RSS
 

Archiwum - Marzec, 2016

Inne spojrzenie na krzyżowców, czyli historia nadziei u pustego Grobu

20 mar

2016_03_Grób_KrzyżowcyPusty grób Chrystusa. Czy nie był on także wymownie pusty dla krzyżowców? Czy wojny toczyły się o niego, czy może o zapełnienie pustki zupełnie innego rodzaju?…

W powszechnych opiniach dość często spotykamy się z bardzo materialistyczną i kompletnie ahistoryczną interpretacją wypraw krzyżowych. Taki punkt widzenia, ugruntowany przez komunistyczną propagandę w czasach sowieckich (i współczesną ideologię lewackich środowisk zachodnich) wskazuje na kilka rzekomo głównych motywów, jakimi się kierowali obrońcy Bożego Grobu – aspekt EKONOMICZNY: 1) ekspansja terytorialna, 2) żądza zdobycia legendarnych bogactw, 3) wejście w posiadanie mitycznych przedmiotów dających władzę nad światem; aspekt POLITYCZNY: 1) zmiażdżenie odwiecznego konkurenta, który od czterech wieków rósł w siłę na Bliskim Wschodzie, 2) wykorzystanie słabości Saracenów spowodowanej presją Seldżuków; aspekt SPOŁECZNY: 1) rozładowanie narastających konfliktów wewnętrznych w Europie poprzez wskazanie zewnętrznego wroga, 2) rozwiązanie problemu dziedziczenia (najstarszy z rodu dziedziczył ziemię, pozostali bracia stanowili niemały problem społeczny – wyprawy krzyżowe, według tych interpretacji, miały go rozwiązać).

Zupełnie jednak pomijano aspekt TEOLOGICZNY. Zofia Kossak potrafiła doskonale wejść w mentalność ówczesnych ludzi, dając tym samym doskonały wyraz myślenia historycznego, interpretującego dawne dzieje przez pryzmat panujących wtedy wartości, wyobrażeń, lęków i pragnień. Potrafiła też dostrzec istotę rycerskiego etosu, nie pomijając przy tym niechlubnych kart chrześcijaństwa. Z jej Trylogii można jasno wnioskować, że ahistorycznym uproszczeniem jest przypisywanie Kościołowi przyzwolenia na dokonywanie rzezi czy nawracanie mieczem niewiernych. Każda niegodziwość miesza się tu z heroizmem i prawdziwą świętością, dzięki czemu uzyskujemy wspaniałą grę słonecznego światła z głębokim cieniem. Warto mieć świadomość, że wyprawy krzyżowe to nie tylko władanie orężem, ale przede wszystkim całe pasmo wyrzeczeń – poczynając od zostawienia całego dobytku i wyruszenie z ufnością w długą i nieznaną drogę, kończąc na wszelkich trudach i utrapieniach podróży, której towarzyszył mór, głód i skwar.

Ważnym motywem krucjat, ujętym w szerszym tle historycznym, była od strony Kościoła kontynuacja reformy gregoriańskiej. Pontyfikatowi Grzegorza VII towarzyszyła idea powrotu do dawnej żarliwości w wierze, a także do unifikacji jej wyznawania – poprzez ujednolicenie liturgii, uniezależnienie lokalnych kościołów od władzy świeckiej, postawienie akcentu na czystości i unormowanie kwestii celibatu, a przede wszystkim – co w sposób bezpośredni rozbudziło gorliwość przyszłych krzyżowców – wzmocnienie eschatologicznej wizji wśród wszystkich wiernych. To oczywiście wzmagało też poczucie lęku przed potępieniem, ale jednocześnie rozbudzało nadzieję, że pokuta, podjęta w duchu heroicznej postawy krzyżowca, może zdjąć z człowieka jarzmo ciężkich grzechów, uwalniając od niechybnego potępienia. Grzegorz VII przygotował grunt pod zasiew, Urban II zasiał – po ludzku, nie bez błędów, ale szczerze, dokonując w Kościele pierwszego wielkiego resetu, uwalniając lud i rycerstwo od doczesnych zobowiązań (długów, podległości i ziemskich sądów), ale też odsłaniając nadzieje na uwolnienie duszy od jarzma klątw, grzechów i piekielnych wizji. Jednocześnie stworzył zasiew pod swoistą jedność duchową między stanami i narodami – jedność, która po wiekach zrodziła naszą współczesną wrażliwość…

Jeśli można ówczesnemu papieżowi Urbanowi II cokolwiek zarzucić, to może jedynie pewną naiwność w idealizowaniu ducha krucjaty, infantylne podejście do kwestii zbawienia i położenie nadmiernego akcentu na materialnej schedzie chrześcijaństwa (odzyskanie grobu Chrystusa) – ale to wszystko przecież wynikało z mentalności panującej w tamtych czasach. Cały natomiast dramat wiążący się z krucjatami, dziś tak często demonizowany i widziany jako jeden z głównych grzechów Kościoła, wynikał z pewnego przesilenia dziejów i zderzenia trzech różnych kultur – łacińskiej, greckiej i saraceńskiej. Paradoksalnie jednak wyprawy krzyżowe zjednoczyły cały zachodni świat wokół Ewangelii. To prawda, że często źle pojmowanej – ale był to dopiero punkt wyjścia. Kolejne opuszczenie egipskiej niewoli w podążaniu ku Ziemi Obiecanej – i bynajmniej nie myślę tu o Jerozolimie! W którym miejscu tej wędrówki obecnie się znajdujemy? Czy na etapie szemrania i ponownego zwracania się ku egipskim bożkom? A może u samego jej kresu, kiedy zdążyły już zbieleć kości tych, których nadzieje przedwcześnie zgasły?

