RSS
 

Archiwum - Listopad, 2015

Uwiąd cywilizacji – koniec końców czy stan spoczynku?

22 lis

2015_11_Suszki_pierwszy-śnieg

Suche rośliny przy pierwszym śniegu kojarzą mi się z jakimś uwiądem, który towarzyszy naszej staruszce Europie… Od lewej: bniec czerwony, szałwia lepka, goryczka trojeściowa. Pozostały wspomnienia kolorów – intensywnej czerwieni, żółci, granatu… I nadzieja, że znowu kiedyś zakwitną.

„Oświecenie, wynosząc człowieka do godności wszechmocnego stwórcy, zdegradowało go w rzeczywistości do poziomu zwierzęcego; odróżnienie dobra i zła zastąpiły kryteria utylitarne.” Tak pisał Leszek Kołakowski w 1997 roku – i dalej ciągnął: „Fundamentalne więzi, które podtrzymywały wspólnotę – rodzina, religia (a od siebie dodałbym jeszcze: naród, państwo, ojczyzna) zostały wyszydzone lub gwałtem rozerwane.” Krótko mówiąc, w oświeceniowym przewrocie można dopatrzyć się podwalin pod wszystkie najgłębsze kryzysy współczesnej cywilizacji – należy do nich: rozbicie rodzin, atomizacja społeczeństw, zanik patriotyzmu, sentymentalizacja i seksualizacja miłości, a także uwiąd wiary i nadziei. Niezwykle istotnym skutkiem jest również rezygnacja z obiektywnej prawdy na rzecz subiektywizmu i relatywizmu oraz złożenie piękna na ołtarzu wiecznego eksperymentu, napędzanego chorobliwym nienasyceniem i neurotycznym niepokojem.

Oczywiście byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie dostrzegał również tych dobrych stron oświeceniowego dziedzictwa: powszechnego dostępu do wiedzy, równouprawnienia płci, ras i narodów, sprawiedliwości społecznej, opieki socjalnej, a także wolności wyznania, słowa i rynku. Jednak i te dobrodziejstwa jakże często ulegają głębokim deformacjom! Każdy może dać sobie niezliczone przykłady absurdów, do jakich nas doprowadziły. Wartości te bywają też nagminnie wykorzystywane przez różnego rodzaju totalitaryzmy: Sowieci przez lata kradli zachodnią myśl techniczną, Chińczycy swą potęgę gospodarczą od dłuższego czasu budują na wolnorynkowych mechanizmach Zachodu (co nie przeszkadza im wykorzystywać niewolniczą siłę swego narodu), zaś islamiści cynicznie korzystają z europejskich zabezpieczeń socjalnych i praw człowieka, by sukcesywnie umacniać na naszym kontynencie swą niepisaną władzę i wojenną propagandę.

Znacznie groźniejsze są jednak mechanizmy autodestrukcji – kiedy to zachodni krytycyzm zwraca się przeciwko wartościom naszego świata, relatywizm wysadza ostatnie fundamenty obiektywnej prawdy i dobra, a w imię wolności człowiek oddaje się samobójczemu szaleństwu. Bo czyż takim szaleństwem nie można nazwać tego, co wydarzyło się ostatniego wieczoru na deskach wrocławskiego teatru? (a przynajmniej co było obwieszczane, bo nie wiem, na ile miała to być prowokacja). Media rozpisywały się o sztuce „eksperymentalnej”, w której zapowiedziano akt płciowy na żywo (dla mnie to niczym się nie różni od publicznego wypróżniania) – zastanawiam się, w imię czego? Wywołania szoku? (bo niczym innym już go nie można wzbudzić?). Ściągnięcia uwagi mediów? (bo inaczej kasa by się za taką miernotę nie zwróciła?) …Może właśnie to jest najbardziej adekwatnym obrazem agonii naszej kultury i cywilizacji? Tylko co po niej?…

 

