RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2015

Między realnością a złudzeniem – prawdą a kłamstwem…

24 wrz

2015_09_Muczne_hotel_rzeźby

Grajki z Mucznego

Czy dzieła sztuki lub media kreują świat? Czy dają przesłanki do twierdzenia, że nawet wykrzywienie rzeczywistości staje się jej częścią? Zastanawiałem się, czym właściwie jest ta realność – rzeczywistością niezależną od naszej świadomości, czy może tym, co do tej świadomości dociera? Bezwzględność empiryczna podpowiada nam, że jedyną odpowiedzią jest opcja pierwsza. Podejście fenomenologiczne sugeruje jednak coś zupełnie innego – bo przecież wyobrażenia, jakie się w nas formują, też stanowią część naszej wewnętrznej rzeczywistości. A poza tym, czy świat wewnętrzny nie jest nam bliższy od tego obiektywnego? To oczywiście rozważania na gruncie oderwanym od problemu medialnej manipulacji, gdzie mamy już do czynienia ze świadomym kłamstwem. Choć i tutaj istnieje pewien związek. Kartezjusz przecież mawiał, że jeśli istnieje jakiś demon, który nas nieustannie okłamuje, to niech to czyni, ile tylko potrafi – bo sam fakt, że ulegamy iluzji, świadczy o realności naszego istnienia. Zatem kłamstwo jest poniekąd hołdem składanym prawdzie, skoro musi przed nami ukrywać swe prawdziwe oblicze.

 Mózg jest interpretatorem, a pośrednikiem – receptor (oko, ucho i pozostałe narządy zmysłów). Receptory generują złudzenia, mózg – błędy. Ważne jest tu działanie wcześniejszych doświadczeń. Jeśli np. mamy jakieś nawyki w interpretacji przestrzennej brył, wtedy zmysł łatwiej oszukać, stosując pewne cieniowania płaszczyzny – widzimy trzeci wymiar na płaszczyźnie dwuwymiarowej. To w dziedzinie geometrii – ale podobne tendencje możemy przenieść na tak odległe dziedziny, jak religia, polityka. Jeśli uwierzymy, że dana partia ma szczere intencje, to zakładamy kredyt zaufania dla każdego polityka z tego ugrupowania. I odwrotnie – brak zaufania do człowieka kształtuje się na bazie odbioru jego orientacji politycznej, religijnej, seksualnej itd., a także przynależności: rasowej, narodowej, etnicznej. Nie rozumiejąc czyjegoś świata, mamy też trudności z przyjęciem jego motywacji. Osądzamy go więc wedle własnego, wewnętrznego ”kodeksu”. Czy wchodzę tym samym na grunt relatywizmu? Nie – ale o tym za chwilę.

Czy zwierzęta mają dostęp do naszej „obiektywnej” rzeczywistości? Tu właśnie wychodzi cała iluzja, jakoby w odbiorze świata możliwe było obiektywizowanie czegokolwiek w sposób uniwersalny, ostateczny. Nie jest możliwe, bo obiektywizacja zawsze będzie dotyczyć jakieś grupy, a więc jest z góry skazana na pewną relatywność. Czy to znaczy, że skoro cała rzeczywistość wydaje się relatywna, to tym bardziej nie ma też obiektywnego świata wartości? No właśnie – myślę, że tej pokusy trzeba się bardzo wystrzegać. :) Obiektywizm prawdy – choć wpisany w naszą subiektywność (bo inaczej się nie da), nie polega na jednoznaczności faktów, lecz na wierności wobec ich odbioru. Innymi słowy: jestem wierny swojemu światu wartości, choć zakładam, że nie wszystko mogę dobrze widzieć – i że u kogoś ten świat może być inny. Dlatego staram się również zrozumieć drugą osobę. Nie mogę jednak rezygnować z własnego świata wewnętrznego, bo wtedy byłbym człowiekiem wewnętrznie „bezdomnym”, pozbawionym tożsamości - a tym samym podatnym na kłamstwo.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Aksjologia, Etyka, Psychologia

 

Duchowy KORZEŃ – między lękiem a nadzieją…

09 wrz

2015_09_KORZENIE_Europy

Czy groźba odcięcia od Korzeni ma wymiar zewnętrzny czy wewnętrzny?… Dziecko obejmujące zakorzeniony pień i krzyże zapuszczające korzeń w skałę - nagrobki z Wożuczyna (w środku) i Sanoka (po bokach)