 
 

Kamienie na drodze relacyjności

17 mar

2016_03_Kosma i Damian - Piotr i Paweł - Cyryl i Metody

Bieszczadzkie miniaturki  na szkle: Kosma i Damian, Piotr i Paweł, Cyryl i Metody

Rosnący pośpiech i powierzchowność relacji sprawia, że wyrażanie myśli i odczuć bywa często nieprecyzyjne i skrótowe, nasycone specyficznymi skojarzeniami (dla każdego nieco innymi – czasem diametralnie odmiennymi), a także obarczone metaforami, które nie dla każdego są czytelne.  Ciekawym doświadczeniem, dostępnym dla każdego, jest introspekcyjna próba dogrzebania się do korzeni własnych emocji. A konkretnie do tego, co nimi zarządza poza naszą wolą i poza intencjami drugiej osoby. Na ile słowo staje się dla nas MOSTEM, a na ile MUREM?

Mówię np. „jesteś agresywny” – to jawna ocena nie tylko czyjegoś zachowania, ale całej osoby. Z góry można więc powiedzieć, że jest niesprawiedliwa, bo żaden człowiek nie może być w całości oceniony przed pryzmat jednej sytuacji czy nawet jakiejś dłuższej sekwencji zachowań. Lepiej więc brzmieć będą słowa: „Twoja postawa jest dosyć agresywna” – tu już nie oceniam osoby, lecz słowa, czyny, bieżącą postawę. W ten sposób moja uwaga skierowuje się na charakter relacyjności, a nie na wartościowanie osoby. Jednak i tutaj można napotkać na emocjonalny odpór…

Tak więc chyba najlepiej jest wyrazić to przez pryzmat własnego odbioru: „odnoszę wrażenie, że moje słowa wywołują w tobie agresję”. Tu już nie oceniam nawet postawy, ale mówię wyłącznie o własnych ODCZUCIACH, które przecież mogą się mylić. W ten sposób przyznaję też, że nie jestem arbitrem, lecz subiektywnym odbiorcą, podatnym na różne zniekształcenia odbioru i błędne interpretacje. Niech ta krótka myśl będzie jakimś przyczynkiem do rozważań nad mechanizmami naszej emocjonalności. Myślę, że ważnym kluczem do głębszego wejścia w ten problem jest dostrzeżenie podświadomego wartościowania osób przez ocenę subiektywnie przypisanych intencji…

 

 

Platon po bieszczadzku

02 mar

2016_03_Platon

Co to znaczy mieć naturę platonika? Platonik zawsze stara się patrzeć dalej niż zmysły, wybiegając ponad rzeczy i zjawiska, które na dłuższą metę go zwyczajnie nudzą. W tym miejscu muszę się przyznać, że choć studiowałem biologię i przez ćwierć wieku do dziś pracuję w tym zawodzie, nie potrafiłbym z pełnym zaangażowaniem poświęcić się wyłącznie naukom przyrodniczym, bo się w nich zwyczajnie duszę. To dla mnie za ciasne, by tkwić w analitycznym opisywaniu gatunków czy nawet całych ekosystemów – co nie znaczy, że się w ten sposób wynoszę nad tych, którzy tym żyją – oni zapewne dusiliby się w moim widzeniu świata, który byłby dla nich za ciasny. :)

 Dlatego w poszukiwaniach dryfuję zawsze po granicy między naturą a kulturą – tam gdzie następuje zderzenie naszej świadomości ze światem przyrody. Wtedy mogę obserwować świat nie od strony analitycznego odwzorowania rzeczywistości, ale w zakresie jej odbierania i przetwarzania przez naszą myśl, nasze wyobrażenia, emocje, lęki, pragnienia… Tym samym natura staje się dla mnie czymś na wzór sceny dla aktora – a w teatrze nie chodzi przecież o scenografię, choćby ona była najpiękniej wykonana. Nie chodzi o rekwizyty – choćby wśród nich były rzeczy niezwykle ciekawe i piękne. Nie chodzi też o stroje ani maski, które mogą jedynie podkreślać lub wyrażać pewną ekspresję.

 Istotą teatru jest dramat, który w obrębie całej tej szerokiej oprawy się rozgrywa – i jest to odwieczny dramat człowieka rzuconego w żywioł różnorodności i przemijalności. Dramat, z którym trzeba się zmierzyć, aby odsłonić coś, co w każdym z nas jest rdzeniem naszego bycia – ducha niezmiennej PRAWDY, niezależnej od mnożących się prawd relatywnych. Ducha uskrzydlającego PIĘKNA, wznoszącego człowieka ponad byty doczesne i ponad własną przemijalność. Ducha uwalniającego DOBRA, dającego poczucie spełnienia i uwalniającego z ram czasu - idącego zawsze pod prąd natury i zdolnego przemienić nas w istoty wznoszące się ponad całą przyrodę i ponad naszą naturę…