RSS
 

Archiwum - Luty, 2016

Gdy figowe drzewo przestaje rodzić…

28 lut

2016_02_28 Drzewo_FigoweFigowiec z mojego parapetu niespodzianie wydał owoc… Obok fresk z bocznej kaplicy w ustrzyckim kościele – śpiący pod drzewem…

Dzisiaj czytamy fragment Ewangelii o bezpłodnym drzewie figowym: „…Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.” (Łk 13,9)

Zwykło się ten tekst tłumaczyć jako dar ostatniej szansy, wynikający ze wspaniałomyślności Boga. Ogrodnikiem może być sam Jezus, właścicielem winnicy – Bóg Ojciec w majestacie swej sprawiedliwości… Osobiście jednak czuję, że możemy ten fragment odczytywać nieco inaczej. Każdy z nas często czuje w sobie jakieś duchowe wyjałowienie. Jednak brak owoców nie zawsze jest winą – co najwyżej pośrednim skutkiem wcześniejszych grzechów i zaniedbań. Pozbawione owoców drzewo staje się więc dla nas pewnym wyzwaniem – co z nim uczynimy?

Czy wykażemy wobec samego siebie brak cierpliwości, czy też zachowamy pokorę i nadzieję ogrodnika? Często stajemy wobec pokusy, by się pośpiesznie osądzić – a następnie utopić swe kompleksy w alkoholu czy innym nałogu. Bywa też, że w duchu mówimy zuchwale do Boga: „jakim mnie stworzyłeś, takim mnie masz”, oddając się dryfowaniu przez ocean namiętności lub obojętności. Każda taka postawa kojarzy mi się z pośpiesznym wycięciem drzewa. Tymczasem brak widocznego owocu może być doskonałą szkołą pokory i ufności, prowadzącą do nieoczekiwanych plonów…

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Duchowość, Wiara, Życie

 

Między popiołem a palmą

10 lut

Popielec - Julian Fałat

Julian Fałat – „Popielec” (fragment obrazu)

Skąd się kiedyś brało popiół do posypywania głów? Jaka była wymowa popiołu, a jaka prochu w Biblii? Skąd tradycja 40 dni postu?… Może zacznijmy od ostatniego pytania – 40 dni trwał potop, po którym Bóg zawarł przymierze z ludzkością,  – 40 lat Izraelici chodzili po pustyni, zanim weszli do Ziemi Obiecanej,  – 40 dni szedł Eliasz na górę Horeb (gdzie Bóg objawił się w łagodnym wietrze), – 40 dni pościł Jezus na pustyni, gdzie był kuszony przez Szatana. Owa „czterdziestka” staje się tu zatem liczbą bardzo symboliczną, nawiązującą do okresu przejścia i oczyszczenia.

PROCH oznacza przemijanie – dotknięcie przez czas, POPIÓŁ – zniszczenie przez żywioły tego świata – dlatego Hiob po bolesnych doświadczeniach przyznaje wyznaje: „kajam się w prochu i popiele” (Hi 42,6). Czytałem gdzieś piękne porównanie, że Towarzysząca postowi jałmużna i modlitwa to uczynki światła. Ale żeby mogło zajaśnieć światło, to coś wcześniej ulega spaleniu, czyli musi się dokonać jakieś poświęcenie. Z tego też powstaje popiół, który jest symbolem pokory i pokuty… Wymowny jest tutaj związek popiołu z gałązkami wierzby – symbol zniszczenia został w ten sposób nierozerwalnie połączony z obrazem życia – ale przejście jest obustronne: spalone gałązki to wejście z doczesności w śmierć, ulistnione gałązki – to ponowne odrodzenie – tym razem do życia duchowego.