W ostatnim czasie zamieściłem w przestrzeni publicznej kilka filmów dokumentalnych i wywiadów, które dotyczyły zagrożenia, jakie wynika z islamizacji Europy. Materiały te spotkały się z ogólnym poparciem – były tylko dwa głosy stanowczego sprzeciwu. Ale właśnie one skłoniły mnie do głębszego zastanowienia nad swoją postawą – dlatego chciałem tym Osobom szczerze podziękować. Czy skupianie się na tych zagrożeniach nie było podszyte lękiem? Tak – choć jest to bardziej obawa o Zachodnią Europę, niż o Polskę czy tym bardziej o moje Bieszczady. Więcej jednak od lęku motywowała mnie bezsilna złość, że ludobójcza organizacja o nazwie Państwo Islamskie konsekwentnie realizuje swój plan, a świat biernie się temu przygląda. Wiem jednak dobrze, że ani lęk, ani złość, nigdy nie są dobrymi doradcami. Gdyby choć jedna rodzina, jedna niewinna osoba, miała ucierpieć z powodu tego mojego lęku i złości, to przyczyniłbym się tym tylko do kolejnego zwycięstwa religijnych fanatyków. Dlatego usuwam z sieci wszystkie materiały dotyczące islamskiego zagrożenia w odniesieniu do narastającej imigracji.

Rozmyślając nad tym zagadnieniem doszedłem do kilku zasadniczych pytań. Czy jesteśmy w stanie uniknąć drastycznych zmian, jakie czekają Europę? Chyba nie. Czy te zmiany zniszczą naszą cywilizację? Tego już przewidzieć nie można. Nadal sądzę, że to zagrożenie istnieje, ale nie możemy się przed nim bronić na oślep – nie wolno mi wskazywać zagrożenia w samym człowieku. Muszę wyizolować z niego zło – i tylko samo zło piętnować, nie odrzucając osoby. Nawet w imię obrony całej cywilizacji nie wolno mi krzywdzić ani jednej osoby, wpisując się w jakąkolwiek kampanię stygmatyzacji człowieka przez wiarę, kulturę czy narodowość. Potrzebny więc był ten głos z zewnątrz, abym stanął z boku samego siebie i przyjrzał się swoim emocjom z dystansu. Jeszcze rok temu starałem się zrozumieć mentalność muzułmanina – dziś łapię się na tym, że zaczynam islam postrzegać wyłącznie w kategoriach totalitarnej ideologii. Jednak każda ideologia bierze się z osobistych wyborów konkretnego człowieka. I tu dochodzę do pytania kluczowego: czy islam nie stanowi dla nas wyzwania na poziomie duchowym, a nie politycznym czy militarnym?

Europa sama odcięła się od swoich korzeni. Traci soki życia. Rzeka bez źródła staje się pustym korytem – takie koryta w Afryce wykorzystywane są jako drogi. Przez wyschnięte koryto Europy przetaczają się różne ideologie. Czy zatem Europa będzie islamska? To zależy tylko od nas – przede wszystkim od tego, jak odpowiemy na realne zagrożenia – przemocą, czy wewnętrzną przemianą? Ale przecież mamy prawo się bronić – mówi moje drugie „ja” – tego wymaga rozsądek. I znowu czuję rozdwojenie – sięgam więc po Biblię. Trafiam na rozdział 23 Ewangelii według Mateusza – ostre słowa Jezusa o faryzeuszach. Czuję wstrząs, bo odkrywam taki faryzeizm w samym sobie – z jednej strony wierzę, że wszystko przemija i nie tutaj mam szukać Królestwa, a z drugiej chcę stawiać mury i wykupić polisę na bezpieczne życie? Sięgam po Tomasza a Kempis, u którego czytam: „unikaj próżnej gadaniny”, „zachowaj powściągliwość, która przystoi cudzoziemcom i pielgrzymom”. I tu odsłania się światło: przecież każdy uczeń Chrystusa powinien na tej ziemi czuć się pielgrzymem i cudzoziemcem! Dopóki jesteśmy zanurzeni w świecie, nigdy nie będziemy „u siebie”. Tym bardziej musimy więc zadbać o tych, którzy utracili wszystko, co było ich dotychczasowym światem – wykazać autentyczną troskę, niezależnie od wynikających z tego zagrożeń.

PS.

Mimo powyższych przemyśleń nad naszymi lękami, wciąż zmagam się z pytaniem, czy pomagamy w sposób mądry? Jak pomóc tym, którzy nie mieli pieniędzy na podróż do Europy? Bo przecież ci, którym udało się tu przedostać, zapłacili przemytnikom ogromne sumy, a więc nie należeli do ludzi ubogich…  Czy zatem Europa nie skupia się na tych silniejszych, zapominając o słabych? Czy nie zostawiamy na pastwę losu prawdziwie prześladowanych, ograbionych z majątku chrześcijan, przyjmując muzułmanów, których stać było opłacić podróż? I czy nie powinniśmy przyjmować – jak powiedział papież Franciszek – rzeczywiście opuszczonych w potrzebie RODZIN?… I kolejne pytanie, które się z tym wiąże – dlaczego przytłaczająca większość przybyłych do Europy to samotni mężczyźni? Według raportu UNHCR stanowią oni 75% tegorocznej imigracji przez Morze Śródziemne (kobiety to 12%, dzieci – 13%). I czy tych samotnych mężczyzn, migrujących do Europy z Turcji, a więc z kraju dla nich bezpiecznego, można nazwać UCHODŹCAMI?