiety nawłoci pośród granatowych goryczek

Dopiero co przekroczyliśmy połowę sierpnia, a już w bieszczadzkiej roślinności wyraźnie dają się we znaki symptomy jesiennych klimatów. Płowieją połoniny, karminowieją jarzębiny, polany wysycają się złotem nawłoci i głębokim błękitem goryczek, kojarzonych ze schyłkiem lata. Ale spokojnie, mamy jeszcze przecież dwa tygodnie wakacji! :) To tylko panująca wcześniej susza zafundowała nam nieco dłuższą jesień (o ile wcześniej nie nadejdzie również zima). A przecież jesień to dla Bieszczadów najpiękniejszy czas – spowalniający tempo życia, niosący wyciszającą zadumę i wymazujący ze słownika słowo „musisz”. ;) Bo czyż jesienne Bieszczady nie kojarzą najbardziej właśnie z wolnością? A kwitnące teraz rośliny? Jakie niosą skojarzenia? Co nam o swej przeszłości potrafią opowiedzieć?… Dzisiaj kilka słów o dwóch wspomnianych gatunkach, jutro będą kolejne.

Nawłoć pospolita (i podobna do niej nawłoć alpejska na połoninach) – jej pędy znalazły powszechny użytek w ludowym zielarstwie – bywały stosowane jako środek moczopędny, dezynfekujący i rozkurczający w przypadkach schorzeń układu moczowego. Stosowane były także przy schorzeniach związanych z układem pokarmowym – szczególnie w nieżytach i biegunkach. Zewnętrznie używano ich do przygotowania okładów na różnego rodzaju rany, wrzody i wykwity skórne, a także do płukania jamy ustnej. Plemiona germańskie stosowały nawłoć jako środek gojący rany – funkcję tę nawłoć pełniła w Europie do XVI wieku. Używana była również wśród kozaków, którzy sporządzali na niej napar do nasączania okładów, zewnętrznie przykładanych na chore miejsca.  Tu i ówdzie zachowały się doniesienia, że suszone liście nawłoci stosowano jako herbatę dla ubogich. Jednak uwaga – niektóre źródła donoszą o jej trującym działaniu. Z kwiatów i liści nawłoci produkowano żółty barwnik.

Goryczka trojeściowa – szczególne zastosowanie wśród ludów karpackich miał korzeń goryczki. W Tatrach była to goryczka kropkowana, w Beskidach i Bieszczadach – właśnie goryczka trojeściowa z powyższych zdjęć. Zawarte w korzeniu związki gorzkie pobudzają wydzielanie śliny, soku żołądkowego i jelitowego oraz żółci. Wzmagają też perystaltykę jelit i wchłanianie mleczka pokarmowego. Niektóre źródła wskazują na działanie przeciwgrzybiczne, przeciwbakteryjne i przeciwpasożytnicze. Tyle wiemy o jego leczniczej funkcji z punktu widzenia współczesnej medycyny. Niegdyś jednak goryczkowej mocy przypisywano bardziej magiczną moc. Bojkowie używali nalewkę z „tendiawy” (goryczki) jako środek chroniący przed cholerą. W ukraińskiej części Karpat Wschodnich zachował się zwyczaj stosowania goryczki na wzbudzenie apetytu i czynności trawiennych. Z korzeni przyrządzało się gorzką nalewkę – miejscami zachował się ten zwyczaj na ukraińskim Zakarpaciu. Górale nazywają goryczkę świecznikiem, gdyż rozwinięta rozeta ze wzniesionymi kwiatostanami faktycznie przypomina kościelne kandelabry.

 
 

Między przekleństwem wolności a jarzmem odpowiedzialności

12 sie

2015_08_Carynskie_1

Caryńskie – kraina wolności (zdjęcie sprzed kilku dni)

Od wczesnych lat 70-tych ubiegłego wieku Bieszczady stały się Edenem dla polskich hipisów. Jedni szukali tu ucieczki od cywilizacji, inni ocalenia od narkomanii, jeszcze inni schronienia przed wojskiem. Wszystkich łączyła tęsknota za nieskażoną naturą świata i człowieka. Wolność hipisów wynikała z pragnienia, które rodzi się zawsze w człowieku, gdy się go radykalnie próbuje zamknąć w jakiejś sztywnej ramce – wtedy były to okowy komunistycznego systemu, ale i dziś tych ograniczeń nie brakuje. Hipisi zakładali więc w Bieszczadach swe szałasy, budowali prymitywne domki, uprawiali nawet swe poletka – wszystko po to, by odnaleźć siebie, swoją autentyczność, harmonię ze światem… Jedna z takich osad powstała w opustoszałej dziś dolinie Caryńskiego, po której ostatnimi dniami chodziłem w poszukiwaniu śladów dawnego wypasu…

Piszę tu o przebrzmiałej idei hipisów, ale ta wolność wciąż jest przez młodych poszukiwana – jako kontestacja społecznego konformizmu czy cywilizacyjnej klaustrofobii. W każdej sytuacji ta wolność ma charakter przeciwwagi dla ciężaru, jaki sobie człowiek przez wieki na grzbiet nakładał – w imię konwenansów, społecznie czy narodowo pojmowanej odpowiedzialności, norm prawnych i rygorów religijnych. Wszystko to może mieć wymiar pozytywny – pod warunkiem, że realizuje się w zdrowych granicach, po przekroczeniu których wszelka „nadodpowiedzialność” może być tak samo niszcząca, jak nadmiar wolności. Przerośnięta odpowiedzialność zabija w nas ekspresję i kreatywność, a także potrafi wpędzać w chorobliwe poczucie winy. Z kolei wolność może być nie do udźwignięcia, kiedy wpędza człowieka w kanał nieograniczonych możliwości, całkowicie zdejmując z niego wszelką odpowiedzialność – odciągając od powinności względem innych, znosząc duchową samodyscyplinę, a tym samym również blokując rozwój wewnętrzny.

Antidotum na pierwszy rodzaj nierównowagi (na różne formy nadodpowiedzialności) jest ŚWIADOMOŚĆ PRZEZNACZENIA, czyli uznanie, że moja łódź płynie nie tylko dzięki wiosłom, ale także w dużej mierze za sprawą dryfu lub prądów, które stanowią dla mnie tajemnicę. Nie wszystko zależy ode mnie, więc też nie mogę się zanadto obwiniać o niewykorzystane okazje, zmarnowany potencjał, popełnione błędy, czy niedopełnione zobowiązania. Z kolei środkiem na zrównoważenie nadmiaru wolności (bolączka dziś znacznie bardziej powszechna) jest ŚWIADOMOŚĆ RADYKALNEGO OGRANICZENIA – w postaci kruchości ciała, przemijania i śmierci. Zwróćmy uwagę, że zarówno pierwszy, jak i drugi środek wydają się podobne w jednym – stanowią odniesienie do czynnika zewnętrznego, który stanowi wyraźne granice naszej woli.

2015_08_hipisi-w-CarynskiemCaryńskie 40 lat wcześniej - w poszukiwaniu wolności, lata 70-te (zdjęcia z portalu nowahistoria.interia.pl, fotografie ze zbiorów Andrzeja Turczynowicza)