Taniec tolerancji na grobach przodków – świat po zamachach w Paryżu

16 lis

2015_11_Taniec_tolerancji-1

 Polski taniec historii – występy ustrzyckich licealistów

Leszek Kołakowski bardzo trafnie docieka problemu zatracenia europejskiej tożsamości w swym eseju „Szukanie barbarzyńcy” – pisanym jeszcze w 1980 r. (!) – pochylając się nad współczesną zdolnością (czy wręcz obsesją) identyfikowania się z całym wachlarzem różnorodności kulturowych i religijnych. Tolerancja pojmowana w duchu postmodernistycznym, z relatywistycznym rozmyciem stabilnego punktu widzenia, prowadzi do zaniku jakiegokolwiek oparcia. Osłabiona zostaje zdolność skutecznej obrony własnej kultury, utożsamianej niegdyś z twierdzą Państwa i Kościoła, z podwalinami rzymskiego prawa, ewangelicznej duchowości i greckiej filozofii. Można odnieść wrażenie, że esej pisany był dzisiaj, po zamachach w Paryżu. Do czego doprowadziła nas idea cywilizacyjnej równorzędności? Do pogardy wobec własnej tradycji, kultury i duchowego dziedzictwa – z jednoczesnym zachwytem wobec każdej zewnętrznej idei, religii czy filozofii. To znamienna scheda czasów tzw. „oświecenia”. Wszak przechodziliśmy już nawet ten etap, w którym naturaliści wmawiali nam degenerację całego rodzaju ludzkiego i wyższość nad nim zwierząt…

Po piątkowych zamachach coś się jednak zatrzęsło. Coś próbowało się obudzić. Europa powoli odkrywa, że ma wielki problem ze swą tożsamością. Mam jednak wrażenie, że proces ten przybiera postać jedynie krótkich prześwitów dawnej świadomości – jak to bywa u staruszki w zaawansowanym stadium demencji. Najwyraźniej widać to we Francji – tu pojawia się jakiś napis „módl się za Francję” umieszczony na policzku młodej dziewczyny (dlaczego sama nie może się pomodlić?), tam znowu słychać jakieś wspólne odśpiewanie Marsylianki (pieśni, która kojarzy mi się bardziej z ludobójstwem rewolucji francuskiej, niż z wolnością), ktoś zmieni sobie awatara, ktoś inny pójdzie na marsz jedności (z kim i przeciw komu?) – wróćmy jednak do myśli Kołakowskiego. Czy tolerancja – w dzisiejszym jej rozumieniu przez Zachód – nie rodzi się tam dopiero, gdzie stąpamy już po grobach własnej cywilizacji? Czy owa zdolność do stąpania po własnych grobach to jedyny i ostateczny warunek cywilizacyjnej dojrzałości?

Czyżby więc od barbarzyństwa wolne były tylko te cywilizacje, które już w ruinę popadły? Wszyscy wiemy, że żołnierze Corteza byli zdobywcami, a nie koneserami egzotycznej sztuki czy kultury – mimo swej bezwzględności, byli jednak przekonani o wyższości swej religii i całej duchowej tradycji, jaką chcieli zaszczepić „dzikim”. Złe odniesienie? Wiem, że z dzisiejszą wrażliwością łatwo ich potępić. Do jakiej granicy możemy się więc posunąć, by afirmować własną cywilizację, nie niszcząc innych? I czy rezygnacja z tej afirmacji nie prowadzi do samozagłady? Słynny starożytny historyk – Diogenes Leartios toczył w swoim gronie zaciekłe spory ze zwolennikami równorzędności innych kultur, którzy za nic mieli własne korzenie. Choć był nie lada mędrcem, bez wahania stawiał grecką filozofię nad celtycką, egipską, babilońską czy hinduską. Znaczy to, że i w III wieku nie brakowało kosmopolitów, skłonnych do relatywizmu! Ale było to też ostatnie tchnienie wielkiej kultury greckiej (bo państwo już dawno upadło). Czy i Europa do tego punktu już doszła?

 

Przezwyciężając mrok…

13 lis

2015_11_Melancholia

Melancholii nie uleczą żadne zioła, alkohole czy nawet anioły – ona musi być przezwyciężona od środka, przez otwarcie okna duszy…

Jak często dotyka Cię smutek? I czy przybiera on postać paraliżującą? Skąd się bierze i jaka jest jego natura?… Melancholia jest zabójstwem woli – jak pisał, o ile dobrze pamiętam, Józef Tischner. Melancholia idzie krok przed rozpaczą – nie rzuca się więc w przepaść, ale hipnotycznie się w nią wpatruje. Chocholi taniec z „Wesela” prowadzi do jakiegoś letargicznego snu. Czym jest melancholia w swej genezie? Myślę, że zaczyna się tam, gdzie dochodzi do negacji wobec ufności, gdzie odrzucona zostaje nadzieja, będąca źródłem kreatywnej aktywności. Melancholia w najgłębszej swej istocie staje się odmówieniem sobie i innym prawa do szczęścia. Sobie – bo nie wierzę w jego spełnienie, innym – bo dystansuję się do nich, nie chcąc mieć z cudzym szczęściem nic wspólnego. Kiedy ja jestem nieszczęśliwy, inni mogą stanowić tylko tło tego nieszczęścia – lub jego widownię, co staje się rozpaczliwą próbą przekucia go w tragiczne piękno.