A w jaki sposób w ludowej symbolice Wielkiego Postu i Zmartwychwstania gałązki wierzby i innych świeżo ulistnionych pędów związane zostały z popiołem? Otóż Środa Popielcowa od dawien dawna sprzęga się z okresem wielkanocnym właśnie przez palmy. W Środę Popielcową ścinano gałązki malin i porzeczek, pędząc z nich w ciepłym pomieszczeniu liście, by w ten sposób uzyskać zieloną wiązankę na Palmową Niedzielę. W gałązki te wplatano pędy barwinka, cisu, brusznicy, widłaka, no i oczywiście wierzby. W czasie Wielkiej Soboty część tych poświęconych palm spalano w ogniu, a ich popiół służył w następnym roku do posypywania głów. Czy tak jest i dzisiaj? To już pytanie do tych, co są najbliżej Ołtarza. :)

 
 

Prostota umiera pierwsza – przed cywilizacją?…

10 lut

2016_02_prostota_towar_reglamentowany

W moich miniaturkach na szkle często pochylałem się nad problemem przemijania – tym razem chciałem poruszyć ten temat w aspekcie wymierającej cnoty, jaką jest PROSTOTA.

Kolega opisał dość znamienną sytuację, jakiej był świadkiem w punkcie obsługi jednego z telefonicznych operatorów – pozwolę sobie za nim powtórzyć: starszy pan wchodzi do sklepu i mówi, że chce dla siebie telefon komórkowy, więc sprzedawca mu pokazuje ten i tamten, opisując jakie każdy z nich ma funkcje – internet i wszelkiego rodzaju gadżety… Po jakimś czasie starszy Pan mówi że on nie potrzebuje tych wszystkich funkcji w telefonie, bo chce jedynie zadzwonić i odebrać rozmowę. Pyta więc, czy mają takie telefony. Skonsternowany sprzedawca popatrzył jak na ostatniego dziwaka i odpowiedział, że takich telefonów to my, proszę Pana, nie mamy. Starszy Pan machnął ręką i wyszedł sfrustrowany ze sklepu.

Sytuacja jest bardzo typowa dla dzisiejszych czasów – doskonale ilustruje naszą cywilizacyjną chorobę, z którą sam się niejednokrotnie zmagam. Nawet podobną historię przeżyłem w punkcie Plusa, gdy chciałem dla siebie komórkę prostą w funkcjach (ja również używam telefonu wyłącznie do dzwonienia), a trwałą i odporną na czynniki atmosferyczne (rzecz dla mnie ważna, gdy chodzę po terenie). Okazało się, że wszystkie aparaty mieli bardzo delikatne i przeładowane aplikacjami. Dopiero po dłuższym czasie dostałem coś mocniejszego – aparat najprostszy z dostępnych, jednak i tak pełen zawiłych ścieżek i gadżetów, więc dla kogoś starszego mógłby być trudny w obsłudze. Gdy np. chce się odczytać głupi SMS, trzeba się po tych ikonkach nachodzić co niemiara. Poprzednia moja „cegła” była niezniszczalna oraz intuicyjnie prosta – klik i miałem SMS-a. Tutaj często rezygnuję z czytania czy wysyłania, bo szybciej mi jest oddzwonić. ;)

Tak, ta choroba rozciąga się niemal na każdą dziedzinę życia. Krótko ją można określić następującymi objawami: 1) brak prostoty, 2) brak przejrzystej logiki, 3) marginalizacja głównej funkcji, 4) rozbuchanie funkcji pobocznych (z których się najczęściej w ogóle nie korzysta), 5) bełkot terminologiczny w instrukcjach czy aplikacjach… Wcale się nie dziwię temu starszemu Panu – każdy powinien tak reagować, może wtedy dotarłoby do producentów, że nie trafiają w nasze oczekiwania. A może jednak trafiają, tylko nie do takich, jak my? Przecież młodzi ludzie często są tymi nowinkami zafascynowani – a producent chyba liczy głównie na nich? Niestety dla starszych takie życie staje się coraz bardziej alienujące i niefunkcjonalne. A problem dotyczy nie tylko urządzeń – również pism urzędowych, podatków i całej społeczno-ekonomiczno-technicznej sfery życia…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Psychologia, Socjologia, Życie

 

Mit w historii – kłamstwo czy inny rodzaj prawdy?

01 lut

2016_01_MIT_BIESZCZADÓWMit jest rodzajem wewnętrznej prawdy, dotyczącej różnych sfer i poziomów relacji. W Polsce głęboko zakorzeniony jest mit Bieszczadów, którym i ja, jako młody chłopak żyłem, budując na nim swoje ideały i marzenia - by w końcu obrócić  je w rzeczywistość. :) Powyżej kilka ujęć z moich starych, odkurzonych slajdów

Każda historia – szczególne ta najbardziej odległa –  w jakimś tam zakresie miesza się z mitologią, której często towarzyszy idealizacja postaci. Czy jednak mamy prawo na własnych domysłach budować ich przeciwstawny obraz, odmalowany w czarnych barwach? Czy nie ma w tym jakiegoś przejawu podcinania własnego korzenia, wyzbywania się narodowej tożsamości? Ostatnio w polskim Senacie mieliśmy debatę na temat zasadności oddania czci Mieszkowi I w kontekście 1050 rocznicy chrztu Polski. Na taką inicjatywę oburzyła się pewna pani senator, tak oto uzasadniając swój sprzeciw: „Mamy niewątpliwie do czynienia z jakąś mitologizacją samego Mieszka I, towarzyszących mu postaci i okoliczności. To wszystko jest dziś spowite mgłą historii i możemy tylko się domyślać, jak się zachowywał i kim był Mieszko I. Można domniemywać, że był to zabijaka i zapewne palił i gwałcił.”

Problem tu jest dwojakiego rodzaju. Pierwszy to właśnie „historia domniemana”. Pani senator nie jest historykiem, ale dość śmiało lansuje swój osąd historii. Mógłby ktoś powiedzieć, że przecież nie trzeba być specjalistą, aby snuć własne dywagacje na różne tematy, bo przecież żyjemy w wolnym kraju, bez cenzury. Zgadza się – choć formułowanie tak swobodnych sądów z ławy senackiej ma już nieco inną wagę. Ale odłóżmy na bok politykę. Zauważamy, jak wielką karierę robi ostatnio słowo „mitologizacja” – używane dla zdyskredytowania odległych wydarzeń czy historycznych postaci. I tu właśnie wkraczamy w drugi obszar prawdy – otóż według mnie prawda zawarta jest nie tylko w suchej faktografii, ale również w mitologii. A samo użycie słowa „odmitologizować” wynika z uznania tylko jednego, faktograficznego poziomu. Tak, prawda ma też wymiar aksjologiczny. Jeśli opowiadamy dziecku bajki, to byłoby niewychowawcze zakończyć opowieść stwierdzeniem, żeby w to nie wierzył, bo to wierutne bzdury. Wtedy właśnie niszczylibyśmy zawartą w tych bajkach prawdę aksjologiczną…

Warto zaznaczyć, że nie mówimy tu o kontekście religijnym, lecz o wartościach uniwersalnych dla wszystkich Polaków. Moją wątpliwość budzi ocenianie ludzi z odległej przeszłości (bo zwykle toniemy tutaj we mgle), jak też w oderwaniu od kontekstu historycznego (bo powinniśmy zawsze odnosić ocenę działań jakiejś osoby do współcześnie jej żyjących ludzi)… No dobrze, ale ktoś może zadać pytanie, że skoro uznajemy różne mitologie narodowe, to przecież często one się wzajemnie zdają wykluczać. I która z nich jest ta właściwa? Nie chciałbym tu wchodzić w wartościowanie, bo nie o to tutaj chodzi. Nie chodzi też o oddzielanie mitu od faktu, bo w odniesieniu do historii najstarszej byłoby to bardzo trudne. Problem dotyczy raczej kwestii niszczenia pewnych pomników historyczno-mitologicznych (pozostańmy przy tym nierozerwalnym splocie pojęciowym). Czy „odmitologizowując” historię poprzez trywializację postaci, albo wręcz drogą przypisywania im domniemanych cech negatywnych, możemy przysłużyć się Prawdzie? Czy nie podcinamy tu jakiegoś ważnego korzenia, odcinając pień od życiodajnych soków? Czyż nie to właśnie nastąpiło w wielu krajach Europy Zachodniej?