Kiedy więc człowiek jest bezpieczny od tego paraliżującego stanu? Chyba najlepszym parasolem staje się empatia. Dopóki potrafię czerpać radość z czyjegoś szczęścia – dopóki potrafię się zapalać wobec czyjejś kreatywności – dopóki umiem się śmiać z czyjegoś dowcipu, ale także smucić z jego strapień – dopóty nie grozi mi melancholia. Kolejnym źródłem depresyjnych stanów, tym razem na poziomie relacyjnym, jest więc zanik naturalnego pragnienia współodczuwania i współuczestnictwa. Kiedy na dłużej izoluję swoje ego od innych, może mnie to prowadzić do egotyzmu – niezdrowej afirmacji własnego „ja”, oderwanej od przeżyć innych ludzi. Choć pozornie mam wtedy poczucie własnej wartości, to jednak kroczę po kruchym lodzie – i każde niepowodzenie może spowodować jego załamanie. Uznanie innych staje się narkotykiem, który wymaga coraz większych dawek. Najlepiej to widać u osób, które w sposób nagły zdobyły sławę.

Nasuwa mi się jeszcze jedna odsłona melancholii – związana z przytłoczeniem ze strony szarej codzienności. Życie tak często zmusza nas do chodzenia z nosem przy ziemi, że zaczynamy żyć w ciągłej iluzji jałowej „zwyczajności”. Kamyczki, które migają pod stopami, urastają do rozmiaru galaktyk. Natomiast z pola widzenia świadomości umyka gdzieś to, co wysoko na niebie – to co daleko na horyzoncie – i to, co ukryte głęboko pod powierzchnią. Aby móc się z tej hipnozy ocknąć, potrzebny jest wstrząs. Wywołać go może cierpienie, lęk, samotność lub śmierć bliskiej osoby. Gdyby tych utrapień w naszym życiu zabrakło, mogłoby się ono stać prawdziwym koszmarem szarej zwyczajności – życia bez pragnień. A głębokie pragnienie rodzi się tylko tam, gdzie odczuwamy jakiś radykalny brak. Może dlatego depresje najbardziej dotykają społeczeństwa stabilne i zamożne?

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii Psychologia, Życie

 

Liskowate – zapomniana cerkiew, tuż przy granicy ukryta…

06 lis

2015_11_Liskowate-cerkiew

Korzystając ze słonecznej pogody, odwiedziłem kilka malowniczych cerkwi w Bieszczadach i Górach Słonnych. Cerkiew w Liskowatem to zapomniana i mocno już zniszczona świątynia greckokatolicka z 1832 roku. Niektórzy historycy przypisują jej datę wcześniejszą – na pewno stoi w miejscu dawnej cerkwi, pochodzącej jeszcze z 1564 roku. Konstrukcja jednoznacznie wskazuje na pierwotny styl bojkowski, charakteryzujący się wyraźną trójdzielnością kościoła.

Po 1944 roku Liskowate zagarnęli Sowieci – Polsce zostało zwrócone dopiero w 1951 roku, co jednak nie znaczy, że cerkiew wróciła do dawnego przeznaczenia. Przygarnięci przez Polskę greccy komuniści, którzy musieli opuścić swą ojczyznę, zamienili świątynię w magazyn nawozów mineralnych – i taką funkcję sprawowała do lat 70-tych, kiedy to została przekazana na użytek kościoła rzymskokatolickiego. Przez lata niszczała – dopiero w tym roku dach zaczął pokrywać się nowym gontem…

Gdyby ktoś jechał z Ustrzyk w stronę Przemyśla, warto jest zatrzymać się przy tej uroczej cerkiewce. Stoi niedaleko drogi na wzgórzu – za nią w zaroślach kryje się niewielki cmentarzyk. Podczas moich odwiedzin, zaintrygował mnie starszy mężczyzna, który zamyślony siedział na schodach przy bocznym wejściu. Było to 1 listopada – najwyraźniej czas zadumy udzielił się i jemu. Zagadnięty chętnie opowiadał o historii tego miejsca…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bieszczady, Etnologia, Historia